agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
wtorek, 28 lutego 2006
wieści z Cypru

"wyspa spowita czerwonym pyłem stop burz piaskowych znad Afryki stop gorąco i lepko stop trochę jak w torebce stop (w domyśle: plastikowej) stop maki stop beztlenowo..."

... trochę się o nią boję

Karolino...



foto: ja, bo ona nic nie przysłała...



sobota, 25 lutego 2006
diabły, wampiry

Obejrzałam wczoraj jeden z pierwszych pełnometrażowych filmów Doroty Kędzierzawskiej “Diabły, diabły” (1991). I byłam zaskoczona. Z kilku powodów. Przypomniał mi się przypadek współpracujących ze sobą w latach 90.: hiszpańskiego reżysera - Carlosa Saury i włoskiego operatora – Vittorio Storaro, którego chyba słusznie w środowisku filmowym nazywano wampirem. W kontekście wcześniejszej twórczości Saury “Flamenco”, “Taxi”, “Tango” czy “Goya” były już tylko równią pochyłą, po której z zawrotną szybkością podupadał mit autora “Nakarmić kruki” i “Krwawych godów”. Zdawało się, że wampir Storaro, narzucając Saurze swoje manieryczne wizje, pozbawia go życiodajnych soków i tak charakterystycznej ostrości widzenia, zamienia jego filmy w kicz. Pomyślałam, że podobny wpływ na twórczość Doroty Kędzierzawskiej musi mieć jej operator Artur Reinhart (wspólnie nakręcili “Wrony”, “Nic”, “Jestem”). Nagle okazało się, że Kędzierzawska w niegdysiejszym duecie z operatorem Zdzisławem Najdą stworzyła film niezwykły, pełen mocy i chropawego piękna, które potem, w kolejnych projektach zastąpione zostało ładnymi, dizajnerskimi chwytami Reinharta, niebezpiecznie oscylującymi wokół estetyki kolorowych magazynów. A przecież w tym dopracowanym w każdym szczególe, przefiltrowanym, pięknym świecie miały się rozgrywać historie ważkie i jakoś trudno było w nie uwierzyć, oderwać wzrok od tego kuszącego, zaczarowanego na dziecięco ogrodu. Tymczasem “Diabły, diabły” wyłamują się znacząco ze stylu, z którym kojarzy się dziś Kędzierzawską. Są oszczędne, pozbawione ozdobników, “wygrane” przez naturszczyków i nieznanych aktorów, skupione, poważne, a nie pozbawione delikatnego wdzięku. W ogóle nie zaszkodziła im cygańska egzotyka, bo przecież mogła. To jest film harmonijny. Z jednej strony mamy Cyganów, którzy zatrzymują się w okolicach miasteczka, na zielonej równinie. Kiedy akcja przenosi się do cygańskiego taboru, rozbrzmiewa muzyka, kadr jest wypełniony po brzegi – brązem, szarością, czernią, dymem z ognisk i ludzkimi twarzami o niezwykłej, trudnej urodzie. Cyganie śpiewają, tańczą, jedzą, wykonują zwykłe, codzienne czynności, ciągle w ruchu, w stadzie, w szumie głosów, poszczekiwań psów, rżenia koni, przy dźwiękach obcego języka. Każda kobieta jest tu wróżką, każdy mężczyzna artystą. Inaczej w miasteczku. Przy wybrukowanej uliczce widać szereg identycznych bram, do których prowadzą małe schodki, są tu huśtawki i ławki, ale nie ma ludzi. Od czasu do czasu ulicą niespiesznie przejedzie furmanka. W oknach wiszą gęsto tkane firanki. Panuje cisza, taka sama w miasteczku, jak i na polach. Cały ten świat wydaje się co rano zakładać gorset, chować się przed samym sobą.


