agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
środa, 31 stycznia 2007
lektury do poduszki

Ostatnie decyzje w sprawie łóżek w Hongkongu. W domu śpimy w Twin, ale w podróży zadowolimy się Normally (100cm wide). W pociągu najlepsze są – jak twierdzi Cypryjczyk - tzw. twarde leżanki. W domu na każdym nocnym stoliczku leży dziś przewodnik po Chinach, u K leżą nawet dwa, z tego właśnie powodu miewa chińskie sny. Chociaż zdarza jej się w poszukiwaniu jakiejś cennej informacji zboczyć w rejony Kazachstanu.

Mnie jak dotąd najbardziej uwiodły opowieści Hu Peifang o “kwiatach z dymu” - chińskich kurtyzanach, które zamieszkiwały “płonące doły” - tak nazywano w feudalnych Chinach domy publiczne, co wskazywało z jednej strony na okrucieństwo losu, z drugiej – na trudność wydostania się stamtąd. Bardzo ładnie oddał ambiwalencję życia “kwiatów z dymu” Hou Hsiao-hsien w jednej z części “Zui hao de shi guang” - tajwańskich “Trzech miłości” pod tytułem “Czas na wolność”. Zdaje się, że z grona chińskich kobiet tylko dzikie “kwiaty z dymu” miały szansę zdobyć wykształcenie.

Powszechne było przekonanie, że im mniej wykształcona dziewczyna, tym lepsza żona. Kobiety domowe nie miały prawa wstępu do przestrzeni publicznych, gdzie mogłyby spotkać obcych mężczyzn. Dlatego kurtyzany przejęły od nich wszystkie role zewnętrzne. Oprócz znajomości technik miłosnych i męskiej psychiki, posiadały liczne umiejętności – grały na instrumentach muzycznych, śpiewały, tańczyły, malowały obrazy, znały gry i zabawy towarzyskie popularne w tamtym czasie, ale pisały też wiersze, żywo interesowały się literaturą, ekonomią czy polityką. Mimo przywiązania do własnego “płonącego dołu” mogły osiągnąć względną niezależność.

(Hu Peifang, "Chińszczyzna", Toruń 2005)


Qi Shu jako Ah Mei w “Zui hao de shi guang” (Tajwan, 2005), reż. Hou Hsiao-hsien

(twarda leżanka)



wtorek, 30 stycznia 2007
17 dni do wyjazdu


Podejrzewam, że nasze lęki – moje i K – lęki laboratoryjne okażą się na tle innych śmiechu wartym incydentem. Bo co to w końcu jest zastrzyk, a nawet cztery zastrzyki na raz? Nic. Wizytę w szpitalu klinicznym Akademickiego Centrum Medycyny Morskiej i Tropikalnej też można przeżyć, mimo, że poranna wizyta w tym miejscu przywodzi na myśl “Królestwo” znienawidzonego Dogmatyka von Triera. Zalane białym światłem, wąskie korytarze, laboratoria, gabinety szczepień, olejne lamperie, ludzie w białych fartuchach, zapaszek formaliny... No i te mapy, mapy na wszystkich ścianach, których terytoria wyznacza zasięg działania złowrogiego wirusa. Polio, żółtaczka, tężec i błonica, dur brzuszny. Nie wędkować, nie kąpać się w rzekach, nie jeść surówek, uważać na węże (nocą) – K: co?! nocą!? - odkażać warzywa (“odkażać” - tak zapisałam w notesie), uważać na muchy, myć zęby w wodzie mineralnej. Pan doktor o serialowym nazwisku z należną powagą opowiedział nam ze szczegółami o zagrożeniach życia, które na nas czyhają poza ojczyzną. Gdyby nie K, uciekłabym.

To wszystko odbyło się jeszcze w grudniu, w nastroju świątecznym, podniosłym, a nawet w pewnym sensie ofiarnym. Następnie należało poinformować rodzinę o swoich planach, stopniowo i nie każdego jej członka od razu. Niektórych wypadło przygotowywać na przyjęcie wiadomości o długiej podróży na Wschód długo, z pełną wyrozumiałością, najpierw wysyłając podświadome sygnały w postaci np.: azjatyckiego imażu podczas rodzinnych uroczystości. A potem, gdy już nastąpił finał, należało przyjąć na siebie nagromadzone w powietrzu ciche gromy niezadowolenia i obaw.

Ale i to minęło – droga wolna. No, może niezupełnie.

