agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
sobota, 16 stycznia 2010
Roxy Tajm

Dzięki Mikołajowi Lizutowi, który pojawia się w tivi i budzi moją sympatię swoimi poglądami, w dodatku jest tak fajnie zadziorny w dziennikarskich rozmowach o polityce, docieram wreszcie do założonego przez niego Radia Roxy >> i tamtejszych sztandarowych wieczorynek.

W czwartek udało mi się świetnie. W "Kazimierzu nad Wisłą" (na antenie między 19 a 21), prowadzonym przez Kazimierę Szczukę, akurat była mowa o zwierzętach. Najpierw wystąpił pisarz i tłumacz Tomasz Matkowski, autor książek m.in. "Polowaneczko" i "I Bóg stworzył delfina, czyli potrawka z człowieków". Nie znam go zupełnie, ale chętnie poznam. Jego książki podobno poddają dekonstrukcji myśliwski język. W ogóle sporo rozmawiali o myślistwie, używając religijnego kontekstu - rytualnego mordu, mszy, świętości, myśliwych nazywając sektą, bractwem, zakonem. Dowiedziałam się, że powszechnie krytykowana Elżbieta Radziszewska, pełnomocniczka rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, na której feministki nie zostawiają suchej nitki, jest dianą, to znaczy - poluje. To była oczywiście woda na ich młyn i ostateczne pogrążenie się Radziszewskiej. Nie dość, że nic nie robi w sprawie równouprawnienia, że jest katoliczką, manifestującą swoją miłość do dzieci, to jeszcze morderczynią zwierząt. Klasyka.

Potem Szczuka łączyła się z Olgą Tokarczuk i rozmawiały o jej nowej książce "Prowadź swój pług przez kości umarłych". A na koniec było spotkanie z Dorotą Sumińską i jej córką Martą, które na co dzień mieszkają z chmarą zwierząt i są bojowniczkami o ich prawa.

Szczególnie ucieszyła mnie rozmowa z Tokarczuk, której książkę pożarłam z rumieńcami na twarzy jeszcze w listopadzie, natychmiast po jej ukazaniu się. Bardzo mnie poruszyła, bardzo się w niej znalazłam. Właściwie to po prostu w niej byłam od dawna.

Napisałam później o niej, że jest wywrotowa, że w wywrotowy sposób mówi o wolności, one potwierdziły - rebeliancka, rewolucyjna, potwierdzają to wrażenie czytelnicy, piszą do autorki wiele listów. Czuje się, że w zbiorowej podświadomości napuchły tematy, które szukają ujścia, że na całym świecie pomrukuje wykluczony dotąd lud (właśnie lud), domagający się swojej opowieści, że rodzi się nowa wojownicza wrażliwość, może nawet nowa ponadgatunkowa religijność.


Mnie się Janina Duszejko skojarzyła z tajemniczą Martą, jedną z bohaterek "Domu dziennego, domu nocnego", Olga Tokarczuk twierdzi, że Duszejko jest kolejnym wcieleniem Anny Inn i że zamierza niebawem napisać trzecią część trylogii (po "Annie Inn w grobowcach świata" i "Pługu"). Duszejko to wariatka, tak jest postrzegana przez ogół, ale to - mówiły - też wciąż nam obcy wzór obywatelki. Obywatelka i postać ostrzegawcza. Ja w niej odnalazłam swój gniew.



