agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
niedziela, 27 stycznia 2008
chiński szczur pod śniegiem


Agencje donoszą, że centralną i wschodnią część Chin nawiedziły ostatnio najcięższe od dziesięciolecia opady śniegu. W wielu regionach sparaliżowana została komunikacja. Zamknięto część autostrad i 5 dużych lotnisk.
Dziesiątki tysięcy osób, które chcą wrócić do domu przed chińskim Nowym Rokiem (rok szczura rozpocznie się 7 lutego) zostało zmuszonych do koczowania na dworcach i lotniskach. Wszyscy czekają na poprawę pogody.
Intensywne opady śniegu doprowadziły do zawalenia się tysięcy budynków mieszkalnych. Chińskie władze informują o problemach z dostarczaniem świeżych produktów żywnościowych. W niektórych regionach występują także przerwy w dostawach energii elektrycznej. Śnieg zakłócił pracę elektrowni. Ze względu na braki w dostawach węgla, chińskie władze czasowo wstrzymały też jego eksport.

- - -

Podróżowanie po Chinach w okresie Święta Wiosny jest trudne, choć nie niemożliwe. Tak jak podróżowanie po Chinach w nieświątecznym czasie. Dworzec kolejowy w każdym chińskim mieście jest prawdziwym centrum świata. To zwykle duży budynek, wysoki na kilka pięter, otoczony wielkim placem, mającym pomieścić koczujące przed nim nieraz po kilka dni setki, jeżeli nie tysiące pasażerów. To głównie podróżujący po kraju w poszukiwaniu pracy robotnicy, wieśniacy, mieszkańcy biednych prowincji, których nie stać na hotel, czy przesiadywanie w restauracjach. Tak jest zawsze, nie tylko przy okazji problemów ze śniegiem.

Zeszłoroczny chiński Nowy Rok chcieliśmy przeczekać w Hongkongu, by zaraz po trzydniowym święcie wyruszyć autobusem do Kantonu. Miasto odurzyło nas zapachem ustawionych wszędzie chińskich świątecznych choinek - drzewek mandarynkowych. Dostaliśmy się w sam środek przedświątecznej gorączki, by z nabrzeża Nowych Terytoriów obejrzeć jej kulminację w postaci spektaklu fajerwerków, a potem przemierzającą ulice kolorową paradę. W Kantonie, gdzie też stały drzewka mandarynkowe, ale z lekka już przykurzone i ogołocone z owoców, po raz pierwszy zetknęliśmy się z chińskim dworcem kolejowym. To było wrażenie z niczym nieporównywalne. Otoczony barierkami budynek stał niczym puste widmo swojego przeznaczenia pośrodku czarnego mrowia, niczym święty kamień Mekki, otoczony pielgrzymami. Nasze pierwsze zetknięcie z systemem było naiwne. Wcześniej skorzystaliśmy z pomocy agencji turystycznej, bilety kolejowe mieliśmy w kieszeni. Gdybyśmy ich nie mieli, nasze przerażenie tym widokiem byłoby z pewnością większe.

Powiedziano nam, że mamy się stawić na dworcu ok. 2 godzin przed odjazdem pociągu. Kanton jest specyficznym miejscem, wielkim węzłem komunikacyjnym, dlatego uznaliśmy tę poradę za uzasadnioną. W rzeczywistości, korzystajac z kuszetek – tzw. twardych leżanek – mieliśmy zagwarantowane konkretne miejsce w wagonie sypialnym, nie musieliśmy o nie walczyć jak pasażerowie nieoznaczonych miękkich czy twardych foteli w innych wagonach. Stojąc wobec niewiadomej, ulegliśmy jednak swoistej magii sytuacji, poddaliśmy się niepokojom, wstrząsającym raz po raz tłumem, przez który udało nam się przedrzeć w drodze do barierek. Tam po okazaniu biletu umundurowanemu funkcjonariuszowi weszliśmy do budynku. Przy każdym wejściu, na każdym chińskim dworcu kolejowym, czasem i na autobusowym trzeba zdjąć z ramion plecak i wrzucić go na taśmę z fotokomórką, choć zwykle nikt nie obserwuje ekranu. Taki jest tu nakaz, a spróbujcie tylko go złamać.

