|
Blog > Komentarze do wpisu
kraina różowych róż
Na Chiloe przypomniała mi się zabawa w śledzenie panów z jedną różą. Byli kiedyś wdzięcznym obiektem moich obserwacji. Panowie z jedną różą czekali na dworcach kolejowych, na których czekałam i ja. Śledziłam ich zza szyb pociągów, zachowując incognito przy pomocy zasłonki z napisem PKP. Interesowało mnie, na kogo czekają. Jak i co się stanie, kiedy czekać już przestaną. Czy będą chcieli moment krępującego wręczania przejść pospiesznie, czy też będą go smakować dłużej, zacniej, albo namiętniej. Czy zachowają świadomość, iż ta oto intymna w gruncie rzeczy chwila wystawiona jest na ogląd. Czy będzie im to przeszkadzało, paraliżując ruchy, czy nie. A w ogóle – kim są, jak wyglądają i jakiemu desperatowi może wpaść do głowy ów szalony pomysł, żeby - odwołując się do zużytej symboliki - dać komuś różę, jedną różę, szczyt pretensjonalności.
Na wszystkie strony trąbiłam, że nie znoszę róż. Ach... róże, róża, okropność! Irysy i kosaćce, anemony i jaskry, konwalie i frezje, goździki... ba! Nawet lewkonie i chryzantemy, nie mówiąc o patetycznych liliach, wszystkie one były o niebo lepsze od róż. Na Chiloe zwróciłam różom honor. Chiloe - wyspa magiczna, totemiczna, wyspiarsko osobna to kraina różowych róż. Ich krzewy rosną w każdym ogrodzie, na każdym skwerze. I zdaje się, że róże mają tam podobną moc co maki z opowieści o Dorotce i jej przyjaciołach, przemierzających krainę Oz. Chiloe-Oz delikatnym zapachem róż otumania. Sprowadza dziwne sny, prowokuje nie mniej dziwne myśli i przygody. W tym całym różanym rozgardiaszu znalazło się miejsce i dla pana z jedną różową różą. W tej historii pan z jedną różową różą wciska mi ją do ręki i zawstydzony niemal ucieka, szepcząc coś o sekrecie, którym już na zawsze ta różowa róża nas ze sobą połączy. I znika. Zostawiając mnie samą z różano-różowym sekretem, zasuszonym już teraz w moim notatniku, z czułą tajemnicą, ze wspomnieniem gestu, któremu nie mogę odmówić szczerości. No ale co oprócz śnienia na jawie i wąchania różowych róż można robić na wyspie Chiloe? Przede wszystkim odpoczywać - w spokoju, płynącym z odsuniętych od zgiełku końcówek świata, można podziwiać krajobrazy, oglądać zwierzęta. Już na samym początku, kiedy autobus z Puerto Montt do Castro pokonuje promem część trasy, biegniemy na pokład, żeby liczyć delfiny i foki, wynurzające się co chwilę z wody. Castro to największe miasto na wyspie, kilka ruchliwych ulic na krzyż, znane z kolorowych domów na palach. K domy na Chiloe słusznie nazywa „szopami”. Szopy kryte są zwykle malowanym kolorowo gontem lub blachą. Chiloe jest po prostu pięknym miejscem, choć źródło tego piękna tkwi w zwykłości. W codziennej pustce, w zieleni wzgórz, na których pasą się krowy, w surowym bezmiarze oceanu, w powolnym rytmie, któremu wszystko się poddaje. Chiloe to jedna wielka wieś rybacka, otoczona siecią żwirowych dróg. W Achao wczesnym niedzielnym popołudniem można znaleźć to, co dla niej najbardziej charakterystyczne. Wyludnione ulice, stary drewniany kościółek, niewielki skwer z ławkami pośród róż, mały rękodzielniczy targ, gdzie sprzedaje się kosze na ryby, zwoje wodorostów, robione na drutach czapki, skarpety, peleryny, restaurację w „szopie” nad morzem, gdzie można zjeść słynne curanto - małże w muszlach gotowane razem z mięsem, ziemniakami, kukurydzianymi plackami, psy, z