agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
środa, 30 listopada 2005
panna bogobojna


Droga Karolino Południowa (ktoś tu chce być incognito), piszesz – panna bogobojna w noc przed świętym Andrzejem, zmówiwszy pacierze, swego przyszłego męża w nocy wyśni. Ładne to... przysłowie (?) nijak się ma jednak do rzeczywistości (bez pacierzy się nie liczy? Hmm). W każdym razie miniona noc była – jak ostatnie – owocna dziwnymi wizjami, a te dosyć dramatyczne, zważywszy chęć szczerą wyśnienia. Były tam jakieś pułapki, ucieczki przez okno, uuu... wysoko było, wróciłam, bo parapet taki sobie, kruchy, jakieś pościgi były po ciemnych zakamarkach starych supermarketów, oj, walki były na noże, krav maga i takie tam sztuki, sztuczki. Więc chyba organizm się bronił przed wiedzą przedwczesną, co myślisz, Karolino? Tymczasem pytasz o przyjaźń. Przyjaźń równą miłości w zaangażowaniu. Że piękna. Jest. Że się tak przyjaźnisz, ja mogę przecież potwierdzić, bo ja się z Tobą przyjaźnić lubię. Ale my jesteśmy przecież w związku na odległość, co innego takie bliskie. Jak się w nie rzucam, to na główkę. A potem jak zaangażowanie słabnie, porzucam, znieść nie mogę letniości. Takie rozpięcie między skrajnościami w stosunkach międzyludzkich nie przynosi długotrwałego efektu. Receptę na pewno masz. Peruwiańska asceza? Też chcę jechać do Peru.

A więc tylko Ameryka Południowa, zauważa ona przytomnie, a ja zacieram ręce i wsłuchuję się teraz w ten dialog uważnie. Trudno tu mówić o ucieczce, wygląda to raczej na objazdową wycieczkę z biurem niezrealizowanych podróży, skąd ci się to wzięło, widziałeś ostatnio jakiś program podróżniczy? A może czytałeś kiedyś w młodości powieści iberoamerykańskie? Swego czasu były dość modne, choć nie przypominam sobie z nich żadnych świątyń Majów, zapełniali je głównie nieszczęśliwie zakochani, piękne, ale papierowe kobiety, sfory dyktatorów i bezwzględne tajne policje. Poczekaj, mówi on zniecierpliwiony, nie dałaś mi skończyć kwestii. (...) były inne kontynenty, o których istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia, kraje nie występujące na żadnych mapach, miejsca obce najdokładniejszym atlasom, drogi, których nie przemierzał nigdy żaden pojazd. Na nic lekcje geografii (...) to były krainy, których lepiej żeby wcale nie było. Przedzierałem się w nich przez malaryczne bagna, dławiąc się powietrzem ciężkim jak senne koszmary, zapadając się w trzęsawiskach jak w nocnych lękach, opędzając się od krwiożerczych owadów, straszniejszych niż deliryczne zjawy, przedzierałem się donikąd, nie znając celu swojej podróży i nie widząc w niej żadnego sensu. I naprawdę były chwile, kiedy opuszczała mnie najmniejsza nawet nadzieja, ciemne niebo zlewało się z mroczną topielą, a mnie już w swoje ramiona brała ciemna rozpacz. (...) Wynajmowałem przewodników, czując, że nie zaufałbym im, nawet gdyby mieli przeprowadzić mnie bezpiecznie przez ulicę w tym mieście, do którego powróciłem z taką ulgą. Dosięgły mnie najgorsze choroby, o których słyszeli tylko najwybitniejsi epidemiolodzy, a z którymi nie poradziliby sobie tutejsi najznamienitsi lekarze. Ludzie wybierają sobie różne drogi życia, ja wybrałem sobie drogę śmierci. Dlatego właśnie teraz wystarczy mi zupełnie ta najzwyczajniejsza plaża, na której znalazłem niezwyczajną ciebie, i już cię nie opuszczę aż do śmierci”.

(Krzysztof Varga, Karolina, Wołowiec 2002 – otwarta chwilę wcześniej na chybił trafił, tak, tak, wróżby z Krzyśka)

Pozdrawiamy dziś Karolinę Południową, przyszłych mężów i świętego Andrzeja.


niedziela, 27 listopada 2005
Dezodorant. Ciepły.