To jest przede wszystkim historia fascynacji innością, uosabianą przez Cyganów, ale też tą, którą – przy okazji - odkrywa w sobie każdy z nich, z nas. I widać, jak bohaterowie radzą sobie z tymi, nagle obudzonymi, uczuciami. Czy tę swoją inność akceptują, czy za nią podążają, czy ją odrzucają, ze strachu, z rozsądku. Główną bohaterką jest tu dorastająca dziewczynka, która uczy się dopiero świata, odkrywa nowe doznania, jest niecierpliwa, gotowa do gwałtownych odruchów, bardzo – po dziecięcemu - odważna. Doświadcza wszystkiego i wszystko widzi. Wyraźnie, bez przekłamań. I jest w tym filmie wielka jakaś tęsknota – za tym czasem “nabierania kształtu”, za otwartością, nieskrępowaniem umysłu. Odczuwają ją matka dziewczynki, nauczyciel jąkała, którego dziewczynka wodzi na pokuszenie swoim kobiecym już urokiem, stara miasteczkowa wariatka, jak święty szaleniec gotowa wieszczyć, zabobonny ksiądz. I wszystko to właściwie bez słów, w ciszy. To jest bardzo filmowy film, bo dzieje się w obrazie. No i muzyka jest tu sobą, raz tkliwa, raz po brzegi wypełniona radością, pełna. Jak to cygańskie życie, o którym marzą, za którym gotowi są pójść, ale się zatrzymują.

 

kolejne emisje w Canal+: 27.02; 2.03; w Canal+Film: 4.03; 8.03

* * *

O Stasiukowej obsesji na punkcie Cyganów, pustki pogranicza i rzecznych promów we wschodnich Węgrzech wiemy nie od dziś. Pisze Stasiuk w “Jadąc do Babadag” coś, co bardzo dopasowało się do tej projekcji, tak niespodziewanie udanej:

Zaraz potem zaczęło się miasteczko i ten rozdupczony w drobne chujki industrial w dolinie Hornadu po prawej. Rdza, nędza martwego metalu i rozpacz podupadłej technologii. Zbiorniki, kominy, rurociągi, taśmociągi, bocznice, hale z wytłuczonymi szybami i liszaj instalacji w zielonym pejzażu. Wprawdzie była niedziela, ale nic nie wskazywało na to, że cała ta maszyneria w cudowny sposób w poniedziałek powróci do życia. Nic też nie zapowiadało, że wzniesie się do nieba i zniknie bez śladu. Zdaje się, że miała tu trwać w nieskończoność, aż do chwili, gdy Cyganie litościwie rozbiorą ją na kawałki i wymienią na papierosy, alkohol, ozdoby dla swoich kobiet i słodycze dla dzieci albo skonstruują z tego jakieś nieziemskie pojazdy, którymi ruszą przez Europę, by tak jak niegdyś wywoływać wśród osiadłej ludności zabobonny lęk pomieszany z zazdrością i podziwem.

(...) Europa bez granic to jest cygański sen i co do tego nie ma dwóch zdań. Gnuśny, zasiedziały i strachliwy biały lud pozostanie w domach, tak jak pozostaje w słowacką niedzielę. Widać tylko ich, jak samotnie, po dwóch, po trzech wędrują skrajem dróg ze wsi do wsi, a zielony pejzaż zamyka się nad nimi tak łagodnie jak lustro wody. To jest tak, jakby nie mogli żyć bez przestrzeni. Uwolnieni od działania czasu, za nic mają nicość, która zniszczy Gönc i wszystkie inne miejsca, którym nadaliśmy nazwy, ponieważ tylko w taki sposób mogliśmy pojąć świat, jednocześnie skazując go na zagładę”.


piątek, 24 lutego 2006
Pina na naszej planecie

już w niedzielę (26.02) g. 18:30 na kanale Planete dokument Lee Yanora - "Kawa z Piną Bausch", oglądajcie.




środa, 22 lutego 2006
chilijski nokturn


I znowu czytam bez planu. Znowu za szybko. Mając świadomość, że dno tej lektury najeżone jest najróżniejszymi skałami, rafami, ale ja je omijam, czując się raz lepiej, raz gorzej, ale częściej czując się lepiej, niż mogłabym przypuszczać. Bo mnie to świadome-nieświadome omijanie, wynikające z braku przygotowania, nie zniechęca. Drobna książeczka chilijskiego pisarza i poety Roberto Bolaño ma kolor amarantowy. Ciemny róż pomieszany z odrobiną fioletu. Głęboki, matowy i gęsty amarant bardzo do niej pasuje. Rzecz mogłaby dotyczyć literatury, a skoro tak, z pewnością dotyczy też po prostu życia, historii, polityki, szczególnie w tym rejonie świata. “Dobór scen i rządząca nimi logika sprawiają, że na pytanie, >o czym to jest?<, odpowiedzieć tak naprawdę trudno, a po lekturze zostaje w czytelniku swoiste poczucie niepewności i niepokoju. I o to właśnie chodzi” - pisze jeden z recenzentów i podaje przepis, jak poradzić sobie z interpretacją. Mieszamy samodzielność, czujność, ryzyko własnych wniosków, uważność względem najmniejszego detalu, by w rezultacie rozkodować metafory, zdemaskować prowokacje, rozbić pozorną spójność następujących po sobie obrazów. Przyda się również znajomość języka hiszpańskiego.

