agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
wtorek, 19 lutego 2008
czili wyjeżdżamy?

Zjedliśmy z R dzisiaj ostatnie przed moim wyjazdem wspólne śniadanie, by zaraz potem pogrążyć się w melancholijnym nastroju czułego pożegnania. Plecak zapakowany na każdą ewentualność. Oglądania katedr, galopowania końmi po Andach, przechodzenia magicznego katharsis na wyspie Chiloe, gapienia się na wieloryby na Półwyspie Valdés, topienia się w oczach w południowym słońcu niczym lodowiec El Calafate i oddawania krwi menstruacyjnej duchom zakochanych na cmentarzu w Santiago w celu osiągnięcia szczęścia i powodzenia oraz miłości po wsze czasy. Nasza wyprawa dzięki podpowiedziom Chilijczyka nabrała kształtu i koloru. Koloru chili. Zatem jutrzejszą noc spędzę już w Madrycie, pojutrze - w Buenos Aires, a z najbliższej niedzieli na najbliższy poniedziałek do snu kołysać mnie będzie warkot autobusowego silnika, bo musimy dotrzeć jak najprędzej do Mendozy. Tam czekają na nas zmęczeni - mam nadzieję - dwutygodniowym wałęsaniem się po górach znajomi. No i się zacznie...


R i jego pożegnalny prezent: zagraj w to jeszcze raz sam

oraz R i pożegnalny spacer


poniedziałek, 18 lutego 2008
odkrycia Berlinale


Krytycy tegorocznego Berlinale donoszą:

"Trzon konkursu stanowiły zaledwie trzy-cztery filmy godne uwagi. Wśród nich dwa wybitne: słodko-gorzka komedia Mike'a Leigh "Happy-go-lucky" (tylko nagroda za najlepszą rolę kobiecą dla Sally Hawkins) oraz największe odkrycie festiwalu, mały film, który mógłby zrealizować młody Jarmusch lub młody Forman: meksykańskie "Jezioro Tahoe" Fernanda Eimbcke (jednomyślnie przyznana nagroda międzynarodowej krytyki filmowej FIPRESCI).

Ten zapis jednego dnia z życia nastolatka jest pięknym przykładem filmowego rękodzieła, kina minimalistycznego, które to, co zwykłe, zamienia w odkrycie. Udało się sfotografować coś niesłychanie subtelnego: stan zawieszenia między dzieciństwem a dojrzałością. W dniu po pogrzebie ojca świat zastyga, aby niespodziewanie ruszyć z miejsca. Życie otwiera się przed młodym, zaprasza go do emocjonalnego kontaktu.

(...)
Dla mnie i jak myślę dla wielu uczestników festiwalu zwycięzcą 58. Berlinale i tak pozostanie Mike Leigh z filmem "Happy-go-lucky". Jego bohaterka, nauczycielka z podstawówki, uśmiecha się do świata jak terapeutka do chorego pacjenta. Jej wolność polega na tym, że pracuje dla innych; jest szczęśliwa dlatego, że nie skupia się na własnym szczęściu. Oglądając filmy festiwalowe, nie tylko w słabym głównym konkursie, ale w tłumnie obleganych sekcjach pobocznych, można pomyśleć, jak Poppy z filmu Mike'a Leigh, że świat jest pacjentem do leczenia. Trzeba mu pomagać bez względu na rezultat terapii".

(Tadeusz Sobolewski, Parada szaleńców XX wieku, Gazeta Wyborcza z 18.02.08) 

cały tekst >>>>

Fernand Eimbcke


sobota, 16 lutego 2008
młoda fotografia chińska
Chen Nong,
Feng Bin,
Haibo Yu,
Wei de Zhi,
Jiang Zhenqing,
Liu Lijie,
Meng Jin,
Peng Xiangjie,
Wang Tong,
Zeng Han

ich zdjęcia zobaczymy w maju w Łodzi

Ruszyły już przygotowania do 7. Międzynarodowego Festiwalu Fotografii, który odbędzie się w dniach 13-31 maja. Program Główny składać się będzie z dwóch części - wystawy CHINA NEW PHOTO i WESTERN EYE ON EAST.

CHINA NEW PHOTO to przegląd najciekawszych zjawisk we współczesnej fotografii chińskiej. Na wystawie będzie można zobaczyć prace 10 młodych fotografów.

WESTERN EYE ON EAST to zbiorowa wystawa artystów z Zachodu. Zafascynowani rzeczywistością Chin, postanowili uczynić ją źródłem inspiracji.