Na “Łące Psich Kup”, eufemistycznie przez niektórych moich sąsiadów nazywanej “Psim Skwerkiem”, wieczorny szron rozchrzęścił połacie wysokich, kładących się po ziemi traw. Zimno. Z pyska psa - para buch, w lekkości jego łap - nieustanny ruch. Ja stoję. Wokoło niebezpieczna ciemność. Jednak myśli krążą gdzieś koło gorącego lata jak z powieści. I tak to się toczy, od wczoraj.

Kiedy pierwszy raz na którymś z gdyńskich festiwali obejrzałam Podwójne życie Weroniki, nic a nic nie wiedząc o Kieślowskim, kupując swój pierwszy w życiu numer Kina z nim samym na okładce, w nastoletniej wówczas egzaltacji nie mogłam się z tego filmu otrząsnąć. Dokładnie pamiętam, jak się obudziłam następnego dnia, jak starałam się przetrwać następny dzień, wypełniony poczuciem, że świat, który mnie otacza, jest jakąś pomyłką, a przebywanie w nim jakąś wielką niesprawiedliwością. Chciałam mieć wciąż zamknięte oczy, otwierając je na inne widoki. Kiedy teraz przypominam sobie te widoki, myślę – nieznośnie podrasowane kolorowymi filtrami, zaczynam szukać kasety z filmem, nagranym z telewizora pewnie w którąś rocznicę śmierci reżysera i stwierdzam, że oczywiście jej nie mam, że bezpowrotnie przepadła, że jej nie odzyskam, bo pożyczona w znajomości dziś już uschniętej, opadłej, odciętej, dawno nie owocującej, nie została zwrócona. A niech to! Czy z lenistwa, czy z premedytacją nie zwrócona, kaseta leży teraz gdzieś tam pewnie zapomniana, niczym fant i drażni mnie swoją nieobecnością. Dlatego zmuszona jestem mówić z pamięci.

Co mnie tak wtedy zachwycało? Och, nie wiem, wszystko. Z pewnością wszystko. Obserwowane z punktu widzenia siermiężnej wtedy rzeczywistości, wypełnionej wizjami tego, co może mnie w życiu spotkać, co czeka tuż za progiem jakiejś zamazanej mocno, przyszłej dorosłości. Późnojesienne schludne ulice bez śniegu, wysokie mieszkania z parkietami, picie kawy z miseczek, picie wody mineralnej wprost z plastikowej butelki, krótkie spódnice ślicznej Veronique, jej fryzura, scena, w której otoczona książkami, napisanymi przez Lalkarza, bawi się sznurowadłem, albo dostaje pocztą pudełko po cygarach, fikcja przenika życie, zaczyna kropla po kropli sączyć się przez niewidoczne gołym okiem rysy i dotyka jej twarzy tak realnie, niczym refleks światła, wędrującego po pokoju. Poruszyć mnie wtedy mogła zwykła – bo dziś już rozpoznana, co nie znaczy, że nie wzbudzająca emocji - esencjonalność przetworzonej twórczo rzeczywistości.

Dziś leżę jak ona kiedyś, dorosła, na materacu, beztrosko machając nogami, obłożona książkami jednego autora. Wiem już, że jesienią zamiast wody mineralnej wolę pić gorącą herbatę (wiem, że to powinna być japońska hojicha). Czytam, wracam, to tu, to tam, zaznaczam, wklejam, podkreślam. Zachwycam się, niemal zakochuję. Wreszcie wiem, czego szukam i że to znalazłam. Świat został niniejszym obrany ze wszystkich zbędnych, przeszkadzających mi warstw, wreszcie go widzę. Wiem, że rozumienie polega na umiejętności zadawania pytań, na które wiedza jest odpowiedzią. Czy można powiedzieć coś kursywą? Czy można gestykulować nogą? Czy można powiedzieć: nie masz szans, wykorzystaj to? Czy można uśmiechnąć się do rozpuku? Czy można wziąć kropkę w cudzysłów?

Wszystko to jest w prozie Macieja Malickiego. Pasujemy do siebie. Moja japońska herbata, jego japońska precyzja literackiego gestu. Czystość. Jasność. Konkret. Tasowanie pojedyńczych słów. Rozbłyski suspensu. Życie w formie, forma życia. Lubię psy, w literaturze też. Malicki otacza się słowami, książkami, psami i ludźmi, nie zapominajmy o ludziach. Nie zapominamy. W jego najnowszej książce niemal wszyscy odchodzą. Witek, Łysa jadą do Albanii, staruszka idzie w góry, sąsiadka z górki - do szwajcarskiej kliniki, Pies – wiadomo, Ryba wypływa, Gruby – kolej transsyberyjska, Waldek – mówi, Malicki – wyjeżdża, zostaje sepleniący Janek, wynalazca ciepłego dezodorantu.

