agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
wtorek, 31 stycznia 2006
list n nieskończoność

Listy do Nieobecnego - cd.

No i fajnie, zniknęła. Faktycznie zniknęła. Jak widać, to nie jest takie trudne. Ktoś mógłby powiedzieć, że w takich sytuacjach męczą - odrobinę - wyrzuty sumienia. Ona odpowiada, nieważne. Było minęło. Nim jednak nastąpiła w niej owa zmiana, w sensie zmiana perspektywy, doszła do wniosku, że jako posiadaczka genu X, w sensie przedstawicielka pewnego pokolenia, ma co prawda prawo być sentymentalna, ale i cyniczna może być na przykład, zła, złośliwa, leniwa i zniechęcona tym bardziej, o innych zaletach nie wspominając. Zniechęciła się. Rozleniwiła się. Przeciągnęła się. A także doszło do dialogu. Poprzedzonego długotrwałym machaniem rzeczonego palca.

Jestem tu incognito, dobiegający spod kapelusza kobiecy głos brzmi spokojnie, ale to, co mówi, wydaje ci się trochę nie na miejscu, zważywszy zwracający powszechną uwagę strój jego właścicielki. Siadasz koło niej na twardej kanapce. Mamy mało czasu, mówi. Jeżeli dowie się, że tu jestem, ta historia natychmiast dobiegnie końca. Zostanie przerwana, ty będziesz skończony. Co do mnie... Szkoda czasu. Wolałabym nie zostać rozpoznana. Pij wino i udawaj, że jesz łososia. Zastanawiasz się, dlaczego kobieta w kapeluszu każe ci udawać. W końcu nie jadłeś niczego od rana, jesteś głodny. Zjesz tego łososia i tyle. Po co udawać? Nie znasz reguł, odpowiada. Nie masz o niczym pojęcia, nie masz szans... Jest coraz bardziej wzburzona, potem wydaje się coraz bardziej załamana. Szeleści rondem, trzepocze skrzydłem. Zwracasz uwagę, mówisz przez zęby, nie chcesz, żeby to zabrzmiało nieuprzejmie, ale ona chyba nie zdaje sobie sprawy... Odchyla rondo. Uśmiecha się smutno. Jej oczy niemal błyszczą od łez. Jak przykro tak żegnać się bez powodu, mówi cicho, nagle pobladła. Zaczynasz myśleć, że jest zbłąkaną wariatką, że krąży po mieście, nie sypia, pije kawę za kawą, nie może niczego przełknąć, że ktoś ją potem zabiera z ulicy, żeby nie marzła, że się lituje nad jej ekscentryczną duszą jak nad małym ślicznym kotkiem. Jeżeli nadal będziesz tu siedział, mówi, tak jak teraz, bez ruchu, bez woli, bez słowa, stanie się coś strasznego. Znikniesz. W ogóle nie zależy ci na życiu? Przecież to ja do ciebie przyszłam, daję ci możliwość wpływu na to, co się stanie. Wzruszasz ramionami. Zaczyna cię to drażnić. Zbliża się noc, chcesz iść na górę, patrzeć jak tli się roślinny, zapętlony wzór na tapecie w twoim pokoju. Może trzeba ją gdzieś odprowadzić. Gdzie mieszkasz? chciałbyś zakończyć tę rozmowę. Nie mam już pomysłów, odpowiada. Ktoś ostatnio powiedział mi, że życie jest zbyt skomplikowane, żeby powierzać je postaciom. To była dobra rada. Postacie albo umierają, albo tracą rozum, albo znikają. Nie należy sobie nimi zbytnio zaprzątać głowy. Chociaż na ciebie liczyłam. Przed kim się ukrywasz, kto cię szuka? nie zwracasz uwagi na jej słowa, niech sobie gada, w końcu pozwoliła ci zjeść łososia. Jak to kto? wydaje się zdziwiona. Nie słyszałeś o duchu opowieści?