... Na razie pozostaje mi malowniczy ślizg po powierzchni.

Skupiam się wobec tego na czym innym. Prozę tę bowiem – zapewnia w/w recenzent – czytać można, a nawet trzeba jak poezję. I taka kontemplacja nie wydaje mi się pozbawiona sensu. Bo Bolaño, tworząc tych kilka nachodzących na siebie obrazów - wspomnień z życia umierającego księdza Sebastiána Urruitia Lacroix, odwołuje się przede wszystkim do czytelniczej wrażliwości. Dawno już nie miałam w rękach książki tak po staroświecku eleganckiej i czułej jednocześnie, żeby nie powiedzieć uczuciowej, mimo, że nie ma w niej żadnego wątku miłosnego. Unosi się nad nią duch Nerudy, a Pablito wystąpi tu we własnej osobie i pośle księżycowi kilka niezapomnianych wersów, których młody wówczas kleryk nie usłyszy, bo będą wypowiedziane najdoskonalszym poetyckim szeptem. Ksiądz Sebastián sam w końcu zacznie pisać, stanie się intelektualistą, krytykiem literackim i poetą, może dlatego przywoływane przez niego epizody przypominają fotograficzne kadry, pełne, bogate, a jednocześnie syntetyczne. Interesuje go świat, na każdym etapie życia inaczej, ale zawsze zachowuje w stosunku do niego pewien, właściwy kreacji dystans. Jak w scenie modlitwy wieśniaków, której jest przypadkowym świadkiem podczas spaceru. Mijając rozwieszone na sznurze pranie, te powiewające na wietrze prześcieradła i koszule, widzi dwie kobiety i trzech mężczyzn, skupionych w półkolu, stojących nieruchomo w ciszy, z twarzami ukrytymi w dłoniach. Albo kiedy przypomina sobie twarz małego chłopca, jego oczy, które widzą coś, czego nie chcą widzieć. Chłopiec jest synem pisarki Maríi Canales, która w czasach dyktatury Pinocheta organizowała dla chilijskiego środowiska literackiego słynne veladas w swojej willi na przedmieściach Santiago. Jak się później okazało willa służyła też do innych celów. W warstwie fabularnej każda taka scena wydaje się ukrywać podwójne dno. Każda opowieść, będąca właściwym wspomnieniem, anegdotą czy dygresją, staje się częścią rozsypanej układanki, jak w chińskiej szkatułce jedna otwiera się, zamknięta dotąd w drugiej. Czas przepływa z jednej w drugą, problemy natury etycznej przeplatają się z estetycznymi, i często płyną tu męskie łzy.

A kiedy skończyłem opowiadać tę historię, oczy Farewella, zatrzaśnięte jak pułapki na niedźwiedzie, zapadnięte albo zniszczone przez czas i deszcze, i lodowaty chłód, nadal wpatrywały się we mnie. A ja miałem wrażenie, że on, ów wielki krytyk chilijskiej literatury XX wieku, już umarł. Farewell, szepnąłem, zrobiłem dobrze czy zrobiłem źle? A ponieważ nie otrzymałem odpowiedzi, ponowiłem pytanie: zrobiłem właściwie czy zbłądziłem? A Farewell odpowiedział mi pytaniem: był to występ potrzebny czy niepotrzebny? Potrzebny, potrzebny, potrzebny, odpowiedziałem. To zdawało się go satysfakcjonować i, póki co, mnie również”. (Roberto Bolaño)