Następnie inny funkcjonariusz kieruje nas do odpowiedniej zapchanej ludźmi, dusznej poczekalni, sąsiadujacej z nieodzowną tutaj palarnią. W Chinach papierosy pali się wszędzie, bez przeszkód w środkach komunikacji miejskiej. Po jakimś czasie razem ze ściśniętym w coraz węższą linijkę, walczącym o przetrwanie, spanikowanym tłumem po okazaniu biletu przechodzimy przez kolejną bramkę. Ludzie biegną truchtem, wszyscy kierują się w tę samą stronę, my za nimi, też truchtem, choć nie mamy pojęcia dlaczego biegniemy. Biegniemy korytarzami, klatkami schodowymi, w dół i w górę, jak mrówki wewnątrz labiryntu. Wreszcie wydostajemy się z budynku na pusty peron, gdzie funkcjonariuszki z megafonami kierują nas do odpowiedniego wężyka pasażerów, którzy przestępujac z nogi na nogę zmierzają ku swoim wagonom.

Trochę jesteśmy tym wszystkim rozbawieni, trochę niedowierzamy, że to dzieje się naprawdę. Oto Chiny właśnie. Ktoś nam potem tłumaczy, że gdyby nie te wszystkie barierki, megafony, mundury, wrzeszczący funkcjonariusze powstałby chaos nie do opanowania. Po wejściu do wagonu oddajemy bilet jego opiekunowi, choć zwykle jest to opiekunka. Do jej obowiązków należy utrzymywanie porządku w szerokim znaczeniu tego słowa, zdarza się bowiem często, że wszystkie niepotrzebne rzeczy, resztki jedzenia, śmieci lądują tu na podłodze. W zamian za bilet dostajemy plastikową kartę, której musimy pilnować jak oka w głowie. Oddając ją przed końcem podróży, otrzymamy bilet, musimy go okazać przy bramce na docelowej stacji, żeby wydostać się z dworca, inaczej zostaniemy wzięci za przestępców, podróżujących bez biletu.

Twarde leżanki to luksus, na który nie stać wielu, mimo to podzielony na boksy z sześcioma leżankami w boksie wagon jest zawsze pełen. Podróżowaliśmy przeważnie na trasach, które z naszej lokalnej perspektywy nazwalibyśmy długimi. Wieczorny załadunek, poranna wysiadka, noc w pociągu. Zawsze mniej więcej wiedzieliśmy, o której godzinie dotrzemy na miejsce. Bilety kupowaliśmy już sami w kasach na dworcach, korzystajac z chińskich nazw w przewodniku, rzadko kto znał tam angielski, nie raz nie starczało rąk, żeby wytłumaczyć, o co chodzi. Kupowaliśmy z kilkudniowym wyprzedzeniem, często nie dostawaliśmy biletów na pociąg, którym planowaliśmy jechać, trzeba było czekać dzień, dwa. Raz zdarzyło nam się dowiedzieć już w trakcie podróży, że zamiast jedną noc i kawałek dnia będziemy jechać noc, cały dzień i kolejną noc, aż rano dotrzemy na miejsce. Taka mała niespodzianka. Mnie to akurat nie zmartwiło. Nie mogłam oderwać nosa od szyby.

