agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
wtorek, 27 lutego 2007
Chiny, luty/marzec 2007

... jestem juz tydzien tutaj, ponad tydzien (a wydaje mi sie, ze co najmniej miesiac), jest pieknie i dziwnie, wiec - jak Karpinski w Ameryce - chyba jednak zaniemowilam, na razie nie mam zadnego pomyslu na opisanie Chin, na razie przychodzi mi do glowy jedynie to, co moze tu powiedziec jeden cudzoziemiec drugiemu - Chiny sa trudne pod kazdym wzgledem, bardzo trudno sie tu podrozuje, komunikuje, odkrywa, wciaz z pelna swiadomoscia porazki, slizgania sie po wielu powierzchniach, wszystko wydaje sie pozowac do fotografii i na tym koniec, ot egzotyka...

nie wiem, czy sie przez to przebijemy, czy znajdziemy w tym jakas historie, w dodatku mnostwo czasu pochlaniaja nam sprawy organizacyjne: zalatwianie biletow, przejazdow, noclegow, blokada jezykowa jest ogromna, do tego dochodzi zycie codzienne w grupie ludzi dosyc przypadkowych i kompletnie niedopasowanych, czasami troche sie tym martwie, irytuje, zamykam w sobie, mysle, jak mogloby byc inaczej, gdyby to, czy tamto, ale w rezultacie - jezeli jeszcze kiedys uda mi sie wyruszyc w taka podroz, w innym juz kierunku, przynajmniej bede wiedziala, czego chce, a czego z pewnoscia nie :)


(Guilin, foto: Adam Dudko)



piątek, 16 lutego 2007
to dziś

"Każdy podróżny zna ten stan - pisał Brodski - mieszankę znużenia i niespokojnego oczekiwania. Jest to czas wbijania oczu w cyferblaty i rozkłady jazdy, wpatrywania się w żylakowate marmury pod stopami, wdychania amoniaku i tej tępej woni, jaką w mroźne zimowe noce wydziela lane żelazo lokomotyw. Wykonywałem wszystkie te czynności".

Wczoraj 3m zginęło w gęstej mgle. Dzisiaj jednak chyba wylecimy. O godzinie siedemnastej lokalnego czasu. Do Monachium i dalej ku azjatyckiej czeluści via Hongkong, z fanfarą wkraczając w niedzielę w Nowy Rok świni...

besos!
środa, 14 lutego 2007
przed podróżą


Zewsząd dochodzą głosy. Często sprzeczne. W Chinach – mówią - jest brudno, po hotelach łażą robale wielkości pięści, a ze szczurem można się spotkać nie tylko na talerzu. W Chinach – mówią – jest czysto, Chińczycy nic tylko sprzątają, inaczej utonęliby w plwocinie, przecież tam wszyscy plują, nawet młode, niewinne dziewczątka, którym w domyśle jakoby nie wypada. Hotele są bardzo czyste, toalety – europejskie, choć bywają i te z dziurą i prysznicem w jednym, ale rzadko. Nikt nie mówi po angielsku, trzeba mieć wszystkie nazwy, prośby, pytania wypisane na kartce krzaczkami. Chińczycy, szczególnie młodzi mówią po angielsku całkiem dobrze, od 12 roku życia uczą się obcych języków w szkole – no problem. Jedzenie jest dobre, świeże, najlepiej jeść w tanich barach, wybiera się z karty cokolwiek i zawsze smakuje, nie powoduje żadnych sensacji żołądkowych, choroby, wirusy, bakterie – zapomnij. Bez szczepienia na żółtaczkę pokarmową w ogóle nie ma co przekraczać granicy chińskiej, nie jadać na ulicy! tylko w restauracjach, nic surowego, pić wodę tylko mineralną, pić rano i wieczorem wysokoprocentowe alkohole dla neutralizacji szkodliwych bakterii, na które nasze leki nie działają. Zdaje się, że jedynym pewnikiem jest choroba wysokościowa, malaria nas nie dosięgnie.