(Malicki na widok dziwnej puszki, którą znajduje w łazience:

- Janek, co to? - Dezodorant. Spróbuj, ciepły. - Jak to? - Sam zrobiłem. Zawse denerwowało mnie, ze dezodoranty są zimne. Niepsyjemne. To zrobiłem. Ciepły. Psyjemny. - Jak? - Niewazne. Prysc.)

Maciej Malicki, Wszystko jest, Wołowiec 2005


sobota, 26 listopada 2005
nieczynny do odwołania

Ten sobotnioranny fragment z nowej książki Macieja Malickiego dedykuję M, który - projektując parafialny kościół w Ostródzie - pięknie niefiguratywnie personifikuje sacrum, otwierając przed nim zamknięte przed nami przestrzenie wewnątrz ścian, twierdząc, że sacrum też potrzebuje ochrony, odpoczynku i samotności (piszą o tym w Autoportrecie, wersja papierowa dostępna w sieci dobrych sklepów z czasopismami).


- Przyjadę w niedzielę do kościoła. Wpadnę.
- Kościół nieczynny, ale przyjedź.
- Jak to nieczynny?
- Kilka dni temu do niego wstąpiłem. Na rusztowaniach uwijali się malarze w białych kombinezonach. Majster siedział w konfesjonale, palił papierosa. "Mały, kurwa, nie chlap", krzyknął. "A ty nie klnij w kościele", odwinął się Mały. "Przecież nieczynny, nie ma sakramentu, czerwona lampka się nie pali", mruknął szef i strzepnął popiół do pudełka z zapałkami, które buchnęło płomieniem i dymem. "Kurwa jego w mordę pierdolona mać", wrzasnął, podbiegł do wiadra, włożył do niego poparzoną dłoń. "To farba!". "No to co, ale zimna". "Bozia skarała". "W tym kościele nie ma bozi". "Jak to?". "Urlop, wakacje, remont". "Co ty gadasz?". "Mówiłem. Zobacz, lampka się nie świeci, bozia wyjechała, wzięła plecak, namiot i spływa kajakiem, też musi odpocząć". Majster wyciągnął z wiadra białą dłoń, pogroził rusztowaniom i wrócił do konfesjonału.

Maciej Malicki, Wszystko jest, Wołowiec 2005

nie rozklejam się

Anne Clark
tra la la...

rozklejam się?

The Alan Parsons Project
tra la la....

wtorek, 22 listopada 2005
pierwsze koty za płoty


bałwanki bardzo nieśmiało wychylają głowy ze swoich szaf


poniedziałek, 21 listopada 2005
Niedzielny slam


W pustą i szarą niedzielę, taką, jak tylko może być pusta i szara późnolistopadowa niedziela, kiedy z ołowianego nieba ciężko spada nam na głowę zimny deszcz i trochę śniegu pomiędzy kroplami, R odmówi zjedzenia surowego mięsa. Tak długo będzie stał przed miską i szczekał, aż mały kawałek surowego mięsa, przykryty dla niepoznaki innymi ingredencjami, zostanie z niej komisyjnie, na jego oczach usunięty. Wtedy R miskę obiadowo opróżni. Tymczasem K upiecze ciasto z jabłkami, włoży do wazonu bladoróżową lilię, zaś B postawi na stole zgrabnie pękatą butelkę körte pálinki w smaku delikatnie gruszkowej. Razem wspominać będziemy miasta. Posągowy, brunatny Budapeszt, który – jak stwierdzimy – byłby o wiele smaczniejszą pożywką dla śmiercionośnych toposów niż Wenecja i chropowaty Berlin, pociągnięty europejskim lukrem. Miasta staną nam jak żywe przed oczami za pośrednictwem ekranu komputera, szybować będziemy nad nimi, zbliżać się i oddalać, śledzić satelitarnym okiem. Szyć też będziemy spódnice i żakiety, robić przymiarki, dotykać będziemy egzotycznych materii prosto z Peru, próbując naśladować antwerpskich mistrzów. Przytulać będziemy do policzków kawałki sztucznego futra. Przypomnimy sobie smak kubańskich pomarańczy w grubej, zielonej skórze. Podzielimy się wrażeniami z lektur. Ktoś opowie o dręczonych stopach chińskich dziewczynek, ktoś o walkach pod Stalingradem. Połączy nas miejski palimpsest śladów i znaków. Nie będziemy roztrząsać światowych problemów, kraks na rynkach, słowem nie wspomnimy o politycznych manipulacjach i katastrofach, pochłaniających ofiary w ludziach. W pustą i szarą późnolistopadową niedzielę życie nie wyda nam się nazbyt uciążliwe.