pociągiem przez Shanxi, marzec 2007






sobota, 26 stycznia 2008
konieczności nieciekawego życia

Czasami z wielką mocą uświadamiam sobie, że życiem rządzą konieczności, różne konieczności różnym życiem. Kiedy płynę na pokładzie lodołamacza, wielkiego, wysokiego niczym Titanic statku, koniecznie wszystko wokół jest białe. Biała jest noc i oszroniona gruba wartstwa lodu, pokrywająca pokład. Białe są ubrania załogi i pasażerów, białe i czyste jest powietrze, i białe są bezy, które jemy, popijając białym winem. A potem biała noc się kończy, niepostrzeżenie przechodząc w szary, ciepły dzień, który łamie lód pod stopami. Taka konieczność. Taka niezmienność. Koniecznością jest robienie zakupów w sobotnie popołudnia, chodzenie do kina w sobotnie wieczory. Koniecznością są leniwe niedzielne śniadania. Ktoś koniecznie musi oddać nerkę w telewizji. Ktoś inny koniecznie musi wyjechać zimą, bo to ostatnia taka szansa w jego nieciekawym, podporządkowanym koniecznościom życiu. Wyzbywszy się na szczęście przekonania, że podróże wiążą się koniecznie ze zmianą, nie bez trudu przyjmuje do wiadomości fakt, że oto zaistniała nieuchronna konieczność spełnienia wieloletnich marzeń. Z lękiem, niedowierzając, w wyobraźni przekracza oceany, dociera do obcych kontynentów. Zimą, która okazuje się latem. Zmierzając ku krańcom Ziemi, gdzie żyją już tylko smoki i latające ryby, by zostać przez nie pożartym. Oto liryczna nienaruszalność konieczności.


Byłam już Chinką i Turczynką, piłam zieloną herbatę w parkach Chengdu i turecki czaj w oparach stambulskiej melancholii, jadłam paprykę nadziewaną mięsem jaka, wyławiałam kawałki ryby z ostrych syczuańskich kociołków, okołopołudniową ochotę na coś słodkiego zagryzałam baklawą. Kim teraz zostanę? Argentynką, Chilijką, Patagonką... Oto jest pytanie. A będzie, co ma być. Niezmiennie, nieuchronnie, koniecznie.


parking przy świątyni
Shuangling Si, okolice Pingyao, Shanxi, Chiny, marzec 2007



wtorek, 22 stycznia 2008
park tematyczny a kino kultu

Łatwo wyobrazić sobie architekturę „parku tematycznego”, bo zaraz przed oczami stają współczesne centra handlowe i potrzeby, rozrywki, którym taka architektura jest podporządkowana. Ale pojęcie „parku tematycznego”, choć ma tam swoje wciąż mocno bijące źródło, wydaje się dziś równie przydatne i w opisie innej architektury, chociażby mieszkaniowej. Park to wyniesiony na wyżyny stereotyp, nieweryfikowany, użyty jako podstawowa zasada. Stereotyp – uśredniona prawda, uproszczona do granic oczywistość, pozwalająca na orientację w świecie – tu: tworzy fikcyjny wizerunek.

Zastanawiam się, czy – mnożąc fikcje - można w ogóle mówić o „filmowym parku tematycznym”. Najłatwiej chyba - w obrębie kina gatunków, które samo w sobie posługuje się stałym zestawem stereotypowych konwencji. Bywa – szczególnie w kinie postmodernistycznym – że konwencje są przerysowywane. Wtedy mamy do czynienia z „kinem kultu”, w którym przyjemność, jaką z oglądania czerpią widzowie, opiera się nie tyle na rozpoznawaniu konwencji i potwierdzaniu ich powtarzalności, ile na rozpoznawaniu gry w przerysowanie albo łamanie doskonale znanych konwencji, co często wywołuje efekt komediowy. Może się zdarzyć, że granica pomiędzy filmowym parkiem tematycznym a kinem kultu jest na tyle delikatna, że film przez część widowni postrzegany jest jako „podkręcone” kino gatunków (park tematyczny), przez inną część – jako kino kultu, mrugające okiem do świadomego widza.