Wczoraj została uruchomiona lista mejlingowa między uczestnikami wyprawy. Czas najwyższy, żeby się poznać i ustalić ogólnie obowiązujące zasady. Czy w Hongkongu, w którym spędzimy tak jakby Sylwestra i Nowy Rok (Nowy Rok Świni) będziemy jadać kantońskie lancze yam cza z dim sum w hotelowych restauracjach, czy na ulicy; kto z kim w pokoju; Disneyland czy Oceanpark; najpierw wizyta w Lan Kwai Fong czy w Stanley? K wysyła prywatną linią: “A ja wyobraź sobie zaczynam się strasznie bać... Oni piszą o Disneylandzie.................ja myślałam, że to żart, a to na serio............. śniło mi się wczoraj, że nie dojechaliśmy dalej niż do Kantonu - a dziś sprawdziłam - Kanton jest bardzo niedaleko Hong Kongu............” Droga K - odpisuję, chichocząc nerwowo - ja również się boję, będziemy przez 5 tygodni w towarzystwie ludzi, zwracających się do siebie per: laski, ziomki i ziomeczki, łazitrampki itede, a jedzenie nazywających “papu” (frenetycznie bardzo). Ale poradzimy sobie, bo tego wymaga nasza misja...



poniedziałek, 29 stycznia 2007
do wymiany


Nie wiem, jak to się stało – czy mówił coś o kościach... o bolących, o strzykających, o rzuconych, czy to sobie wymyśliłam. Sprzątacz w pomarańczowej kamizelce, nie raz go już widziałam, mimo umundurowania zachował swój charakterystyczny wygląd: długie, jasne loki wychodziły spod filuternego kapelusika, tego samego, który nosił uczłowieczony Bruno Ganz pod berlińskim niebem. Chwiejny krok wprawiał loki w ruch wahadłowy, małe oczka strzelały spojrzeniami spod ronda. Jutro będzie padał deszcz, powiedział niby to do siebie, niby do mnie, kiedy staliśmy w korytarzu Szybkiej Kolei Miejskiej. Popatrzyłam niepewnie na szalonego sprzątacza, a potem przez okno na ośnieżone pagórki, oblodzone ulice, na śnieg wdzięcznie, wielkimi płatkami spadający z wieczornego nieba jak w Gruzji. Szalony, szalony sprzątaczu, zima nas objęła swoim białym ramieniem niespodziewanie, acz zdecydowanie, dzieci się cieszą i zjeżdżają na sankach z górki wprost pod koła rozpędzonych samochodów, nagle potrzebne są rękawiczki i czapki miętoszą ułożone starannie koafiury. Tymczasem on uparcie przenikliwym wzrokiem sięgał dnia następnego, w somnambulicznej wizji zobaczył krople deszczu, roztapiające ten doskonale zaprojektowany, zimowy pejzaż.

A potem wszystko nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamieniło się w wodę. Ulicami popłynęły chłodne, rozpędzone potoki, dziury w jezdniach i chodnikach natychmiast wypełniły się półpłynną brunatną breją, a pryzmy śniegu - starannie uformowane jeszcze w niedzielnym porannym słońcu - zmatowiały, skurczyły się, naznaczone deszczową perforacją. I stało się. Wedle przepowiedni. Dziś rano przymarznięte do parapetów rolety nie chciały się ruszyć i wpuścić do środka dziennego światła. Zapanowały nieprzeniknione ciemności, poruszaliśmy się w nich po omacku w pustce rozpoczynającego się właśnie dnia. W pustce, którą należało czymś wypełnić, choć słowo “należało” było nam wyjątkowo wstrętne, z drugiej strony pustka i tak to ma do siebie, że zasysa wszystko, co znajdzie się w jej zasięgu, co stanie wobec. Wobec pustki nadchodzącego dnia nie było sensu czuć się bezbronnym.

Jednak znaki na niebie i na ziemi mogły w końcu zapowiadać katastrofę. Taksówkarze opowiadali swoje historie, dyskretnie zerkając w lusterko. O czerwonych, których należałoby wbijać na pal. O komikach, którzy powinni podzielić los czerwonych za żarty z obecnie panującego nam rządu. Krwiożercze instynkty uśpione w narodzie wypływały z ust ośmielonych taksówkarzy jak gorejące języki ognia. A przecież i ten scenariusz doskonale znamy z kina, wypada jedynie oczekiwać finału, zastanawiając się, czy jego ofiarą najpierw padnie komik czy czerwony. Doniesienia prasowe dolewały tylko oliwy do tego ognia – czy pałac kultury i nauki zostanie wpisany w rejestr zabytków, czy też zrównany z ziemią, by zrobić miejsce falującym, poprzecinanym kraterami niczym gotujący się budyń, inteligentnym konstrukcjom na miarę XXI wieku?

Potem niespodziewanie – ach tak, jak zapowiedź najgorszego – zmieniono wystrój mojej ulubionej kafeterii na rogu łódzkiej Piotrkowskiej i Traugutta, gdzie przez lata grzałam się w cieple PRL-owskiej estetyki. Co za szczególna i wyjątkowo przykra strata... Jak to się stało, pomyślałam po wejściu, że kawiarnia obudowana machoniowymi regałami, wypełniona białymi, ciężkimi krzesłami w stylu “Elle decoration” wraz ze zniknięciem obciągniętych bordowym skajem stołków barowych i wysokich stoliczków z okrągłymi blatami straciła również zapach? Kelnerki w złotych bluzkach uwijały się, serwując miniaturowe espresso, a przecież kawa tu była najlepsza w mieście, choć podawana w nie tak eleganckich filiżankach jak dzisiaj. Siadałam zawsze przy długim marmurowym blacie, patrząc na ulicę za oknem, przysłuchując się rozmowom stałych bywalców kawiarni, pamiętających czasy jej powstania. Było mi tam dobrze, niezobowiązująco, swojsko. W przestrzeni realnej, charakterystycznej. Czy naprawdę potrzebne są takie zmiany, czy wszystko, co stare musi zostać zastąpione nowym? Banał, banał. Bez ciągłości i szacunku. Głupio i pokrętnie.