Pierdolnijmy! drą się faceci przy barze i wznoszą toasty, gapiąc się w telewizor, barman Toluś przyrządza im kolejną porcyjkę wściekłego psa. Pierdolnijmy po raz siódmy albo siedemnasty. Dynia, Grzesiulek, Fawor i on, główny bohater. Właśnie nastąpiła konieczna wolta. Jesteśmy na ulicy Cudnej, w knajpie, w której jest tak mroczno jak w “Podwójnym życiu Weroniki”, pomijając fakt, że życie naprawdę jest do dupy. Ruszyć się nie możemy, w sensie utknęliśmy. Pointy nie będzie, bo takie są właśnie skutki ingerencji ducha opowieści w opowieść, snującą się za wolno i nie na temat. Zostaliśmy katapultowani do tej zjełczałej, przepoconej, skacowanej, sentymentalnej i broniącej się jak może przed sentymentalizmem historii*, która tak na marginesie bardzo mi się podoba. Więc zostajemy, jestem zadowolona z przenosin. Zamykam mój mały kramik. Ariwederczi Nieobecnemu. Zrywam się. Pa(s).

* mowa o “Pokalaniu” Piotra Czerwińskiego



czwartek, 26 stycznia 2006
list nr 5

Listy do Nieobecnego - cd.

Zamawiasz jeszcze jedną kawę, kelner proponuje ci czerwone wino. Wysuwa w twoją stronę błyszczącą tacę jak wylany rtęcią język. Na tacy leży zwinięty kawałek papieru. Rachunek, myślisz ze zdziwieniem i oglądasz swoją garderobę. Jesteś przekonany, że ubranie, które masz na sobie, pasuje do tego wczesnego wieczoru, pogrążonego w rubinowym blasku. To list, zaznacza kelner i znika, zabierając ze sobą swój błyszczący język. Na białej serwetce z monogramem kafeterii ktoś narysował zgięty palec. Serwetka składa się z kilku cienkich warstw. Każda warstwa nosi na sobie wizerunek palca w nieco innym położeniu, dzięki czemu palec porusza się jak w animowanym papierowym filmiku-książeczce, mówiąc, podejdź. Podnosisz głowę znad serwetki. Ktoś mógłby pomyśleć, że szukasz tamtego mężczyzny, kawiarnianego rysownika, jednak twój wzrok nieomylnie pada na ebonitowy blat ukwiecony wazonikiem, z nie napoczętym nawet płatem łososia w tle. Obok wystygłej filiżanki leży na nim zagięty w twoją stronę długi palec, zakończony krótkim paznokciem, wystając nieznacznie spod wielkiego, czarnego kapelusza.

cdn.


środa, 25 stycznia 2006
jutro...
...na kanale Ale Kino! wietnamski "Zapach zielonej papai" w reżyserii Anh'a Hung Tran'a ("Rykszarz", "Schyłek lata"), oczywiście z żoną w roli głównej - Tran Nu Yên-Khê




list nr 4

Listy do Nieobecnego - cd.

Odwracasz głowę. Firanka w twoim oknie nie może się poruszać. Jesteś przecież tu - na dole, nie tam – na górze. A jednak odnosisz wrażenie, że ktoś na ciebie patrzy. Rozglądasz się po sali. Tam w ciemnym kącie jakby coś zatrzepotało. Zamknięty w klatce ptak. Klatka z pewnością przykryta grubym suknem. Tymczasem powoli zapada wczesny, zimowy zmierzch, kelnerka klaśnięciem dłoni zapala kilka staroświeckich kinkietów. Salę w głębi zalewa przytłumione, mleczne światło. Trzymasz kostkę cukru na języku jak koń. Patrzysz znów w tamtą stronę, wzrokiem szukając klatki. Ale w rogu dostrzegasz jedynie postać w wielkim czarnym kapeluszu. Jego chwiejące się na kilku drutach rondo przy każdym poruszeniu wydaje szelest podobny do trzepotu ptasich skrzydeł. Kobieta w kapeluszu prawdopodobnie ma na nosie okulary z ciemnymi szkłami, przed nią leży nie napoczęty nawet płat łososia. Właściwie nie widać jej twarzy, spod kapelusza wystają tylko ręce, długie palce, zakończone krótkimi paznokciami. Zaciska je na filiżance z kawą, a kiedy chce się napić, filiżankę wkłada pod kapelusz. Z wysokości barowego stołka gapisz się na nią jak dzieciak, majtający nogami.

cdn.


wtorek, 24 stycznia 2006
list nr 3

Listy do Nieobecnego - cd.