Niezwykłych doznań dostarczyła mi ostatnio komedia romantyczna „Holiday” (2006) Nancy Meyers. Poczułam się naprawdę skołowana. Poczułam się tak, jakbym stała w rozkroku na drabinie jedną nogą w parku, drugą – w kulcie. Drabina się chwiała. Pod wpływem emocji, jakim ulegali bohaterowie, nie mogąc zachować dystansu, twarz miałam dziwnie zdrętwiałą, obolałą. Rozpięty pomiędzy dwoma kontynentami był sam film, bo akcja co chwilę przenosiła się z Europy do Ameryki, z sielskiej angielskiej wioseczki pod Londynem do błyszczącej w słońcu willowej dzielnicy Los Angeles, z oszronionego kamiennego domku z kominkiem i psem, do wyposażonej w nowoczesne gadżety posiadłości w stylu hiszpańskim. Zgodnie z zasadą grube do grubego, chude do chudego: Kate Winslet pojechała do LA poznać Jack'a Blacka, Cameron Diaz pojechała do Anglii poznać Jude'a Law'a. Panie podczas wakacji wymieniły się mieszkaniami i nawiązały nowe znajomości. Law okazał się nie skaczącym z kwiatka na kwiatek podrywaczem, a odpowiedzialnym wdowcem i ojcem dwóch słodkich dziewczynek, choć nic tego nie zapowiadało. Winslet okazała się bardzo pomocna mieszkańcom willowej dzielnicy LA. Black okazał się wyśmienitym artystą i dobrym człowiekiem. A Diaz, nie mniej słodka od dziecięcych symboli słodyczy, choć nadmiernie twarda, wreszcie się rozpłakała. W tle całości kręcił się zaś pewien scenarzysta, który wzbudził moje podejrzenia.
..


Scenarzysta (Eli Wallach) jest stary, zniedołężniały, a o jego poczuciu humoru niech świadczą wybuchy śmiechu towarzystwa przy kolacji. Reżyserka albo wzięła sobie na głowę zbyt wiele, albo jest z natury leniwa, albo... Jako scenarzystka „Holiday” wycięła z filmu wszystkie rzekome powody wesołości bohaterów. Pozostawiła sam efekt inteligentnego zapewne dowcipu czyli jakże uroczy uśmiech na ich twarzach. Śmiejemy się razem z nimi, nie wiedząc z czego się śmiejemy, przemocą niemal postawieni w sytuacji: jak wejdziesz między wrony, masz krakać jak i one. Co więcej, scenarzysta jest starej daty, a jego osiągnięcia są znaczne. Wychowany na klasyce amerykańskiego kina, w tworzeniu tej klasyki wziął czynny udział. Zaprzyjaźniając się z zagubioną w obcym kraju Winslet, postanowił poszerzyć nieco jej filmowe horyzonty, polecając listę najlepszych jego zdaniem filmów amerykańskich. Dowiadujemy się co jakiś czas, że dobra uczennica Winslet ogląda filmy z listy, ale nigdy nie poznamy jej spisu treści. To symptomatyczne. To pewna prawidłowość, rządząca sposobem organizacji filmowego świata. Zarówno ów spis treści, jak i powody wesołości bohaterów nie są tu niezbędne, scenarzysta zaś jako jedna ze znaczących postaci pełni rolę figuranta, który ma nas utwierdzić w przekonaniu, że film „Holiday” posiada scenariusz. Same dialogi również są rodzajem atrapy. Film Meyers nawiązuje w pewien nowatorski, żeby nie powiedzieć kultowy sposób do historii kina. Ten nowy gatunek, który nazwałabym „dźwiękowym kinem niemym”, swoją esencję zawdzięcza przede wszystkim grze aktorskiej, przypominającej sposób, w jaki grali aktorzy w filmie niemym. Jednym słowem aktorzy grają w starym stylu, rzec można - nieco konwulsyjnie. Skoro dialogi są atrapą i nie warto poświęcać im uwagi, emocje znacząco „wychodzą” na twarze, targają ciałami niczym wiatr zmian połami lekkiego prochowca.