słuchaliśmy:


oczywiście, że masz rację
życie pełne jest udręki
od śniadania po kolację
ciągły ból i stres i lęk
choć zdarzają się sytuacje
które mogą przynieść ulgę
to chwilowe te kuracje
niosą ból i stres i lęk
bo nie ma nic
co mogłoby
osuszyć łzy
może gdybyś żył świat
nie byłby taki zły
bo nie ma nic
co mogłoby
osuszyć łzy
(Bóstrelę w szepcie B.Lindy)

ps. DODATEK SPECJALNY-cytat:

- Jaki koncert?
- Beznadziejny.
- Kapitalny.
- W przyszłym tygodniu będzie koncert ś.
- Przecież on nie żyje.
- Jezus Maria, co ty mówisz? ś. nie żyje?
- Widziałem jak umarł. Byłem miesiąc temu na jego koncercie. Kiedy wszedłem na widownię, na scenie leżał mały, gruby, siwawy, w ciemnych okularach, czarnym swetrze i czarnych spodniach, wił się i krzyczał do mikrofonu: "Umarłem, umarłem".
(Maciej Malicki)


czwartek, 17 listopada 2005
Wasyl Machno, powrót.

* * *
Przy wyłożonej marmurem czaszy basenu
odpoczywa ostatni cesarz dynastii N.
poranny śliwkowy wiatr rozwiewa poły jedwabnego szlafroka
i - zdaje się - że wyszyte smoki co chwilę
odlatują

Za dwa lata na nim skończy się jego dynastia
wyrżną jego dzieci
uwięzią żonę
a jego spalą - rozsypując popiół z północnej ściany pałacu

teraz jednak:
jego twarz przypomina bramę zamkniętą na sto tysięcy zamków
i żaden klucz nie należy ani do żony ani do dzieci
ani do doradców ani do wojewodów ani do nałożnic

i nikt nie zna jego planów i pragnień

W basenie w gęstym mleku mgły pluska
głos jego najmłodszej nałożnicy
- młodej dzikiej kaczki -
- śliwowego kwiatu jego sadu -
i młodzieńcze podniecenie - wrzask i jęki
- jak wino - dodają cesarzowi pewności

obok doradca, któremu nie warto wierzyć
też milcząc patrzy na śliwową gałązkę ułamaną
przed wschodem słońca
co samotnie wpłynęła we mgłę w czółnie miedzianej misy


doradca zakrywa oczy dłonią
kiedy młoda nałożnica wychodzi z kąpieli i zmierza
niby rozbity flakon perfum

zrywa się wiatr

cesarz odprowadza ją wzrokiem do drzwi wewnętrznego podwórca
nawet straż stara się odwrócić
bo można zrzucić zbroję i biec za nią

Doradca: należy wzmocnić północne granice
Cesarz: północny wiatr podsypie ziarna siwym czaplom
Doradca: mam złe przeczucia i sny
Cesarz: kamień w tym roku porósł zielonym mchem żabiej skóry bo padało

Doradca: podaruj mi tę nałożnicę
Cesarz: bierz bo śliwowy kwiat tak czy owak opadnie

I to było ostatnie o co poprosił doradca

(Wasyl Machno, z tomu Wiersze zawsze są wolne. Poezja ukraińska w przekładach Bohdana Zadury)


gra w oczko - mała retrospektywa


Vladek gra w oczko. Niedawno otworzył 21 – retrospektywną - wystawę swoich prac, znalazły się wśród nich nie tylko fotografie, ale i readymade'y, a także alternatywa dla zwykłego, galeryjnego odbioru tych prac - nakręcony przez ich autora film. Wernisaż wystawy odbył się w apartamencie sopockiego Grand Hotelu, w którym kilka lat temu przyjaciele Vladka obchodzili jego listopadowe urodziny. Teraz można ją oglądać w należącej do niego, prywatnej Galerii i Muzeum Fotografii “Cyklop” w Gdańsku. Film pt.: Ave decydujący moment prezentuje twórczość fotograficzną Vladka. W efektowny sposób za pomocą zabiegów filmowych pokazuje fotografię, upodabniając ją do malarstwa. Kamera zbliża się do zdjęć, kieruje wzrok widza ku kolejnym wariantom tych samych sytuacji, poszukując ich decydującego momentu.

