agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
sobota, 31 stycznia 2009
pochodzić, połazić...


Dziesięć lat badań: zbierania informacji, prywatnych historii, notowania własnych wrażeń. Efekt? Unikalny Projekt Miejski, rodzaj przewodnika po miejscach w mieście, 3 miastach. Na stronie http://projektmiejski.geografia.univ.gda.pl znajdziemy mapę z zaznaczonymi punktami-obiektami badań (na razie jest ich 22, ale będą przybywać kolejne), ich opis, fotografie, wyniki rozmów z mieszkańcami i forum dyskusyjne.

wywiad z Iwoną Sagan, kierowniczką Katedry Geografii Ekonomicznej UG, pomysłodawczynią Projektu Miejskiego w dzisiejszej GW >>



piątek, 30 stycznia 2009
nowy autoportret

spotkanie w Bunkrze Sztuki w Krakowie

środa, 4 lutego 2009, godz. 18.30

Śmierć w Europie Środkowej

Z cyklu: Przestrzeń kultury



Spotkanie na temat nowego numeru czasopisma "Autoportret" - Śmierć w Europie Środkowej. Prowadzenie: Agnieszka Sabor, udział wezmą: Łukasz Galusek, Krzysztof Varga, Emiliano Ranocchi.


"Autoportret" proponuje tym razem połączenie pewnego tematu (śmierć) z pewnym obszarem (Europa Środkowa). Uderzająca jest nie tyle intensywna obecność tematu śmierci w kulturze środkowoeuropejskiej, ile osobliwa nuta ironii, która właśnie na tym obszarze często tej tematyce towarzyszy. Podczas spotkania zaproszeni goście zastanowią się nad tym, jakie głosy składają się na specyficzne środkowoeuropejskie brzmienie.




Kwartalnik Autoportret. Pismo o dobrej przestrzeni jest wydawany przez Małopolski Instytut Kultury.




czwartek, 29 stycznia 2009
film i obraz cd.


bądźmy świadomi różnicy >>


"Sleep" Andy Warhol 1963


poniedziałek, 26 stycznia 2009
tusza w 40 sekund


"Poprawna polszczyzna źródłem sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym"

Tak kończy się każdy z dziesięciu 40-sekundowych filmów animowanych z udziałem Pucuła i Grzecha. Wczoraj widziałam jeden z nich w TVP Kultura. Rzecz dotyczyła złowionej w rzece ryby. Jeden z bohaterów stwierdzał, że jego ryba waży około "półtorej kilograma" - wtedy ryba gwałtownie traciła na wadze, dochodząc do mikroskopijnych rozmiarów. Jego kumpel złowił zaś rybę, ważącą bez mała "półtora kilograma" - ryba na wieść o tym, zaczęła cudownym sposobem rosnąć. No ładnie. Dowcipnie - powiedziałabym. A błąd niestety dosyć częsty.

Ze swej strony chciałabym, żeby powstała animacja o filmie/obrazie. To nie jest oczywiście jakiś straszny błąd językowy, ale... Bo film to nie obraz! Błagam, nie stosujcie tych słów wymiennie, bo moim ciałem wstrząsa wtedy nieprzyjemny dreszcz i zamiast się kurczyć, moje ciało rośnie, rośnie i staję się wtedy po prostu bardzo, nieapetycznie gruba.

"Pucuł i Grzechu" w tv


 
niedziela, 25 stycznia 2009
Mahmoud al Massad

Często gubi mnie to upodobanie do wyrazistych, egzotycznych twarzy. Dziś śledztwo prowadzi do Utrechtu, Holandia. W nudnym uporządkowanym Utrechcie jednak coś się dzieje, mieszkają tam reżyserzy z Bliskiego Wschodu. Ciekawi.


Życie na przemiał w dokumencie Mahmouda al Massada >>


Mahmoud al Massad w obiektywie przyjaciela z Utrechtu



środa, 21 stycznia 2009
PechaKucha Night


pierwsza w Polsce PechaKucha Night w gdańskiej Wyspie >>


PechaKucha [czyt. peczakcza] urodziła się w ceniącej ruch i czas Japonii. To forma prezentacji, wymyślona przez Astrid Klein i Marka Dytham’a z Klein Dytham Architecture. Japońska „pogawędka” może być pomysłem na spędzenie wieczoru, poznanie nowych ludzi, wymianę doświadczeń, idei, znalezienie pracy. Na punkcie PechaKucha oszalał cały świat. Dotarła już do 165 miast. Dotarła też do Gdańska.