premiera


Teatr Dada von Bzdülöw

Faktor T

choreografia i taniec: Katarzyna Chmielewska, Bethany Formica, Rafał Dziemidok, Leszek Bzdyl
muzyka: Mikołaj Trzaska
kostiumy: Hiroshi Iwasaki
reżyseria: Leszek Bzdyl
reżyseria świateł: Michał Kołodziej



premiera:
Stary Browar, Poznań / 1, 2 marca 2008
Klub Żak, Gdańsk / 6,7 & 9 marca 2008


czwartek, 14 lutego 2008
piekło zakupów

Dawno już zarzuciwszy konieczność chodzenia na karnawałowe rauty, uczestniczenia w uroczystościach i galach, wieczorkach zapoznawczych, randkach w ciemno, czy walentynkowych kolacyjkach, zdarza mi się odwiedzać centra handlowe przed podróżą. Nagle okazuje się, że "nie mam co na siebie włożyć...". Jest to moment trudny, wymagający poświęcenia i zwykle odkładam go "na ostatnią chwilę" przed wyjazdem. Zwykle w takich wypadkach przeżywam szok i żadna para fantastycznie dopasowanych spodni (które pozostają marzeniem) nie byłaby w stanie mnie z tego szoku wyciągnąć. Staję oto twarzą w twarz, oko w oko z niepojętym rytuałem, w czasie którego niesione pożądaniem tłumy dobrowolnie przekraczają bramy piekieł. Tym razem bramy świeżej, bo otwartej jesienią ubiegłego roku, wrzeszczańskiej Galerii Bałtyckiej, która miała dodać splendoru Trójmiastu, bo - jak donosiła lokalna prasa - wreszcie modne mieszkanki Wybrzeża nie będą musiały jdzić na zakupy do stolicy.

Obsztorcowałam niedawno Galerię Bałtycką za nie wykorzystaną szansę wpisania się w dobrym stylu w miejską tkankę Wrzeszcza, choć były po temu powody, znalazłyby się przesłanki, wystarczyło jedynie pochylić się nad miejscem, odkryć kilka jego tajemnic (albo spotkać się z odpowiednimi lud
źmi, którzy wiedzą o nich ochoczo by się podzielili) i na tej bazie, budując wielką na kilka kwartałów "kubaturę", stworzyć prawdziwy miejski pasaż. W zamian mamy kloc, wyspę jak z koszmarnego snu, która w żaden sposób nie chce pamiętać o tym, że znajduje się w środku miasta, mimo, że w marketingowej strategii deklaruje, iż jest - o zgrozo! - modnym centrum tegoż. Jakiego miasta? Miasta w ogóle, idei miasta, miasta w postaci chmury, czy miasta w postaci szyldu? W odpowiedzi na to pytanie tkwi grubymi nićmi szyta zagadka. Ale skoro już wspomniałam o marketingu: pilnie szukam marketingowca, który odpowie na kolejne, ba! podstawowe moje pytanie, od którego wszystko się zaczyna i być może na nim też wszystko, co mam do powiedzenia o wizycie w Galerii Bałtyckiej, się kończy. Jesteśmy ludem Północy i choć klimat wciąż się zmienia, to zimą nadal jest zimno, sklepy odwiedzamy ubrani w zimowe ciuchy, a nie w bikini - o co więc chodzi z tą tropikalną temperaturą w środku Galerii Bałtyckiej??! O co w tym chodzi, do diaska??! Przecież to musi mieć swoje wytłumaczenie, szczególnie w przestrzeni handlowej, jednej z najmniej niewinnych. Więc?

A może to jakiś okrutny żart? A może ktoś się bawi tym kurkiem? Czy on jest pod kontrolą? Pod czyją kontrolą? Czy to jest efekt badań psychologicznych? Czy naukowcy stwierdzili kiedyś w przypływie szaleństwa, że człowieka w przestrzeni handlowej należy poddać torturom i wtedy będzie lepiej kupował, bardziej ochoczo rozbierał się w przebieralniach, nie zważał na jawne wady i ukryte niedoskonałości towaru, by jak najprędzej wydostać się z tego tropikalnego piekła, by dotrzeć do wodopoju, przetrzeć osłabione fatamorganą oczy, zmyć z siebie pot i łzy??!

A'propos łez: odkryłam kolejny rodzaj wpływu chińskiego mocarstwa, jakiemu poddajemy się niewinnie i nieświadomie całkiem przecież daleko od niego, otóż w polskich sklepach mamy już chińską rozmiarówkę. Tak, tak, nie będąca chuchrem, ale też - no błagam! - nie jakaś gigantyczna kobieta polska może dziś ubrać się w polskim sklepie w rozmiarze L, ewentualnie XL, dokładnie tak jak w Chinach. I choć niektórzy twierdzą, że "łatwiej kijek ocienkować, niż go potem pogrubasić", tu ta zasada nijak się nie sprawdza. Trudno mi dopasować się do chińskiej rozmiarówki, rękawy za krótkie, brzuch na wierzchu, spodnie na jedną nogę...