Kiedy oglądałam Twój film przypomniało mi się to wrażenie >zaglądania< w telewizor, o którym ostatnio pisałam. Najprawdopodobniej spowodowane odgłosem piszczących drzwi ze ścieżki dźwiękowej, które otwierają jakieś inne światy. Ale muzyka rozmiękcza, rozdelikatnia to wszystko, nie daje szans niepokojom. Usypia czujność, może dzięki temu wyostrzając wzrok? W muzyce brakuje dominanty. W filmie moim punctum jest z pewnością leżąca na piasku mewa, nie dlatego, że jest martwa, raczej dzięki sposobowi pokazania tego stanu. Dzięki temu, że muszę bardzo skupić wzrok, żeby w kupce szarości dostrzec jej na wpół otwarte, martwe oko. No i jeszcze ta twarzyczka, która pojawia się raz i to na kilka zaledwie sekund, jakby drewniana, chowa się za pniem drzewa, za każdym razem próbuję bardziej ją rozpoznać. Podoba mi się też postać stojąca wśród fal na kamieniach, walcząca z wiatrem, bardzo tu: >poruszona<. Moje skojarzenia będą pewnie dosyć banalne, ale mimo to postanowiłam o nich napisać, bo film jest wart komentarza. Przede wszystkim uderza jego malarskość. Efekt tego ciągłego rozedrgania ostrości, rozjaśniania-zaciemniania, gry z połyskiem, ujawniania faktury fotograficznego papieru, to wszystko namacalnie ilustruje powiedzenie, że fotografia to jest malowanie światłem. Jak na akwareli widać delikatne pociągnięcia pędzlem z rodzaju tych japońskich, miękkich, umożliwiających gradację grubości i intensywności kreski, uzależnioną od siły nacisku. Szczególnie w ujęciach małych postaci cyrkowców, zawieszonych na linach w plamie raz cienia, raz światła, w ujęciach niektórych twarzy i tego patrzącego w obiektyw, łaciatego psa, ale też w zbliżeniach scen z żołnierzami na polu bitwy. Pojawia się też wrażenie, że to rodzaj ruchomej animacji. Podobał mi się ten efekt. Dominuje, nadaje charakter całości. Forma z pewnością wychodzi na pierwszy plan, skupia uwagę, pozwala o wiele lepiej niż w statycznej sytuacji oglądania zdjęcia, wiszącego na ścianie, dostrzec – szczególnie ważną w Twoich fotografiach - kompozycję, wyostrza kontrasty. To mi się wydaje najciekawsze. I robi się z tego jakaś taka bliska poetycka fraza, popsuta, podrapana, jakby porysowana >momentami< erotycznych zbliżeń między lalkami, które pokazujesz mechanicznie, jakby cała ta szlachetna intymność kontaktu z innym widzeniem świata prowadziła za daleko. Jestem pewna, że robisz to świadomie, nie znając zresztą Twoich intencji. I nie chcę rozumieć tego zbyt powierzchownie, czy stosować narzucających się kluczy. Nie ma niczego na świecie, co nie miałoby decydującego momentu - cytuje kardynała Retza Cartier-Bresson w przedmowie do Obrazów z ukrycia. Ale dodałabym chyba w duchu rozważań Kieślowskiego-dokumentalisty – nie zawsze ten decydujący moment będzie możliwy do zobaczenia. Z różnych powodów. Są sfery życia zamknięte dla oka, które może jedynie prześlizgiwać się po ich powierzchni, kolekcjonować fenomeny, nie mając pojęcia o istocie rzeczy. Inna interpretacja tych erotycznych gier wydaje mi się zbyt cyniczna.

Film Ave decydujący moment Władysława Żuchowskiego jr/Vladka z muzyką Agnieszki Stulgińskiej można oglądać w Galerii i Muzeum Fotografii “Cyklop” w Gdańsku, ul. Piwna 55, tel. (58) 305 88 50, po wcześniejszym skontaktowaniu się z autorem.