Czy JD pisał o tym w którymś ze swoich tekstów, czy o tym mówił, pokazując małe portugalskie miasto uniwersyteckie – Covilhę? Pewnie i jedno i drugie. O trudności, jaką niesie w sobie architektura starego miasta, które niczego nie ułatwia, nie rozśmiesza, nie jest wygodne, o wąskich ulicach bez chodników, o stromych schodach, o rozpadzie, który trzeba trzymać w ryzach. W zamian zaś oferuje poczucie realności, autentyczność doświadczenia i pamięci. W klubie bilardowym wytarte zielone sukno, którym pokryto stoły, ma pewnie z kilkadziesiąt lat i nikt go nie wymienia. Mam nadzieję, że podobny los spotka szalonego sprzątacza, przepowiadającego pogodę w kolejce SKM, ale tej nadziei z dnia na dzień - niestety - mam coraz mniej.


środa, 24 stycznia 2007
. . . . . ...
.
.
.
.............. . . .


anons

architektura+dialog. podyplomowe studium projektowania. akademia sztuk pięknych w gdańsku.
chlebnicka 13/16 gdańsk | tel. +48.502.92.82.16 |
http://diaade.org/ardi.html http://www.asp.gda.pl
w sobotę, 27 stycznia, o 18, zapraszamy na specjalne spotkanie laboratorium badawczego ar+di

kraków+gdańsk
autoportret
+ardi
pismo o dobrej przestrzeni+podyplo
mowe studium projektowania


laboratoriumbadawcze04

hubert bilewicz:
pamięć uobecniona / estetyka nieobecności [pomniki w treblince i bełżcu]

jacek dominiczak [tekst]:
tutaj mi lepiej, na górze

agnieszka qla majkowska:
dotknięcia wyspy - dopełnianie pustki w przestzeni wyspy spichrzów w gdańsku

agnieszka kinga szeffel:
wima wendersa widzenie niewidzialnego

monika zawadzka:
"nie napiszę o przestrzeniach pustki..." [jękliwy protest mieszczki]


autoportret. pismo o dobrej przestrzeni - kwartalnik tematyczny, prezentujący zależności między przestrzenią a kulturą; pismo dla wszystkich, którzy wierzą, że przestrzeń jest komunikatem www.mik.krakow.pl/autoportret wydawca: małopolski instytut kultury; teksty prezentowane na laboratorium.badawczym.04 są roboczymi wersjami części artykułów, które wejdą w skład kolejnego numeru autoportretu poświęconego przestrzeniom pustki.


ZAPRASZAMY!

UWAGA, UWAGA - OGŁASZAMY CZAS FERII W AR+DI! SZCZEGÓŁY O NASTĘPNYCH SPOTKANIACH NADEJDĄ...



poniedziałek, 15 stycznia 2007
wtorkowe berlinaria

A kto zostanie w domu i nie pojedzie na Berlinale, zobaczy przynajmniej w lutym w tivi kilka dobrych filmów. Z okazji 57 edycji festiwalu canal+ przygotował wtorkowe berlinaria z niedźwiedziami, a w nich:

"Sophie Scholl - ostatnie dni" (Niemcy, 2005) reż. Marc Rothemund

"Czarna Carmen" (RPA, 2005) reż. Mark Dornford-May

"Paradise Now" (Francja, Niemcy, Holandia, Izrael, 2005) reż. Hany Abu-Assad

"Grbavica" (Austria, Bośnia-Hercegowina, Niemcy, Chorwacja, 2006) reż. Jasmila Zbanic




festiwale, festiwale...

Od 18 - 28 stycznia w Park City, Utah widzowie Sundance Film Festival będą oglądać niezależne produkcje z całego świata. W sekcjach międzynarodowych festiwalu znajdą się też ciekawe propozycje z Ameryki Łacińskiej.

W konkursie filmów dokumentalnych - meksykański dokument interwencyjny "Bajo Juarez, la ciudad devorando a sus hijas" (Bajo Juarez, The City Devouring its Daughters, 2006) w reżyserii José Antonio Cordero i Alejandry Sánchez o głośnej historii tajemniczych zaginięć i morderstw kobiet w Juarez, na granicy Meksyku i USA.

Tragedia, która trwa tam już od 10 lat ma wiele aspektów. Autorzy starają się przedstawić je z delikatnością i stanowczością, uwzględniając cierpienie rodzin i brak zdecydowanych działań ze strony władz. Do wielu dzielnic Juarez nie docierają patrole policyjne, działania policji od lat nie uległy żadnej poprawie. Rodziny ofiar nie otrzymują żadnego wsparcia, nie mówiąc o informacjach o przebiegu śledztwa. Cordero i Sánchez odważnie penetrują trudny i niewygodny temat, piętnują ignorację i korupcję, obecną w najwyższych kręgach rządowej hierarchii.