Drzwi. Korytarz. Schody. Brama. Chodnik. Stary. Powyginany. Krawężnik. Ulica. Brukowana. Krawężnik. Chodnik. Krzesła. Stoliki. Drzwi. Bar. Chwila wahania. Przy barze siedzi mężczyzna. Widzisz jego poruszające się plecy i ramię. Jest w tym ruchu pewien rodzaj gwałtowności. On rysuje. Trzyma w dłoni pióro i rysuje coś na serwetkach. Szybko. W chwilach pomiędzy jednym a drugim zamaszystym ruchem ręki wita się z przybyłymi, znajomymi, bywalcami baru. Na ciebie też zwrócił uwagę. Przez sekundę wziął cię za kogoś innego, znajomego. Uśmiechnął się nawet przepraszająco. Pardon. Ty jesteś tu pierwszy raz. Mimo, że obserwowałeś to miejsce z góry, z okna swojego pokoju, wyłożonego tapetami w roślinny, zapętlony wzór. Jednak widziałeś tylko kawałek podłogi, czasami nogę barowego stołka z siedzeniem z bordowego skaju, fragment lśniącej lady. Zastanawiałeś się, czy po drugiej stronie baru znajduje się okno, oświetlające wnętrze, czy jest duże i drugie drzwi, którymi musieli wychodzić klienci, którzy nie pojawiali się już po tej stronie ulicy. Liczyłeś im czas. Jedna kawa, dwie kawy, lektura porannej gazety, pogawędka, partia szachów, dwie partie, trzy. Ale wychodzili tylko nieliczni. Po jednej kawie. Jakby to było ważne, co dzieje się z tymi ludźmi. Jakby cię to obchodziło. Wreszcie zdecydowałeś się zejść na dół. Usiadłeś przy barze. Z boku. W miejscu widocznym z twojego okna. W plamie światła.

cdn.



list nr 2


Listy do Nieobecnego - cd.


Jednak siedzenie w pokoju, wyłożonym tapetami w roślinny, zapętlony wzór, właściwie było możliwe, a nawet w pewien sposób przyjemne jedynie nocą. Nocą, w niebieskim cieniu ulicznych lamp tapety błyszczały. Tliły się. Umykały. Łatwo było sobie wtedy wyobrazić znajomego czarnego psa. Na jego grzbiecie kilka pokruszonych jasnych włosów i jego zapach. Zapach snu, inny w każdej części nocy, gdyby noc podzielić można było na części. Zapach psiego potu w ośnieżonym, zimnym śnie. Chęć, żeby ułożyć głowę w jego ciepłym kłębku. I tak upływała noc, nie dłużąc się. Co innego dzień. Tu potrzeba wysiłku, by wytężyć wyobraźnię, nie dać się zapętleniu. Uciec przed nim w innym stylu.

cdn.


poniedziałek, 23 stycznia 2006
znikanie, list nr 1


Początek tej rozmowy ugruntował moje przeczucie czegoś ciekawego. Ugruntował tym lub tamtym słowem, zbiegiem okoliczności, wspomnieniem, anegdotą, tajemnicą, którą zdawał się być owiany rozmówca, bo go nie znałam, nigdy nie widziałam. To nie było nic zobowiązującego, nic, co mogłoby budować jakiś mój sąd o nim. Ani jego o mnie. Wspomniał o spotkaniu na schodach biblioteki, o naszej korespondencji jako jego wirtualnym erzacu, ja pomyślałam o podróży pociągiem. Przez chwilę byliśmy pasażerami tego samego przedziału. Z częstotliwości jego pojawiania się próbowałam odgadnąć, czym się zajmuje, kim jest. Rozmawialiśmy o Bułgarii, o dzieciństwie, przypadku, wreszcie o znikaniu słów. Siły tej rozmowy nie przeczuwając. Po chwili mój rozmówca zniknął. Bez pożegnania, niemal w połowie kwestii. Czy został ofiarą tragicznego wypadku? Czy raczej pod wpływem nagłego impulsu zmienił pociąg i tor, nie oglądając się za siebie? Zostałam, w swojej ciekawości niepocieszona. On pozostał niedokończony. Próbowałam jeszcze jakoś to zmienić, coś zrobić w tej sprawie, zatrzymać, odwrócić bieg wypadków. Z marnym skutkiem. Zdaje mi się, że mój rozmówca rozpadł się lub właśnie rozpada na szereg zer i jedynek.