Zlana potem, okazuje się - gruba, bo w rozmiarze XL, ledwo trzymajaca się na nogach, bo prawie zemdlona, a i rozsierdzona kobieta polska po kilku godzinach plątania się w labiryncie tak samo pięknie wyglądających korytarzy, nie obarczona żadnym niemal pakunkiem, wychodzi z piekła na lekko mro
źne powietrze, na prawdziwe, normalne, zimne powietrze i ta różnica wydaje jej się cudem, błogosławieństwem, dobrym omenem, co więcej, ona dopiero wtedy widzi jasno, ona rozumie, ona czuje, czym jest: to powietrze, woda, trawa, las, natura, życie, świat, miłość, szczęście, piękno, zdrowie, ciało, ona to wszystko chwyta, to jest prawdziwe olśnienie. Łapie szybko powietrze w płuca, nie ogląda się, nie zatrzymuje, idzie, gdzie tam, ona biegnie. Byle jak najdalej stąd...



poniedziałek, 11 lutego 2008
wreszcie się doczekali

"Martwa natura" >>

Jia Zhang-ke od 22 lutego w kinach

w lutowym numerze KINA rozmowa z reżyserem


gorący adres

Yours Gallery
ul. Krakowskie Przedmieście 33
Warszawa

Trwa tam do 16 marca niezwykła wystawa, opisana w ostatnich Wysokich Obcasach GW przez Agnieszkę Jucewicz:


"Pod koniec lat 80. XX wieku w zalanych podczas powodzi magazynach policyjnych w Lidcombe na przedmieściach Sydney dokonano niezwykłego odkrycia. Spod warstw mułu wydobyto kilka ton szklanych negatywów i zdjęć, które powstały w latach 1912-60. Całość przeniesiono do pustego, świeżo odrestaurowanego Muzeum Wymiaru Sprawiedliwości i Policji i powołano zespół do renowacji archiwum. - Szklane negatywy znajdowały się w kartonowych pudełkach, po 10-20 w każdym. Po 50 takich pudełek umieszczono w drewnianych skrzyniach. W sumie było ich z 70 tys. (...)
Najbardziej poruszającą część kolekcji stanowił zbiór wyjątkowych mug shotów zrobionych w latach 1912-30. 3 tys. zdjęć aresztowanych przestępców sfotografowanych w celi na posterunku policji. Galeria prostytutek, złodziei, handlarzy narkotyków, morderców, paserów, akuszerek i politycznych podżegaczy. W policyjnych kartotekach zdjęcia te nazywano 'specjalnymi fotografiami', bo znacznie różniły się od typowych portretów śledczych. Zamiast zbliżenia twarzy - cała sylwetka. Zamiast plakietki z numerem identyfikacyjnym - ręcznie wydrapane na negatywie pierwsza litera imienia, nazwisko i data aresztowania. Zamiast ostrego światła - światło naturalne. Zamiast poszarpanej koszuli - futro, garnitur, elegancki kapelusz. Zamiast obojętnego wyrazu twarzy - cała gama uczuć. W tle widać odrapane ściany celi, czasem rząd toalet, niedopałki na podłodze, porzucone gazety, a nawet cień innej postaci. Policjanta? Detektywa? Innego przestępcy, który czeka na swoją kolej? Nie wiadomo."

(Agnieszka Jucewicz, Zakazane rewiry, WO z 9.02.2008)
więcej >>>>



niedziela, 10 lutego 2008
korzonki czyli literatura polska2

z wywiadu Katarzyny Janowskiej z Michałem Witkowskim, laureatem Paszportu Polityki w kategorii literatura (Polityka z 9 lutego 2008):

"(...) Polska w swojej rozciągłości między Wschodem a Zachodem jest pełna napięć. To tutaj przechodzą granice starego i nowego świata, na styku których potrafi iskrzyć. Nie potrafię za bardzo pisać o zagranicy. Takie książki jak „Bieguni” Olgi Tokarczuk czy powieści Houellebecqa wydają mi się zbyt oczywiste. Tezy tam zawarte można przeczytać u Zygmunta Baumana, nie potrzeba do tego literatury.

Często podróżujesz, a nie masz ochoty przyjrzeć się losom wolnych elektronów fruwających wzdłuż i wszerz naszego globu?

Takie mam zasady. Kiedy inni konsumują kompulsywnie – uciekać w ascezę. Kiedy inni rozrzucają się po całym świecie – zakorzenić się w Polsce, w jednym miejscu. Inni niewierni – ja wierny itd. Zmęczyło mnie niezakorzenienie. Była taka sytuacja, że jednego buta miałem w Londynie, sznurówki do niego w Malezji, a drugiego do pary w Brazylii..."

więcej >>>>


piątek, 08 lutego 2008
literatura polska

"Były poseł Samoobony Stanisław Łyżwiński, podejrzany o gwałt na swojej współpracownicy i osadzony w areszcie, pisze tam książkę, którą zadedykuje Zbigniewowi Ziobrze. Żona Wanda Łyżwińska nie wątpi, że powstanie bestseller: 'Jako młody mężczyzna Stachu brał się za rymowanie. Umiał połączyć dosadne słowa z elementami romantycznymi. Wierzę, że mężowi nie zabraknie pomysłów'. Współwięźniowie też doceniają literackie zacięcie Łyżwińskiego, czego dowodem nadana mu ksywa Stasiuk".

(tygodnik Polityka z 9 lutego 2008)

czwartek, 07 lutego 2008
odliczanie

za dwa tygodnie już w Buenos...