Podobnie zaangażowanym dokumentem jest boliwijsko-argentyński "Cocalero" (2006) w reżyserii Alejandro Landesa. Reżyser wprowadza widzów w przyczyny skomplikowanych i daleko idących społeczno-politycznych przemian, jakie dokonują się dziś w Latynoameryce, skupiając się na postaci populistycznego prezydenta Boliwii - Evo Moralesa.

Z kolei Brazylijczycy Cao Guimarães i Pablo Lobato, zainspirowani nazwami 20 miasteczek w okręgu Minas Gerais piszą w "Acidente" (2006) filmowy poemat, zabierając widzów w nietypową, liryczną podróż po współczesnej Brazylii. Poczynając od religijnej procesji w Virgem da Lapa, przez nocne życie na stacji benzynowej w Olhos d'Agua, po kobiety na drodze w Entre Folhas. Te osobiste pocztówki z regionu ujawniają wielką różnorodność: miejsc, ludzi, obyczajów, kultur. Nazwy miast i zarejestrowane w nich niby to przypadkiem obrazy układają się we wcale nie przypadkowe struktury, tworzące mapę zdarzeń, uczuć, spojrzeń zwykle niewidocznych, ukrytych, zacienionych, pełnych subtelnej ekspresji.

"Acidente"

W międzynarodowym konkursie fabuł będzie można w Sundance zobaczyć meksykański debiut Jorge Hernandeza Aldany według scenariusza reżysera i Guillermo Arriagi, na podstawie napisanego przez Arriagę opowiadania "El Bufalo de la noche", film pod tym samym tytułem (The Night Buffalo, 2006). Diego Lunę, którego znamy z "Nikotyny" (Lolo), reżyser wplątał w tajemniczy miłosno-przyjacielski trójkąt. Kiedy Manuel znajdzie się w szpitalu psychiatrycznym, radząc sobie z koszmarem urojeń, jego przyjaciel Gregorio i dziewczyna Tania zostaną parą. W biografii Jorge Hernandeza Aldana można znaleźć ciekawe fakty: jako 21-letni chłopak pracował dla wenezuelskiego rządu na stanowisku specjalisty od szyfrów, potem studiował fotografię na Kubie, a na koniec - reżyserię w łódzkiej filmówce. Jego krótki metraż "Un Primer Paso Sobre las Nubes" przez międzynarodowe festiwale przeszedł jak burza, zbierając wiele nagród.

I na koniec przedstawiciel nowej fali w kinie brazylijskim - "O cheiro do Ralo" (Drained, 2006) w reżyserii Heitora Dhalia.

Podobnie Rotterdam (24.01 - 4.02.2007) przyjął na siebie wdzięczną rolę odkrywcy - nowych talentów i nowych, nieznanych szerszej publiczności kinematografii. Niektórzy twierdzą nawet, że festiwal posiada zwykle jeden z najciekawszych programów spośród liczących się, światowych festiwali filmowych. Podczas selekcji liczy się tu przede wszystkim oryginalność i jakość artystyczna.

Tegoroczna 36 edycja zapowiada się równie ciekawie. W głównym konkursie znalazło się 15 premier, które są pierwszymi lub drugimi filmami swoich reżyserów. Festiwal rozpocznie "La antena" (The Antenna) - drugi po eksperymentalnym i kultowym w Argentynie "Picado fino" (1993-96) film przedstawiciela "nowego kina argentyńskiego" - Estebana Sapira.

Czarno-biała "La antena" jest surrealistyczną, nastrojową historią. Jej akcja toczy się w mieście, rządzonym przez dyktatora, który kontroluje ludzkie głosy. Mieszkańcy miasta tracą zdolność mówienia. Wyjątkiem jest śpiewaczka La Voz i jej młodszy brat, którym udaje się uniknąć wpływu dyktatora. W swoim oporze łączą siły z innymi rebeliantami, by obalić dyktaturę. W filmie, którego scenariusz napisał sam reżyser, wystąpili popularni argentyńscy aktorzy: Valeria Bertuccelli ("Hermanas"), Julieta Cardinali ("Valentín"), Alejandro Urdapilleta ("Adiós querida luna") i Rafael Ferro ("Agua").

"La antena"

Kolejną wartą uwagi propozycją konkursową może okazać się drugi po "Nosotros" (2002) film argentyńskiego operatora filmowego, stałego współpracownika Carlosa Reygadasa ("Japón", "Batalla en el cielo") - Diego Martineza Vignatti, "La marea" (Tides) z Eugenią Ramírez Miori i Sebastiánem Ureta w rolach głównych. Film opowiada o młodej kobiecie - Azul, która w wypadku samochodowym traci męża i syna. Dotknięta do żywego tą tragedią, porzuca swoje dotychczasowe życie, wyjeżdża z miasta, szukając azylu, w którym mogłaby dojść do siebie. Zamieszkuje w małej kabinie przy plaży, powoli pogrążając się w halucynacjach i szaleństwie. Z opresji spróbuje uratować ją przypadkowo spotkany rybak.

