|
Archiwum
O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
|
wtorek, 17 listopada 2009
poniedziałek, 16 listopada 2009
2/7
Jacek Dominiczak po trzech latach nieobecności w Gdańsku zaprasza na nową serię wykładów otwartych zatytułowanych „siedem wykładów dialogicznych”, które przedstawiają stan zaawansowania prac nad dialogiczną formułą architektury.
wykład 2 : Dialogiczna formuła przestrzeni architektonicznej wykład odbędzie się w środę, 18 listopada 2009, o godzinie 18:00, w audytorium akademii sztuk pięknych w gdańsku na targu węglowym 6.
niedziela, 15 listopada 2009
dużo filmów w listopadzie
Żałuję,
że nie zobaczę urugwajskiej „Hiroszimy” w reżyserii Pablo
Stolla, to jego pierwszy film po samobójczej śmierci
przyjaciela Pablo Rebelli, z którym nakręcił „25 watów”
i „Whisky”; irańskiego filmu „Nikt nie rozumie perskich kotów”
(No One Knows About Persian Cats) Bahmana Ghobadiego, kolejnej
odsłony podziemnego życia Iranu, tym razem reżyser pokazuje scenę
muzyczną Teheranu, undergroundowe środowisko rockowych i heavy
metalowych zespołów, których istnienie w Iranie jest
zakazane. „Liban” Samuela Maoza będzie w dystrybucji. No i
jeszcze nie zobaczę tureckiej „Innej modlitwy” debiutanta, który
został okrzyknięty wielkim nowym talentem - Mahmuta Fazila Coşkuna,
o miłości niemożliwej muzułmanina i chrześcijanki na tle
współczesnego Stambułu. Hmm... ciekawostką warszawskiej odsłony jest filipińska „Melancholia” reż. Lav Diaz, osiem godzin projekcji. Diaz - jak piszą organizatorzy - to wyjątkowy twórca, człowiek renesansu i eksperymentator, powszechnie uznawany za „ojca chrzestnego” Nowego Kina Filipińskiego. Składający się z trzech części, film opowiada o trójce bohaterów – zakonnicy, prostytutce i jej alfonsie, stając się medytacją na temat miłości, życia i cierpienia. Film został zrealizowany w konwencji naturalistycznej, włącznie z odważnymi scenami erotycznymi. Program w gdańskim ŻAKU 25.11 śr
18.00
12 kwiatów lotosu (12 Lotus) reż. Royston Tan, Singapur 2008
no, będzie się działo Borys Lankosz: Czuję trop obcości
Och, żeby tylko nam się nie zepsuł, obsypany komplementami, nagrodami i nominacjami do nagród, taki świeży i myślący, i uśmiechnięty, albo poważny, idący za rękę z chińską dokumentalistką, która jakby przed chwilą zeszła z planu superprodukcji z fruwającymi w powietrzu wojownikami, on wreszcie zrzuca sweterek w serek, stawia włosy na żel, żeby nikt nie pomyślał, że jest „starym malutkim”, i mówi, mówi, mówi, ciekawe rzeczy mówi:
-
Zawsze starałem się myśleć o świecie innych, a mniej się
skupiać na swędzeniu własnego nosa, choć to przywilej młodości.
Po szkole filmowej skończył się parasol ochronny. Spotykam Marcina
Koszałkę. Obydwaj jesteśmy z Krakowa. Jestem jednym z pierwszych
widzów "Takiego pięknego syna urodziłam". Film
Koszałki o relacjach z matką robi na mnie ogromne wrażenie,
zaprzyjaźniamy się. "Mam pewien temat, z którym nie
umiem sobie poradzić - mówi Marcin. - Dom Pomocy Społecznej
w Ojcowie imienia Brata Alberta, chciałbym ci to pokazać".
Opieram się - tyle już było o tym filmów. Ale jedziemy.