Roberto Bolaño, “Chilijski nokturn”, MUZA SA, 2006


poniedziałek, 20 lutego 2006
cytat z Artysty
"a gdyby tak oddalić się powiedzmy gdzieś na puste plaże i posiedzieć sobie dłużej czując lekki powiew wiatru na twarzy i słyszeć szum rozbijającej się o brzeg fali........taki rodzaj neorealizmu z "La Strady" połączony z 
fantazją "Betty Blue"........swoisty rodzaj wyczekiwania......."
(Sopot 12.11.2003)



foto: Wim Wenders


niedziela, 19 lutego 2006
oblicza Kereta

Pisze pewna pani, badająca społeczne uwarunkowania popularności psów: “psy wykazują istotną cechę przystosowawczą, która ułatwia i umila nasze międzygatunkowe współżycie. To neoteniczne, czyli dziecięce zachowanie i wygląd. Nieduża główka i wielkie oczy, nasuwające skojarzenia z ludzkim potomstwem, wręcz wymuszają na nas miłość”. Opinia ta ze strony R spotyka się z ubolewaniem. Jego głowa w stosunku do oczu zachowuje odpowiednie proporcje. Jego głowa mówi – jestem dorosłym psem, mam wielkie zęby i mocną szczękę, a jego migdałowe oczy robią się większe i wyłupiaste tylko w ściśle określonych, jasno umotywowanych sytuacjach. Co innego zachowanie.

Od kilku dni zastanawiam się, jak rzecz proporcji ma się u Kereta. Zdjęcie na okładkach polskich przekładów jego książek, ukazujące młodzieńczą twarz, z romantycznym zacięciem zerkającą gdzieś w dal czy raczej w dół, zdaje się podejrzanie nieprawdziwe. Szczególnie w kontekście tego, co i jak Keret pisze. A pisze dużo i krótko zarazem. Jego ostatni zbiorek “8% z niczego” składa się z opowiastek gaduły. Z anegdotycznych historii, często pozbawionych wyraźnej pointy. Przy życiu utrzymuje je fakt, że mogłyby się zdarzyć, im bardziej nieprawdopodobne, tym wydają się prawdziwsze. Język Kereta profesor Bralczyk nazwałby pewnie językiem luzu. Raczej delikatnie wykpiwający, niż cokolwiek kontestujący. Nie ma w tym nic odkrywczego. Codzienność pełna jest niespodzianek. Dla uważnego obserwatora – z założenia niemal - absurdalna. Nie drążenie absurdu wydaje mi się jednak w Kerecie pociągające, a uwalniająca się z jego opowiadań - gdzieś bokiem, nie wprost, podobna do tej psiej – neoteniczność. To ona prowokuje sympatię, sprawia przyjemność. A potem jest cała reszta. Której ulegam z równym zaangażowaniem.


 


piątek, 17 lutego 2006
bracia w kulturze

od kilku dni cichutko przemykają po kanale TVP Kultura bracia Quay, do tej pory: "Ulicą krokodyli" (1979) i "Bezimienną panną młodą" (1985), w najbliższym czasie przemkną za pośrednictwem "Muzeum fantomów" (2003) - nd. (19.02) 18:20, pn. (20.02) 14:10 i "In Absentia" (2000) - wt. (21.02) 18:10, śr. (22.02) 13:25, ten ostatni film polecam szczególnie, bo opowiada o kobiecie, która pisze i o wysiłku pisania ołówkiem.