Tak się złożyło, że nadal rozpracowujemy środowisko bankowe. Brodski pisał w “Pochwale nudy”: “Gdy nas zdybie nuda, trzeba jej się poddać. Niech nas powali, pogrąży; sięgnijmy dna. (...) Albowiem nuda to inwazja czasu w Państwa system wartości. Osadza życie we właściwej perspektywie, co owocuje precyzją i pokorą”. Nudny człowiek, którego zdarzyło nam się pytać o jego wrażenia z dwumiesięcznej bez mała wyprawy do Chin, z precyzją i pokorą rysował nam przed oczami mapę swoich ścieżek, podpierając się albumem nudnych fotografii, na których wszystko miało ten sam zielony kolor, wszystko było tak samo płaskie i oddalone. Z jednej z nich tylko spoglądało na nas dwóch młodych tybetańskich mnichów o twarzach tak harmonijnych, tak ikonicznych, że aż przejmujących dreszczem. Nasz pokorny urzędnik bankowy nie poprzestał jednak na Azji, podróżował też po Ameryce Południowej i Afryce. Mimo, że przygotowany na przeciwności losu, niby to przez przypadek, zwykle je omijał. Jego podróże były w miarę zasobne, ale bez przesady, podporządkowywał się lokalnym zwyczajom, jednak musiał zobaczyć wszystko, dlatego sporo go to kosztowało. Za dużo jak na naszą kieszeń. K zaczęła najpierw nerwowo chichotać, potem – żeby zepchnąć z siebie nudę jak niewiernego - rozgadała się w sposób dla niej zupełnie niespotykany. A ja przypomniałam sobie zdanie pewnego podróżnika, który pisał z Mediolanu: “zdarza się, że celowo nie odwiedzam muzeum, galerii, by po powrocie do domu tęsknić za chwilą niezdobytą”. I po co nam te podróże, i po co nam to było... Mit podróży zawisł nie nad nami pierwszymi. Na ostatnich nogach przed wyjazdem w moich snach ważne domy dzieciństwa ruszają z posad. Tak trudno pomyśleć, że w gruncie rzeczy niewiele się zmieni.

Pisał Sándor Márai w “Przed podróżą”: “Wiem, że nie ma ratunku. Trzeba to znieść. A skoro nie mam szansy na życie w pokoju i więzi z >kimś< jednym lub w małej wspólnocie, przynajmniej przydarzyło mi się to >gdzieś<”.



Czomolungma, październik 2006, foto: Cypryjczyk


wtorek, 13 lutego 2007
z okazji...

"Na Ocampo moje ciało czuło architekturę: czuło jej naturalność i osobność. Mój dom nie był urządzeniem, które w milczeniu zapewnia mi komfort, ale był spotkaną Innością, która często nie zgadzając się z moimi zachciankami, prowokowała do zmiany moich "funkcjonalnych" rytuałów, do intymności, którą architektura nigdy przedtem mnie tak nie obdarowała" - pisze Jacek Dominiczak w tekście "Tam, gdzie architektura jest Drugim" (o kulturze meksykańskich przestrzeni).

foto: JD

Publikuje go z okazji premiery meksykańskich "Skrzypiec" Francisco Vargasa

www.manana.pl

Bardzo polecam!




niedziela, 11 lutego 2007
trudny do wywiadu...

... - o czym przekonała się pani Zofia Cz. w programie, emitowanym w niedzielnym paśmie TVP Polonia, gdzie w niezwykle patetycznej scenerii Kafkowsko-Magritte'owsko-biblijnej przesłuchuje różnych ludzi szeroko rozumianej kultury. I trafił jej się tydzień temu nie lada orzech czyli Stasiuk, w dodatku Stasiuk niepalący (!) - rzekomo rzucił, a z racji powagi programu - także niepijący, więc proszę sobie wyobrazić tę rozmowę.