środa, 16 listopada 2005
15.33 pierwszy śnieg


W Gdyni z wielkiej chmury spadł właśnie pierwszy w tym sezonie śnieg....



wtorek, 15 listopada 2005
telewizory

W jakiejś gazecie przeczytałam ostatnio poważny wywiad z pewnym teologiem, który twierdził, że bez trudu możemy kontaktować się z umarłymi za pomocą sprzętów codziennego użytku takich jak magnetofon czy telewizor. W wypadku telewizora - wystarczy przełączyć odbiornik na nie używany kanał i wpatrując się w kaszę wirujących pikseli, powoli wyławiać z niej kształty, zarysy postaci i twarzy. Przestałam czytać. Jakiś dźwięk za oknem zaniepokoił psa. W takich chwilach jasno widzę, jak materia mojego sceptycyzmu poprzetykana jest niewidocznymi w innym świetle nitkami myślenia magicznego. Mam wyobraźnię, która od razu układa mi przed oczami obrazy. Więc wyobrażam sobie, że kucam przed ekranem i zaczynam coś widzieć. Że zaglądam do środka. Kiedy o tym myślę, po plecach przechodzi mi dreszcz, ale przecież wcale nie musiałoby tak być. Po rozpoznaniu znajomych rysów krzyknęłabym może, a potem – kto wie – może potem przestałabym się bać... Jest wieczór. Właśnie ktoś zadzwonił do drzwi, w przedpokoju sucho pstryknęła przepalona żarówka. Mam dosyć tych koincydencji. Kończę o tym pisanie.


niedziela, 13 listopada 2005
jedziemy do Krakowa

(z materiałów promocyjnych >co to jest architektura?<)


>> Didier Fiuza Faustino
Corpus Delicti
piątek, 2.12. 2005, godz. 18.00

Miejsce:
Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha"
ul. M. Konopnickiej 26; Kraków
tel.: (+48-12) 267 27 03, 267 37 53

Wykład zrealizowany dzięki uprzejmości Ambasady Francuskiej w Warszawie.
Szczególne podziękowania dla Pani Catherine Blondeau.



"Moja twórczość skoncentrowana jest na pojęciach dwuznaczności, delikatności i wątpliwości. Nie jest moim celem realizacja architektury niepodzielnej i dominującej; przeciwnie - interesuje mnie architektura niepewna i wątpiąca, otwarta na interakcje z tymi, którzy jej używają" - Didier Fiuza Faustino
  

Didier Fiuza Faustino urodził się we Francji w rodzinie portugalskiej. Ukończył paryską szkołę architektury Villemin. Pracuje w Lizbonie i w Paryżu, gdzie rozwija działalność na pograniczu architektury, sztuk wizualnych i edytorstwa. W 2001, wraz z Pascalem Mazoyerem założył Bureau des Mesarchitectures, które wkrótce zostało nagrodzone w konkursie "Albuns de la jeune Architecture" oraz zyskało międzynarodowy rozgłos dzięki realizacji "Auditorio Movel para Expo 02" w Szwajcarii. Faustino jest też laureatem nagrody "Arte Publica Tabaqueira / MC 2001 za "Stair Way to Heaven - Espaco Publico para Uso Individual". Inne ważne realizacje Faustino to "Love Me Tender","Body in Transit" oraz projekt domu dla francuskiego artysty Fabrice Hybert'a.

"Love Me Tender" - instalacja zaprezentowana na festiwalu Archilab 2001 w Orleanie oraz w galerii Artists Space w Nowym Jorku, porusza temat erotyzacji przestrzeni. W dobie zaawansowanej digitalizacji, Faustino kieruje swoją uwagę w stronę ciała i jego fizyczności w kontekście tematyki związanej ze środowiskiem domowym i mieszkalnym. Ta instalacja to propozycja architektury opartej na polityce przestrzeni, cielesności, pożądania i dysfunkcji. Inny projekt Faustino, "Salaryman's Dream", przygotowany dla CCA Kitakyushu w Japonii, to przykład terytorialnego pasożyta, zbudowanego z banalnych i standardowych elementów współczesnych konstrukcji, który kontroluje nasze postrzeganie czasoprzestrzeni.

Podstawą architektury według Faustino jest doświadczenie ciała, jego fizycznych, politycznych i topomorficznych ograniczeń. Jego koncepcja architektury kwestionuje percepcję opartą na wizualnej i fizycznej niestabilności, która postrzega architekturę jako aktywną membranę pomiędzy naszym ciałem i jej inskrypcją w czasoprzestrzeni. Architektura jest narzędziem, które pozwala na intensyfikację zmysłów oraz wyostrza doświadczenie rzeczywistości.