(...) byłem świadomy, że powoli wkraczam na drogę, z której nie ma powrotu. Straciłem zainteresowanie wieloma sprawami pozostawionymi za sobą, a jednocześnie czułem tak wielką ekscytację i zaciekawienie światem otwierającym się przede mną, że każdy byt wydawał mi się godny uwagi. Siedziałem, drżąc z podniecenia i machając nogami, kiedy cały ogrom, bogactwo i natłok przyszłych zdarzeń zmieniły się w zgrozę.
Przestraszony (...) zobaczyłem zapuszczone pokoje, szalone autobusy, zmęczonych ludzi, wyblakłe litery, zagubione miasteczka, różne światy i duchy. Zawsze była jakaś podróż, wszystko było podróżą”.

(Orhan Pamuk, Nowe życie, Kraków 2008)



... dla Buenos rzucam nawet poziomki i szampana


walentynkowo c.d.

Ważna informacja dla spragnionych miłości, a cierpiących na jej brak: zakochać się we Wiedemannie (metonimia) to rzecz prosta.

* * *

22 marca 98

"Mamy w domu muchę, która jest w ciąży, ma urodzić bliźnięta. Pierwsze rodzi się normalne niemowlę (ludzkie), mama zabiera je do pokoju, ja czekam na następne, tym razem jednak jest to mały jasnobrązowy chrząszczyk, kładę go na papierku i niosę pokazać mamie, która (z dzieckiem na ręku) mówi: To dlatego, że były zrośnięte rączkami. Niosę chrząszczyka z powrotem do kuchni, tam on rozwija skrzydełka i odlatuje, znika mi z oczu, szukam go, na lampie znajduję mnóstwo podobnych chrząszczyków, ale wszystkie są czarne. Uznajemy z mamą, że trzeba iść na mszę, mama stwierdza, że najlepiej do kościoła Dobrego Pasterza, bo tam najtaniej. Siadamy w pierwszej ławce (właściwie jest to rodzaj sofy), jakiś facet chce usiąść z boku po mojej stronie, leży tam mój płaszcz i jeszcze kilka drobniejszych rzeczy, zbieram to, on w końcu rezygnuje, na szyi mam słuchawki od walkmana, które mnie cisną (tzn. utrudniają oddychanie). Ksiądz wchodzi z psem i rozpoczyna mszę, stojąc nad nim okrakiem (psi łeb wystaje spod sutanny), pojawia się też koń, msza jest za dusze zwierząt, zamówiona przez pewną dziewczynę, widzimy ją jak gra z chłopakami na łące, już musimy odjeżdżać, wsiadamy do samochodów, ja do małego fiacika, za mną dziewczyna, strasznie ściśnięta (jej kolana uwierają mnie w plecy), prowadzi jej kolega, jedzie się przez wertepy i kałuże, choć tuż obok normalna asfaltowa droga. Zajeżdżamy do czyjegoś domu, tam pojawia się ciotka z białym szczurem w szklanym kloszu, usiłuje przywiązać do klosza talerzyk (żeby się nie przewracał), pomagam jej w tym, biorę szczura, idę z nim do kuchni, szukam jakiegoś naczynia, do którego mógłbym go włożyć, przychodzi czyjaś mama, proponuje mi stary mapnik (w formie tuby), ja twierdzę, że szczur go natychmiast przegryzie, na co ona: No to już nie wiem, chyba straciłam talent do tych spraw. Znajduję swój stary plecak, a w nim puszkę pepsi i soczek w kartoniku z potrójnie rozwidloną rurką".

(Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe, Kraków 2005)

środa, 06 lutego 2008
sceny łóżkowe na Walentynki

Bardzo polecam, gdyby ktoś szukał walentynkowego prezentu, a czas już, czas się za nim rozejrzeć, książkę jednego z moich ulubionych obok Foksa czy Goerke pisarzy ongiś młodego pokolenia - Adama Wiedemanna o wiele mówiącym, a przewrotnym tytule "Sceny łóżkowe". Nie ma tam bowiem zbyt wielu "momentów", są za to opisane ze szczegółami sny Wiedemanna, a jak powszechnie wiadomo czytanie opisów snów cudzych to jedna z najnudniejszych w świecie lektur. Na pozór, okazuje się. Wiedemann - bardzo w swoim stylu - pochyla się nad najnudniejszym, najnudniejsze bierze na warsztat, wierny mistrzom pochwala nudę. Długo stałam przy regale w księgarni, sprawdzając Wiedemanna, chcąc na nim zaoszczędzić 20 złotych, ale nie udało się. Po latach - pamiętam jego doskonałe "Wszędobylstwo porządku" (1997) i "Sęk Pies Brew" (1998) - powraca Wiedemann w aureoli triumfu, w stajni korporacji ha!art znajdując należne sobie miejsce.


o książce >>>>

Na okładce książki pisze o niej ładnie Wojciech Kuczok:

"Proza Adama Wiedemanna pod koniec ubiegłego stulecia odświeżała poetykę oczywizmu, czyli sure-realizmu. W "Scenach łóżkowych" Adam posługuje się sure-realizmem onirycznym: we śnie oczywiste jest wszystko, co nierzeczywiste. Autor sprawia wrażenie, jakby posiadł umiejętność zapisywania snów w postaci krynicznej, niezmąconej świadomością przebudzenia. W dodatku wciąż się przez sen uśmiecha, i jest to uśmiech szczególnie zaraźliwy.