Zima. Wieczór. Ojcowski Park Narodowy, jak z bajki. I nagle
pojawia się "dom zły" - nieotynkowany, okropny, czuję,
że bije z niego jakaś niepokojąca energia. Marcin wprowadza mnie
bez uprzedzenia. Widzę kilkudziesięciu głęboko upośledzonych
mężczyzn, starców, niezwykle pobudzonych, może dlatego, że
pod wieczór przestały działać proszki, którymi ich
faszerowano. To było jak uderzenie w twarz. Jestem wychowany w
szacunku dla inności, a jednak w pierwszym momencie nie umiem
dostrzec w nich ludzi. I to mnie tak boli, że chcę uciec z tego
miejsca. Wytrzymałem dziesięć minut. A Marcin jeździł tam
wielokrotnie, robił zdjęcia. Nie wiedział tylko, jak zrobić z
tego film. Wykorzystujesz
doświadczenie dokumentalne w fabule? Borys Lankosz. Gra o wszystko - rozmowa z reżyserem, DF 12.11.2009 >> Nominacje do Paszportów Polityki - film >>
piątek, 13 listopada 2009
wszystko się wyjaśni
Otóż czytamy: "Fotoplastikon", najnowsza książka Jacka Dehnela, to zbiór stu miniatur prozatorskich towarzyszących starym fotografiom, znalezionym przez autora na pchlich targach i w antykwariatach. Dehnel skupia się w "Fotoplastikonie" na anonimowych twarzach, dziwacznych przedmiotach i elementach krajobrazu, by snuć na pół realne, na pół fantastyczne historie. Dopowiada szczegóły nieobjęte kadrem i ożywia świat unieruchomiony na zdjęciu. Przybliża obyczajowość minionych epok poprzez drobiazgowe opisy i stylizację języka. Daje popis erudycji i wrażliwości, która za martwymi fasadami każe się doszukiwać prawdziwych emocji. Oraz że: W środę 18 listopada o godz. 17 w Bibliotece Głównej na Targu Rakowym Jacek Dehnel, podczas spotkania z czytelnikami, opowie o książce "Fotoplastikon", a rozmowę wzbogaci pokaz slajdów.
środa, 11 listopada 2009
pocałuj mnie...
Właściwie mi nieznany Jacek Dehnel, zdecydowanie jak dla mnie za młody, żeby brać go poważnie, za bardzo wystylizowany, bo proszę państwa kto dziś chodzi z laptopem pod pachą i laską w dłoni, popełnił rzecz zabawną i koszmarną jednocześnie w obiecującej antologii „Wolałbym nie” pod redakcją Grzegorza Jankowicza (Ha!art 2009). Jak na razie bardzo mi się podoba, to tzw. literatura sprzeciwu, której inspiracji udzieliła postać z noweli Hermana Melville'a „Bartleby, skryba. Opowieść z Wall Street” - ów Bartleby, który stał się symbolem biernego buntu, kruszącego podstawy systemu, człowiekiem jednego agramatycznego zdania – wolałbym nie - właśnie. Jedynymi obrazkami w książce są te, ilustrujące teksty Dehnela (5 tekstów), wśród nich okropne zdjęcia stereoskopowe wytrzeszczonych chorych gałek ocznych z kolekcji profesora Karla Wessely – München, 1930, ale... naprawdę zostawmy ten koszmar wprost z morfinicznego majaku pochodzący i przejdźmy do tak ulubionego przez autora szperania w starych kufrach. Otóż, znalazł był on ciekawe stare zdjęcie i zadedykował mu utworek, napisany – ooo... - tuż obok, bo w Gdańsku Oliwie, zatytułowany „Autor, autor!”