Tymczasem najnowszy numer "Zwierciadła" donosi w rubryce "Nad czym pracuje...", w tym wypadku "Nad czym pracuje Andrzej Stasiuk":

"Z rzeczy dużych pracuję nad trzema. Nad powieścią dosyć taką epicką, bo się dzieje w czterech krajach, powracają w niej postacie z moich starych książek. Są: podróż, miłość, biznes, marzenia, zbrodnia, Cyganie, plebejscy bohaterowie, czasowo to jest rozpięte w jakichś trzydziestu latach. Jeszcze nie wiem, jak się skończy, ale pewnie jakoś smutno i pięknie.
Druga rzecz nazywa się roboczo "Dojczland" i jest o mojej błyskotliwej karierze niemieckiej. O tym, jak przez sześć lat odwiedziłem tam 160 hoteli, 80 dworców i 9 lotnisk. O tym, jak spałem w parkach i w apartamentach z 3 łazienkami. Krótka, szybka proza z elementami krytyki społecznej, dużą dawką autoironii, przeplatana niewybrednymi kawałami. A trzecia to taki bałkański dziennik bez dat. Próba wejścia w tamtą rzeczywistość. Jest dość poważna, czasami ponura i osobista. Nie znoszę Bałkanów i nie mogę jednocześnie przestać o nich myśleć".

(ps. przy okazji pozwólmy mu pozdrowić wielbicielki talentu, spędzające wakacje w dalekiej Portugalii)

zdjęcie archiwalne



piątek, 09 lutego 2007
i tak się będzie trudno rozstać...
na pięć tygodni... ojej!


dzisiejszy spacer -5 st.C, na horyzoncie straż miejska na rączych rumakach, stąd klatka na ustach

R nigdy nie zachowuje ostrości

czwartek, 08 lutego 2007
sztuka wychodzi ze swoich szaf
info: Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku

Zapraszamy na bezpłatne warsztaty wizażu 2007!

14-16.02.2007,w godz. 16.00-20.00.

Serdecznie zapraszamy dorosłe mieszkanki Dolnego Miasta (powyżej 35 roku życia) na trzydniowe, bezpłatne warsztaty makijażu prowadzone przez wykwalifikowane specjalistki ze Szkoły Wizażu i Stylizacji Beauty-Art w Gdańsku.
Warsztaty odbywać się będą w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia przy ul. Jaskółczej 1 w dniach. 14-16 lutego 2007 r.
Po kursie makijażu i stylizacji, który odbędzie się w godz.16.00-20.00 każda z uczestniczek zostanie sportretowana przez artystę fotografa. Portrety zostaną zaprezentowane w czasie wystawy w CSW Łaźnia, a następnie rozdane uczestniczkom warsztatów.

Uwaga! Ilość miejsc ograniczona. Panie chcące wziąć udział w warsztatach prosimy o dokonanie rezerwacji w sekretariacie CSW Łaźnia w godz. 9.00-15.00.

ostatnie formalności

Czasami zastanawiam się... (choć zastanawiam się rzadko z braku aktywów, które dałoby się przechować dłużej niż miesiąc na kontach o egzotycznych nazwach)... jak to jest być blondynką, mieć długie włosy i skręcać je lokówką, malować oczy niebieskim cieniem, na kostium kąpielowy mówić bikini, pracować w banku, w małym intymnym pokoiku, z gracją wymawiać słowa: mój szef i moja asystentka, mieć do czynienia z mężczyznami i z pieniędzmi jednocześnie, znając wartość własnej niezależności romansować z nimi bez konsekwencji finansowych, dygać na pożegnanie, nieuchronnie i bezpotomnie zbliżając się do czterdziestki, mieszkać ze świnką morską, w nagrodę wyjeżdżać na szkolenia do Meksyku, Brazylii, Ustronia i Stanów, urodzić się w wiosce rybackiej i robić karierę w mieście, codziennie znikając w szklanej tubie jednego z korporacyjnych biurowców, które ze względu na pewne ograniczenia wysokości, narzucone przez obrońców charakteru lokalnej, niepowtarzalnej architektury, są tu nieco karłowate... Zastanawiam się nad tym na serio, biorąc bohaterkę swoich wyobrażeń za bohaterkę jakiejś co najmniej powieści. Czy zgodziłaby się podzielić z jej autorką sekretnymi szczegółami życia? Czy w końcu autorka powieści, odwiedzając swoją bohaterkę kiedyś jeszcze w celu likwidacji wszystkich tych chwilowych przywilejów posiadania, odważyłaby się zaproponować jej współudział?