Fascynuje mnie sposób w jaki Nancy Meyers stoi w rozkroku na drabinie i chwieje się to w jedną, to w drugą stronę. Jej film raz jest filmowym parkiem tematycznym, innym razem prowokuje konieczność rozdzierania podszewki filmowej rzeczywistości, by odkryć tam jeżeli nie jawną grę konwencjami, to inny przekaz. Kiedy zadaję sobie pytanie – czy to w ogóle możliwe, żeby w kinie XXI wieku ktoś tak robił filmy - zaczynam węszyć w poszukiwaniu zakładki w materiale. W zakładce znajduję konstatację, z którą zapewne nie wszyscy się zgodzą: wielka zbuntowana kina amerykańskiego – Nancy Meyers filmem „Holiday” staje na barykadzie. Poddaje w wątpliwość osiągnięcia ponad stu lat kina światowego. Ma odwagę zrobić film absolutnie niewiarygodny w szerokim znaczeniu tego słowa, zniszczyć swoją karierę, wypluć zęby po prostu – jak powiedzielibyśmy w bokserskim żargonie – dlaczego? ... dla kina. Każe nam cofnąć się do jego początków i zacząć od nowa. Od-Nowa!


I jak w ogóle w takim kontekście pisać o nowym filmie Anga Lee „Ostrożnie, pożądanie”? Doprawdy znowu przyjdzie mi przyznać się do konfuzji. Co prawda recenzenci jak jeden mąż twierdzą, że dochodzi tu do zabawy konwencjami, uwodzenia i zwodzenia i każą szukać podwójnych den, trudno mi temu zadaniu sprostać. No może jedno z całą pewnością udało się reżyserowi – zmusił nas do przejęcia od głównej bohaterki rodzaju napiętego oczekiwania: kiedy wreszcie przez ekran przemknie Tony Leung...



wtorek, 15 stycznia 2008
trawniki z odzysku

dziś walczę z wiatrakami trawnikami.

Gdynia, ul. Wielkopolska

Nurtująca mnie od jakiegoś czasu, sprawa "odzyskiwania trawników" na tle innych problemów, z jakimi borykają się miejskie władze, wydaje się błaha. Ale można na nią spojrzeć z nieco szerszej perspektywy. Simone Veil, dama stanu francuskiej i europejskiej polityki w jednym ze swoich przemówień w parlamencie francuskim przed 34 laty pytała: „czy prawo, które nie jest egzekwowane, pozostaje prawem? Co zrobić, gdy wszyscy depczą trawniki? Można przy każdym drzewie postawić stróża prawa, to w sumie prostsza droga. Trudniej uświadomić ludziom, że to, co robią, jest złe albo niewłaściwe” (cytat za Piotrem Pacewiczem, GW z 14.01.08). Pytała co prawda w innym kontekście, ale jej słowa doskonale pasują do problemów z otaczającą nas, miejską przestrzenią wspólną. Chcąc zmienić wizerunek miast, zaczynajmy od tego, co najbliżej, od drobiazgów na miarę własnych sił. A przede wszystkim patrzmy, i zauważajmy. Czy miejscy włodarze pomogą nam zmienić przestrzeń publiczną?

Postanowiłam odzyskać jeden z gdyńskich trawników, w miejscu, obok którego codziennie przechodzę jak dziesiątki innych mieszkańców Karwin i Wielkiego Kacka - w drodze do domu, czy do małego osiedlowego sklepiku. Ulica Wielkopolska jest jedną z tych szerokich, miejskich arterii, która dzieli raczej niż łączy. Dzieli dwie gdyńskie dzielnice – wielkopłytowe blokowisko Karwiny i Wielki Kack, zdominowany w tej chwili już nie przez niską zabudowę jednorodzinną, a przez wyrastające w latach 90. ubiegłego wieku jak grzyby po deszczu nowe osiedla mieszkaniowe. Pobocze ulicy Wielkopolskiej zachowuje charakter przestrzeni niczyjej, niekonsekwentnej, zabałaganionej, upstrzonego reklamami zbiorowiska. W jednym ze swoich wykładów gdański architekt Jacek Dominiczak estetykę takiej przestrzeni nazwał „surowym urbanizmem”. Budynki w tym surowym otoczeniu asystują systemowi komunikacyjnemu. To droga jest tu najważniejsza. Droga oraz kierowcy i pasażerowie mknących nią samochodów. Dlatego przestrzeń wokół drogi staje się głównie przestrzenią informacji, budynki zaś stają się znakami, które zwykle sprzedają jakieś treści. Prędkość, z jaką poruszają się samochody, wymusza prostotę tego zapisu. Często dawną pierzeję ulicy zastępuje linia parkingów.