Olga Tokarczuk wywrotowo o wolności >>


ps. Idąc za ciosem, przeczytałam od bardzo dawna odłogiem leżących "Biegunów", poprzednią książkę Tokarczuk, przez znanych mi znawców uznaną za arcydzieło. Nie porwali mnie "Bieguni", ale bardzo podobały mi się fragmenty, poświęcone plastynacji ludzkiego ciała, szczególnie opowiadania oparte na jej historii. Moją ulubioną bohaterką została córka holenderskiego anatoma, mistrza plastynacji Fryderyka Ruyscha, twórcy niezwykłej kolekcji preparatów, kupionych w 1697 roku przez cara Wszechrosji Piotra I. Charlotta dorównywała ojcu pod względem wiedzy anatomicznej i była pełną poświęcenia współtwórczynią kolekcji, jednak jej imię nie przeszło do historii, była kobietą. Ojciec zostawił po śmierci swój warsztat jej bratu - Henrikowi. Tokarczuk poświęca jej rozdział "30 000 guldenów" (s. 241). Opowiada w nim o szalonym marzeniu 50-latki, by przebrać się w męskie ubranie, zaokrętować i uciec z domu na pokładzie statku Kompanii Wschodnioindyjskiej, i o mężczyźnie z tatuażem w kształcie wieloryba.

 
czwartek, 14 stycznia 2010
mroku szkiełko w oku

Moje filmowe podsumowanie ubiegłego roku, poniewczasie, ale uczynione w jego zacienionej końcówce, musiało wypaść dosyć ciemno. Mało co mnie poruszało w repertuarze kin, albo raczej kina mnie nie przyciągały, a nawet chwilami – mimo dochodzących zewsząd głosów entuzjazmu, może właśnie dlatego – kina mnie odpychały. Ale w końcu coś obejrzałam, tu i tam.

Jezioro” Philippe'a Grandrieux (9. ENH)

Niezwykła formalna ucieczka do przodu (w mrok i w śnieg). Epileptyczne doświadczenie. Dosłownie i w przenośni. Epileptykiem jest jeden z bohaterów filmu, młody chłopak o dziwnej, naznaczonej cierpieniem twarzy. Jego rodzinny dom, w którym mieszka z niewidomą matką i rodzeństwem, znajduje się nad jeziorem w górach, filmowany jest zimą. Biel śniegu w lesie, gdzie ścina drzewa na opał, przechodzi w cynkową szarość zmierzchu, w gęstą szarą mgłę, a wreszcie w brunatną ciemność wnętrza domu, z której wyłaniają się pojedyncze twarze jak z obrazów mistrzów malarstwa i dłonie, w zbliżeniach. Historia zazdrości brata o siostrę została owinięta formą jak bandażem, ukrywającym straszną ranę. Do domu przyjeżdża obcy, który ma pomóc rodzinie. Bohaterowie poruszają się jak duchy wśród niedopowiedzeń, zacierających obraz relacji między najbliższymi. To kino złożone z wysiłku percepcji, z hipnotycznych manipulacji światłem i odcieniami szarości. Najgorsze, najmroczniejsze, ciężkie jak ołów i piękne zarazem światło zimowych miesięcy jest głównym bohaterem tego eksperymentu. Wyróżniam „Jezioro” za te wszystkie niepokoje (za śnieg, za mrok), za to, że nie wiadomo, co z nim zrobić, jak i co w nim oglądać, jestem nienasycona i przekonana, że można robić to wielokrotnie, a najlepiej w jakiś styczniowy wieczór.

Morfina” Aleksieja Bałabanowa (3. Sputnik nad Polską)


Mam wrażenie, że Bałabanow znajduje się gdzieś blisko Hanekego, choć podobny efekt napięcia osiąga inną strategią – nie ukrywa poza kadrem rzeczy strasznych, a wręcz przeciwnie zmusza widza do ich oglądania. To mogłoby okazać się ryzykowne, ale pieczołowitość i autentyzm, z jakimi buduje materialne oblicze tych straszności, są godne podziwu, oszałamiające i niepokojące. Ja się jego filmów boję, podobnie jak boję się filmów Hanekego. W „Morfinie” pokazuje rosyjską prowincję z początku XX wieku tuż przed bolszewicką rewolucją, opowiadając o rezydującym na wsi młodym lekarzu, morfiniście (scenariusz na podstawie dzienników Bułhakowa). Jego zmaganiom ze szpitalnymi i nagłymi „przypadkami” towarzyszy rozpaczliwa walka z zachciankami własnego ciała, które staje się przyczyną ostatecznego upadku. Czarny humor miesza się tu - jak zwykle u Bałabanowa - z naturalistyczną makabreską. Jest w tym filmie coś przerażającego, co się wymyka – jakaś surowość, nieuchronność, poczucie braku znaczenia jednostkowych losów. Tak jakby siedziała nam na plecach wielka Rosja i zanim zorientujemy się, co to właściwie znaczy, odczujemy jej złowrogi ciężar. Podobnie jak w „Ładunku 200” to obraz pełnego ironii piekła, w którym próbie wytrzymałości na różne sposoby poddaje się człowieczą cielesność, dowodząc jej marności nad marnościami.