PechaKucha w Polsce >>


PechaKucha na świecie >>


poniedziałek, 19 stycznia 2009
nareszcie!


CO TO JEST ARCHITEKTURA? Antologia tekstów, tom II >>



Bogna Dziechciaruk-Maj
Przestrzeń dla architektury

Adam Budak
Obsesja. Pomiędzy precyzją i wyobraźnią

image / space

Gerald Zugmann
Kocham pewną dozę inscenizacji
– wolną od wszelkiego przypadku

the thinking of: zone of discourse

Aaron Betsky
Przestrzeń queer.
Architektura i pożądanie osób tej samej płci

Jacek Dominiczak
Dotyk i pieszczota:
subtelne terytoria architektury dialogicznej

Marco De Michelis
Emocje w architekturze

Heinz Paetzold
Doświadczenie architektury miasta. Polityka
przechadzki w duchu Waltera Benjamina

Georges Teyssot
Architektura protez:
środowisko dla technociała

Philip Ursprung
Zbudowane obrazy – budynki wyobrażone:
wystawiając Herzoga & de Meurona

image / space

Heléne Binet
Tajemnica cienia.
Światło i cień w architekturze

shifts

Diana Agrest
Dyskursywne przeniesienia

Marc Augé
Architektura jako iluzja i aluzja

John Palmesino
USE: Uncertain States of Europe
– Niepewne Stany Europy

Kathryn Findlay, Lorens Holm
Co to nie jest architektura?

image / space

Adam Budak
Mikro-narracje o rzeczach zwykłych.
Śledząc struktury pamięci

the making of: zone of practice

Odile Decq
Przestrzeń jest doświadczaniem wrażeń

Didier Fiuza Faustino
Corpus delicti

Colin Fournier
„Igrając z ogniem”.
Biomorfi czny paradygmat

Nikolaus Hirsch
O granicach albo o trudnościach z utratą kontroli

Krzysztof Ingarden
Matryca przestrzeni

Christian Kerez
Co to jest / co to nie jest architektura?

Jan Kleihues
O miejscu, funkcji, porządku
i wolności do tworzenia piękna

Anne Lacaton
Mieszkać

Jürgen Mayer H.
Re:Public

Zbigniew Oksiuta
Isopycnic Systems, Spatium Gelatum,
Hodowle przestrzeni

Philippe Rahm
Architektura bezpośrednia

Hani Rashid
Asymptote: w poszukiwaniu nowej elegancji

Peter Zumthor
Magia rzeczy realnych



wyspy


Wyspy miast: Stadion X-lecia w Warszawie i Stocznia Gdańska
O heterotopii, niezwykłości i historycznym uwikłaniu obu miejsc rozmawiają Grzegorz Klaman i Joanna Warsza

rozmowa ilustrowana dokumentacją projektów

Francuski filozof Pascal Nicolas-le-Strat nazywa „szczelinami i parterami miast” wolne parcele lub zaniedbane obszary miejskie, w których można znaleźć niezwykłe przedmioty: stare rowery, wyrzucone meble, wyblakłe reklamy i gdzie można jeszcze doświadczyć „wspólnej przestrzeni przejść i przecięć”. Nicolas-le-Strat uważa, że stają się one „miejscami oporu” wobec sztywnych sposobów tworzenia tkanki miasta, niezwykłymi miejskimi „wyspami”.

Miejskie dzikie wyspy: Stocznia Gdańska i Stadion X-lecia zostaną skonfrontowane ze sobą przez pryzmat projektów artystycznych poruszających społeczne, polityczne i topograficzne wątki, realizowanych w tych bardzo konkretnych lokalizacjach: w Gdańsku od kilkunastu lat przez Anetę Szyłak i Grzegorza Klamana, twórców Instytutu Sztuki Wyspa oraz w Warszawie przez Joannę Warsza w cyklu Finisaż Stadionu X-lecia.