Przyzwyczailiśmy się do tego, że ciągnąca się kilometrami, Wielkopolska to przelotówka nie mająca nic wspólnego z miastem i z miejskością. Idealistycznie rozumiemy te kategorie – jako te związane z mieszkańcami miasta, którzy miejskości doświadczają w bezpośrednim z nią kontakcie – chodząc ulicami na własnych nogach. Tymczasem na poboczu Wielkopolskiej, przynajmniej w niektórych jej fragmentach, znalazło się miejsce i dla pieszych, co więcej, ulica ta nieśmiało próbuje ubrać się w kostium miejskości. Na odcinku między prostopadłymi do niej ulicami Nowodworcową i Starodworcową powstają szeregowe budynki, przypominające kamieniczki, które wyglądają tak, jakby z czasem miały się scalić z innymi w jedną wyraźną pierzeję. Partery tworzą ciąg usługowy ze sklepem spożywczym, fryzjerem, kwiaciarnią czy restauracją. Wzdłuż pierzei ciągnie się nowy, szeroki, równy chodnik, który od jezdni oddziela pas trawnika. Dziwne to miejsce na mapie surowej okolicy być może jest zapowiedzią jakiejś zmiany. A przynajmniej stara się nadać sobie jakiś rozpoznawalny rys.

Nic z tego jednak nie będzie, gdy pozostanie wyspą w ogromie zniszczenia. Tuż obok ciągu budynków znajduje się ogrodzona płotem posesja, która stała się miejskim śmietniskiem. Zaś trawniki po obu stronach szerokiego, równego chodnika są regularnie rozjeżdżane przez samochody, mimo pachołka, sugerującego zakaz wjazdu na chodnik. Pachołek przeszkadzał, teraz samochody bez skrupułów go objeżdżają, trawniki zamieniając w kupę piachu i błota. Najsmutniejsze jest jednak to, że samochodami na chodnik wjeżdżają pracownicy restauracji, znajdującej się w opisywanym ciągu budynków. Restauracja zajmuje się kateringiem na telefon. Pracownicy zamiast odbierać towar od tyłu, wejściem dostawczym, do którego mogą podjechać od ulicy Starodworcowej, odbierają go od frontu, jadąc tam samochodem po chodniku. Bezczelność, bezmyślność, głupota? Brak poszanowania dla przestrzeni i jej użytkowników, jakimi wszyscy jesteśmy? Brak świadomości istnienia i korzystania z „przestrzeni wspólnej” w mieście? Krótkowzroczność?

Życie w estetyce „surowego urbanizmu” nie jest łatwe, jeżeli tylko nie jesteśmy obojętni na otaczającą przestrzeń. Myśląc o zmianach, warto pamiętać o związanych z tym modelem ograniczeniach, których pewnie nie jesteśmy w stanie przekroczyć, bo taka jest rzeczywistość – tu i teraz równie surowa. Kolejną fazą rozwoju estetycznego miasta jest według Jacka Dominiczaka „przestrzeń mediacji”. Odzyskując trawniki w naszych dzielnicach, spróbujmy chociaż ją sobie wyobrazić.