Listy do Nieobecnego – list nr 1.

Wyobrażam sobie, że jako najbardziej oporny, stołeczny nos, zostałeś przez rodzimą korporację podstępnie wysłany na wakacje. Pełen obaw, targany wątpliwościami, co do swoich dalszych losów, bo przecież nos nie jest wieczny, a bywa, że właściwości nosa znikają tak nagle, jak się pojawiły, podobnie rzecz się ma z głosami, przystałeś na ich propozycję. Oczywiście dla nich nos nie jest aż tak istotny, chodzi raczej o formułę, wartą wiele, choć dla Ciebie raczej bezcenną. Na szczęście lub na nieszczęście trzymasz ją wciąż w tajemnicy. Uznali, że czas, spędzony w podparyskiej stancji, pozwoli Ci przemyśleć sprawę. Niemniej wciąż czujesz na plecach ich przyspieszony oddech, ten czas kosztuje. Nie wiadomo, jak długo zechcą za niego płacić. Pokój hotelowy wyłożony jest tapetą w roślinny, zapętlony wzór. Kiedy zamykasz oczy, niezmiennie pojawia się pod powiekami jak męcząca pieczęć. Są chwile, kiedy zastanawiasz się, czy nie byłoby lepiej wymienić ten pokój, hotel, albo miasto na inne. A potem zapadasz w sen i budzisz się, niczego nie pamiętając.

cdn.


piątek, 20 stycznia 2006
matka igły

Niedaleko peronu była ta knajpa, w której zamierzaliśmy coś zjeść i czegoś się napić. Usiedliśmy na werandzie. Zamówiliśmy czerwone wino. Wnętrze było stylowe, ciemne, z ciemnozielonymi boazeriami, sporo ludzi przy stolikach. Przez chwilę szukałam łazienki. Tam – okazało się – ruch był jeszcze większy niż w sali restauracyjnej. Długi korytarz biegł między rzędami identycznych drzwi, za którymi kryła się możliwość nietypowego dosyć korzystania z toalety, bo i samemu i w towarzystwie, niemal jak w “Widmie wolności”. Po korytarzu wiły się wężyki dziecięcych wycieczek, zajmując szybko wszystkie pomieszczenia. Dalej były szerokie schody w dół i w górę, prowadzące do kolejnych zapewne łazienkowych pięter. Długo krążyłam po tym labiryncie, niczemu się już nie dziwiąc.

Po powrocie do stolika znalazłam tylko opróżnioną do połowy butelkę wina. Postanowiłam wrócić do domu inną drogą. Wyszłam przed knajpę, prosto na wielki plac budowy. W morzu błota i surowego betonu, w pyle, wśród hałd brudnego śniegu poruszali się ludzie w drelichach, niezbyt przejmując się przechodniami, próbującymi przedrzeć się przez to wszystko wąską ścieżką. Oprócz granicznej knajpy znajdował się tam jeszcze ciasny, przykurzony sklepik jak wyspa, do którego weszłam, niczego nie szukając. W cichym i ciepłym wnętrzu można było kupić jedynie produkty sprowadzane z Chin. Pogrzebałam chwilę wśród wysmukłych, zielonych butelek z sosami, piwem i winem ryżowym, niczego nie znajdując.

Dołączyłam do innych ludzi, którzy szli w jednym kierunku, zapewne ku wyjściu z placu budowy. Jak mrówki w szeregu ludzie zaczęli wspinać się po drewnianej drabinie. Drabinę przystawiono do gigantycznej, prostopadłej ściany, przypominającej kadłub wielkiego oceanicznego statku. Czułam jak drabina delikatnie chwieje się na wietrze, jak poruszana przez wchodzących, chce się oderwać od ściany, a nie może, przytrzymywana ich ciężarem. Miałam głowę zadartą do góry. Przed sobą miałam nogi i ciemne płaszcze. Nie oglądałam się za siebie, nie wiedziałam, czy ktoś wchodzi tuż za mną. Wyobraziłam sobie, że zostaję na drabinie sama, nie dość ciężka, żeby ją swoim ciałem przytrzymać, a ona - nareszcie wolna, wystawiona na silne o tej porze roku podmuchy wiatru, razem ze mną zaczyna się przewracać.