Burrowing” Henrika Hellströma i Fredrika Wenzla (9.ENH, w kinach od 9.04.2010)

Prosty, delikatny, uduchowiony. Niemal optymistyczny, a jednak nie. To przecież tylko marzenie o ucieczce. Na film składa się zestaw scen, niemal pozbawionych dialogów. Jego bohaterami są mieszkańcy osiedla jednorodzinnych domów w Falkenberg. Łącznikiem pomiędzy tymi niezobowiązującymi portretami jest narrator - 11-letni Sebastian (Sebastian Eklund), nad wiek dojrzały, filozofujący, a jednocześnie bezradny w wielu codziennych sytuacjach. Oprócz opowieści o sąsiadach z jego ust usłyszymy recytowane zapiski amerykańskiego transcendentalisty Henry'ego Davida Theoreau (1817-1862), wiodącego kontemplacyjne życie na łonie natury, w odosobnieniu. Stąd w filmie Wenzla/Hellströma tyle malarskiego piękna natury - obrazów pól, lasów, poruszającej się wody w kontraście do uporządkowanych przedmieść, w których toczy się akcja. Reżyserzy zestawiają wizję życiowej normy - uległość wobec niej często przechodzi w emocjonalny paraliż - z napięciami, rozgrywającymi się w poszczególnych, osobnych światach. Wciąż zmęczony Sebastian niczym sejsmograf odbiera te napięcia i przetwarza je w sobie tylko znany sposób, demaskując pozornie idealną jakość rzeczywistości. Delikatna, ale nieustanna opresyjność porządku kultury sprawia, że bohaterowie szukają ratunku, ucieczki, każdy z nich trafi w końcu do lasu, czy nad jezioro. Znaczenie tej naturalnej, bardzo w filmie młodych Szwedów sensualnej utopii podkreśla niezwykła muzyka Erika Enockssona.

spotkanie z Pen-ekiem Ratanaruangiem i jego Invisible Waves
(3. FF Kino w pięciu smakach)


Pen-ek kojarzy mi się z pięknem i ze smutkiem, z delikatnością i z wesołością, coraz bardziej uciekając w stronę niekomercyjnych „snujów”, jednocześnie tworzy kino niezwykle „modne”, stylowe. Przy okazji tego spotkania - z czarującym, twórczym, dowcipnym człowiekiem, podszytym smutkiem jak jego filmy - obejrzałam „Invisible Waves” >>>>, który nie wszedł do festiwalowej retrospektywy, a który niemal nie skończył kariery Pen-eka (jak sam opowiadał), zrobiony z ekipą „Ostatniego życia we wszechświecie” (Doyle, Asano Tadanobu, Prabda Yoon) i bardzo mi się spodobał, mimo że to chyba nie jest najlepszy film. Nie wiadomo, dlaczego japoński kucharz morduje swoją kochankę. Ale to wydarzenie sprowokuje los do zadawania mu różnych nieraz mrożących krew w żyłach, innym razem zabawnych ciosów. I ta szemrząca, wcale nie złowroga, płaska powierzchnia wody, słonej wody. Muskana wiatrem. Nie wiadomo, co się pod nią kryje. Z pewnością jakieś wyzwanie. Spragniony winy, Asano będzie się w tym filmie miotał po prostu uroczo.

Brilliante Mendoza (5. Festiwal Filmy Świata ale kino!)