środa, 02 stycznia 2008
lektury na nowy rok 2

Nim się obejrzałam (szczerze mówiąc, zapatrzona na Wschód, przegapiłam), w minionym roku Świat Książki dodrukował trochę kultowej "Gorączki latynoamerykańskiej" Artura Domosławskiego (pierwsze wydanie 2004). To dobra wiadomość w nowym roku, wreszcie przeczytam.

przedmowa Ryszarda Kapuścińskiego >>>>
fragmenty >>>>
imponujący spis treści >>>>



ps. oraz dla tych, co patrzą w tę stronę Bruce'a Chatwina "W Patagonii"


wtorek, 01 stycznia 2008
lektury na nowy rok


Czy znajdziemy niebawem w księgarniach „Stambuł. Miasto i Wspomnienia” (tytuł roboczy) Orhana Pamuka? Wydawca książek Pamuka – Wydawnictwo Literackie zapewnia, że przekład polski jest w przygotowaniu... Tymczasem 25 stycznia mamy premierę „Nowego życia”. Dobry tytuł u progu nowego roku.

-

Wiele razy czytałem i słyszałem, że miłość jest bólem zbawiennym. W tamtych dniach bardzo często natrafiałem na tę bzdurę (...) Żelazna sztaba tkwiąca w moim żołądku sprawiała, że czułem żałosną samotność i zazdrość, które pozbawiły mnie nadziei i oddaliły od reszty ludzi tak bardzo, że zacząłem ślepo szukać ratunku w (...) artykułach o wróżbach i astrologii oraz innych dziwnych znakach. Jeśli liczba stopni wiodących na górę jest parzysta, to znaczy, że spotkam tam Canan... jeśli pierwszą osobą, która przestąpi próg, będzie kobieta – dziś ją zobaczę... Jeśli pociąg ruszy, zanim policzę do siedmiu – odnajdzie mnie i zechce porozmawiać... Jeśli pierwszy zeskoczę ze statku – pojawi się dzisiaj.

Zeskoczyłem pierwszy. Ani razu nie nadepnąłem na linie między płytami chodnika. Odgadłem, że na podłodze w kawiarni leży parzysta liczba kapsli od butelek po lemoniadzie. Wypiłem herbatę w towarzystwie ucznia terminującego w zakładzie spawalniczym, ubranego w fioletowy fartuch i taki sam sweter. Miałem wystarczająco dużo szczęścia, by litery z tablic rejestracyjnych pierwszych pięciu taksówek ułożyły się w imię. Udało mi się na jednym wdechu pokonać przejście podziemne w Karaköy. Policzyłem do dziewięciu tysięcy, gapiąc się w okna domu Canan na Nişantaşý. Zerwałem przyjaźnie z tymi, którzy nie wiedzieli, że jej imię znaczy nie tylko 'ukochana', ale także 'Bóg'. Sprawdziwszy, czy nasze imiona się rymują, wydrukowałem w wyobraźni zaproszenia na nasz ślub i przyozdobiłem je bogato na wzór karmelków Nowe Życie. Przez cały tydzień o trzeciej w nocy udawało mi się oszacować liczbę okien, w których paliło się światło, bez przekroczenia pięcioprocentowej granicy błędu, jaką dla siebie przyjąłem. Trzydziestu dziewięciu osobom wyrecytowałem od końca wers Fuzulego: 'Niepotrzebna dusza, jeśli nie ma Canan'. Wykonałem dwadzieścia osiem telefonów do jej mieszkania, za każdym razem zmieniając głos i tożsamość. Nie wróciłem do domu, zanim nie udało mi się trzydzieści dziewięć razy ułożyć i odczytać imienia Canan z liter dostrzeżonych w ogłoszeniach, na afiszach, w migoczących neonach, witrynach aptek, barów z kebabem czy zakładów Loterii Narodowej. Ale ona nie przyszła”.


(Orhan Pamuk, Nowe życie, Wydawnictwo Literackie 2008, w przekładzie Anny Polat)


więcej nowego życia >>>>