|
Blog > Komentarze do wpisu
peryferia (6 MFFENH we Wrocławiu)
Spotkałam dzisiaj M. Nie widziałyśmy się sporo czasu. To ona kilka lat temu odkrywała przede mną wrocławskie zakamarki i dzięki tej wiedzy pierwszego festiwalowego dnia cieszyński Park Pokoju mogłam zamienić na wrocławski Ogród Botaniczny. Dla M to pierwszy nowohoryzontowy festiwal. Zastanawiałyśmy się wobec tego, czy planować można według jakiegoś klucza i co mogłoby nim być. Im więcej filmów - tym gorzej, stwierdziłyśmy, zaraz potem zmieniając zdanie. Tym lepiej? M nie mieszka już we Wrocławiu, ale w Warszawie. Uciekając z letniej Mekki Warszawiaków – ze słonecznego, wypełnionego ludźmi i atrakcjami Trójmiasta, szukam swojego miejsca na peryferiach. To pewnie mój klucz – peryferia. Ten
festiwal daje wiele okazji do obcowania z peryferiami –
artystycznymi i topograficznymi, które to kategorie często
idą tu w parze, przenikają się. Jednym z moich ulubionych cyklów
jest cykl dokumentów-esejów. Widziałam już dwa filmy,
które się na niego składają, a które wydają mi się
w pewien sposób podobne: “Z daleka” (2006) Thomasa
Arslana – tureckiego emigranta, mieszkającego w Niemczech,
który po 20 latach odwiedza rodzinne strony i armeński
“Powrót poety” (2006) w reż. Harutyuna
Khachatryana. Oba pokazują niby nie tak odległe rejony świata,
odległe krajobrazowo i kulturowo, surowe i w tej swojej surowości
niezwykle inspirujące. Arslan wyrusza z Istambułu na wschód
Turcji. Jego film to sentymentalna podróż ku dzieciństwu.
Odwiedza miasta, z którymi coś go w przeszłości łączyło,
ale nie skupia się na własnej historii, pokazuje ludzi, którzy
mieszkają tam teraz. Jak wyglądają, czym się zajmują, jak
spędzają wolny czas. Zamyka swoich bohaterów, świadomych
tego, że są filmowani, w statycznych kadrach. Każe im reagować na
obecność kamery. Raz jest to zakłopotanie, wielokrotnie – usilna
chęć pokazania obojętności wobec obcego szklanego oka.
Obserwujemy sklepikarza, rozwożącego pieczywo po wąskich uliczkach
Istambułu i kobiety, które z okien spuszczają mu koszyki na
sznurkach. Odwiedzamy wioskę, zatopioną z powodu rozbudowy tamy na
rzece i jej nowe oblicze, osiedle identycznych pastelowych domków.
Wraz z reżyserem wjeżdżamy na tereny zamieszkiwane przez Kurdów,
badamy pozostałości wpływów armeńskich w Turcji. Jadąc
autobusem, skupiamy uwagę na chłopcu, który jest sprzedawcą
biletów i przejęty swoją funkcją, zachowuje się jak
dorosły mężczyzna. Odwiedzamy szkoły, festyny, stadiony. Podobne
zainteresowanie rozrywkami ludzi, mieszkających na górzystych
terenach Armenii, znajdziemy w filmie Khachatryana. Jednak
konstrukcja tego opowiadania jest nieco inna – reżyser poświęcił
film poecie Ashugh Jivani. Najpierw pokazał pracę rzeźbiarza nad
jego pomnikiem, potem podążył śladem pomnika, który
zamiast na postumencie spoczął na platformie samochodu, by
odwiedzić miejsca bliskie poecie. Temu poetyckiemu
dokumentowi-esejowi towarzyszą pieśni, śpiewane po wioskach,
Jivani był wędrownym pieśniarzem.
