agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
dzień Pigafetty


Natrętny komar wygonił mnie z leżaka, na którym przycupnęłam pod ołowianym niebem, w przerwie między kolejnymi falami deszczu. Zdejmuję kalosze, które R z szybkością torpedy wynosi na trawę przed domem, niech mokną. Pozbawiona takim sposobem obu łodzi ratunkowych, wracam do łóżka – na kołyszący się lekko pokład mojego frachtowca. Wiatr ustał zupełnie, nawet drżenie nie poruszy czubkami brzóz. Pogoda od rana pod psem. Dżdżyście. Pies uspokojony, że wszystkie przedmioty znalazły swoje miejsce i przeznaczenie, usnął przy prawej burcie, tam, gdzie oddaje się ostatnie honory bez zbytniego potrząsania dłońmi.

Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby nauczyć się szybko czytać. To musi być pomocne, zyskuje się sporo czasu, lepiej rozumie, o tym przynajmniej przekonują ulotki z reklamami kursów, porozrzucane tu i tam w kolejce skm. Zastanawiam się, czy ludzie, którzy nauczyli się szybko czytać, tracą zdolność zwykłego, wolnego czytania, albo czy – zdobywszy umiejętność regulowania szybkości w przód – potrafią też regulować ją w przeciwnym kierunku. Mnie na przykład - mimo, że czytam wolno - wciąż wydaje się, że czytam za szybko. Zdecydowanie za szybko przeczytałam “Pigafettę” Felicitas Hoppe. Po skończeniu książki miałam ochotę od razu zacząć ją czytać na nowo, od początku, wolniej, znacznie wolniej.

Ów Antonio, tytułowy Pigafetta, który kiedyś opłynął Ziemię na statku Magellana, a potem jako jedyny wyszedł cało z opresyjnej wyprawy, pisząc w dodatku dziennik pokładowy, jest całkiem miłym młodzieńcem. Choć – trzeba przyznać – dosyć niewyraźnym. Pigafetta to duch. Siedzi pod zegarem w kajucie Felicitas i uśmiecha się. Zaprawiony w bojach wilk morski też przecież kiedyś wszedł na pokład po raz pierwszy. Felicitas chyba nie jest damą, w każdym razie nie nosi sukienek, jest typową lądową szczurzycą, a jednak w finale zostaje kapitanką. Nie, nie zdradzam zakończenia, zakończenie jest zupełnie inne. Zaczęłam czytać rano. To dziwne, bo w nocy śnił mi się szczur.

Jestem ciekawa, co by się stało, gdybym “Pigafettę” przeczytała kiedyś, nie tak dawno, ale gdyby została przetłumaczona i wydana wcześniej, przed moim jedynym w życiu spotkaniem z prawdziwym marynarzem. No cóż, może wyglądałoby inaczej. Umówiliśmy się zimą, w lokalu o pomarańczowym kolorze. A – teraz to wiem - powinniśmy byli umówić się w lokalu niebieskim. Jak zwykle muzyka nie dawała dojść do słowa. Irytujący melanż koloru i dźwięku wzmógł moją niecierpliwość. Marynarz nie był w stanie zapalić nawet małej lampki na brzegu, i tak bym jej nie zobaczyła. Wtedy, a i dziś przecież – przyznaję, docierały(ją) do mnie tylko wielkie światła, rozpisane na chór latarń sygnały. Tępa jak tępy nóż wrażliwość. Wtedy - wciąż jeszcze zaciekawiona - pytałam, gdzie był i co widział. Był już w kilku miejscach na świecie, ale – zdawało się – albo podczas postoju statku w porcie w ogóle nie schodził z pokładu, albo ląd tak go onieśmielał, że nic nie mógł na nim zobaczyć. Marynarz nie miał o czym opowiadać, zbyt młody, zbyt krótko na morzu, by dojrzeć do opowiadania o niczym. Zbyt onieśmielony moimi nic nie wartymi, od niechcenia sypanymi z rękawa anegdotami o każdym z niewidzialnych dla niego miejsc. To pewnie było smutne, albo nudne. Oprócz pomarańczowych ścian, foteli i stolików, odbijających się w naszych oczach, na nic już w nich nie starczyło miejsca.