(belgijska blondynka Johanna Grimonpreza)

........................................................................................................................................

A' propos wioski rybackiej – mam za sobą pierwsze i mam nadzieję ostatnie przed wyjazdem zakupy. Zrobiłam je w naprawdę zaskakującym miejscu – Fashion House Outlet Centre w Gdańsku – Szadółkach (z oddziałami w Sosnowcu i Warszawie). To centrum handlowe jest przykładem architektury (nazywanej fachowo parkiem tematycznym), której z jednej strony nie można brać poważnie, z drugiej – mogłaby stać się przedmiotem analizy, jako fenomen, wiele mówiący o nas – współczesnych mieszczuchach, o naszych wstydliwych tęsknotach i przyzwyczajeniach, o naszych lękach i pragnieniach. Zadanie dla interdyscyplinarnego zespołu.

Gdańsk

Sosnowiec

Warszawa



wtorek, 06 lutego 2007
myślami wciąż w Yunnan

Wśród mniejszości Nakhi (Naxi), o której pisał Bruce Chatwin, znajdziemy atrakcję na miarę chwiejącego się w posadach chińskiego muru, a mianowicie społeczność Mosuo, zamieszkującą okolice otoczonego górami, malowniczego jeziora Lugu, położonego na wysokości 2685m n.p.m. (niedaleko Lijiang). W każdym razie w Chinach to prawdziwy ewenement - wiejska społeczność, żyjąca według zasad matriarchatu.



Hu Peifang pisze, że Naxi nie znają takich słów jak małżeństwo, ojciec, czy żona. Kiedy kobieta i mężczyzna Naxi przypadną sobie do gustu, spędzają ze sobą niezobowiązującą noc jako azhu co oznacza przyjaciel, wybranek. Naxi mają na ogół co najmniej kilku/kilka azhu (jednocześnie lub co jakiś czas, można mieć azhu chwilowych lub stałych). Zalety takie jak zamożność czy pozycja społeczna nie mają tu znaczenia, liczą się zalety osobiste, uroda, cechy charakteru. Zakończenie związku przebiega spokojnie i bez pretensji z jakiejkolwiek strony: mężczyzna przestaje odwiedzać kobietę, kobieta nie wpuszcza swojego azhu do domu.

Dzieci, pochodzące z takich związków, mieszkają z matką i nikt nie interesuje się, kim są ich ojcowie. W kobiecej wielopokoleniowej rodzinie Naxi głową jest najstarsza bądź najzaradniejsza z rodu, ostateczny autorytet - dabu. Kształt domostwa odzwierciedla domową hierarchię - dom na palach, zbudowany z grubych belek ma kształt czworokąta z podwórkiem pośrodku i okalającymi je krużgankami. Na piętrze znajdują się sala do modlitwy, główna izba z paleniskiem i pokoiki młodych kobiet, by swobodnie mogły spotykać się ze swoimi azhu. Mężczyźni w rodzinie pozostają na drugim planie, nie mają sypialni, ponieważ noce spędzają u swoich azhu. Kiedy są chorzy albo opuszczeni śpią w głównej izbie ze starcami i dziećmi.


kobieta Naxi w Dali więcej:


poniedziałek, 05 lutego 2007
dla tych, co zostają

2 marca
na polskie ekrany wchodzą meksykańskie "Skrzypce" (El violin, 2006) w reżyserii Francisco Vargasa, prosta, ale do głębi przejmująca historia trzech muzyków - starego Plutarco, jego syna i wnuka, którzy grają po miasteczkach, należą też do indiańskiej partyzantki, walczącej z armią. Film jest czarno-biały, choć nie do końca rozumiem decyzję reżysera - czy zależało mu na podkreśleniu faktu, że pomimo swojego naturalizmu "El violin" jest jednak kreacją? Być może. W głównych rolach doskonali aktorzy - Angel Tavira, Gerardo Taracena i Mario Garibaldi. Od Taraceny, grającego Genaro - syna Plutarco nie mogłam oderwać oczu. Polecam!