In Absentia


czwartek, 16 lutego 2006
przerwa na reklamę: kawa królewska

Mam tego dość, syknął król i wyszedł z salonu, trzaskając drzwiami tak mocno, że zatrzęsły się mury zamku. Trudno, pomyślał, gdy rozgrzewająca mu policzki wściekłość przeszła w smutną już tylko rezygnację, moje małżeństwo niechybnie podzieli los małżeństw Windsorów. Kiedy królowa, całymi dniami leżąc na swoim szezlongu, zajadała się kawiorem i upijała szampanem, stąd ciągła jej niepoczytalność, brak chęci podjęcia pracy zawodowej i zapach szlachetnej, choć śniętej ryby, unoszący się znad posłania, bo kuleczki kawioru lubiły wypadać jej z ust i znikać w zagłębieniach pościeli, król załatwiał niecierpiące zwłoki sprawy państwowe, nudząc się przy tym okropnie. Mam tego dość, szepnął do siebie raz jeszcze, wychodząc za bramę królewskiego ogrodu, utwierdzając się w przekonaniu, że jego życie musi zmienić tor. Tor... stuknął obcasem w tramwajową szynę. Tor... powtórzyło echo myśl tę jego przeklętą, której realizacji nie potrafił sobie nawet wyobrazić. Był wszak królem, całe życie był królem, w dodatku mężem królowej, no i jak się teraz, po tylu latach od tych obowiązków wykręcić? Tymczasem nadjechał tramwaj. Tramwaj zawiózł króla do chińskiej dzielnicy, którą ten w młodości często odwiedzał. Pamięć miał krótką, więc nie pamiętał dokładnie, co tam robił, pamiętał jednak, że sprawiało mu to przyjemność. Gdy dotarł na miejsce, nie wiedział dokąd pójść, ale na ulicy, pośród tłumu ktoś go rozpoznał i złapał za rękę. Kobieta, a jej włosy były wciąż czarne jak laka z Pekinu, zaprowadziła króla do swojego domu. Rozpoznał ją wreszcie, bo dłonie - cudownie suche i ciepłe - ozdobione miała tatuażem. Dwa smoki, ziejące ogniem, wiły się pomiędzy jej pięknymi palcami. Skąd ja cię znam? chciał zapytać król, ale ona, prosząc o milczenie, położyła sobie na ustach palec wskazujący tak, że jeden ze smoków ukąsił je delikatnie. Wytarła z warg kroplę krwi. Podczas gdy król odpoczywał na posłaniu z poduszek, wśród ścian obitych chińskim jedwabiem, kobieta rozpaliła ogień pod małym kociołkiem z wodą, a każdy jej gest był jak powtarzana w zamyśleniu, święta mantra. Do wody dodała cynamon i odwróciła klepsydrę. Potem do kociołka wrzuciła starty korzeń imbiru i kilka goździków, potem szczyptę soli, potem znowu trochę soku z cytryny. Pochylała się przy tym nad parującym wywarem, a jego aromat mieszał się z zapachem jej włosów. Na koniec dosypała do pozostałych składników garść zmielonej kawy. Dziwne, pomyślał król, bo z każdym oddechem, kiedy wciągał w płuca wydobywający się z kociołka zapach, jego pamięć odzyskiwała dawne obrazy. A kiedy wziął do ust pierwszy łyk, przygotowanego przez kobietę, parującego napoju, zobaczył w niej tamtą młodą dziewczynę, w której zakochał się błądząc wiele lat temu uliczkami Chinatown. Wspomnienia jak żywe stanęły mu przed oczami. Jej dłonie z tatuażem, które całował nieśmiało, a potem smak jej skóry i kawy, bo jej skóra smakowała gorzko, ale dla niego to była największa na ziemi słodycz. Odnalazłem cię? król nie dowierzał własnej pamięci. Odnalazłem siebie, szepnął jej do ucha, a ona potrząsnęła włosami, dotykając nimi królewskiej twarzy. Wtedy kilka kropel gęstej, czarnej kawy spadło na dłoń chińskiej kochanki króla, o której, żyjąc w swoim dalekim zamku, zapomniał. Krople kawy trafiły wprost na smocze języki, a te poruszyły się szybko, w oka mgnieniu zlizując ulubiony napój z rąk swojej żywicielki.



