agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
brak słów

Z Krakowa przywiozłam antologię tekstów stypendystów Willi Decjusza, wydaną przez korporację ha!art - „Ludzie, miasta. Literatura Białorusi, Niemiec, Polski i Ukrainy” (Kraków 2008). Zaintrygował mnie tytuł. Potem nazwiska. Wiele nieznanych. Wśród znanych niemiecka pisarka Juli Zeh, której książka „Cisza jest dźwiękiem: Podróż po Bośni” (Znak, Kraków 2004) podobała mi się. Zastanawiałam się wtedy, czy pies, z którym Juli podróżowała po powojennych Bałkanach, był prawdziwy, czy wymyślony. Tym razem Juli jedzie do Krakowa, a do Łodzi wysyła Theo. Theo jest wymyślony.

To jej pisanie ma w sobie jakąś taką fajną energię. Akcję opowiadania „Theo, jedziemy do Łodzi!” umieszcza w światach równoległych: w jednym z nich pisze opowiadanie o Theo, korzystając z pomocy F., który ciągle jej w tym pisaniu przeszkadza, więc ona ciągle każe mu sprawdzać coś w internecie i opowiadać o historii miasta, w drugim – Theo ogląda Łódź, do której z jakiegoś powodu zawsze chciał pojechać i się w niej zgubić, a nawet w niej zamieszkać. To dosyć oniryczna sceneria, surrealistyczna wycieczka. Theo wciąż czuje zęby historii na karku, bo w tym mieście - jak pisze Juli, choć mówi to F. - „historia nie jest zamknięta w pomnikach, gablotach ani w muzeach na wolnym powietrzu. Biega dokoła nieujarzmiona i łapie każdego, kogo zechce”.

A potem Juli już samodzielnie w opowiadaniu „Brak słów” udaje się do Krakowa. Najpierw z S. postanawiają jechać tam pewnej przedsylwestrowej nocy. Taka fanaberia. Po wielu godzinach jazdy samochodem trafiają do wychłodzonego miasta jak z czeskiej baśni, owiniętego w mgłę, wypełnionego ludźmi. Nie mogą znaleźć noclegu, nocują w betonowym niewykończonym wnętrzu hotelu, z którego nad ranem uciekną w lodowaty mrok i na granicy polsko-niemieckiej zepsuje im się samochód. Kraków skojarzy jej się wtedy z miejscem, w którym jest zawsze ciemno i mgliście, a domy, jak tylko się odwrócisz, zamieniają się miejscami. Ale nie chce odkrywać i zgłębiać jego tajemnicy, chce cieszyć się pięknem jej woalu. Jedzie do Krakowa ponownie na 3-miesięczne stypendium, mieszka na obrzeżach miasta i prawie się stamtąd nie rusza. Pisze powieść i ogląda czarno-białe zdjęcia syna właścicieli domu, od których wynajmuje pokój. W końcu się w nim zakochuje, choć ani ona nie zna polskiego, ani on niemieckiego. Zakochują się w sobie bez słów.

Juli w miarę upływu czasu uczy się polskich słów. Najpierw to będzie: „załamanie światła”, „tło”, „cień”, „zanik konturów”. Potem: „melodia języka”, „księżycowa noc”, „grunt, że jesteśmy razem”. Na koniec: „zobaczymy”, „jasne, że kiedyś muszę wrócić” i „jest, jak jest”. Wreszcie pewnej nocy jej polski kochanek znika. „Praca nad powieścią posuwa się szybko – napisze Juli w samotnym mieszkaniu – ze względu na nią nie mogę zawrócić czasu. Tutaj nie nastanie już jesień, nie mówiąc o zimie. Godzina wystarcza, aby spakować ostatnie miesiące do neseserów”. A jednak w tej swojej miłosnej podróży nie zapomina o samym mieście, po którym nie raz przyjdzie jej się w końcu wałęsać.

Nikt ze mną nie rozmawia, ponieważ jestem Niemką i zbyt dobrze znam angielski. Dlatego mam czas. Nikt nie opowiada mi legend, a jednak je poznaję, bo wzniesione jest z nich całe miasto. Poznaję opowieści o wieżach Kościoła Mariackiego, które zbudowali dwaj konkurujący ze sobą bracia, i o gołębiach, będących właściwie zaczarowanymi rycerzami. Opowieści o krukach, które dały nazwę Krakowowi i które w czasach pogaństwa, jako że tory lotu tych ptaków przepowiadają wszelkie losy, mieli w swojej pieczy kapłani. O każdej pełnej godzinie urywa się w środku hejnał wygrywany przez trębacza, z tyłu na głównym ołtarzu Wita Stwosza stoi żółta ciżemka. Nad wejściem do Sukiennic dynda sztylet, a jedna z twarzy wyrzeźbionych na kasetonowym suficie w Sali Poselskiej ma zakneblowane usta. Uczę się odchylać głowę, uczę się czytać miasto. Zapominam dźwięku własnego głosu”.

Juli Zeh, "Brak słów", [w:] "Ludzie, miasta. Literatura Białorusi, Niemiec, Polski i Ukrainy", red. Piotr Marecki, Renata Serednicka, Igor Stokwiszewski, korporacja ha!art, Kraków 2008






wtorek, 28 października 2008, pravdan

Polecane wpisy

Komentarze
2008/10/28 18:03:12
No to skan opowiadania poprosimy.
-
2008/10/28 19:17:34
jakieś sentymenty?
-
2008/10/28 23:10:46
Zaciekawilas mnie. Lubię niespodziewane wyjazdy w noc przedylwestrową, gdy mgła i diabeł mówi dobranoc.

-
2008/10/29 13:34:32
wysyłam, tylko proszę mi potem nie stękać, że rozczarowanie, zła czcionka, złe tłumaczenie, banalni bohaterowie, miasto nie to, niespodzianka niewypał i w ogóle
-
2008/10/29 17:41:41
Dziękuję.
Nie doszło.
Przyrzekam, że nie będę stękal na temat jakości papieru.
-
2008/10/29 17:43:09
(czy niechcący napisałaś o wadach opowiadania?)
-
2008/10/29 18:32:23
doszło
-
2008/10/29 22:39:10
Przypomina mi "Dark City" Proyasa; nie wiem dlaczego.

Warto kupić resztę opowiadań?

stękanie/on - dlaczego poster, a nie plakat? - stękanie/off
-
2008/10/30 10:32:59
wiesz dobrze, Roman, że akurat Tobie nie udzielam rad w tej kwestii
-
2008/10/30 10:33:16
z zasady
-
2008/10/30 16:29:56
Phi!
-
2008/10/30 20:39:03
masz wymagania, którym nie potrafię sprostać
-
2008/10/31 19:50:27
Ostatnio okazało się, że potrafisz pięknie sprrostać.
-
2008/10/31 20:56:49
Roman... po latach starań.. uffff
-
2008/11/06 11:49:50
czy ja też mogłabym mieć prośbę skanową? bardzo zaciekawiło mnie to opowiadanie. może dlatego, że też bym tak chciała, tylko w odwrotną stronę. no i też mam takie poczucie, i nie tylko poczucie, że można się w kimś zakochać. bez słów.
pozdrawiam


[wiatr.anna@gmail.com]
-
2008/11/06 13:18:22
poszło
-
2008/11/06 23:40:22
pięknie dziękuję :-)