30 stycznia (piątek) 19.00 Instytut Sztuki Wyspa Gdańsk
Koordynacja projektu: Julia Gierczak, kuratorka programu księgarni ISW




piątek, 16 stycznia 2009
od dziś wreszcie w kinach


MILCZENIE LORNY reż. Jean-Pierre i Luc Dardenne >>




czwartek, 15 stycznia 2009
za ścianą

Oj, był kiedyś taki film – bardzo smutny i żałosny, żałośni byli bohaterowie, świat był czarno-biały i dołujący, lata siedemdziesiąte, środowisko uniwersyteckie, małe mieszkanka, skrzypiące drzwi, książki, okulary w grubych oprawkach, doktoraty, paprotki itede. „Za ścianą”. Film Zanussiego. Nie chciałabym go jeszcze raz oglądać. To była jakaś klęska uczuć, taka straceńcza i beznadziejna miłość Mai Komorowskiej do Zbigniewa Zapasiewicza. Tymczasem ja miałam za ścianą czterech pijanych Ślązaków, których głosy były jak z telewizora, jak z tego kanału, w którym można obejrzeć „Izaurę” ze śląskim dubbingiem. Najpierw głosy, potem chrapanie i nocny program RMF FM. Te wszystkie przeboje... W życiu nie napiszę słowa o muzyce. Więc miałam wtedy przy sobie płytę Lili Downs i pomyślałam, że Ślązacy by od niej chyba umarli, po prostu bym ich nią położyła pokotem. Lila byłaby dla nich jak jakiś czad, wydobywający się zdradziecko z zepsutego piecyka, gdyby tylko ją usłyszeli. Ja słuchałam Lili i na tej ścianie mnie od nich oddzielającej, w plamie księżycowego światła widziałam meksykańskiego psa, który wyje do rytmu wariackich indiańskich piosenek. Tymczasem piękna Lila zagrała ostatnio w filmie Saury, który jak kiedyś upadł, kręcąc te swoje musicale między oświetlonymi kolorowo kurtynami, to już się nie podniósł. „Fados” (2007) to jest zmultiplikowany teledysk, przypominający reklamę czekoladek Ferrero Rocher. Poczuj ten ohydny brązowy smak! Ale kilka rzeczy mi się jednak podobało. Choć przez cały seans nie opuszczało mnie marzenie o czarodziejskiej gumce (zupełnie podobnej do czarodziejskiego ołówka z kreskówki), którą mogłabym wytrzeć wszystko to, co Saura ustawił na planie, bo to on właśnie, podobno jest też autorem scenografii. Wszystko poza ludźmi, którzy śpiewali i pewnym panem, co tańczył i miał tatuaże. Śpiewała Lila – po portugalsku, w fajnej spódnicy w czerwone kwiaty: Foi Na Travessa Da Palha, fadystki i fadyści: Camané (niestety nie moją ulubioną, patetyczną pieśń Sei de um Rio, ale o tym, że milczą ci, co najwięcej czują), Mariza – w duecie ze śpiewającym flamenco Hiszpanem Miguelem Povedą, brat Camané – Pedro Moutinho pojedynkował się z Ricardo Ribiero w Casa de Fados, a Carlos do Carmo zaśpiewał cudownie Um Homem na Cidade i Argentina Santos - o czasie, w którym my przemijamy, a nie on. Pięknie. Ślązacy zostali, ja wyjechałam, zostawiając ich za ścianą, nie wiem w jakim stanie.




Lila Downs w jednym ze swoich Kahlowskich wcieleń


środa, 14 stycznia 2009
znaki szczególne: talent


Sztuki wizualne. Maciej Kurak z paszportem Polityki.

Nagroda za oryginalne artystyczne gry z przestrzenią oraz ciekawe poszukiwania nowych miejsc dla sztuki. Za twórczy dyskurs z architekturą i doskonałe łączenie ironicznych form z ważkimi społecznymi treściami.


więcej o laureatach >>



niedziela, 11 stycznia 2009
świąteczne serce na dłoni


Kino Warszawa we Wrocławiu. Na zewnątrz modernistyczny dizajn. Klocek, w parterze prześwietlony wielkimi szklanymi witrynami, z widokiem na podszewkę reprezentacyjnej kamienicy – ciemnej, ciężkiej, z patetycznymi arkadami od frontu. Klocek kina jest kamienicą otoczony. Dziwne miejsce. Zbudowane właściwie na podwórku-studni, ukryte. Przypomina mi się praca Maćka Kuraka (nominowanego w tym roku do paszportu Polityki w kategorii: sztuki wizualne, któremu wyjątkowo dobrze patrzy z oczu) – jedno mieszkanie, które zbudował w drugim mieszkaniu. Takie przestrzenne matrioszki. Podoba mi się ten pomysł. W środku kina Warszawa dzieją się rzeczy straszne, tu rządzą wczesne lata 90. Postmoderna w kolorze różowo-zielono (właściwie morsko)-fioletowym. Typowe barwy tamtych szalonych czasów, kafelki, w podwieszanych sufitach świetliki o fikuśnych, romboidalnych kształtach. To w foyer. Na sali kinowej lepiej, starzej, sala ogromna jak w jakiejś filharmonii. Jestem tam sama, choć tylko przez chwilę.