. Cytuję, bo fajny, niech się święto święci: „Nie chodzi o autora zdjęcia – za sprawą pieczątki (Ed. Kowalewski fotograf Bydgoszcz, Św. Jańska 8) wiemy doskonale, w czyim atelier pstryknięto i odbito na papierze fotograficznym Leonar tę krzepką postać: rozległy dekolt wbity w coś pomiędzy zbroją walkirii a rozbudowanym, wyszywanym cekinami biusthalterem na kokardach; powyżej iście posągowa głowa, poniżej równie posągowe biodra i nogi. Może to lokalna śpiewaczka operowa w stroju Carmen i stąd ten szylkretowy grzebień we włosach i sznury czarnych paciorków? Albo, jeśli nie sama Carmen, to przynajmniej jedna z chórzystek, która u boku Carmen 'tytuń mnie' (i upycha w gilzach) 'całe boże dnie, od dzisiaj dość, od dziś już nie'? Ech, na to chyba za mało falban, spódnica, prawdę mówiąc, wygląda jak halka. Ale nie o Halkę chodzi, zostawmy więc operę – a nuż to po prostu miłośniczka oryginalnych strojów: dzikich, złotych szamerowań, futrzanych boa i kunsztownie upiętych fryzur? Istniał może nawet autor tej - nieco, przyznajmy, śmiałej – stylizacji, ale to nie urywek sesji z 'Wysokich obcasów', więc źródło milczy; zresztą to nie ten autor mnie interesuje, to nie jego wywołuję zza kulis okrzykami 'Autor, autor!'. Chodzi o autora podpisu: z tyłu, pod pocztówkową liniaturą i pieczątką fotografa ktoś wypisał fioletowym ołówkiem 'Pocałuj mnie w dupkę!'. Zemsta? Odtrącony kochanek, zdradzony mąż, córka przez całe lata zatruwana niekończącymi się narzekaniami i pretensjami, maltretowana synowa, ktoś, kto w zaciszu własnego pokoju wyciągnął zdjęcie z albumu czy szkatułki i wypisał wiadome słowa, chichocząc złośliwie? Gdzieżby, 'dupka' jest zbyt pieszczotliwa, zwłaszcza że, jak widać – było co całować i o żadnej minidupce nie może być mowy. A zatem ona? To ona poszła do atelier w stroju śmiałym, to ona obnażyła zalotnie ramiona wielkości połcia słoniny, to ona zrobiła marsową minę, a potem, odebrawszy odbitkę, wypisała wiadome słowa i posłała nieznośnemu mężowi czy nielojalnemu kochankowi (kochance może?), chcąc go (ją może?) obrazić? Ech, pieszczotliwość 'dupki' skłania mnie do odmiennego sądu w tej kwestii! Zatem flirt? Na to za mało zaproszenia w oczach; trudno kusić pozą żeliwnego przycisku do papieru 'Dragon napoleoński'. Zostaje nieprzenikniona mina i równie nieprzenikniony napis; patrzy na mnie, patrzącego, zgadującego nieudolnie, i mówi: 'Pocałuj mnie w dupkę!'” Gdańsk Oliwa, 6 października 2008 (chcę zeskanować skubane zdjęcie, ale jakby się umówili, dupka w dupkę, skaner mówi, że jest zajęty i drukuje sobie niebieskie szlaczki, literatura sprzeciwu, ot co!)
wtorek, 10 listopada 2009
zmieniła fryzurę, ale nie styl
Coś z Williama Blake'a w Kotlinie Kłodzkiej, pastisz thrillera ze zwierzętami w rolach głównych, i z ludźmi, których nie można brać poważnie, z czeskim rajem i z astrologią oraz ze starą wariatką Janiną Duszejko: O.T.: „W postaci starszej kobiety, którą świat spycha gdzieś na margines życia społecznego, tkwi ogromny potencjał. Zawsze mnie takie postaci niezwykle poruszają. W Warszawie, gdzieś w okolicy ulicy Kubusia Puchatka, jest taka pani, która karmi koty. Idzie z reklamówkami, a koty wybiegają do niej z wszelkich możliwych dziur i piwnic – czekały na nią. Wokół niej tętni życie stolicy, jeżdżą autobusy, pracuje giełda, sądy ogłaszają wyroki. A ona pojawia się z tymi siatami wśród zwierząt i wokół niej czas zatrzymuje się. I to jest moment epifanii, oto bogini Artemida, oto Demeter, która wygląda jak stara kobieta o lasce, z dwoma siatami jedzenia dla psów i kotów”.