Jakże piękny musi być mózg, który wygenerował w stanie spoczynku takie historie… Dla mnie Adam Wiedemann mógłby w ogóle nie wychodzić z łóżka".

* * *
5 sierpnia 93

"Bez wątpienia Książenice, ale zabudowa miejska. Mieszkam w dawnym naszym mieszkaniu, codziennie muszę dochodzić do pracy i opracowałem sobie taki skrót przez cudzą kamienicę; ktoś mi na to pozwala, komuś się to nie podoba, jest mi to raczej obojętne. Aż kiedyś, jak tamtędy przechodziłem, ktoś wyszedł i spojrzał na mnie tak, że już wiedziałem: trzeba się jak najprędzej zbierać i uciekać (do Krakowa). Lecz wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że w tym domu mieszka moja mama i że trzeba ją najpierw odwiedzić (drugi raz wyszła za mąż), więc wracam, jej tam nie ma, za to mnie chcą złapać, ledwo uchodzę z życiem, idę do swojego mieszkania, ktoś puka, otwieram - mama. Każe mi się natychmiast szykować do drogi, inaczej grozi mi niechybna śmierć, zresztą z jej przejęzyczeń wnioskuję, że tak czy inaczej mnie dopadną, w każdym punkcie globu; żegnamy się ze świadomością, że widzieliśmy się ostatni raz. Do Ostrzeszowa jadę rowerem, zasadzka w Bukownicy przy torach, udaje mi się przejechać, ale wiem, że w mieście będą prędzej ode mnie; na dworcu kupuję bilet (jestem śledzony) z przesiadką w Kępnie, w każdej chwili spodziewam się napaści, wreszcie robi mi się wszystko jedno, mam trochę czasu w tym Kę., więc wychodzę na miasto, tam jakiś chłopczyk ofiarowuje mi swoją pomoc, zaczajamy się za rogiem na jednego z tamtych, bardzo łatwo udaje mi się go zabić, wygląda jak westernowy cowboy.

Wszystko to okazuje się epizodem z filmu, w którym gramy z Maliną Malinowską. Epizod z Maliną: dostaję od niej kawałek chleba, idę spać, chleb wpada mi za łóżko, budzę się, a tam za łóżkiem Malina, zupełnie naga. Wyciągam ją stamtąd, pytam: Jakżeś ty się tam dostała, przecież jesteś taka gruba".

(Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe, Kraków 2005)


wtorek, 05 lutego 2008
pęknięcia i inne piękne rzeczy

Metodę dedukcyjno-interpretacyjną, jaką stosował zarówno w odniesieniu do swoich jak i cudzych dzieł, Salvador Dali nazwał kledalizmem. Posłużył się nią m.in. analizując obrazy Jeana Françoisa Milleta. Wzbudzały one - jego zdaniem podejrzane - zainteresowanie u złaknionej wrażeń publiczności francuskiej i europejskiej. Wierzył gorąco, że obrazy mało interesującego realisty Milleta działają raczej na podświadomość, niż na świadomość odbiorców. Obrazy miały odbiorców hipnotyzować, odwołując się sygnałami, płynącymi z podwójnego dna, do tłumionych przez nich w rzeczywistości pragnień. Mechanizm tego oddziaływania opisał przy pomocy freudowskiej psychoanalizy. Jest wiele teorii, próbujących rozłożyć na czynniki pierwsze emanujące dzieło. Jego aura powinna uruchomić w widzu, odbiorcy intuicję, wrażliwość wyższego rzędu, coś, co wciąż wymyka się badaczom i zainteresowanym. Okazuje się, że tyle kluczy, ile rąk chcących zrobić z nich użytek. A co z zamkami? Czy zamki istnieją samoistnie, czy też dopasowują się do klucza? Hmm...


Jean François Millet, Anioł Pański, 1857-59

Wychodząc nie bez trudu z modernizmu – epoki zarówno oryginalności, jak i otwarcia, bezgranicznego odsłoniecia, żeby nie powiedzieć bezwstydu, architektura coraz częściej chce coś ukryć, coś zamarkować, coś przemycić, jakoś się wstydliwie osłonić. Jako, że ma być dzisiaj przede wszystkim „zdarzeniem”, a nie tylko „formą”, mnoży też pęknięcia, rysy i ślady, które mają nas gdzieś zaprowadzić. Staje się labiryntem, w którym ktoś zostawia nam znaki, grą, której rozegranie doprowadzi - mamy taką nadzieję - do jakiejś kulminacji. Powoli przyzwyczajamy się do tak atrakcyjnej i abstrakcyjnej architektury.