Pamiętajmy jednak, że Felicitas miała czas. Podróżowała dookoła świata statkiem, przewożącym kontenery o niewiadomej zawartości, z postojami w 20 portach średnio po 12 godzin. Ściany kajut z pewnością nie były pomalowane na pomarańczowo, a zdezelowane radio dała komuś w prezencie. Miała czas, by rozmawiać z pasażerami, pić z marynarzami i kupować im sznurowadła, by uczyć nowych stewardów czesania dywanów, wchodzić na maszt, nie patrząc w dół, czytać zakurzone magazyny i książki, ułożone w rozpadający się stosik w mesie, a także, by obserwować życie, które nie nadaje się do tego, żeby o nim opowiadać.

Ostatnio pływałam statkiem w Szanghaju. Statek był wycieczkowy, a podróż trwała 3 godziny. Płynęliśmy prosto, ku delcie rzeki i z powrotem, zostawiając za sobą metropolitarny Bund i pseudo-nowoczesny Pudong, po drodze mijając port, most, wielkie, puste blokowiska i udomowione barki. Było cudownie. Szanghaj to cudowne miasto, kolejny europejski sen. Rano wychodziłam z hotelu wprost w objęcia sprzedawczyni bananów, małych, obficie nakrapianych, ale pysznych, ułożonych w kopiec na przyczepce, doczepionej do roweru. Ulice w centrum są bardzo europejskie, wąskie, z wysokimi kamienicami, oplecionymi plątaniną kabli i girlandami suszącego się prania. Centrum dzięki ekspresyjnemu modernizmowi z lat 20, 30. przypomina Metropolis Langa. Moja ulica, jak pewnie i inne, od rana tętniła zwykłym, chińskim życiem. Wokoło parowały piramidy wyplatanych sitek z pierożkami.

W dniu, w którym wybrałyśmy się w ten rejs, kupiłyśmy sobie wielkie okulary przeciwsłoneczne. Byłyśmy jedynymi białymi na dolnym pokładzie, bo miałyśmy jak Chińczycy tańszy bilet. Ponieważ nie obce nam były podróże statkami, czy wodolotami po zatoce, od razu zajęłyśmy strategiczne miejsce pod gołym niebem na skrzynce z linami. Siedziałyśmy na swojej skrzynce, z uśmiechem obserwując białasów z górnego pokładu. Na zachętę dostali butelkę wody mineralnej i mogli wygodnie rozsiąść się na miękkich krzesełkach, ustawionych w słonecznych promieniach. W połowie drogi na naszą, odkrytą część pokładu wylegli Chińczycy. Zakochana para, pan w tyrolskim kapelusiku, wielopokoleniowa rodzina z prowincji, wszyscy mali, w zniszczonych skórzanych butach, z papierosami przyklejonymi do kącików ust. W drodze powrotnej górny pokład opanował cień. Białasów wymiotło pod dach, a Chińczykom pozwolono wejść na górę. Dumnie zajęli miękkie krzesełka, ćmiąc swoje śmierdzące papierosy. Zrobiło się chłodno, weszłyśmy do środka, K zasnęła z głową opartą na stole, a ja obserwowałam życie statku.


chiński Pigafetta po latach (foto: aszeffel)


wtorek, 10 lipca 2007, pravdan

Polecane wpisy

  • wróżba z fusów

    Azja z kawowych fusów grudzień 2010 (do kliknięcia)

  • miłość niszczy osobowość

    i co tu jeszcze dodawać? Vargowe: przemyślcie to. myślimy, myślimy... Viajo Porque Preciso , Volto Porque Te Amo

  • Dziura 2

    <!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } A:link { color: #000080; text-decoration: underline } --> Czy Dziura1 daje w

Komentarze
2007/07/11 15:56:48
A oczamy duszy pewnie widzisz lorda jima na pokładzie jadra ciemności wpatrzonego w nostromo.
Albo odwrotnie.
-
2007/07/11 19:41:05
oczamy duszy widzę różne rzeczy