(do
kliknięcia turecka Janina Duszejko, prawie jak polska)
O.T.: „Bardzo
mi zależało, żeby Duszejko budziła dobre uczucia, żeby książka
była zabawna, żeby zrównoważyć mrok humorem, to nic, że
nieco czarnym. Dlatego tę dość mroczną przecież historię
opowiadam z dystansem, choć przecież ona ma absolutnie
tragiczny wymiar. Dzisiaj ludzie boją się mówienia serio, na
poważnie. Wolą ironię i chłód. Nie ufają własnemu
wzruszeniu ani gniewowi. Cenię ironię, uważam, że jest najlepszym
probierzem inteligencji, ale używana ponad miarę, na przykład do
obśmiewania rzeczy, które są ważne i bolesne, staje
się złą inteligencją. Moi bohaterowie są raczej naiwni, i –
jak mówią o sobie – bezużyteczni, nie zrobili karier,
nic nie osiągnęli, to nieudacznicy i dziwolągi. Ale
przynajmniej zdają sobie z tego sprawę i nie udają
nikogo innego”.
wywiad z Olgą Tokarczuk w Polityce >>> a książka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” w przedsprzedaży >>> Entuzjastki poszły w Polskę
14 listopada w Świetlicy Krytyki Politycznej w Trójmieście przy ul. Nowe Ogrody 35 w Gdańsku (II piętro, vis a vis Szpitala Wojewódzkiego) odbędzie się pokaz filmu „Podziemne państwo kobiet” filmowej grupy Entuzjastki. Na razie godziny nigdzie nie mogę znaleźć. Filmowi jak zwykle będzie towarzyszyć dyskusja, w której wezmą udział: Kinga Dunin, Ewa Graczyk, Natasza Szutta oraz Małgorzata Tarasiewicz. Spotkanie poprowadzą Katarzyna Fidos i Marcin Chałupka. Film już widziałam w Warszawie, ale nie mogłam zostać i posłuchać dyskusji, a one są najciekawsze, bo to jest film na pewno prowokujący. To była któraś już z kolei projekcja w stolicy. Podobno po premierze w połowie października, po której w Muranowie spotkały się Agnieszka Holland, Joanna Kluzik-Rostkowska, Izabela Jaruga-Nowacka, Helena Łuczywo i Agnieszka Grzybek, zawrzało, zabulgotało jak w garze czarownicy. Jestem pro-choice, film mnie nie zaskoczył. Składa się na niego historia przegranej sprawy, opowiedziana przez działaczki ruchu kobiecego, walczące o zmianę „kompromisowej” ustawy antyaborcyjnej i co najważniejsze - historie osobiste, opowiadane przez kobiety, które dokonały aborcji w podziemiu. O przegranej wojnie o język, na której giną kobiety, czytałam u Agnieszki Graff w świetnym tekście „Znikająca kobieta – czyli polskie rozmowy o prawie do aborcji” (Świat bez kobiet, WAB II wydanie z 2008). Bardzo polecam też doskonałą i przejmującą książkę Kazimiery Szczuki „Milczenie owieczek. Rzecz o aborcji” (WAB 2004), którą połknęłam jak słodko-gorzką pigułkę w jeden dzień, o historii ruchu pro-choice w Stanach, Francji i w Polsce.