* * *

Dlaczego wszędzie musi być tak gorąco? Kaloryfery odkręcone na maksa. W pociągach, na korytarzach, w pokojach, w Multikinie. Żyjemy w czasach nadmiaru informacji, dóbr i ciepła. Wystarczy, że otula nas niezwykła tego roku listopadowa pogoda. Mnie to wystarcza. Innym nie. W Łodzi na dworcu bezdomni grzeją się zimą, siedząc w słońcu na parapetach wielkich okien. W Multikinie byłoby im lepiej. Mogliby wmieszać się w tłum, mogliby siedzieć na czerwonych kanapach ze skaju, czytać bezpłatną prasę i ukradkiem wyjadać z kubełków żelki w kształcie i o smaku butelki z coca-colą. Wystarczyłoby siedzieć w tiszertach z reklamowym logo. Oczywiście w tiszertach z krótkim rękawem. Dlaczego ludzie nieciekawi odnoszą sukces? Dlaczego wciąż kupują nowe ubrania, mimo, że stare wcale się nie zużyły? Niewolnicy koloru. Niewolnicy dizajnu. Włoskiego. Wciąż powtarzają jak mantrę, że czas ucieka. Nie są w stanie powiedzieć niczego więcej. Po co im ten czas? Dlaczego nie mam parasola i dlaczego właśnie wtedy zaczyna padać? Przecież lubię deszcz, ale ten mnie nie cieszy. W absurdalnym cieple sali kinowej moje włosy. Wyglądam jak Macy Gray, moje afro nie chce mieć nic wspólnego z fryzurą Moniki Vitti z Zaćmienia Antonioniego. Dlaczego wciąż potrzebuję? Dlaczego mam nadzieję? Liczę na. Moje pomysły są jak moje włosy. Można je rozsypać tu i tam. Bez rezultatu. Dziewczynka w kapelusiku w wyszywane liście jedzie kolejką SKM. Właśnie skończyła czytać książkę o dobrym doktorze Dollitle i krzyczy do mamy, która siedzi parę rzędów dalej, że skończyła. Mama do niej macha i się uśmiecha. Książka jest z biblioteki, ma na sobie przezroczystą okładkę z folii. Dziewczynka zaczyna zrywać taśmę, którą folia jest zlepiona, wkłada pod nią rękę i gmera, gmera, tak długo, aż wyciągnie spod niej długi, jasny włos. Jak się tam znalazł? Potem z uwagą będzie przyglądać się każdej stronie. Żeby przypomnieć sobie obrazki? Dlaczego ludzie wyjeżdżają z tego miasta? Do lepszych miast. Nie podobają mi się włoskie meble kuchenne, przecież mówiłam. Więc czym się tu przejmować?

czwartek, 10 listopada 2005
oknożyrafa

Właśnie wróciłam z wieczoru autorskiego pewnego ekscentrycznego Węgra – Petera Zilyhy'ego na stacji DeLux we Wrzeszczu. Stacja sobie poradziła, życzymy jej wielu podobnych literackich pomysłów na wieczór. Peter też nieźle sobie radził, a także pewien dyskutujący z nim Serb. Bo Peter pisze dużo w swojej książce o Serbii i to podobno pisze dobrze. Ja nie wiem. Po kilku przeczytanych w DeLux fragmentach książki Ostatnia oknożyrafa mówię Peterowi >nie<. Nie zabiorę Petera na spacer po Gdańsku. Nie kupię jego książki. Mówię Peterowi >to jest niewiarygodny bełkot<. Jeśli ktoś zechce dodać >postmodernistyczny<, nie będę oponować. Co Czarne robi w tym towarzystwie, ja nie wiem.


Z materiałów promocyjnych wydawnictwa Czarne:

Peter Zilahy

`Ostatnia oknożyrafa`

Seria Z daszkiem


Przełożyła Justyna Goszczyńska


Powieść leksykon - tak autor nazywa `Ostatnią oknożyrafę`. `Okno-Żyrafa` (ta pierwotna) to ilustrowany leksykon dla dzieci, używany kiedyś w węgierskich szkołach do nauki czytania i pisania. Na zasadzie luźnych skojarzeń z hasłami z okno-żyrafy autor stworzył własny leksykon - leksykon swojego życia, historii i kultury swojego kraju i całej Europy, w którym przeżycia z dzieciństwa przemieszane są z wojną w Jugosławii, manifestacjami w Belgradzie. Te trzy elementy stają się pretekstem do dalszych refleksji i wspomnień. Książka, bogato ilustrowana (przedruki z `Okno-Żyrafy`, karykatury), z dużą ilością zdjęć wykonanych przez autora właśnie podczas belgradzkich manifestacji, stanowi jedynie część tego, co powstało na podstawie zawartego w niej tekstu. Uzupełnieniem jest m. in. prezentacja multimedialna (w czterech językach), audycja radiowa oraz liczne odczyty wygłaszane przez Zilahyego w najróżniejszych miejscach świata. We wszystkich formach i językach (została przetłumaczona na 11 języków, kolejne w przygotowaniu) cieszy się niezwykłą popularnością, na Węgrzech doczekała się już dwóch wydań (1998, 2000).