Festiwalowa publiczność w konkursie zobaczy również surową i prowokującą opowieść o brazylijskiej prostytutce "Baixio das bestas" (Bog of Beasts) w reżyserii Claudio Assisa.

"Baixio das bestas"


niedziela, 14 stycznia 2007
dla wybierających się do Chin

ale kino! w styczniu przygotowało w cyklu ale świat! podcykl: Azja

a w nim:

"Suzhou he" (Chiny, 2000) reż. Ye Lou

"Three times" (Trzy miłości, Tajwan, 2005) reż. Hou Hsiao-hsien

"Hollywood Hong Kong" (Hong Kong/Japonia, 2001) reż. Fruit Chan

"Zhou Yu's Train" (Pociąg, Chiny/Hong Kong, 2003) reż. Sun Zhou


Gong Li w "Pociągu"





wreszcie wyszedł...

... 15 nr zeszytów artystycznych

ASP Poznań, styczeń 2006

Architektura dla sztuki



środa, 10 stycznia 2007
anons

architektura+dialog. podyplomowe studium projektowania. akademia sztuk pięknych w gdańsku
chlebnicka 13/16 gdańsk | tel. +48.502.92.82.16 | http://diaade.org/ardi.html http://www.asp.gda.pl

13. stycznia, w sobotę, o 18:00 zapraszamy na spotkanie laboratorium.filmowego.04.ar+di

bitwa w niebie carlos reygadas




program wieczoru
18:00 20:00 bitwa w niebie, carlos reygadas
po filmie rozmowa po filmie


Najpopularniejszym dzisiaj przedstawicielem wciąż jeszcze kina meksykańskiego (zanim na dobre nie wchłonie go Hollywood) jest zdobywca zeszłorocznej Złotej Palmy w Cannes Alejandro González Iñárritu (Amores perros, 2000; 21 Grams, 2003; Babel, 2006). W tandemie ze swoim wiernym scenarzystą Guillermo Arriagą tworzy spektakularne kino, reprezentujące żywioł tradycyjnie hiszpański, obecny w meksykańskiej kulturze, a paradoksalnie, bo niezmiennie kojarzony z Latynoameryką. Jeżeli wierzyć Octavio Pazowi, autorowi książki do dziś (choć powstała w latach 50.) polecanej jako kompendium i podłoże wiedzy o współczesnym Meksyku, żywioł wylewny i otwarty, witalny, afirmatywny i olśniewający, namiętny i historyzujący - tradycyjnie hiszpański zawsze znajdował się w opozycji do tego, co rdzennie meksykańskie. Lektura “Labiryntu samotności” przynosi wiele niespodzianek, z którymi mierzy się utrwalony także wizualnie latynoski stereotyp. “Człowiek, powiada nam Meksykanin – czyli Octavio Paz – jest istotą złożoną, a dobro i zło mieszają się subtelnie w jego duszy. Zamiast posługiwać się syntezą, wprowadza analizę: bohater staje się problemem”. Melancholijny stoicyzm, kurtuazja i skromność, upodobanie do Formy – w te cechy obrasta Meksykanin, otwarcie się jest dla niego słabością albo zdradą.

Na przeciwnym biegunie kina meksykańskiego znalazł się Carlos Reygadas (rocznik 1971). Po obsypanym nagrodami “Japón” (2002), jego drugi film został przyjęty przez publiczność canneńską owacją na stojąco, jednocześnie okazał się najbardziej kontrowersyjnym filmem festiwalu. W “Batalla en el cielo” (Bitwa w niebie, 2004) młody reżyser ponownie w niezwykle oryginalny sposób pochyla się nad dramatem ludzkiego życia. Purystyczny, inspirowany modernistyczną tradycją kina europejskiego, niemal graficzny styl Reygadasa przyjmuje na siebie niełatwe zadanie oddania stanu świadomości człowieka, stojącego na krawędzi. Czy na pewno jednak chodzi o stan świadomości? Reygadas to nie meksykański Antonioni. Bohaterem “Bitwy w niebie” jest Marcos – szofer, Metys. Mamy przed sobą człowieka, który jest obcy samemu sobie i światu, który porusza się po nim – jak mówi – w ciele swojej metyskiej matki, a to w całości wypełnione jest wodą. Wyobcowanie nie ma tu jak u Camusa charakteru intelektualnego, ale właśnie cielesny, namacalny, najbardziej podstawowy, ludzki, lecz nie mniej absurdalny. W kreowaniu wrażenia absurdalności pomaga reżyserowi oryginalna forma filmowa, a przede wszystkim działanie przestrzenią pozakadrową. Historia Marcosa odsłania się przed nami we fragmentach obrazów i rozmów, w spowolnionych, jakby przepełnionych obojętnością travelingach, skłaniających do mylnych odczytań tego czy innego elementu całości, zawieszających znaczenie w prześwietlonej, pustej przestrzeni wnętrz i miejskich krajobrazów.