Dyskusja na łamach Feminoteki: Wanda Nowicka: Odczuwanie dylematów moralnych oznacza przede wszystkim to, że kobieta jest podmiotem moralnym, tzn. jest zdolna do podejmowania decyzji i ma prawo podejmować decyzje moralne, tzn. że musi wybierać między różnymi wartościami, jak chcą niektórzy, między mniejszym i większym złem, jak mówią inni. Nikt nie twierdzi, że zdolność i prawo do podejmowania decyzji, bardzo często niezwykle trudnych, czyni nas szczęśliwszymi. To tylko czyni nas podmiotami, dzięki czemu mamy kontrolę nad naszym życiem, ale też ponosimy konsekwencje, nie zawsze przyjemne, własnych decyzji. Dlatego też w publikacjach i działaniach Federacji domagałyśmy się raczej prawa do decydowania, niż prawa wyboru, bowiem wybór zakłada aspekt pozytywny, że wybieramy między pożądanymi dobrami, o czym w przypadku aborcji trudno mówić. Tymczasem decyzja zawiera w sobie wszystkie negatywne aspekty decydowania o sobie i swoim życiu, to jest że często musimy podejmować decyzje niezwykle trudne przy bardzo ograniczonym wyborze. Agnieszka Grzybek: Podziemne państwo kobiet ma
szansę odegrać rolę katalizatora zmiany. Wiele, wiele lat temu
Betty Friedan, ikona amerykańskiego feminizmu, stwierdziła, że
język debaty publicznej o prawie do aborcji zmieni się dopiero
wówczas, kiedy kobiety przemówią własnym głosem,
kiedy zaczną mówić o swoich doświadczeniach (jej słowa
przytaczam za książką Agnieszki Graff Świat bez kobiet). I
nie chodzi tu bynajmniej o spektakularne coming outy aborcyjne,
chodzi o podzielenie się z innymi własnymi przeżyciami, o
powiedzenie, jak jest naprawdę. W Polce na wiele lat ta możliwość
została kobietom odebrana. Zostały zepchnięte do podziemia,
relegowane do strefy wstydu, mroku i milczenia. Jedna z komentatorek
występujących w filmie – Rebecca Gomperts, założycielka
holenderskiej fundacji „Kobiety na falach”, która w 2003
roku przypłynęła do Polski na statku Langenort, by przeprowadzić
kampanię na rzecz prawa do wolnego wyboru, celnie zauważyła, że
polscy ustawodawcy postąpili nader sprytnie, decydując się na
niekaranie kobiet, lecz karanie osób pomagających im w
przerwaniu ciąży, w ten sposób odcinając kobiety od pomocy
i poczucia elementarnego bezpieczeństwa. Kobiety zostały ze swoim
problemem same. Wszyscy umyli ręce. Były, oczywiście wcześniej
próby upublicznienia głosów kobiet, ale choćby i
najcenniejsze wydawnictwa organizacji pozarządowych pozostaną
niszowe i nie przebiją się do szerszej publiczności. Dlatego ten
film, pokazywany w wielu miastach w Polsce, który być może
trafi do stacji telewizyjnych, a na pewno do Internetu, ma szansę
zmienić tor debaty o aborcji w Polsce. (...) mamy teraz Podziemne państwo kobiet, które jest szansą na budowanie poparcia dla zmiany ustawy. Warto tę okazję mądrze wykorzystać, warto pozyskiwać, a nie zrażać potencjalne sojuszniczki i sojuszników, warto posłuchać, co jest na skali między pro choice i pro life, i tam szukać wsparcia. Wsparcia albo dla obywatelskiego projektu ustawy o świadomym macierzyństwie albo dla referendum w sprawie prawa do przerywania ciąży. Kasia Michalczak: Miałyśmy porozmawiać o tym, że aborcja w Polsce JEST. Bo my nie mamy rozważać, czy też by może tę aborcję tak sobie wprowadzić. Film Ani i Claudii pokazał to, co wszystkie dobrze wiemy: że aborcja jest powszechnie w naszym kraju przeprowadzana. Co więcej, pokazał właśnie, że „przyczyny społeczne” to nie tylko cieknący dach, brak butów na zimę i mąż alkoholik. Ten film pokazał, że są kobiety, które robią ją sobie nie dlatego, że „nie mogą” mieć dziecka, tylko dlatego, że go NIE CHCĄ. Jak słusznie zauważyły panie zaproszone na debatę, są to też kobiety inteligentne, a więc, dzięki dostępnym im osiągnięciom wiedzy medycznej potrafiące ogarnąć umysłem to, co się dzieje w ich brzuchu; umieją doskonale przedstawić sobie, że nowy byt rozwijający się w ich macicy to potencjalny, że odwołam się do popularnej zagadki obrońców i obrończyń życia poczętego, Beethoven. I mimo to aborcja jest dla nich mniejszym złem.
piątek, 06 listopada 2009
poniedziałek, 02 listopada 2009
Bora
Bora, ludzie boa. Fotografia i wiedza etnograficzna w opisie świata obcych. Perspektywa antropologiczna Zapraszają na spotkanie i rozmowę o fotografii z antropologiem
kulturowym, promotorem sztuki i kultur Amazonii Markiem Wołodźko.