Te filmy z zachwycającego naturalnego pejzażu spotkaniami z codziennością tubylców wydobywają głębię, nie zatrzymują się na pocztówkowej powierzchni. Podobny zabieg stosuje Isa Quosja w kosowsko-chorwackiej fabule “Kukumi” (2005). Jego bohaterowie to trójka mieszkańców domu dla obłąkanych, w wojennej zawierusze porzuconego przez personel. Mara, Hasan i Kukumi, odzyskawszy wolność, przemierzają wysuszone słońcem, złociste, poszarpane skalistymi zboczami, kosowskie peryferia. Mają swoje plany, których realizacja w otaczającym złym, chorym świecie zawiedzie jednych ku bezsensownej śmierci, innym każe uciekać z powrotem do szpitala. Quosja z krajobrazu i muzyki kosowskiej wydobywa mistycyzm, grającego na flecie Kukumi'ego uczyni świętym szaleńcem, a jego śmierć – ofiarą odkupiciela. Muzyka w tym filmie przypominała mi występ zespołu Anastazja w macedońskim “Przed deszczem” Manczewskiego.
W
nieco mniej mistyczny sposób ofiarę pokazuje Ruxsandra
Zenide – Rumunka z Genewy w swoim debiucie fabularnym, pięknym
filmie “Ryna” (2005). Opowiada w nim historię 16-letniej
dziewczyny, która mieszka na rumuńskiej prowincji razem z
rodzicami i dziadkiem. Wychowywana przez ojca na chłopaka, Ryna jest
świetnym mechanikiem, pracuje w rodzinnym warsztacie z małą stacją
benzynową. W wolnych chwilach fotografuje i marzy o pierwszej w
życiu sukience, jednak ojciec bezlitośnie co jakiś czas strzyże
jej włosy, tłamsi kiełkującą kobiecość. W kilku subtelnych
epizodach obserwujemy ów proces kiełkowania, zmiany, której
nic - wydaje się - już nie zatrzyma. Jednak skomplikowana sytuacja
wokół rodzinnego interesu popycha Rynę w ramiona burmistrza
pobliskiego miasteczka, od którego zależy przedłużenie
koncesji na jego prowadzenie. Mimo dramatycznego finału “Ryna”
jest filmem pogodnym, czułym, niemal radosnym. To film o młodości,
o otwieraniu się świata, który bywa i cudowny i brutalny. I
znowu gdzieś w tle, a zarazem bardzo blisko pojawia się surowy
pejzaż, żwirowe drogi, drewniane chaty, nisko nad horyzontem
zawieszone chmury i muzyka – taneczna, festynowa muzyka rumuńska,
miękkie, słodkie jak wata cukrowa słowa piosenek.
Tego
pogodnego klimatu nie znajdziemy w “Bagnie” (2001)
Lucrecii Martel, jednej z czołowych przedstawicielek nurtu
“nowego kina argentyńskiego”. Ten drapieżny stylistycznie film,
opowiadający zwykłą, zatopioną w rzeczywistości, historię dwóch
spokrewnionych ze sobą rodzin, spędzających wakacje w rejonie
subtropikalnej Salty, oglądany w dusznej (a jednak) sali kinowej, w
upalne wrocławskie lato, przenika na wskroś. Dotyka naszych
obezwładnionych upałem, spoconych, choć na szczęście nie tak jak
na ekranie pokiereszowanych ciał. Tu – podobnie jak u Zenide –
mamy do czynienia z granicą między dzieciństwem a młodością, ów
moment owocuje jakimś podskórnym napięciem. Uczucia między
bohaterami mają charakter ambiwalentny, z jednej strony jest to
graniczące z nienawiścią przywiązanie, przyjaźń między jedną
z nastoletnich córek a służącą ociera się o lesbijską
miłość, uczucia bratersko-siostrzane też wydają się niejasne.
Całą fabułę przenika niepokój, podsycany dziecięcymi
fantazjami, gorącym oddechem natury, uprzedzeniami rasowymi. Film
zmoczony deszczem, potem i krwią wydaje się niezwykle namacalny. To
arkadia rozwijającej się w powolnym tempie, niedostrzegalnej gołym
okiem choroby. Reżyserce w ekspresyjny, a jednocześnie prosty
sposób udało się zbudować przeczucie nadchodzącej śmierci.
niedziela, 23 lipca 2006, pravdan
|