Matka igły to miejsce, które krwawi. Matka igły to najstarsza igła świata, która urodziła wszystkie igły. W każdej szyjącej ręce na świecie wynajduje dla wszystkich swoich igiełek palec do ukłucia”.

(Herta Müller, “Lis już wtedy był myśliwym”)


czwartek, 19 stycznia 2006
anons


sobota 21 stycznia 2006, godzina 20:00 | siedziba ar+di: chlebnicka 13/16 gdańsk 502.92.82.16
architektura+dialog. podyplomowe studium projektowania. akademia sztuk pięknych w gdańsku


zapraszamy na otwarte spotkanie w cyklu gość ar+di

JacekJackStaniszewski

chlupot sztuki

muzyka, performens i inne rzeczy...



Jacek Staniszewski mówi o sobie 'performer zdarzeń różnych'
uczy na wydziale malarstwa i grafiki asp w gdańsku
jest stałym moderatorem w programie architektura+dialog


poniedziałek, 16 stycznia 2006
Murzyn zamiast fryzjera

W moim przedziale siedziały dwie starsze damy. Były do siebie podobne. Ubrane w golfy, dżinsy i flanelowe koszule. Jedna z nich, przygotowując się do wyjścia zaczęła w panice szukać rękawiczek. W końcu je znalazła. Tymczasem druga rozłożyła na kolanach swoje i powiedziała, spójrz, to są dwie różne rękawiczki, jedna jest mała i czarna, a druga duża i od tej pierwszej jaśniejsza. Zaczęły też porównywać swoje czapki. Obie zielone. Kiedy wyszły na korytarz i ustawiły się w kolejce do wyjścia, odkryliśmy, że jedna z nich zapomniała rękawiczek. Ta druga.

Cieszyłam się, że na Południu będę mieszkać w starym hotelu. Moje okno wychodziło na mur. Korytarze były wąskie, wysmarowane żółto-zieloną farbą (ani bardziej żółtą, ani bardziej zieloną). Wszędzie wisiały lustra. Bez ram. Po prostu wielkie i płaskie połacie luster. Odgłos kroków miały tłumić zielone chodniki, ale pod każdym stąpnięciem stary parkiet wyginał się i głośno stękał. Pośrodku tego wszystkiego znajdował się ażurowy szyb małej windy. A w windzie windziarz próbował zgubić gdzieś wzrok, świadomy tego, że skóra jego twarzy, tak mocno pofałdowana, przyciąga uwagę. Pokój pamiętał czasy kobiet, noszących sukienki i buty na wysokich obcasach, i chustki na głowach, i jasne prochowce. Na półeczce stało radio Unitra Diora Contessa i zielony telefon z tarczą do wykręcania numerów, na stoliku – taca z wodą sodową w szklanej butelce z kapslem. Rano postanowiłam zejść schodami, żeby nie prowokować swojego wzroku i nie wprawiać w zakłopotanie windziarza. Na dole, na jego miejscu siedział ciemnowłosy chłopak, rozwiązując krzyżówkę.

Nocą miasto pokryła szadź. Przypomniałam sobie fragment książki Tatjany Gromačy, w którym opisała człowieka, który latem jeździł rowerem z wioski do wioski, sprzedając lody. "Mężczyzna śmiał się i kręcił niezdarnie pedałami, jakby grał w spowolnionym starym filmie. Miał czarne wąsy, biały fartuch i czapeczkę. (...) skrzynka z lodami wisiała na jego rowerze, niby wielka bryła lodu".

Nie skorzystałam z usług "Hirek coafiure".

czwartek, 12 stycznia 2006
piękne włosy u kobiety

Piękne włosy u kobiety najbardziej przyciągają wzrok mężczyzny. Jej charakter i usposobienie poznamy, gdy tylko się odezwie, nawet jeśli jej głos dobiega zza parawanu (...) powiadają, że nawet olbrzymiego słonia da się z łatwością spętać, jeżeli użyjemy sznura splecionego z kobiecych włosów, a gwiżdżąc na piszczałce wykonanej z chodaka, który miała kiedyś na nogach dziewczyna, bez trudu zwabimy jesiennego łosia. Lepiej strzeż się tej zwodniczej siły, lękaj się jej i unikaj”.