Jak niegdyś Dali „wierzę gorąco”, że tylko ta gra jest warta świeczki, której reguły oparte są na autentycznych przesłankach, głęboko wtopionych w miejsce, w którym się rozgrywa. Swoją wiarę czerpię zapewne z rodzaju magicznego myślenia, nie majacego podstaw w twardej wiedzy. Wydaje mi się, że tkwiąca w dziele intelektualna praca (uczciwego, uczuciowego) architekta, który czegoś się o miejscu dowiedział i coś z niego zrozumiał, prędzej czy później z dzieła wypłynie, jeżeli nie w postaci efemerycznej chmury, to w jakiejś innej postaci i dotknie mnie, zmuszając do zadawania pytań o ukryte: linie, związki, warstwy, myśli, fenomeny. Ponieważ nie będę rozumiała tej architektury, nie będę wiedziała nawet, dlaczego pytam, ale trawić mnie będzie wielka potrzeba zwerbalizowania tego poczucia.


Tadashi Kawamata, Toronto, 1989

To wszystko brzmi jak jakaś bajka. Tymczasem z ust architektów słyszę tylko, że plac domknęli kubaturą i w szkielecie koncepcyjnym ujawniły się osie widokowe, że w imię dialogu teraźniejszości z przeszłością zlikwidowali naleciałości i wyeksponowali historię, a w trosce o integrację matek z dziećmi poustawiali trawiaste kubiki. Prawdę mówiąc - ten język mnie dobija. Podobnie ich musi irytować mój język i moje pytania. Skoro istnieje filozofia ponowoczesnego miasta, czy można mówić o ponowoczesnej filozofii projektowania miasta? Co to jest przestrzeń publiczna i czy w ponowoczesnym mieście rację bytu mają jej mutacje: przestrzeń półpubliczna, półprywatna? Jak współczesny język architektury reaguje na tzw. „nawiązywanie do przeszłości”, co to takiego, czym się objawia? Czy istnieje w myśleniu o współczesnej architekturze coś poza funkcją, poza funkcją rozrywkową? Czego architekci uczą się o konkretnym mieście, projektując na jednej z jego działek? Jaką rolę pełni, czy powinien pełnić w strategii projektowej „pomysł”, a jaką „analiza”? A co z pojęciem tzw. „zasad kompozycji”, które podczas rozmów o architekturze są jak joker w talii kart? Czy znajdziemy wspólny język?


To wszystko brzmi jak jakaś bajka. Tymczasem zachwycił mnie dokument Yvesa Montmayeura „In the Mood for Doyle” (Spragnieni Doyle'a, 2006), poświęcony operatorowi Kar-waia - Christopherowi Doyle'owi. Bardzo „miejski”, wiele mówiący o przestrzeni, także w filmie. Szczególnie podobał mi się fragment, w którym razem z Doylem trafiamy do Bangkoku, gdzie w pobliżu hotelu Oriental zapuszczamy się w uliczkę, grającą Hongkong z lat 60. w „Spragnionych miłości” Kar-waia. Po jednej stronie widać popękany mur, po drugiej budynek z dużymi okratowanymi oknami. Doyle zwraca uwagę na mur, dotyka go, mówi o fakturze, o oświetleniu, opowiada, jak światłem wydobyć fakturę, by film stał się bardziej „organiczny”. Kamera podąża za nim, kiedy wchodzi do budynku. Doyle rusza nosem, każe nam wąchać, każe patrzeć na wąskie wnętrze, długi korytarz z oknami, które widzieliśmy przed chwilą z zewnątrz. Po bokach stoją kartony, w oknach suszy się pranie, na parapetach stoją jakieś rzeczy osobiste mieszkańców domu, mały stoliczek z flakonami, w jednym z nich tkwi plastikowy kwiat. Doyle każe nam spojrzeć z wnętrza na mur. Oglądamy fragment filmu Kar-waia, w którym Maggie Chang i Tony Leung idą ulicą, filmowani przez okna z wnętrza budynku. Ten świat filmowy jest odmienny od rzeczywistego, jednak Doyle twierdzi, że te ujęcia mają w sobie siłę właśnie dzięki temu, że wszedł do budynku, zobaczył, że ta przestrzeń żyje swoim życiem, że żyją w niej ludzie, że suszy się pranie, a we flakonie tkwi plastikowy kwiat, bo poczuł jej zapach. O ludziach z tamtej kamienicy mówi, że chociaż w filmie ich nie ma i widzowie nic nie wiedzą o ich istnieniu, to ta ich nieoobecność/obecność jednak jest, oni też tworzą ten film. Gdyby tam nie mieszkali, byłby inny. Czy ich spojrzenia, które przez lata spoczywały na przeciwległej ścianie, wyrzeźbiły w murze te wszystkie pęknięcia? Czy mur zużył się od ich spojrzeń tak malowniczo, że mógł stać się głównym bohaterem tej sceny? Coś w nim jednak się kryje.