Carlos Reygadas says: "I was born in Mexico. I wanted to make a film about a man's inner conflict, within the context of a city and a certain social context. One could consider the shoot location a bit like a cliché tourist trap, complete with a Basilica, Cathedral, metro, stadium... Hitchcock stated that in order to film the Netherlands correctly, you have to film the country's clichés such as the windmills, umbrellas, etc. I filmed Mexico in that perspective. There is therefore something very Mexican in my film, but on the other hand, the situation is very universal and open to interpretation."


FILM W ORYGINALNEJ WERSJI JĘZYKOWEJ Z NAPISAMI W JĘZYKU ANGIELSKIM.

SERDECZNIE DZIĘKUJEMY DOMINICE DZIDO, GOSI MAZUR, MAGDZIE RUTKIEWICZ ZA POMOC W ORGANIZACJI LABORATORIUM.FILMOWEGO.04

NASTĘPNE SPOTKANIE W ar+di | 27.STYCZNIA.07: LABORATORIUM.BADAWCZE.04: WYDANIE SPECJALNE - PRZESTRZENIE PUSTKI | SZCZEGÓŁY WKRÓTCE.
WSTĘP WOLNY. ZAPRASZAMY.




piątek, 05 stycznia 2007
plany na wieczór

wieczór 1 (sobota):
"Dzika niewinność" (Sauvage Innocence, 2001) reż. Philippe Garrel



Poetyckie czarno-białe zdjęcia czołowego operatora francuskiej Nowej Fali - Raoula Coutarda, którego Godard nazywa największym, zmagania młodego reżysera z produkcją filmu, z kobietami i z heroiną, jak zwykle perwersyjny, niepokojący i uwodzicielski Michel Subor jako Chas - producent mafiozo, nagroda FIPRESCI na festiwalu w Wenecji (2001). Tego nie można przegapić!
(6.01, g. 23, TV4)

wieczór 2 (poniedziałek) dla wybierających się do Chin:
Chiński boom” (dokument, 2006) reż. William Cobban, Neil Docherty


Zapis dokonujących się w Chinach przemian - społecznych, ekonomicznych i politycznych, próba przyjrzenia się zjawiskom, stojącym na drodze tej transformacji.

odcinek 1. nowe fortuny. (ekonomia)
odcinek 2. miasto marzeń. (nowa klasa średnia)
odcinek 3. dar niebios. (jedzenie)
odcinek 4. partyjne igrzyska. (polityka)

(8.01, g. 23.10, Canal+)

wieczór 3 (wtorek):
"Pola X" (1999) reż. Leos Carax



Jeden z trzech - obok Luca Bessona i Jeana-Jacquesa Beneixa - twórców i wyznawców francuskiego neobaroku - Leos Carax po długim milczeniu powraca do formy i opowiada jak zwykle o szalonej miłości.
(9.01, g. 22.40, TVP2)

"Telenowela" (A Soap, 2006) reż. Pernille Fischer Christensen



Zadziwiająco dojrzały debiut. Dowód na to, że duńska Dogma ma się dobrze. Mądry, skromny, dociekliwy film o ludziach, o ambiwalencji uczuć i tożsamości, o fascynacji, która znosi stereotypowe podziały, także płciowe. Berliński Srebrny Niedźwiedź bardzo zasłużony.
(9.01, g. 01, ale kino!)

wieczór 4 (czwartek):
do trudnego wyboru 2 x Tajwan
"Trzy miłości" (Three times, 2005) reż. Hou Hsiao-hsien



pisałam o nim tu:
(11.01, g. 20, ale kino!)

"Która tam jest godzina" (Ni neibian jidian, 2001) reż. Tsai Ming-Liang



Dla mnie każdy film Tsai Ming-Liang'a jest lekturą obowiązkową. Powolne, cudownie zakomponowane, chwilami ocierające się o groteskę kino, w oczekiwaniu znajduje prawdziwą wartość. Czas, śmierć i samotność przenikają każdy kadr tego filmu, w tle współczesna Tajpej, azjatycka metropolia, rozciągająca się aż po Paryż.
(11.01, g. 20.30, TVP Kultura)



czwartek, 04 stycznia 2007
anons
.......................................
kolejny wykład z cyklu "Co to jest architektura?"



środa, 03 stycznia 2007
brazylijska Lisbon Story

Fernanda i Fernando

Nie mogło być inaczej – bohaterowie brazylijskiej Lisbon Story w rzeczywistości noszą imiona Fernanda i Fernando. Inaczej być nie mogło, choć wydało mi się to zaskakującym zbiegiem okoliczności. Ich obecność w mieście Fernanda Pessoi musiała być nieprzypadkowa i znacząca. Fernando Alves Pinto zagrał w “Obcej ziemi” (Terra Estrangeira, 1996) młodego chłopca Paco, a Fernanda Torres starszą od niego o kilka lat dziewczynę z przeszłością - Alex. Oboje są Brazylijczykami. Fernanda zagrała też w tym drugim filmie Waltera Sallesa, który lubię – w “Północy” (O Primeiro Dia, 1999). Znaczącym dla całego przedsięwzięcia faktem było to, że w ekipie znalazł się stały współpracownik reżysera, doskonały operator - Walter Carvalho. Dzięki “Obcej ziemi” czterdziestoletni wówczas Salles został zauważony, skromnym czarno-białym filmem rozpiętym między Ameryką a Europą rozpoczął międzynarodową karierę i triumfalny marsz przez najbardziej liczące się w filmowym światku festiwale. Z wiatrem w żaglach nakręcił potem “Dworzec nadziei” (Central do Brasil, 1998), wspomnianą “Północ”, “W cieniu słońca” (Abril Despedaçado, 2001), czy “Dzienniki motocyklowe” (Diarios de motocicleta, 2004).