* * *

Zaczepiacz (Z – chudy mężczyzna w okularach w wieku nieokreślonym)

Zaczepiona (Z – kobieta ze zdezelowaną cyfrówką w dłoni)


Z: To pani zajmuje się fotografią?

Z: Nieee, tak sobie pstrykam.

Z (nieco rozmarzony): Lubię to kino, naprawdę. Tę salę. Tamta mała, to nie, była pani? Tam jest za duszno.

Z: Tak, byłam. Czy ja wiem... Nie zauważyłam.

Z: Bo ja to nie lubię takich dusznych pomieszczeń, takich małych. Trzeba się wtedy rozbierać. A to rozbieranie jest takie nudne, tak długo trwa. I ubieranie. Ja to najchętniej w ogóle bym się nie rozbierał, ani nie ubierał. Bo ja się w ogóle nie lubię ubierać.

Z: Coś podobnego...

Z: Tak, znajomi się ze mnie śmieją, mówią, że to nie jest klimat dla mnie. Ten (wskazuje ręką w kierunku nieokreślonym).

Z: Naprawdę?

Z: A pani lubi oglądać filmy?

Z: Tak, lubię.

Z: DKF też, w poniedziałek?

Z: Nie, w poniedziałek nie. Nie jestem stąd. Przejazdem jestem.

Z: Och, to fatalnie, fatalnie. A skąd?

Z: Z Trójmiasta.

Z: Czy pani wie, że Trójmiasto ma być zalane? Z powodu ocieplenia. Niech pani natychmiast przeniesie się do Wrocławia.

Z: Nie, źle się tu czuję, czegoś mi brakuje.

Z: Tak, to dlatego wysyłają tam ludzi z nieżytami różnymi, bo tam powietrze jest inne, wilgotne, inny klimat.

Z: To dlaczego pan się nie przeniesie?

Z: Ja planuję się przenieść nad cieplejsze morze, Hiszpania...

Z: Acha.

Z: Bo ja to w ogóle handluję sprzętem ortopedycznym, nieruchomościami, wynajmuję. Czego ja już nie robiłem, no wszystko, byłem w radzie miasta, wszystko.

Z: A w czasie festiwalu pan wynajmuje?

Z: Jakiego festiwalu?

Z: No, latem, Nowe Horyzonty, zawsze jest problem z noclegiem.

Z: A nie, problem? Ja mam te mieszkania i one czasami stoją puste, ja sam mógłbym w nich mieszkać, ale nie mieszkam. No to, zaraz, ja dam Ci moją wizytówkę, zapiszę numer telefonu, a w ogóle to Wojtek jestem. Tak. Przyjedziesz, będziesz miała mieszkanie dla siebie, przy rynku, za darmo.

Z: No, nie...

Z: Oj, tak, co mi po tych paru groszach, przecież mnie nie zależy na pieniądzach, w ogóle, stać mnie.

Z: Oj, chyba jeszcze zdążę pójść do toalety, przepraszam.

Z: To nie będzie Cię na tym seansie?

Z (kiwa do Z, zbiegając po schodach): Tak, tak, odezwę się latem, dziękuję.

Z: Ale to daj mi też swój numer, na wypadek, gdybym był w okolicy.

Z (kiwa z daleka): Pa, pa.

Z (wraca do sali kinowej w ciemności, nie na swoje miejsce, po seansie wymyka się pierwsza, biegnie, po skutym lodem chodniku, prawie upada, nabija sobie guza na przedramieniu, klnie, rozciera, konstatuje): Ludzie są nienormalni.


Wrocław ul. Świdnicka



piątek, 09 stycznia 2009
Być jak Ronit Elkabetz...