Jego dwa filmy - jeden w Cannes, drugi w Wenecji - narobiły w 2009 roku zamieszania. Przypomniały, że istnieje na świecie taki kraj – Filipiny, a w tym kraju istnieje całkiem interesujące kino. Przykładem Lav Diaz, którego niemal ośmiogodzinna „Melancholia” została uznana za arcydzieło współczesnego kina. Nazwisko Mendozy warto zapamiętać. Wzorem poetyckich naturalistów pokazuje otaczający, zany od podszewki świat w sposób dokumentalny. Każe nam śledzić plecy bohaterów, przewracać się razem z nimi i zatrzymywać. Jego „Lola” śledzi plecy dwóch staruszek, jedna z nich właśnie w ulicznej bójce straciła wnuka, druga jest babką zabójcy. W Manili nieustannie jak w filmach Tarra pada deszcz. Wieje wiatr. A miasto powoli pogrąża się w odmętach. Jego mieszkańcy niczym w Wenecji pływają po ulicach łodziami i są bardzo biedni. Tłum i bieda. Prostota i szczerość. Walka i niesprawiedliwość. Na tych strunach gra Mendoza, pokazując codzienne życie. By potem pogrążyć się w najczarniejszej nocy – w „Kinatay”, w którym student policyjnej szkoły na usługach gangu przejdzie inicjację, będzie świadkiem okrutnego zabójstwa i w całkiem ludzkim odruchu - zobojętnieje.


środa, 06 stycznia 2010
niech żyje nowy rok


Światło i huk, radość i gniew, wszystko razem wymieszane jak w doskonałym koktajlu i dziś już – trzeba przyznać – nieaktualne. Wystarczy odetchnąć i podsumować. Przeglądając strony internetowe w okolicach sylwestra, z masy pobożnych życzeń i przepisów na drinki można było jednak wyłowić te, dotyczące zwierząt i fajerwerków. Jeszcze rok temu było ich zdecydowanie mniej. PAP podała nawet statystykę ujawnioną przez włoskie stowarzyszenie miłośników zwierząt, które biło na alarm:

Tysiące zwierząt umiera na zawał serca ze strachu z powodu eksplozji petard i innych materiałów wybuchowych w noc sylwestrową. W zeszłym roku padło tego dnia we Włoszech 50 tys. zwierząt, w tym 7 tys. psów i kotów.

Szef stowarzyszenia Walter Caporale zwrócił uwagę, że oszalałe ze strachu psy i koty uciekają z domów i ogrodów słysząc głośne wybuchy rac, petard i fajerwerków. Te, które mają więcej szczęścia, chowają się na kilka dni, ale będąc w szoku nie są potem w stanie powrócić do domu. Wiele doznaje zawału albo ginie na ulicach. Śmiertelne żniwo sylwester zbiera także wśród zwierząt hodowlanych, w schroniskach i ogrodach zoologicznych.

W Polsce takich statystyk chyba się nie prowadzi, a przynajmniej nie podaje do wiadomości. Przed sylwestrem fajerwerki można było kupić w namiotach na każdym rogu ulicy. I są to tzw. fajerwerki polskie, choć w gruncie rzeczy chińskie. Tygodnik Polityka publikuje właśnie informację o poruszeniu, jakie wywołują za naszą zachodnią granicą:

Okazało się, że Niemcy mają kolejne, niemiłe sercu Polaka patrioty określenie: Polen Böller, polskie fajerwerki, którymi potocznie określają wszystkie noworoczne ognie sztuczne niepewnego pochodzenia. I właśnie przed tymi polskimi fajerwerkami, co wybuchają w rękach, masowo przestrzegały niemieckie media w ramach społecznej dydaktyki. W Niemczech akurat wszystkie materiały pirotechniczne muszą mieć surowy certyfikat federalny (BAM), przez co są dużo droższe niż u przygranicznych sąsiadów. Stąd masowy przemyt. Ale też każde dziecko wie, że to nie polski byle jaki produkt, a chiński (...) W nowym roku problemem ma się zająć Bruksela i wprowadzić własne standardy ogni sztucznych obowiązujące w całej Unii.