Muzeum Narodowe w Gdańsku 5 listopada 2009 godz. 18.00 Wstęp wolny!
Odmienne konteksty kulturowe, szczególnie te dotyczące kultur innych
poznajemy na ogół w sposób zapośredniczony za pomocą trzech mediów: obrazu
(fotografii, filmu), w sposób dyskursywny (w opisie literackim lub naukowym) lub
poprzez osobiste doświadczenie (byłem, widziałem, wiem): osobiste doświadczenie
jest również zapośredniczone/mediowane przez paradygmat okularów własnej
kultury.
We współczesnej kulturze rola wizualności, obrazu, fotografii
ma swoją ustabilizowaną rolę i miejsce: bez obrazowanej rzeczywistości nie
pójdziemy na ambitny film, nie przeczytamy książki roku, nie wybierzemy
najodpowiedniejszego polityka czy nie będziemy chcieli mieszkać w przestronnych
i jasnych mieszkaniach. Rola obrazu/fotografii jako nośnika wizualnej pewności
(tego co jest i jak jest) stabilizuje naszą pewność lub poddaje wiedzę w
wątpliwość: o czym tak naprawdę mówi obraz fotograficzny i co za jego pomocą
możemy zobaczyć. O ile w obrazie/fotografii swojej kultury i swojego świata
odpowiedzi na te pytania nie są już tak dramatycznie istotne, ponieważ na ogół
rozumiemy język obrazu i kryjący się za nim kod, o tyle pytania te postawione w
stosunku do świata kultur obcych nabierają nowego znaczenia, bądź nawet sięgają
do podstaw fotografii pod względem roli i znaczenia samej fotografii jako
narzędzia opisu rzeczywistości/mediowania rzeczywistości, z drugiej zaś strony,
odpowiedzi na pytanie czym jest fotografia/wizualność mówią nam być może więcej
o nas - kim jesteśmy, skoro widzimy to, co widzimy - aniżeli o samych tych
kulturach.
W wykładzie powyższa tematyka będzie poruszona w kontekście możliwości poznania i zrozumienia odmiennego kontekstu kulturowego (kultur bardzo, bardzo innych) za pomocą fotografii i badań etnograficznych oraz wzajemnego przenikania się lub wykluczania tych metod opisu. Podstawą będą tegoroczne badania przeprowadzone przez autora wykładu wśród Indian Bora w Amazonii peruwiańskiej, mieszkających w kilku osadach nad rzeką Ampiyacu, dopływ Amazonki. Bora po ponad 100 letnim okresie doświadczania intensywnych
kontaktów ze społeczeństwem narodowym nadal, w swych kulturowych podstawach,
funkcjonują tradycyjnie. Najbardziej fundamentalnym aspektem zachowania własnej
tożsamości etnicznej jest cały obszar kultury Bora, którego konceptualizacja
tubylcza i praktyka kulturowa związana jest z cocą, ampiri i tytoniem. Coca,
ampiri i tytoń używane są tak z powodów rytualnych jak i w życiu codziennym. Ich
znaczenie w kulturze Bora przejawia się między innymi w tym, że dla odróżnienia
Bora od innych grup tubylczych nadano im hiszpański etnonim zewnętrzny gente
de la coca (ludzie koki). Funkcjonuje on obok innego etnonimu zewnętrznego,
gente del centro (ludzie centrum). I tak jak Bora coraz bardziej
używają narzędzi metalowych, korzystają z zachodniej medycyny i edukacji oraz
mówią coraz więcej w języku hiszpańskim, tak bardzo obrzędowość i kontekst