wtorek, 14 lutego 2006
miłość gdańska

Parę ostatnich metrów, dzielących go od gotyckiego budynku dawnej łaźni miejskiej, pokonał szybkim krokiem, obawiając się brutalnej i jak zwykle w takich sytuacjach nieoczekiwanej napaści ze strony różnego typu wyrwiarzy, okolicznych złodziejaszków, bandyckiego plebsu, czy mafijnej elity, której sława rozeszła się już po mieście, poprzedzona serią artykułów prasowych, analizujących stan bezpieczeństwa jego mieszkańców. Miejsce to, w którym zadomowiła się już na dobre galeria sztuki współczesnej, okazało się nie tylko enklawą życia artystycznego, nieustannie łamiącą konwencje, mody intelektualne i style obyczajowe środowiska, co nastręczało zmartwień odpowiedzialnym za kulturę włodarzom miasta, ale stanowiło też coś w rodzaju obcego terytorium, położonego w samym centrum działań wojennych, a galeryjni pracownicy - niczym żołnierze w okopie - straceńczo trwali na swoich pozycjach, próbując wnieść kaganek oświaty w jaskiniowe mroki robotniczej dzielnicy. Jako urzędnik magistratu z dyplomem psychologa, wysłany w celu przeprowadzenia kontroli nadwątlonego pogróżkami morale pracowników instytucji, energicznie wcisnął guzik dzwonka i spojrzał w oko kamery, umieszczonej nad drzwiami, dotykając jednocześnie kartonika służbowej legitymacji, schowanej głęboko w kieszeni, gdyż swoje zadanie miał wykonać incognito. Po chwilowej, dochodzącej z wnętrza, metalicznej szarpaninie, w masywnych drzwiach galerii stanął nie mniej masywny brodacz, zwany ochroniarzem, a zaraz za nim pojawiła się w nich dziewczyna. Dzwonił pan? zapytała, przekładając nerwowo z ręki do ręki wielką, mosiężną chochlę, która w jej drobnych dłoniach wydawała się tak ciężka, że z pewnością nie mogłaby służyć do obrony. Tak, odpowiedział cicho, wchodząc w nową rolę, mimiką twarzy sugerując swoje onieśmielenie, które - jak mu się wydało - nie było wcale fałszywe, tak, chrząknął, dzwoniłem wczoraj w sprawie pracy, podobno szukacie specjalisty od ogrzewania w tych salach, no wie pani, w salach ze sztuką. Dziewczyna przyjrzała mu się uważnie i on również, opanowując chęć ucieczki, objął ją wzrokiem, rejestrując przede wszystkim to, że ma na sobie błękitną, ozdobioną sztucznymi kwiatami, sięgającą ziemi suknię, ukrywającą jak za kurtyną, w głębokich fałdach jej dziewczęcą sylwetkę. Proszę, powiedziała tymczasem, usuwając mu się z drogi, właśnie nalewam herbatę, wskazała na chochlę i chochlą wskazując kierunek, weszła za nim w ciemny korytarz, prowadzący wprost do sal wystawienniczych, gdzie zgromadzono instalacje młodego, nikomu nie znanego artysty. Przesuwając się niepewnie do przodu, na plecach czuł jej oddech, pachnący czymś słodkim, może pączkiem, którego właśnie zjadła, pączkiem oblanym lukrem, z grudkami skórki pomarańczowej, tkwiącymi pod nim niczym skały pod lodem, z karminową plamą konfitur w środku, które wylewały się bokami, gdy tylko nadgryzła miękką, gąbczastą materię ciasta, zamykając w ustach ten zapach, którego delikatne wspomnienie unosiło się wciąż wokół i drażniło, i sprawiało, że czuł się tak jakoś osłabiony tuż obok jej lekko rozchylonych ust. W odległym narożniku sali, która otworzyła się przed nimi niespodziewanie, oświetlonej promieniami popołudniowego słońca, stał nakryty obrusem stół z filiżankami i aluminiowym garem pomiędzy nimi, a wokół stołu na krzesłach siedzieli pracownicy galerii, plotkujący cicho, owinięci w kożuchy i futra, co jakiś czas uciszani przez wysoką kobietę niecierpliwym, dyrektorskim >szanowni koledzy<. Szanowni koledzy, powtórzyła dyrektorka, poprawiając słomkowy kapelusz, który opadł jej na oczy, szanowni koledzy, uważam, że czas przejść do meritum. Złożyła ręce na piersiach, a zgromadzeni wokół niej przestali rozmawiać, nie możemy tkwić wciąż w martwym punkcie, przekonywała z naciskiem, musimy pozwolić sobie na odrobinę wolności, my sami, szanowni koledzy, nasza osobista wolność tego wymaga, nie czas na niepotrzebne spory, proponuję wam przeprowadzenie eksperymentu, muszę tak to nazwać, nie śmiałabym inaczej, tylko ja ponoszę tu odpowiedzialność, tylko ja, wierzę, że jesteście na niego gotowi i że będziecie wobec mnie lojalni, oczekuję od was szczerości, oczekuję profesjonalnej oceny. Przez salę przeszedł szmer, dochodziła piąta po południu, ktoś powiedział >już czas<, ktoś inny >to barbarzyństwo<, a dziewczyna w błękitnej sukni podeszła do stołu i zaczęła napełniać filiżanki, do każdej przyczepiając papierowy goździk, oderwany od jej ukwieconego dekoltu. Zwolennicy japońskiego herbatyzmu przesunęli się nieco na lewo i w zwartej grupie komentowali nowe smaki, bez należytego szacunku rozlali też na podłogę odrobinę jasnobrązowej zawartości filiżanek, niby to przypadkiem, niby to w ramach protestu wobec zmian, które mogły nie tylko skierować ich życie na inne niż dotąd tory, ale nade wszystko oznaczały druzgocącą porażkę tej, ich zdaniem właściwej, tradycji duchowej Wschodu. Grupa wpływowych adwersarzy zajęła zaś miejsce po stronie prawej, bliżej stołu, bo to ich inicjatywą było namówienie dyrektorki na zorganizowanie degustacji herbat indyjskich, parzonych sposobem znanym tybetańskim góralom, z dodatkiem korzennych przypraw i mleka, wyjąwszy - jako, że była to wersja napoju łagodna i wegetariańska - zwierzęcy tłuszcz. Wydaje mi się, że nasze zdanie nie ma tu znaczenia, rzekł po chwili czerstwy herbatysta z burzą siwych włosów na głowie, stanowimy niepopularną mniejszość i pani dyrektor wybaczy, że to powiem, nie mamy tu nic do gadania! Przypominam, zauważyła zniecierpliwiona dyrektorka, że tematem dzisiejszego spotkania nie jest ustalenie wspólnego stanowiska naszej instytucji względem preferowanych przez nią napojów codziennego użytku, ale jest nim degustacja i wyrażenie fachowej opinii odnośnie smaku i jakości, kontynuujmy, zarządziła.