(Kenkō, Zapiski dla zabicia czasu, w przekładzie Henryka Lipszyca)

Tymczasem udaję się na Południe, rozpaczliwie poszukując fryzjera.


środa, 11 stycznia 2006
zagraj to jeszcze raz

Jednak moje zagubienie nie było tak spektakularne, jak zagubienie Leszka w momencie, w którym został poproszony o komentarz po obejrzeniu swojego noworocznego prezentu. Dostał go – chciał, czy nie chciał – od Jacka, zaprzyjaźnionego z chorwacką grupą BADCo. To była ich ostatnia realizacja przed urlopem, właśnie dostali roczne stypendium na przemyślenie wszystkiego, co dotychczas i co dalej. Obejrzeliśmy wideo ze spektaklu “Flash Dance”, taniec z długą białą ścianą, obserwowany przez publiczność z niewielkiego dystansu w świetle jarzeniówek. W podziurawionych, porozrywanych białych trykotach tańczyli Ana, Nikolina i Pravdan. To było rozciągnięte w czasie pół godziny ujawniania wysiłku i kontrowersji, które towarzyszą cielesności. Pot i łzy. Marmurkowe plamki na skórze dziewczyn, wyeksponowane detale – brzydkie dłonie, poobijane, zaczerwienione kolana, krew z otarć na stopach świadczyła o tym, że zetknięcia ze ścianą nie są niczym amortyzowane. To było trudne pół godziny. Radykalne.

Pamiętam jak oglądaliśmy ich spektakl “Deleted Messages” w Gdańsku, podczas jednej z odsłon międzynarodowego projektu SEAS. Byliśmy wtedy absolutnie zachwyceni. Spektakl odbył się w sporej wielkości, wysokiej hali (dawnej drukarni jednej z trójmiejskich gazet) z trzema telebimami i podłogą, wyłożoną białą fizeliną. Z głośników sączyły się ciche dźwięki, szmery, melodie, a nawet jedna piosenka o śniegu, zimie i gwiazdce. Aktorzy - trzy dziewczyny i trzech facetów (w tym karzeł Tomislav, socjolog) weszli między gromadzącą się wewnątrz publiczność. Na jednym z ekranów pojawiały się jakieś spamowe treści, na drugim widać było wnętrze hali i dynamiczne, raz po raz znikające linie - ślady po ruchach aktorów, na trzecim znajdowała się tabela z ponumerowanymi polami, o różnych kolorach. Mieliśmy wrażenie, że to, co robią aktorzy-tancerze, jest sterowane komputerowo, a zmieniające się kolory pól, liczby, litery należą do skomplikowanego systemu, kodu nałożonego na przestrzeń, w której się znaleźliśmy. Oni, patrząc na tabelę, wykonywali określone gesty, zmieniali miejsce, krążyli wokół nas, skupiali na sobie uwagę.

Piękni, osmagani południowym słońcem i wiatrem, ubrani zwyczajnie (dopiero potem założyli białe marynareczki) próbowali wtopić się w tłum. Wypowiadali jakieś pozornie pozbawione znaczenia słowa. Jedna z dziewczyn intensywnie wpatrywała nam się w oczy, pozostali tego nie robili, ale podchodzili coraz bliżej. Dotykając nas prawie, wykonywali te swoje “taneczne” ewolucje. Zorientowaliśmy się, że nie jesteśmy tylko widzami, ale i realnymi uczestnikami całego zdarzenia. Czasami wybierali kogoś z tłumu, zatrzymywali się przy nim i rozmawiali ze sobą, a ich odpowiedzi były uzależnione od tego, w którą stronę patrzył, jak się zachowywał wybrany widz. Innym razem stawali za plecami tak, że czuło się ich oddech na karku, przybierali czyjąś pozę. Publiczność reagowała różnie, jedni podejmowali grę, poruszali się, zastępowali im drogę, wchodzili między nich, inni - nie mogąc znieść spojrzeń reszty, niewygody sytuacji, przekroczenia osobistych granic - odchodzili, usuwali się, uciekali. W pewnym momencie tak jakby zapomnieli o nas i zaczęli swój własny show. Poruszali się dziwnie, raz gwałtownie, innym razem miękko. Co jakiś czas zalegała kompletna cisza, a oni zastygali jak kamienne rzeźby, oświetleni ostrym białym światłem. Potem na jakiś niedostrzegalny, odgórny znak wszyscy dostali prawo patrzenia nam w oczy.