Czy chciałam być kiedyś jak Maggie Cheung? Nie, odwołuję. Chcę być jak Ronit Elkabetz! Wiem, nigdy mi się nie uda. Nie zapuszczę włosów. Ile musiałabym wypalić papierosów, żeby mówić takim głosem. Setki, tysiące, podaczas jednej nocy. Chrypiąca, kłótliwa baba, która trzyma wszystko i wszystkich w ręku i niczego się nie boi. Przesądna i wyzwolona. Wariatka i ulubienica. Boże, pęka mi głowa. Wrocław, to dziwne miasto, zawsze wita mnie bólem głowy. Chyba mnie nie lubi. Gdybym była jak Ronit... A więc okazało się, że wrocławski Teatr Lalek nie ma nic wspólnego z kinem Lalka, a moja biedna głowa skojarzyła te dwa miejsca bezwzględnie i podreptała ku teatrowi. Bo jedynym lekarstwem na ból było kino. Miałam pisać tekst o filmach muzycznych. A tu czytam w gazecie – w repertuarze kina Lalka znajduje się akurat film o egipskiej orkiestrze, w dodatku film izraelski, a ja bardzo lubię filmy z tego regionu. No to lecę. Całe szczęście, że ludzie, którzy chodzą do teatru, chodzą też do kina. Wyjaśnili mi pomyłkę i objaśnili, jak dotrzeć do celu, na ulicę Prusa (w przeciwieństwie do personelu teatru, który do kina nie chodzi, który rozumiem, bo ja do teatru też się wzbraniam chodzić). Uff, wpadłam w ostatniej chwili i... jaka niespodzianka! Ronit Elkabetz w filmie, który koniecznie trzeba wyłowić z tej noworocznej mizerii. Choć mało w nim muzyki. Ale jest Ronit, grupa egipskich policjantów-muzyków i puste osiedle gdzieś na pustyni Negev. Oni też się pomylili i są zmuszeni spędzić noc w pustce. „Przyjeżdża orkiestra” (2007, reż. Eran Kolirin) przypomina mi nieco pełne absurdalnego humoru kino skandynawskie. Polecam, zaszywając się teraz w moim małym pokoiku, z malutkimi oknami wychodzącymi na skutą lodem rzekę, w małym domku z czerwonej cegły, który stoi tuż przy moście. Gdybym się wychyliła z jednego z okienek, zobaczyłabym stado galopujących antylop, namalowanych na murze zoo.

trailer >>

Ronit Elkabetz

orkiestra przyjechała tu >>


środa, 07 stycznia 2009
irytująco-zachwycająca Biel

Śnieg, śnieg, śnieg... zima. Zasypało nas na amen. Sznurki zmęczonych aut przemierzały miasto w żółwim tempie. Wszystkie terminy okazywały się nieaktualne. Samoloty nie startowały, sanki nie zjeżdżały z górek, pieski nie wychodziły na długie spacery. Ograniczona widoczność. Do zera. Jednym słowem zalała nas ta irytująca biel, z kierunku od góry do dołu. I już. Biel. Taka czysta. Zupełnie nieludzka, bo jak się tylko zetknie z człowiekiem, to zaraz się ubrudzi. Stąd pewnie moja myśl o japońskim duecie SANAA (Sejima and Nishizawa and Associates). Wywiad z nimi, dosyć głupawy, zamieściła właśnie Sztuka Architektury. Irytująco-zachwycająca biel jest przecież ich znakiem rozpoznawczym. W Japonii może się podobać. Może podobać się też w Europie. Ta nieskazitelność uzyskana we Wiedniu przez sumienne ukraińskie pokojówki. Kiedy patrzę na Kazuyo Sejimę (ona) i Ryue Nishizawę (on), rozumiem, dlaczego Japończycy chodzą w prostych grafitowych swetrach, myślę, że Japończykom nie są potrzebne w ogóle wymyślne, kolorowe i modne ubrania. Ich modnymi ubraniami są twarze. Są ich biżuterią. I gadżetologią. Japońskie twarze biją chyba w tej konkurencji twarzy jakiś rekord.



SANAA


house a

 

(do kliknięcia)



wtorek, 06 stycznia 2009
Anonimowi Amatorzy Chłodu...

... łączcie się! Idzie zima, już od kilku dni. Ciepłolubni odkręcają kaloryfery. A gdzie tam - odkręcają! Oni mają przecież odkręcone od jesieni. Pożałowania godny proceder. Osobiście należę do tych wariatów, którzy nie odkręcają. Z oszczędności i dla świata. Żeby światu udowodnić, że ograniczenia mają sens, żeby mój dom nie zamienił się w galerię handlową. Nie, to nie ja jestem tą kobietą, o której mówili w dzienniku. Zamarzła we śnie. W swoim mieszkaniu. Też oszczędzała, też nie odkręcała. No cóż, nowe idee potrzebują ofiar. Tymczasem otulam się wielkim, ciepłym szlafrokiem przypominającym kimono - jestem samurajem zmian - i oglądam białe bezkresne przestrzenie.


W poszukiwaniu przejrzystych obrazów -
- "Spotkania na krańcach świata" reż. Werner Herzog >>


 


 
1 , 2