Christopher Doyle w "In the Mood for Doyle" Yvesa Montmayeura

Zarówno Kar-wai jak i Doyle od lat mieszkają w Hongkongu. Obaj podkreślają wagę miasta w formowaniu artystycznych wizji. Doyle twierdzi, że z całodziennego spaceru wraca do domu średnio z trzema, a nawet pięcioma nowymi pomysłami. Kar-wai, poszukując inspiracji, wybiera ciasne, zaniedbane zaułki Hongkongu. Obaj charakterystycznie ruszają nosami, podkreślając znaczenie zapachu. O ile sobie przypominam, tak intensywnego smrodu, przyprawiajacego o mdłości, jak w Hongkongu nie spotkałam potem w całych Chinach. To charakterystyczny zapach smażeniny, w której smażone są szaszłyki z kalmarów i innych owoców morza. Dla Kar-waia znaleziona w mieście przestrzeń jest punktem wyjścia dla historii, pracuje bez scenariusza, nigdy nie wiadomo, jak długo potrwają zdjęcia, jest tylko miejsce akcji. Miejsce – jak podkreśla Doyle – zwykle przesycone emocjami, labirynt i przestrzenny i symboliczny, przywodzący na myśl formę międzyludzkich relacji. Doskonałym jego ucieleśnieniem jest budynek Chungking (zagrał w „Chungking Express” i „Upadłych aniołach”), skupisko tanich hotelików, podziemnych restauracji, warsztatów krawieckich, Hongkong w pigułce, miejsce, które istnieje naprawdę i oprócz zapachu wydziela niezwykłą energię. Kar-wai stworzył swój styl w oparciu o taką przestrzeń.

Pracując na różnych kontynentach, Doyle próbuje dotrzeć do różnicy pomiędzy wschodnim a zachodnim sposobem tworzenia filmu. I znajduje ją właśnie w podejściu do przestrzeni. W Ameryce reżyser ma pomysł na ujęcie i na jego podstawie buduje się plan filmowy. W Azji – u Kar-waia i kilku innych reżyserów z Hongkongu, którzy występują w dokumencie Montmayeura, realna miejska przestrzeń staje się bazą i inspiracją. Zwykle są to miejsca dobrze im znane, mało uczęszczane, anonimowe dzielnice mieszkaniowe, w których się wychowywali, albo nadal mieszkają. Duże możliwości daje zdaniem Doyla lotnisko czy metro, duże skupiska ludzkie, które nigdy się nie zatrzymują, w których szybko następuje zmiana. Amerykańską klarowność przeciwstawia subtelności wschodniego niedopowiedzenia, ukrycia, a także niedoskonałości. Doyle napisał kiedyś książkę zatytuowaną „Każda rzecz ma jakieś pęknięcie”. Przez które wpada odrobina światła.

Kiedy wychodzi na podwórko Changking Mansions, na jedno z tych podobnych do siebie podwórek-studni, otoczonych wyskokimi szarymi murami, które deszcz przez lata zabarwił zielonkawym liszajem, z przyczepionymi do ścian setkami klimatyzatorów, mówi: tak właśnie tu żyjemy, spójrzcie na tę głębię, na kolor, na te wszystkie piękne rzeczy...

Myślę o tym filmie intensywnie. Bardzo mi się podoba. Siadam do komputera, mam napisać o studenckim konkursie na projekt zagospodarowania terenu dawnego wrzeszczańskiego browaru. Kilka dni temu byłam na spotkaniu podsumowującym wyniki konkursu. Jurorzy nie przyznali pierwszej nagrody, tylko dwa równorzędne drugie miejsca i specjalne wyróżnienie dla studentów z Poznania. Deweloper, własciciel browaru, który ogłosił ten konkurs, szukał inspiracji, miał nadzieję, że studenckie projekty wolne od rynkowych ograniczeń będą kuźnią nowatorskich pomysłów, nowych wizji. Zarówno deweloper jak i jurorzy byli zaskoczeni zachowawczością młodych projektantów. Dwa nagrodzone projekty są poprawne. Osadzone w kontekście, choć w myśleniu o tym specyficznym kawałku miasta nie wychodzące poza niedaleką okolicę projektowanej działki. Natomiast uwagę jurorów zwrócił projekt wyróżniony. Pozostałości browaru wyłaniają się w nim spod efektownej szklanej konstrukcji, przykrywającej cały teren, złożonej z wiszących nad ziemią, pozlepianych ze sobą, szklanych sześcianów. Nie chciałaby pani mieszkać w takiej transparentnej, podwieszonej kostce i mieć widok z góry na przestrzenie publiczne, to przecież prawdziwa wizja, wcale nie taka futurystyczna – przekonywała mnie podczas rozmowy przewodnicząca jury.

Aura dzieła tym razem na mnie nie podziałała. Nie miałam pytań, nie chciałam zamieszkać w transparentnym sześcianie. Ot, pomysł i wybudujmy dla niego scenografię jak na amerykańskim planie filmowym. Przypomniał mi się wtedy niedawny nasz spacer z K&B po Dolnym Wrzeszczu i próba wyśledzenia – na razie na sucho – jego „przestrzennego fenomenu”, o którym tyle się mówi i czuje. Ulica Wajdeloty kończy się niewielkim okrągłym placykiem. Wrzeszcz ma problem z wywozem śmieci, więc w niedzielne wczesne popołudnie po placyku fruwały foliowe torebki, niczym w jakimś japońskim klasyku na wietrze poobracał się szkielet wyrzuconej na bruk choinki. K znalazła tam miejsce na coś. Miejsce na coś wygląda na opuszczony sklep. Stara witryna na całej długości zasunięta jest kratą, czarne żaluzje nie pozwalają zerknąć do środka. Chciałabym tu zaprosić Kar-waia i Doyle'a, żeby pokręcili się po okolicy, zobaczyli czym żyje, weszli do środka, za czarne żaluzje. Żeby spojrzeli na mur kamienicy naprzeciwko przez kratę. Ciekawe, jaką historię by tam zobaczyli.