Peter Zilahy urodził się w 1970 r. w Budapeszcie. Ukończył filozofię, anglistykę i antropologię kultury na budapeszteńskim uniwersytecie im. Loranda Eotvosa. W latach 1997-99 był redaktorem naczelnym dwujęzycznego internetowego magazynu literackiego `Link Budapest`. Od roku 1998 r. redaguje serię literatury światowej JAK, w ramach której ukazały się m.in. dzieła takich autorów jak Wiktor Pielewvin, Ian McEwan, Ingo Schulze i Arnon Grunberg. W 1993 r. wydał zbiór wierszy `Lepel alatt ugrasra kesz szobor` (`Pomnik pod osłoną gotowy do skoku`). W 1998 r. ukazała się jego powieść-leksykon `Az utolso ablakzsiraf` (`Ostatnia oknożyrafa`), która dotąd przetłumaczona została na jedenaście 11 języków (m.in. serbski, bułgarski, ukraiński i holenderski, a w wersji na CD-romie na angielski, niemiecki i rosyjski). Na podstawie książki powstała audycja radiowa, a także prezentacja multimedialna na CD-ROMie, która była pokazywana w ponad dwudziestu miastach na świecie, od Nowego Jorku aż po Ateny. W 2001 r. Zilahy wykładał współczesną literaturę europejską gościnnie na New York University. Aktualnie przebywa w Niemczech, gdzie pracuje nad swoją najnowszą książką.


wtorek, 08 listopada 2005
czołem do pnia

Film IP5 (L'île aux pachydermes, 1992) Jeana-Jacquesa Beineixa przeszedł bez echa. Rzadko kto pamięta, że debiutował w nim bohater barwnych historii miłosnych, opisywanych dziś na łamach światowej prasy, Olivier Martinez (jako Tony). Nikt nie wie, kim jest Sekku Sall, czarny chłopiec, z wdziękiem grający małego Jockeya. Tę ekologiczną w duchu opowieść o młodych uciekinierach z miasta, którzy spotykają na swojej drodze szalonego starca, pokrył kurz. Film odszedł w zapomnienie w aurze artystycznego niepowodzenia. Beineix ma sporo tupetu – pisał Vincent Amiel w 1992 roku w Positifbierze pieniądze i doprowadza do końca szalony pomysł, pełen pęknięć, fałszywie zrytmizowany, a jego temat sam w sobie jest wyjątkowo niejasny. Spotkanie trzech ekscentrycznych postaci, nieustannie zapowiadana śmierć (...), miłosna namiętność, która pokonuje czas; tematy nakładają się na siebie, ale nie mieszają się ze sobą, lekceważą realizm, podobnie jak sami bohaterowie gwiżdżą na konwencje, a film jako tako brnie do przodu środkiem tego całego ambarasu. I nie bez racji recenzent nazywa IP5 filmem-konceptem, którego fabułę można streścić w kilku zdaniach z reklamowego spotu. W dodatku treść tych kilku zdań wydaje się dzisiaj nieznośnie banalna. Powrót do przeszłości, irracjonalna waga zadawnionego uczucia, miłość szalona, poszanowanie dla dzikości i instynktu, a przy tym wymienione przez Amiela cechy stylu, to wszystko sytuuje film Beineixa na przeznaczonej mu pozycji reprezentanta francuskiego filmowego neobaroku (Beineix-Besson-Carax), który się zestarzał. Jest jednak coś jeszcze. Szalonego starca zagrał Yves Montand (Léon Marcel). Stary Montand snuje się tu po lasach w przeciwdeszczowej pelerynie. Wiele rozumie, posiada tajemną wiedzę, potrafi uzdrawiać, chociaż chwilami wydaje się to jedną wielką blagą. Chodzi po wodzie. Poszukuje jeziora, w którym po raz pierwszy zobaczył dawną ukochaną i zaczął się topić. To jego ostatnia wędrówka. Kiedy spotka Tony'ego i Jockeya, nauczy ich przytulać czoło do pni wielkich drzew, przekaże im swoją wersję prawdy o życiu. Bohater Montanda w finale umiera. Podobnie jak on sam. Krążyły plotki, że zawał spowodowany był przemęczeniem, że Montand zbyt ochoczo w październikowe chłodne dni zanurzał się w samej bieliźnie w wodach okolicznych jezior. Z planu zabrała go karetka pogotowia, mija właśnie czternasta rocznica jego śmierci.




 
1 , 2