Fernanda Torres i Fernando Alves Pinto w "Terra Estrangeira" (1996, reż. Walter Salles)

Dobre i złe końcówki świata

“Wysokie pagórki miasta! - pisał o Lizbonie Fernando – Wielkie budowle, które strome zbocza jakby podtrzymują i wyolbrzymiają! Opadające w dół nagromadzone domy, które barwi światło to jaśniej, to ciemniej! Stoicie tu dziś jak ja i kocham was wszystkie jak statek, który mija inny statek i w tym mijaniu budzi się w nich nieokreślona nostalgia”.
(Fernando Pessoa, Księga niepokoju)

Zanim jednak Paco trafi do Lizbony, by przeżyć swoją historię, znajdziemy się w jednym z brazylijskich miast, choć będzie to jakby inna Brazylia, niepodobna do tej, którą moglibyśmy sobie wyobrażać. Ta Brazylia jest zadziwiająco pusta - tak jakby nieliczne sceny w plenerze kręcone były wcześnie rano. Jest też ciasna jak mieszkanie Paco i jego matki – krawcowej. Świat Paco jest mały niczym książka, z którą się nie rozstaje, ograniczony do rozmów z matką, czy wizyt w teatrze – chłopak chce zostać aktorem. I to jest dobry świat mimo jego skromności, wypełniony młodzieńczymi marzeniami, czekającymi na swój czas. Matka Paco pochodzi z Hiszpanii, całe życie odkładała pieniądze, by pokazać synowi San Sebastian, swoje rodzinne miasto. Już mają wyjechać, ale okazuje się, że oszczędności przechowywane w bankach, zostaną przez władze zamrożone, nie wiadomo, czy w ogóle nie przepadły, matka pod wpływem tej wiadomości nagle umiera.

Paco zostaje sam. W swoim domu, w swojej dotkniętej do żywego dziecięcości, bezradny, pogrążony w wielkiej, rozdzierającej rozpaczy. Jak szczeniak wyrzucony na bruk w chłodną zimową noc. Snując się po mieście, w barze spotyka człowieka, który zaczyna z nim rozmawiać, ofiarowuje rozbitkowi odrobinę zainteresowania i ciepła, a także zajęcie. Nie bezinteresownie, choć z początku tak właśnie się wydaje. Podejrzany antykwariusz wysyła go do Lizbony z walizką, którą ktoś ma od niego na miejscu odebrać.

Odbiorcą walizki ma być Miguel – kompozytor, szaleniec, narkoman, zamieszany w nielegalne interesy złodziej, mieszka w Lizbonie z dziewczyną - Alex, która pracuje w barze fado jako kelnerka. Dla tych młodych Brazylijczyków, których losy przypominają zapewne los Paco, Lizbona jest prawdziwym piekłem poniżenia i beznadziei, walczą z nią każdego dnia, przy okazji próbując pozbyć się amerykańskiego akcentu. Przez Portugalczyków traktowani jak ludzie gorszego gatunku, chcą uciec, ale to miasto trzyma ich na uwięzi, dlatego spoglądają na nie z tarasu zamku św. Jerzego ze szczerą nienawiścią. Nie ma w nich zachwytu, nie ma też tęsknoty za tym, co zostawili – Brazylia to ostatnie miejsce na Ziemi, gdzie chcieliby wyjechać.

Kiedy Dubravka Ugrešić poświęca Lizbonie jeden z rozdziałów “Muzeum bezwarunkowej kapitulacji”, na wstępie przywołuje “Noc w Lizbonie” Remarque'a i obecne w jego twórczości, zapomniane już czasy, kiedy “człowiek był niczym, a o wszystkim decydował ważny paszport”, sugerując, że znowu w takim czasie żyjemy. Gdy Alex zechce sprzedać swój paszport, niestety dowie się, że brazylijski na rynku jest niemal bezwartościowy. Dubravkowa “Noc w Lizbonie” - jak sama pisze – jest naznaczona piętnem taniej powieści miłosnej, historii, porównanej do cukierka o smaku “poniżenia, słodkiej gorączki, wewnętrznego sprzeciwu i bezradnej zgody”. Jednak Lizbona Dubravki jest mimo smutku rozpalona do czerwoności, Lizbona Sallesa – chłodna i pozbawiona koloru.