więcej:


huohe zhan = stacja kolejowa

Chiński Nowy Rok zaczyna się 18 lutego. Zgodnie z tradycją trzeba zasiąść do rodzinnego stołu, czasem oddalonego o tysiące kilometrów. W tym roku spodziewane są dwa miliardy przejazdów...


więcej w dzisiejszej GW




niedziela, 04 lutego 2007
ni hao = cześć

"Tropy lisów i tropy szakali
znikły z pola bitwy..."
(Joseph F. Rock)


Mam przed sobą kserokopię rozpączkowanego planu naszej wyprawy. Okazuje się, że pięć tygodni w Chinach to zadziwiająco mało czasu... Zdaje się, że po prostu przez nie przebiegniemy, byle zdążyć na samolot z Szanghaju do domu 25 marca. Papier jak gąbka wchłonął cały smog wczorajszego wieczoru. Knajpa w sopockiej kamienicy, gdzie się spotkaliśmy i poznaliśmy, by uniknąć niespodzianek w dniu odlotu, jak wszystkie jej podobne nie miała sprawnie działającej wentylacji. Ktoś w końcu otworzył okno, a biedna przeziębiona K okrywała się raz po raz swoimi kocykami. Nie przeszkadzało jej to bynajmniej palić jak komin, bardzo dorosłym chwytem niczym Lauren Bacall trzymała papierosa w drżącej dłoni. Ja natomiast wciśnięta w czerwoną kanapkę, zastawiona z obu stron niczym więzień, ginęłam coraz bardziej w welurowych zagłębieniach, otoczona siwą poświatą, uśmiechając się bezradnie. To taki chrzest bojowy przed Chinami, w których wszyscy palą. Humphrey Bogart i Lauren Bacall zdominowali nasze towarzystwo. A to wydaje się nadzwyczajnie miłe, radosne, podniecone zbliżającym się wyjazdem, nic mu zarzucić nie sposób. Większość doświadczona zamorskimi wyprawami – Indie, Nepal, Tajwan, Hongkong... Zresztą nie zamierzałam towarzystwu niczego zarzucać. Może tylko to, że (oprócz K) nie są moimi przyjaciółmi, z którymi mogłabym konie kraść. Nie są moim stadem. Mogę się jedynie dziwić, że zabierają mnie ze sobą.

Ale tak właśnie bywa. My z R wyznajemy inną filozofię bycia. R nie dałby się pogłaskać obcemu, zrobiłby unik. Ze zdziwieniem patrzyłam na psa jednego z uczestników wyprawy, z którym przyszedł na spotkanie. Obściskiwanemu przez wszystkich – zdaje się – było mu wszystko jedno, kto go dotyka. Z takim psem możesz wszędzie pójść i wszystko zrobić, ideał. Dla psa każdy człowiek ma być przyjacielem – twierdzi właściciel. Rada dla mnie i R - trzeba go zabierać w miejsca, gdzie jest dużo ludzi, trzeba go socjalizować, pokazać mu, że może być inaczej. Uśmiecham się, trochę. Problem w tym, że podoba mi się taki R, a w miejscach, w których jest dużo ludzi, podobnie jak on czuję się nieswojo. Dlatego ta podróż będzie dla mnie wyzwaniem, pod wieloma względami.

Rozpączkowany plan wyprawy wygląda następująco:

Hongkong
Guangzhou (Kanton)
Guilin --> Yangshou
Kunming --> Xiaguan --> Dali --> Lijiang
Emeishan
Leshan
Chengdu --> Dazu
Xining
Lhasa
Xian --> Luoyang --> Longmen
Datong
Pekin
Suzhou
Szanghaj