Patrzył na to wszystko z rozbawieniem i niedowierzaniem, poczuł, że przekroczywszy próg galerii, znalazł się poza granicami jakiegokolwiek znanego mu świata. Dziewczyna w błękitnej sukni, skończywszy swoją pracę przy stole, zbliżyła się do niego i zawstydzona, nie patrząc mu w oczy, zadała pytanie, od którego - jak przypuszczał - wiele zależało. Czy może się pan obyć bez herbaty? szepnęła, żeby nikt nie usłyszał, a kiedy kiwnął twierdząco głową, uśmiechnęła się do niego promiennie, bo widzi pan, powiedziała zmieszana, zabrakło nam filiżanek... Spojrzał na nią, nie rozumiejąc, nie znajdując przyczyny, dla której ceremoniał picia herbaty stał się dla tych ludzi tak ważny i wtedy zauważył, że deseń jej sukni, wcześniej niewidoczny, układa się w rząd znaków zapytania... Uważaj! krzyknęła wtedy, łapiąc go mocno za rękę, a tuż obok nich przepłynęło brunatną chmurą stado ptaków i wylądowało na stole niczym w wielkim karmniku, rozdziobując resztki tłustych, błyszczących w promieniach zachodzącego słońca pączków, wymieszanych z papierowymi kwiatami. Musisz być tu ostrożny, szepnęła z troską w głosie, a on patrząc na nią, taką błękitną i piękną, z rozpuszczonymi włosami w kolorze lnu, nieostrożnie zapominał o wszystkim, o swojej poważnej misji, o świecie, w którym pija się kawę, o magistracie i dyplomie z psychologii, o samotności, która go nie opuszcza, o strachu, przyczajonym za masywnymi drzwiami, o narzeczonej Joannie, o żółwiu Jakubie, którym opiekuje się w piątki, o rowerze w naprawie, o degustacji i jej wyniku, o nie powieszonym praniu w pralce, o ogrzewaniu, na którym się nie zna, o sztuce, o herbacie, o Japonii...