społeczny związane z cocą, ampiri i tytoniem są dalej żywe i aktualne. Marek Wołodźko - antropolog, od roku 1986 prowadzi badania antropologiczne wśród społeczności tubylczych w Amazonii (Wenezuela, Ekwador, Kolumbia, Peru) w ramach projektów zespołowych z Instytutem Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu, CEDIME w Quito i AIDESEP w Limie. W roku 2009 rozpoczął indywidualne, długoterminowe badania terenowe w Amazonii peruwiańskiej wśród Indian Bora. Autor artykułów na temat prowadzenia badań etnograficznych, roli muzeum we współczesnej kulturze, zagadnień związanych chrystianizacją społeczności tubylczych Amazonii jak również relacji pomiędzy sztuki współczesną i antropologią. Jest również autorem projektu kuratorskiego na temat peruwiańskiej sztuki wideo. Zbierał kolekcje etnograficzne dla muzeów w Warszawie, Kielcach, Poznaniu, Szczecinie, Gdańsku, Bazylei, Monachium. Prowadząc badania antropologiczne, fotografuje; jest to czasem w sprzeczności z efektywnością badań – albo badania albo fotografia – ale aparat fotograficzny pozostaje mimo to jego narzędziem pracy, a zdjęcie jest wizualnym wehikułem, za pomocą którego stara się coś powiedzieć nam o świecie, którego horyzont myślowy jest bardzo odmienny od naszego. Obraz/zdjęcie i słowo/tekst to wzajemnie uzupełniające się formy opisu kultur radykalnie odmiennych od naszej. (info organizatorów)
środa, 28 października 2009
końcóweczki
![]() http://www.loesje.pl/ Ja już wracam, z mocnym postanowieniem wyruszenia w drogę - z Tajlandii, przez Wietnam i Laos, w którym utwierdziła mnie moja nowa koleżanka Thuha, opowiadając, jak jest tam pięknie i jak fajnie można sobie taką podróż zaplanować. Wczoraj zakończył się festiwal w stolicy, choć filmy krążą jeszcze po Polsce w jego lokalnych odsłonach. Zakończył się projekcją nagrodzonego w Karlowych Warach w 1958 roku filmu Heleny Lemańskiej, która przez lata była szefową kroniki filmowej i jej operatora Władysława Forberta. "Bambus, mój brat" to jeden z pierwszych barwnych polskich filmów, propagandowa ciekawostka, dedykowana towarzyszom z Wietnamu, opowiadająca o życiu codziennym chłopów, którzy mają po prostu wszystko bambusowe, bambus jest tam podstawą egzystencji. Na sali kinowej były prawdziwe tłumy, zabrakło miejsc, zabrakło krzeseł-dostawek, ludzie stali, siedzieli i leżeli na ziemi, ale to nie z powodu bambusa, tylko drugiego filmu wieczoru, warszawskiej premiery krótkometrażówki Katarzyny Klimkiewicz "Hanoi - Warszawa", zrealizowanej w ramach projektu kanału Kino Polska debiuty. W przejmujący, oszczędny sposób reżyserka opowiedziała historię młodej dziewczyny, Wietnamki, która przedostaje się do Polski przez zieloną granicę i próbuje dotrzeć do Warszawy, gdzie czeka na nią chłopak. Zebrała wielkie brawa, nie tylko od obecnych na sali Wietnamczyków, żywo zainteresowanych tą historią. Wiele się działo wokół nich na festiwalu - była pokazana "Moja krew" Marcina Wrony i nagrodzony w Wenecji FIPRESCI film Chuyêna Bui Thaca "Dryfując", opowiadający o relacji dwóch młodych kobiet, o ich pragnieniach, seksualności, o tajemnicach i podwójnym życiu w tradycyjnym wietnamskim społeczeństwie. Wczoraj w Kino.Labie późnym wieczorem po projekcji udało nam się wciągnąć reżysera, który był gościem festiwalu, w bardzo ciekawą rozmowę i o filmie i o życiu. Publiczność warszawska jest świetna, to trzeba jej przyznać. Rozpoczynając spotkanie z reżyserami, wiedziałam, że po jednym, dwóch moich pytaniach ludzie zawsze zechcą się przyłączyć, a potem zaczniemy swobodną rozmowę, będziemy dzielić się wrażeniami, nie tylko zadawać pytania i oczekiwać odpowiedzi. To wszystko było po prostu bardzo przyjemne.