Jeden z esejów Bruce'a Chatwina, który ostatnio wpadł mi w ręce, poświęcony jest okolicom Lijiang w Yunnan. To miejsce - jak większość, jeżeli nie wszystkie w Chinach - wydaje się niezwykłe. Miasto znajduje się na wysokości 2400 m n.p.m. na wyżynie, nad którą góruje Yulongxue Shan (Śnieżna Góra Nefrytowego Smoka 5596 m n.p.m.). Swój esej o Lijiang Chatwin poświęcił właściwie austro-amerykańskiemu botanikowi, podróżnikowi i pisarzowi, który w latach 1922 – 1949 mieszkał w dolinie – Josephowi F. Rockowi. Jego książkami zachwycił się Ezra Pound (“Ponad Lijiang wznoszą się turkusowe śnieżne szczyty / świat Rocka, który ocalił dla nas od zapomnienia / cienki ślad wysoko w powietrzu” Pieśń CXIII). Mieszkańcy Lijiang pamiętają Rocka jako dziwnego, samotnego i wybuchowego Doktora Lock'a, albo Le Ke.


Jest słoneczna niedziela w Yunnan – pisze Bruce Chatwin w “Świecie Rocka” - Na równinie u podnóża góry Jadelitowego Smoka mieszkańcy wioski Baisha puszczają fajerwerki dla uczczenia budowy domu, a wiejski lekarz urządził w domu na piętrze ucztę na cześć swojego pierwszego wnuka.

Słońce sączy się przez okiennice, odbija się od obwieszonych kukurydzą krokwi i rozjaśnia twarze zebranych. Oprócz nas prawie wszyscy goście należą do plemienia Nakhi.

Nakhi pochodzą od tybetańskich nomadów, którzy przed wiekami zamienili namioty na domy i osiedlili się w dolinie Lijiang, by hodować ryż i grykę na wysokości dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Wyznawali – i skrycie nadal wyznają – religię, będącą połączeniem tybetańskiego lamaizmu, chińskiego taoizmu oraz znacznie starszych szamańskich wierzeń w duchy chmur, wiatru i sosen.

(...) Obłożone drewnem frontony domów pomalowano na kolor byczej krwi. Ściany z błotnych cegieł są upstrzone chwastami, a kryte dachówką dachy opadają w kierunku starej dynastycznej świątyni władców Mu.

(...) Z kuchni dziewczęta wnoszą desery: jabłka w miodzie, melon w imbirze, kwaśne śliwki w alkoholu. Później wchodzą dziewczęta z “dziewięcioma daniami”, które od czasów dynastii Zhou noszą nazwę “dziewięciu smoków”: w tym wypadku są to kostki wieprzowego tłuszczu i kiełbasy, orzechy wodne, korzeń lotosu, karp, kolokazja, pędy fasoli, chrupki ryżowe, grzyby znane jako drzewne uszy, flaki oraz stare jajka, które wpadają prosto do żołądka jak siarkowe bomby.

(...) W ciągu minionego tygodnia wędrowaliśmy drogami Lijiang, przekonując się z zachwytem, że świat, który Rock “ocalił dla nas od zapomnienia” - by nie wspomnieć o zapożyczeniach Ezry Pounda – bynajmniej nie umarł.

(...) W Wąwozie Skaczącego Tygrysa widzieliśmy skały opadające czterysta metrów w dół do Jangcy. Patrzyliśmy jak kobiety Nakhi schodzą ze Śnieżnych Szczytów z wiązkami gałęzi sosnowych i artemizji. Jedna ze staruszek niosła na plecach bambusowy kosz do przesiewania, przez który przeświecało słońce:

Artemizja
Arundinaria
Przesiewane w sicie lotosu...
(Pieśń CXII)

U podnóża gór czerwienieją dzikie grusze, modrzewie wyglądają jak złote pagody; północne zbocza są niebiesko-zielone od jałowców. Kwitną ostatnie gencjany, a równina jest upstrzona czarnymi owcami.

Kiedy jeleń pije ze słonego źródła
A owce schodzą z pędami gencjany...
(Pieśń CX)”


Bruce Chatwin, “Co ja tu robię”, Warszawa 2006 (w przygotowaniu polskie tłumaczenie “In Patagonia”)


Lijiang

"- Powiedz mi - powiedział Doktor podczas naszego poprzedniego spotkania - Czemu Le Ke tak się na nas gniewał?
- On nie gniewał się na was - odparłem. On się urodził rozgniewany".