Obejrzałam ten spektakl dwukrotnie, powodowana odurzającą fascynacją, chociaż z początku w ogóle nie rozumiałam, co się wokół mnie dzieje, no i trudno mi było znieść tę ich fizyczną bliskość. Stałam jak wmurowana w swoje miejsce, aż cała zesztywniałam. W końcu miałam ochotę zacząć poruszać się tak jak oni, z taką swobodą, wejść w to po prostu. Jak ćma krążyłam po fizelinie. Koniec spektaklu za każdym razem przypominał mi koniec dziecięcej zabawy. Podobne rozczarowanie, że to już i trzeba wracać do rzeczywistości, uporządkowanej według innych zasad.


fragment spektaklu "Deleted Messages", obraz z telebimu, foto: MZ


poniedziałek, 09 stycznia 2006
uwalnianie ciała

Od dwóch dni słońce. Praży. Mimo to świat skuty lodem wcale się nie roztapia. Iskrzy. Wszystko pokryte grubą warstwą twardego śniegu. R nadgryza go zębami jak waniliowe lody (naturalnie w polewie z białej czekolady). Ja staram się przejść po płaskiej teraz powierzchni podmokłych łąk jak Montand u Beneixa po wodzie. Chodzi o to, żeby nie robić śladów i żeby się nie zapadać. Dlatego nie mogę biec, wtedy jestem za ciężka. Mogę iść, wstrzymując przy tym oddech, nie za szybko i nie za wolno, dokładnie tak, żeby w ostatniej sekundzie, której końcówka niechybnie skruszy zlodowaciałą powierzchnię śniegu, oderwać stopę od ziemi. Nie zawsze mi się udaje. Kiedy mi się nie udaje, wpadam w śnieg i czuję, jakby był natychmiast zasychającym betonem. Po śladach widzę, że ktoś robił to samo przede mną. Zdaje się, że dzięki temu zabawnemu ćwiczeniu, nie dość, że obdarzam moje ciało uwagą, to jeszcze naruszając powierzchnię śniegu, doświadczam własnego ciężaru, który nie pochodzi li tylko z mojej przedniej części, ale z całości. Oto pierwszy krok ku nowemu życiu – uświadom sobie, że oprócz przodu masz również tył i że tył jest – być może – dla owej całości ważniejszy.

Tak mówił Leszek Bzdyl, eksponując przy tym swój przód i tył, co zarówno dla wyrobionej, jak i niewyrobionej tanecznie widowni było – jak sądzę - źródłem estetycznej satysfakcji i najlepszym dowodem na potwierdzenie tezy. A jednak zachodnia kultura przez wieki wykształciła zainteresowanie przodem, co znalazło swoje odzwierciedlenie w klasycznym balecie, mimo, że Aborygeni w tym samym czasie w swoich plemiennych wspólnotach tańczyli wciąż tak samo jak dawniej, wykorzystując do tego całe ciało, równoważąc wzbudzane ruchem siły. Niemniej nadszedł w końcu moment uwolnienia ciała z baletowego kanonu i rozpoczęły się poszukiwania jego odpowiedzi na nową sytuację. Także poszukiwania formy, która byłaby na tyle elastyczna i wszechstronna, by móc kreować sygnały, odbierane potem przez współczesną widownię. Jednym z poszukiwaczy okazał się William Forsythe. Obserwując jego solowy występ, przede wszystkim ma się wrażenie chaosu, tancerz wykonuje szybkie, porwane – wydawałoby się, gwałtowne ruchy, które w rezultacie układają się w płynny ciąg. Reakcja jednego wywołuje natychmiastową kontrreakcję innego punktu ciała. Zadaniem tancerza jest utrzymanie równowagi w układzie tysiąca poruszeń i odpowiedzi na nie. To jest zasada, mechanizm, baza, coś co staje się punktem wyjścia dla improwizacji. Niewątpliwie Leszek, dodając do tego zaplecze pantomimiczne, korzysta z doświadczeń Forsythe'a. Każe nam wyobrazić sobie geometrię linii, łączących najbardziej podstawowe punkty ciała, wprawiane przez niego następnie w ruch. Tańczy w zagęszczającym się na naszych oczach kokonie z linii. Nieobojętna przestrzeń wokół może odegrać rolę przedłużenia ciała, nośnika ważnych punktów. Leszek tańczy ze ścianą, do ściany, w ścianie. Wyobrażamy sobie odwrotną sytuację, w której to nie tancerz odpowiada ruchem na geometrię przestrzeni, ale ona porusza się w odpowiedzi na jego inicjujący kształt. Architektura tego wieczoru wydaje nam się dosyć prymitywna.