poniedziałek, 26 października 2009
zgaś pożar w Emilii
Życie warszawskiego CSW wre, stuka i
puka obcasami, trzeszczy parkietem, dzwoni dzwonkiem windy, rozwiewa
podchodzące pod okna mgły rozmowami od jakiejś szóstej,
siódmej rano. Licho nie śpi. Bez względu na
dzień tygodnia, czy to w weekend, czy w senny i zamknięty dla
zwiedzających poniedziałek, zamek wydaje z siebie westchnienia
podobne do jadącego pociągu. Czy to czasem nie kolej
transsyberyjska, która ma mnie porwać na Wschód?
Wstaję, koniec marzeń o Tajlandii, królestwie
uśmiechów. Uśmiecham się, trening czyni mistrza. Zakładam
moją ulubioną bransoletkę z Chin, która zwróciła
uwagę Pen-eka. Wskazał ją palcem, oczywiście uśmiechając
się, porozumiewawczo. My, zaobrączkowani. Chłopcy zaręczeni z
Kambodżą, albo z Indonezją noszą na szyjach kły. (do kliknięcia) Ale wyrywam się na chwilę z tego wschodniego oparu i biegnę ugasić pożar w Emilii. Niestety pożar wciąż wybucha na nowo, syzyfowa praca. W pawilonie meblowym Emilia dzieją się zabawne rzeczy. Od tymczasowej siedziby Muzeum Sztuki Nowoczesnej dzieli go wąski, wdzięczny pasaż z rzędem drzew, które rosną w czarnej ziemi, przysypanej czerwonymi owockami głogu. Nawet w ciemny pochmurny dzień w pasażu jest stylowo, rozświetlają go zabytkowe neony i wnętrza galerii za szklanymi ścianami. A obok Emilia. Trzy piętra wypełnione meblami szkaradami. Między nimi chodzą klienci Emilii, siadają, próbują, przyklepują poduszki, poklepują oparcia, mierzą, ważą, na głowach mają berety, kaszkiety, rozpinają ortalionówki, bo w Emilii na wzór każdej szanującej się handlowej galerii gorąco. A pomiędzy tym wszystkim zdarzają się i większe dziwactwa. Regał, którego każda półka ma ochotę uciec w innym kierunku, jakieś taborety jak kawałek zgniecionej blachy, lampka – kołderka, lampka – słój z galaretą i takie różne wygibasy, i chodzi się między nimi i tamtymi, i szuka się tego dizajnu za kilka tysiaków jeden stołek jak pieniek. To część projektu „Warszawa w budowie”, na który składa się nie tylko młody polski dizajn w Emilii, którego trzeba szukać wśród starego, ale i wiele innych rzeczy. Co do pożaru – to na samym dole, w samym piekle Emilii, w jej czeluściach coś płonie i skwierczy. Pomyślałam, że to taki wielki kominek, bo jak sofy, kanapy, szezlongi, to kominek w sam raz do nich jako dekoracja. A to był pożar samochodu. Berety trzeba było zdejmować, tak się gorąco zrobiło.
wtorek, 20 października 2009
gościnnie
drodzy przyjaciele
ar+di, programu architektura+dialog asp, i wszyscy
zainteresowani, po
trzech latach nieobecności w gdańsku zapraszam was wszystkich na nową
serię wykładów otwartych, które przedstawią stan zaawansowania prac nad
dialogiczną formułą architektury. cykl
siedem wykładów dialogicznych rozpoczyna się w środę, 21
października 2009. wykład
1: dialogiczna formuła architektury, jest
wprowadzeniem do cyklu. zapraszam
w środę, 21 października 2009, o godzinie 17:00, do audytorium akademii sztuk
pięknych w gdańsku na targu węglowym 6. jacek dominiczak ![]() |