poniedziałek, 13 lutego 2006
monochromatyczność

Na szczęście to był dzień bez słońca. Elegancki. W powietrzu wisiała wilgoć, mgła rozmazywała horyzont, woda mieszała się z niebem. Padał śnieg. Powoli, bezustannie, drobny i dziecinny. Wpadał do oczu, zatrzymywał na rzęsach, natychmiast zamieniał się w mokre drobinki, przyczepione potem do filcowych kapeluszy i wełnianych, szydełkiem dzierganych czapeczek. Na głównej ulicy miasta jak zwykle panował ruch. Niedzielny handel miał się dobrze. Nadmorskimi deptakami wracali do domów wierni, niewierni zaś przedzierali się przez przysypane śniegiem, mokre plaże, po drodze przytulając psy, dokarmiając syczące raz po raz łabędzie, narażeni na dotknięcia mewich skrzydeł, niebezpiecznie obniżających loty. Na szczęście kilka minut po południu w oddalonej od miasta knajpce, wsuniętej lekko w graniczący z plażą las, nie było prawie nikogo. W środku - ciepło, brązowo i cicho, wielka szyba zamiast ściany wpuszczała do wnętrza szarość nieba i morza, biel padającego leniwie śniegu, widok kilku podskakujących na piasku mew. Latem z tarasu obserwowaliśmy wyścigi katamaranów, popijając grappę. Zimą w małej sali z kontuarem i kilkoma zaledwie stolikami, ustawionymi blisko siebie, na kanapce siedział chłopak z ciemnymi włosami i patrzył przez okno. U jego stóp leżał wielki brązowo-rudy pies. Na ścianie była namalowana mapa świata. Skakały po niej małe kangury, nad rzekami pasły się stada antylop. Zjadłam kawałek czekoladowego ciasta z makiem.



czwartek, 09 lutego 2006
Lizbona, 1994

Winter: "... >Nie było tam światła, więc przy świecy czytałem, co mi w ręce wpadło, biblię po portugalsku, raz jeszcze przeczytałem pierwszy list do Koryntian, poruszył we mnie morze uczuć, jestem niczym, fikcją, czego szukam na świecie, czego oczekuję od niego i siebie? a miłości bym nie miał, mój Boże, a ja? ja nie mam miłości, ja nie mam miłości...< Pessoa, grudzień 1934, krótko przed śmiercią".

Friedrich: "kochałbym zakochać się w miłości".

Manoel de Oliveira: "jego już nie ma na ziemi, trwa, ale gdzie? czy naprawdę jest właściwe miejsce dla świętych?".


nożownik z Alfamy

ciao, Fernando!

środa, 08 lutego 2006
Los Angeles, 2000

Tom Tom: "Eloise poruszała się jak cień. Była niemal przezroczysta. Jakby za dnia żyła w swoim ciele, nocą zaś je opuszczała, dla innych. Zawsze chciałem ją chronić, ale Izzy powiedział: Nie przejmuj się, nikt nie może jej zranić. Ona jest nieobecna".

Eloise: Ja nie mogę umrzeć.
Tom Tom: Możesz.
Eloise: Ja nie istnieję.
Tom Tom: Jak to?
Eloise: Jestem fikcją.


Eloise

wtorek, 07 lutego 2006
Paryż, 1984

Travis: "chciał tylko spać, po raz pierwszy zapragnął być daleko, zagubić się w głębi rozległej krainy, w której nikt go nie zna, gdzieś, gdzie nie ma języka ani ulic, śnił o tej krainie nie wiedząc, jak się nazywa (...), po prostu biegł, biegł, dopóki nie wzeszło słońce, dopóki nie zniknął ostatni ślad człowieka".

Nastassja Kinski, Harry Dean Stanton


poniedziałek, 06 lutego 2006
Berlin, 1987 - jak sen

Marion: "wszystko jest puste, pełne sprzeczności (...), co robić? nie myśleć o niczym, po prostu być (...), żyć kolorem, światła neonów na wieczornym niebie, żółć i czerwień metra, odrobinę się wyszykować, obejrzy się za mną każdy mężczyzna (...), umieć powiedzieć w takich chwilach jak ta - jestem szczęśliwa, mam swoją własną historię i będę ją pisać dalej".

Der Himmel über Berlin, 1987


czwartek, 02 lutego 2006
anons

sobota, 4 lutego 2006, godzina 20:00 | siedziba ar+di: chlebnicka 13/16, gdańsk | 502.92.82.16

architektura+dialog. podyplomowe studium projektowania. akademia sztuk pięknych w gdańsku

zapraszamy na otwarte spotkanie w cyklu gość ar+di



magda golon exchange

video performens obiekty malarstwo

Magda Golon rzeźbiarka,

pochodzi z Bronxu, ukończyła rzeźbę na asp w gdańsku w 2003

pracuje w pracowni Wojtka Zamiary na wydziale rzeźby