Zalani deszczem polskich, choć chińskich fajerwerków rodacy dali upust od dawna tłumionej radości z powodu nadejścia nowego. Było hucznie, choć - jak podawały serwisy: Mniej wypadków drogowych niż w zeszłym roku i żadnych informacji, żeby w kraju doszło do wypadków przy hucznym świętowaniu nadejścia Nowego Roku - tak z zadowoleniem policja opisuje sytuację po Sylwestrowej nocy. I chwali bawiących się całą noc Polaków.

Wybiła północ i wystrzeliły petardy. Niestety, niektóre z nich spadły nieszczęśliwie - i zapłonęły nasze balkony. Tylko w ciągu pierwszych kilkunastu minut nowego roku warszawska straż pożarna otrzymała blisko 15 zgłoszeń o pożarach, które wybuchły przez fajerwerki.

Tymczasem:

Otwarcia się na miłość bożą i miłość drugiego człowieka życzy Polakom Prymas Polski. Noworoczne życzenia arcybiskupa Henryka Muszyńskiego, metropolity gnieźnieńskiego, opublikowane zostały w sieci na jego stronie internetowej i w serwisie youtube.

Prymas pozdrowił też młodzież uczestniczącą w trwającym do 2 stycznia w Poznaniu 32. Europejskim Spotkaniu Młodych. - Możemy od tej młodzieży bardzo dużo się nauczyć. Ta młodzież rozpoczyna nowy rok na rozważaniu, na modlitwie, stawiając sobie bardzo piękne pytanie: jaki użytek zrobić z daru wolności, który każdy z nas otrzymał. To jest królewski dar, bo jesteśmy obrazem i podobieństwem Boga właśnie poprzez wolność i poprzez miłość - powiedział.

Wolność i miłość niech nas prowadzi na barykady. Prawdziwie zaskakującą, choć nie wyeksponowaną informacją dzieli się z czytelnikami jeden z serwisów. Otóż w kilku miastach północnej i centralnej Polski doszło w noc sylwestrową do niemal identycznych incydentów, będących – jak twierdzi bezradna jak na razie policja – zarzewiem większej akcji.

Na posterunki policji w peryferyjnych dzielnicach Trójmiasta, Warszawy, Bydgoszczy i Łodzi trafili przestraszeni, wściekli i zdesperowani uczestnicy zabaw na wolnym powietrzu. Podczas odpalania sylwestrowych fajerwerków zostali oni zaatakowani przez kilkuosobowe grupy zamaskowanych kobiet, udających imprezowiczki w kolorowych kapeluszach z bibuły. Obrzuciwszy odpalających petardy jajkami, wypełnionymi niezidentyfikowaną, cuchnącą substancją, kobiety bez słowa uciekały z miejsca zdarzenia. Grupy, jak ustaliły służby miejskie, były zorganizowane, sprawnie poruszały się po mieście, docierając do miejsc zwykle wykorzystywanych do powyższych celów. W tym samym czasie zdążyły zaatakować około setki poszkodowanych. Straty szacuje się na tysiące złotych polskich, gdyż okrycia wierzchnie, dotknięte w/w substancją, nie nadają się już do użytku. Funkcjonariusze policyjnych laboratoriów ustalili, że w jej składzie znalazła się wydzielina z gruczołów odbytowych skunksa.


Pomóż nam pomagać przekaż 1% swojego podatku na rzecz zwierząt


http://www.toz.pl/


niedziela, 03 stycznia 2010
postaram się nie mrugnąć


Serdecznie zachęcają do odwiedzenia Żaka 15 stycznia o godz. 20
i obejrzenia niezależnej, podziemnej produkcji filmowej o enigmatycznym tytule
"JOTHABELSI". Nikt nie wyjdzie z Żaka (zawiedziony).

Jako bonus: wernisaż malarstwa, videoartu, zeitung i koncerty Freeyo i Maszyny do mięsa.

więcej: http://kino.trojmiasto.pl/info_imp.php?id_imp=142360