zadziwiającą jak na tę porę roku żywotnością, goniące ptaki, samotny namiot na plaży. Piasek jest tu gruby, szorstki, szarego koloru. Z Ancud małym busem można się wybrać nad ocean, a potem łodzią na pingwinowe (fotograficzne) safari. W Cucao – przekroczyć granicę parku narodowego, chodzić po gęstym nadmorskim lesie, po szerokich, pustych, przewianych surowymi oceanicznymi wiatrami plażach, rozbić namiot nad krystalicznie czystym jeziorem. Na Chiloe zostaliśmy niewiarygodnie długo – 3 pełne dni z kawałkiem. Taki postój musiał mieć swoje konsekwencje. Odpoczęliśmy. Zadomowiliśmy się. Zaprzyjaźniliśmy. K twierdzi, że to jest nawet lepsze od miast. Co? No, pobyć gdzieś dłużej, obserwować napięcia, relacje, spotkania, dodając do siebie nieprzypadkowe zbiegi okoliczności. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Korzystając ze wskazówek i adresów Chilijczyka, które próbowały nas w naszej podróży via e-mail dogonić, na miejsce postoju wybraliśmy hostel Torre de Babel. Nie mieliśmy rezerwacji, ale na dworcu autobusowym w Castro otoczeni przez hostelowych naganiaczy, cierpliwie tłumaczyliśmy, że my już jesteśmy zajęci, że z nas już pożytku żadnego mieć nie będą. Nie dając za wygraną, hostelowi naganiacze przekonywali, że rekomendowane przez nich miejsca są i bliżej, i naturalnie lepsze, a my – nie wiadomo dlaczego tak stanowczy – szliśmy dalej, kierując się ku – jak się wydawało - końcówce miasta, na ulicę O'Higgins 965. Kiedy już całe miasto wiedziało, dokąd zmierzamy, dogonił nas chłopak na rowerze, który też stał na dworcu, ale wcześniej nas nie zaczepił. Teraz wręczył nam wizytówkę hostelu Torre de Babel i otworzył przed nami z uśmiechem drzwi. To był Eduardo. Chwilę potem poznaliśmy Luisa. Kiedy patrzyłam na obu przyjaciół, tak różnych, przypominała mi się chilijska „Machuca” (2004, reż. Andrés Wood), opowieść o przyjaźni Gonzala i Pedra, wystawionej na próbę przez burzliwą chilijską historię. Akcja filmu rozgrywa się w 1973 roku, kiedy władzę w kraju, dotąd sprawowaną przez rząd Salvadora Allende, przejmuje hunta wojskowa. Pochodzacy z różnych warstw społecznych, z różnych grup etnicznych, spotykają się w prywatnej, katolickiej, anglojęzycznej szkole, której dyrektor – ksiądz z lewicowymi poglądami - funduje stypendia dla kilku chłopców ze slamsów Santiago. Reżyser (rocznik 1965) scenariusz filmu, pokazujący oczami jedenastolatków paradoksy tamtych trudnych lat, oparł na własnych doświadczeniach. Eduardo i Luis należą do innego pokolenia, nie przekroczyli trzydziestki, ich doświadczenia musiały być inne, jakie? Tego nie wiem. Nasze rozmowy, napotykając barierę językową, gładko prześlizgiwały się po różnych powierzchniach. Luis – niski, długowłosy blondyn z niebieskimi, lekko załzawionymi oczami – pojawiał się każdego ranka, obojętnie jak wcześnie byśmy nie wstali, w swojej czerwonej bluzie, z siatką pełną ciepłych bułek. W kapturze nasuniętym na głowę wyglądał jak mały czerwony duszek. Robił nam orzeźwiajacy owocowy koktail, kroił ser, włączał jakąś indiańską muzykę, czekając aż słońce - przyczajone za drzewami – nagle, w ciągu sekundy pojawi się w całej okazałości na niebieskim niebie. Był bardzo hippi. Przedstawiając się, unosił w górę dwa palce na znak swojego nad losem zwycięstwa. Był przybyszem, nie stąd, zostawił za sobą jedno z dużych miast i chyba jakąś tajemnicę, którą nadal