Uwolnienie ciała z zamkniętego kanonu gestów pociągnęło za sobą uwolnienie tańca od narracyjności na rzecz form abstrakcyjnych, i uwolnienie samego tancerza, który nie tyle wykonuje dziś wymyślony przez choreografa układ, ile improwizuje na temat zadanego przez niego zadania. Opowiadając o tych zmianach Leszek pokazał fragmenty występu Sylvie Guillem z choreografią Jonathana Burrowsa. Dziewczyna tańczy w żółtym pokoju, a jej występ oglądamy przez drzwi niebieskiego pokoju, w którym stoi kamera. Leszek próbował nauczyć nasze niewprawne oko oglądania tego tańca. Proponował, żebyśmy zapomnieli o sprawności tancerki, o estetyce jej ruchów i całej sytuacji, podkręconej przez taką a nie inną realizację wideo, twierdząc, że kontemplacja podobnych walorów po jakimś czasie się wyczerpuje, prosił, żebyśmy się skupili na historii tego ciała, na historii, jaką to ciało opowiada, na wyzwalającym mechanizmie sprawczym. Nagle poczułam się zagubiona.


cdn.


czwartek, 05 stycznia 2006
anons

sobota 7 stycznia 2006 godzina 20:00 | siedziba ar+di chlebnicka 13/16 gdańsk | 502.92.82.16

architektura+dialog. podyplomowe studium projektowania akademia sztuk pięknych w gdańsku

zaprasza na pierwsze otwarte spotkanie w cyklu gość ar+di


Leszek Bzdyl

taniec i przestrzeń


Leszek Bzdyl tancerz | performer | choreograf | założyciel Teatru Dada von Bzdülöw będzie mówił o tańcu, czyli przestrzeni na nowo & na nowo definiowanej

w ramach wykładu zostaną zaprezentowane najnowsze przedstawienia Teatru Dada

oraz realizacje video-dance: Sylvie Guillem | Jonathan Burrows, William Forsythe, Philippe Decoufle


wtorek, 03 stycznia 2006
pieprz

Uwielbiam pieprz. Uwielbiam twaróg, krojony nożem, posypany pieprzem i solą, na talerzyku, wieczorem, w tle film - najpewniej kryminalny. Uwielbiam wieczorne mejle od znajomych artystów. Do twarogu uwielbiam historie - niech będzie - o duchach. Uwielbiam nie być zapraszaną na śluby i wesela córek dawnych przyjaciół moich rodziców. Ach, ta biel. Prześladująca. Dzięki temu mogę kontemplować wszystko z dystansu. Te wszystkie dziewczęce marzenia - sukienka z trenem, odkryte ramiona, welon i tiara, spacer po skansenie, ślub w Kościele Mariackim, orkiestra smyczkowa, wesele w Domu Artusa, latem, kareta, mąż Anglik, nie najmłodszy. I co to znaczy? Wciąż jeszcze interesuje mnie znaczenie. Wcale nie czuję się zmęczona. To wszystko jest nadal jedną wielką straceńczą przygodą. Przecież jesteśmy księżniczkami.


pieprz za welon? welon za pieprz? pieprz za welon? welon za pieprz?