(...) spacerując zabłądziłam w dzielnicy hałaśliwych, wąskich uliczek, kobiety i mężczyźni stali na dworze, rozmawiali, kłócili się, przywoływali i trajkotali. Przed ciemnymi tawernami, ściśniętymi jedna przy drugiej niczym pieczary, stały małe, zaimprowizowane lady z warzywami, mięsem, rybami, winem. Wokół lad uwijały się roje much, przemykały koty i psy, kręcili przechodnie, tutejsi mieszkańcy i miejscowi wariaci. Znajdowałam się w Alfamie. Od zgiełku, który docierał zewsząd, od rojowiska much i gorącego migotliwego powietrza kręciło mi się w głowie. Miałam wrażenie, że jestem w samym sercu śródziemnomorskiego świata, rozciągniętego wprawdzie aż po brzeg Atlantyku. Odurzona, łapiąc oddech, z trudem posuwałam się po jednej z jego komórek.
Do zamku São Jorge wspięłam się małym otwartym tramwajem, z którego podróżni zwisali niczym winne grona. Z zamku otwierał się bajeczny widok na miasto. Przypominało przejrzałą, pękniętą dynię. Nawet niebo, które przecinały tysiące nerwowych jaskółek, było żółte”.
(Dubravka Ugrešić, “Muzeum bezwarunkowej kapitulacji”)



oto koniec Europy - mówi Fernandowi Fernanda

Końcówka


W pustej, wieczornej i ciasnej Lizbonie rozegra się sensacyjna część tej historii, która powoli odsłaniać będzie przed nami ludzką nikczemność. Czekający w hotelowym pokoju, Paco wyjdzie na ulicę i spróbuje odszukać adresata tajemniczej przesyłki. Choć ten w wyniku rozpaczliwej zachłanności straci życie i już jej nie odbierze. Zrobi to za niego ktoś inny, za plecami i bez wiedzy Paco. Dzięki temu chłopak pozna Alex, która chcąc go oszukać, wywiezie do nieczynnego prowincjonalnego klasztoru. Może właśnie wtedy po raz pierwszy w filmie Sallesa zaświeci słońce i rozbieli klasztorne budynki porażającą bielą jak ze snu. Kiedy Paco i Alex zostaną kochankami, to będzie niezobowiązująca przygoda, ale los ponownie popchnie ich ku sobie i ścigani przez rozjuszonych gangsterów, ruszą w drogę do San Sebastian, niczego od siebie nie oczekując poza obecnością. Nie uda im się uciec, przynajmniej nie tak, jak by tego chcieli. Skazani na wieczną utratę. To jest właśnie fado.

Mimo, że film nosi na sobie wyraźny ślad ręki Carvalho, który jest przede wszystkim artystą kamery, do swojej pracy operatorskiej podchodzi niezwykle starannie, mimo dojmującego wrażenia kreacji i sztuczności ekranowego świata, podkreślonej czarno-białą taśmą i konwencją, wierzę temu filmowi. Porusza mnie. Przeciwstawiona niemal slapstickowej wersji Wendersa, porusza mnie ta zimna, ponura, obca Lizbona, która niczemu się nie dziwi.



wtorek, 02 stycznia 2007
z drewna królewna


Sylwestrowa noc upłynęła nad podziw szybko. Było bardzo miło, bardzo ładnie, balony pękały z hukiem, lampki świeciły różowym blaskiem jak na zabawie w dzień odpustu, jak w Meksyku. Dzisiaj w telewizorze pokazują “Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady” w reżyserii Tommy'ego Lee Jonesa. Tommy na szczęście zagrał tu jedną z głównych ról i przypomina mi się taka scena z tego filmu, w której telefonuje do swojej ukochanej. Ona została z nudnym mężem w Stanach, a Tommy telefonuje do niej z przygranicznej meksykańskiej knajpy. To u nas tamtej nocy było podobnie. Trochę inny kolor wieczornego nieba, trochę bardziej gładkie ściany pokoju, trochę inne nakrycia głów, ale z głośników posączyła się jak krople piwa parysko-teksańska Canción Mixteca, a ludzie obejmowali się w tańcu. Choć w sumie wodzirejka nie miała lekko – chłopcy tańczyli tylko ze swoimi dziewczynami, dziewczyny chciały tańczyć tylko do muzyki, którą znają, jedni chcieli rozmawiać, inni jeść. Dwojenie się i trojenie na parkiecie tak wodzirejkę zmęczyło, że po jakimś czasie – pijąc swobodnie to, czy tamto – zaczęła wylewać ludziom słodkie alkohole na w mękach wyszperane różowe kreacje, siejąc tym samym pewien niesmak. Aż w końcu wróciła do domu nad ranem, poszła na spacer z zamroczonym jeszcze Relanium psem i przespała Nowy Rok, jakby chciała powiedzieć – to się nie mogło zdarzyć. Bo - jak wiadomo - styczeń jest najbardziej depresyjnym miesiącem w roku i za każdym razem trudno jej było pogodzić się z faktem jego zaistnienia.


"Three Burials of Melquiades Estrada"
(2005,
Los Tres Entierros De Melquiades Estrada), reż. Tommy Lee Jones