"Spragnieni miłości" reż. Wong Kar-wai, zdjęcia Christopher Doyle


"Spragnieni Doyle'a" w canal+ >>


poniedziałek, 04 lutego 2008
pisarki wieku dojrzałego


Gdański Oddział

Stowarzyszenia Pisarzy Polskich

zaprasza na trzecie spotkanie z cyklu


Duety literackie

prowadzenie Anna Janko

wtorek 5 lutego 2008, godz. 18.00


Restauracja Turbot w Ratuszu Staromiejskim

Gdańsk, ul. Korzenna 33/35


Duety Literackie w Turbocie. Tym razem gośćmi będą dwie autorki, Jolanta Mąkosa (Warszawa) i Katarzyna Krenz (Gdańsk). Dotąd pisywały scenariusze, tłumaczyły książki, wychowywały dzieci i pielęgnowały ogród. Teraz debiutują jako profesjonalne pisarki w renomowanych wydawnictwach. Jak to jest zostać pisarzem w dojrzałym wieku? Czy dobra matka i przykładna żona może być prawdziwą artystką? Czy talent i pasja twórcza mogą poczekać? Niewygodne pytania zadaje Anna Janko.

niedziela, 03 lutego 2008
chińszczyzna w dizajnie

Jaki interes najlepiej zrobić w Chinach? Chyba otworzyć zakład fryzjerski. Co prawda konkurencja jest ogromna, ale też ogromne zapotrzebowanie na fryzjerskie i okołofryzjerskie usługi. Zakłady małe i duże, a także prawdziwe fryzjerskie kombinaty można w Chinach spotkać w każdym mieście, na każdej ulicy, na każdym rogu, po kilka na raz. Miałyśmy z K ogromną ochotę poddać się zabiegom pielęgnacyjnym w którymś z tych profesjonalnych, dizajnerskich „studiów fryzury”, obserwując fryzjerski teatr przez wielkie witryny. Że się do niego zbliżamy, z daleka zawiadamiała głośna muzyka, płynąca z megafonów i różne świetlne błyski, wydobywające się ze środka. Mniejsze zakłady ograniczały się do kolorowych młynków, zawieszonych u wejścia, czy w oknach. Młodzi fryzjerzy podczas pracy tańczyli i śpiewali, w takt najnowszych chińskich przebojów potrząsając swoimi wypracowanymi w najdrobniejszym szczególe koafiurami. Chłopcy nosili postpunkowe irokezy, dziewczyny koniecznie długie włosy, skręcone w loki mokrą włoszką z pozostawioną z przodu prostą grzywką. I choć nasze włosy rosły i rosły jak na drożdżach, przed wizytą u fryzjera powstrzymywała nas obawa, że fryzjerzy chińscy nie poradzą sobie z włosem europejskim tak, jak radzą sobie z włosem azjatyckim. Wieszcząc ich porażkę, K zaczęła nosić na głowie najmodniejszą w roku świni, różową chusteczkę, ja kupiłam sobie w końcu czapkę i jakoś dotrwałam do końca podróży.



Pekin, zakazane miasto, marzec 2007 (patrz: mokre włoszki z grzywkami)

Po dokładnym przestudiowaniu materiału z okładki wczorajszego numeru Wysokich Obcasów GW pt.: „Studniówki. Albatros na żywo” zdjęcia Piotr Wójcik, tekst Lidia Ostałowska >>, zaczynam podejrzewać, że Chińczycy mają u nas wpływ i na studniówkowy dizajn. Potwierdzałaby się niniejszym brzmiąca dziś banalnie przepowiednia mojego dziadka rozwodnika, majacego z Chińczykami wiele do czynienia już od lat 50., że chińszczyzna nas zaleje. Zalewa nas chińszczyzna na zaskakujących kulturowych terytoriach, wciąż poszerzając swój obszar. Fryzury młodych przyszłych maturzystek są – jak się okazuje - wypisz wymaluj chińskie...

Tymczasem i na innej, nie tak odległej, a nawet całkiem bliskiej, polskiej prowincji wpływy chińskie zaznaczają swoją obecność. Pamięć o kończącym się właśnie roku świni R postanowił jakoś wyjątkowo zaznaczyć. Zwykle dosyć klasyczny, żeby nie powiedzieć zachowawczy, zbyt zajęty ważnymi sprawami, by zwracać uwagę na image, R wyszedł na niedzielny spacer, zamotawszy na szyi ów drobny, ekscentryczny dodatek. I tak, manifestując swoje przywiązanie do kultury chińskiej, ubrany pozostał przez całe popołudnie.





 
1 , 2