w sobie nosił. Potrafił pięknie i szeroko się uśmiechać, by po krótkiej chwili przejść w stan mrocznej powagi. Co ciekawe, kiedy po raz pierwszy przekroczyliśmy próg jego hostelu i w środku siesty narobiliśmy hałasu, a Luis opowiadał, co może nam zaoferować, pamiętam, że po domu kręciła się mała dziewczynka z długimi, lekko kręconymi blond włosami, uderzająco do Luisa podobna. Od razu pomyślałam, że to jego córka. Nie byłoby to wcale takie dziwne, gdyby nie fakt, że więcej już jej nie zobaczyłam, a poza tym – nie widział jej nikt oprócz mnie. Luis mieszkał w szopie tuż obok kuchennych drzwi. Wieczorami przychodził do salonu, wypytywał wszystkich, gdzie byli, co robili, nigdy nie narzucał się ze swoim towarzystwem, raczej czekał na odpowiedni moment, by dosiąść się z piwem do rozgadanej grupy. Towarzyszył mu Eduardo. Oto prawdziwy Chilijczyk – tak mówił o nim Luis. Wysoki, przystojny chłopak o śniadej cerze, z czarnymi, kręconymi włosami i delikatnym głosem, jakby mówiąc zaledwie muskał słowami powietrze. Biolog morski, lat 27, nie mówiący po angielsku. Uważał, że wszystko, co najważniejsze, dzieje się w oku, mirar – powtarzał. Powinnam była przyznać mu rację, skoro podróżując taką właśnie przyjęłam strategię. Patrzę, chwytam, a to, co się mojemu oku opiera, muszę sobie zostawić na później. K twierdziła, że to jest dom bez kobiet. Nie raz widywaliśmy, jak idą ulicą we trzech - Luis i Eduardo, a między nimi niski, starszy mężczyzna, który był chyba ojcem Luisa i zapalonym filmowcem, swoją kamerą rejestrował hostelowe fiesty w sobotnie wieczory. Oprócz nas, najbardziej jednak absorbujących uwagę właścicieli, w Torre de Babel mieszkali też inni turyści. Spora grupa Chilijczyków, były żołnierz z Nowej Zelandii, angielski tree researcher, któremu szczerze zazdrościliśmy niebezpiecznej pracy, skazującej go na 6-miesięczne wakacje, przez pozostałą część roku w Anglii, Południowej Afryce, czy innej Australii ścinał spróchniałe drzewa, zagrażające domostwom, a teraz wybierał się do Peru. Po domu biegały koty. Z Chiloe wyjeżdżaliśmy poruszeni. Życzliwością ludzi, krajobrazem. Wielością mało istotnych na pierwszy rzut oka widoków, z których składa się tamtejsze życie. Twarzami mężczyzn, oglądających mecz w knajpie, w której piliśmy piwo. Trzęsącymi się lekko rękami starego kelnera z restauracji nad zatoką, który dwoma łyżkami, elegancko nałoży nam bułki na talerze. Transakcjami na nabrzeżu, po których kobiety odchodzą z rybimi ogonami w dłoniach. Pogrążonymi we śnie, nieruchomymi psami, które rozłożone na samym środku dworca autobusowego są uważnie omijane przez setki ludzi. Pożegnaniem Luisa, który skoro świt wyjdzie z nami przed dom, uściska, życząc szczęśliwej dalszej podróży.
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() cdn.
czwartek, 03 kwietnia 2008, pravdan
Komentarze
2008/04/04 10:09:07
no właśnie toto sprzedaje się wszędzie w zwiniętych wiązkach i często jest też ozdobą kuchennej boazerii, jak u nas czosnek wiszący, nie odważyliśmy się spróbować, chociaż Radek - lubiący eksperymenty - był bliski, chciał kupować, gotować... Gośka mu to wybiła z głowy, przeczuwając rezultat
Gość: mleko, 149.156.60.19*
2008/04/17 14:18:51
Jedno z tych zdjęć przypomniało mi, że zostałem kiedyś zaatakowany przez owe algi: chile.blox.pl/html/1310721,262146,169,170.html?8,1
Powodzenia! |
Bardzo lubie cochayuyo.