agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
czwartek, 30 listopada 2006
i znowu do kina

Kino dla Europy – Przegląd Kina Rumuńskiego - Kino Kameralne, Gdańsk 29.11 - 2.12

Program przeglądu:
29.11 g. 18.15 – Filantropia
29.11 g. 20.00 – 12:08 na wschód od Bukaresztu
30.11 g. 18.15 – Włoszki
30.11 g. 20.00 – Tak spędziłem koniec świata
01.12 g. 18.15 – Papier będzie niebieski
01.12 g. 20.00 – Dzieci z dekretu
02.12 g. 18.15 – Zachód
02.12 g. 20.00 – Śmierć Pana Lăzărescu

Kino Arabskie - kino Neptun, Gdańsk 1.12

http://www.dniarabskie.pl/

g. 14.00 Pan Ibrahim i kwiaty Koranu / Monsieur Ibrahim et les fleurs du Coran
reż. François Dupeyron
Francja (2003)

g. 16.00 Omar Gatlato / Umar Qatlatu Al-Rudjla
reż. Merzak Allouache
Algieria (1976)

g. 17.30 Życie jest muzyką / Crossing the Bridge: The Sound of Istanbul
reż. Fatih Akin
Turcja, Niemcy (2005)



środa, 29 listopada 2006
serial "stolica"


Czas upływał mi ostatnio dosyć szybko. Czas mi się sprasował, sfilcował, skleił. Był obcy dom, pluszowa ryba pod poduszką, nie rozumiałam - dlaczego, ale ją tam zostawiłam, stolica. Miasto rozświetlone i pełne ludzi, idących w różnych kierunkach. Dużo twarzy. Ciekawych, ładnych, męskich, starszych, światła odbijały się w maskach samochodów jak w Tokio, wszystko lśniło, lśniło nasze życie w takim miejscu. Codziennie się tam udawałam, codziennie błyszczałam odrobinę w cieniu tego blasku. Znowu wokoło miałam filozoficzne traktaty, Levinasa, podręczniki do nauki jidysz, książki, które czyta się od tyłu, Hagada na Pesach, wypisy z tory, Midrash Rabbah, żywoty rabinów, a do słuchania na zepsutym magnetofonie kasety z folkiem kurdyjskim. Właściciel pokoju wciąż był w Izraelu, wciąż nie było wiadomo czy wróci.
Nieodmiennie zachwycały mnie wielkie modernistyczne gmachy, szerokie ulice, wysokie okna, arkadowe podcienie, mięsiste rzeźby robotników schowane przed wiatrem w niszach z kamienia. Ale tak samo - niewielka skala budynków i placyków na Starych Bielanach.

Z jedną panią odwiedziłam "Czułego barbarzyńcę" - księgarnię z kawiarnią, niedaleko uniwersytetu, miejsce zapewne kultowe. Prowadzi ją pan Tomasz, mąż pięknej Katarzyny Herman - aktorki, ojciec Leona. Ta pani obok mnie była tam kilka tygodni wcześniej i w panu Tomaszu niemal się zakochała, bo uroczy. I teraz przyjechała porozmawiać o Pomorzu. Obok nas, szepczących sobie do ucha różne sekretne opinie, ludzie - popijając kawę czy herbatę - czytali. To ładny widok, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że aż tak elegancki.

Jednak pan Tomasz wstydził się rozmawiać z nami o Pomorzu przy żonie, która akurat wpadła do "Czułego...". Dlatego straciłyśmy dla niego zainteresowanie i ta pani - jak zwykle ostatnio - zaczęła opowiadać o psychologicznych aspektach osobistej swojej sytuacji. Kiedy zaczyna o tym mówić, zwykle siedzę cicho, patrząc w jej lekko zeszklone oczy i kiwam głową jak jamnik, a w głowie mam szum. Myślę o wielu rzeczach, o sobie. Doceniam jej trud naprawy zepsutych, zacinających się życiowych trybów. Chcę od razu podjąć trud w swojej sprawie, ale przeraża mnie ilość słów, które musiałabym wypowiedzieć na głos.

Powroty do przeszłości, wizualizacje, jak odnaleźć w sobie swoją małą dziewczynkę. Wiem, że moja dziewczynka powinna ze mnie wyjść, żeby zrobić miejsce tej większej. Ale czekam. Naprawdę nie wiem, na co czekam i na co czeka ona. Ta pani twierdzi, że to w jej przypadku na razie się nie zdarzy, ta pani nie może wyobrazić sobie obok siebie swojej dziewczynki.

Tego samego dnia wieczorem po raz pierwszy miałam dotrzeć do Kinoteki, w której odbywała się część festiwalowych projekcji. Kinoteka to typowy multipleks, urządzony w pałacu kultury i nauki. Wnętrze pomalowane na różowo, fast food, popcorn i na samej górze nasza sala projekcyjna. I kiedy biegłam do tej Kinoteki, szukając wzrokiem szyldu, przeszłam przez mały skwerek i nie zatrzymując się właściwie - co brzmi być może paradoksalnie - stanęłam jak wryta. Moja dziewczynka, która pojawiła mi się wtedy przed oczami, miała może z 13 lat. Przyjechała z mamą do Warszawy na jeden dzień, bo mama musiała coś w stolicy załatwić. Też była jesień, ale nie za chłodna, jak ta teraz. Zwiedziły kilka sklepów. Mama kupiła dziewczynce bagietkę z pieczarkami, które sparzyły jej język i śnieżno-białą bluzkę z żabotem (bo wtedy były modne żaboty), i grubą spódnicę w pasy. Jestem pewna, że mamy nie było stać na te prezenty. Miały jeszcze godzinę, może dwie do odjazdu pociągu, przysiadły na skwerze. Na tym skwerze. Przed oczami mając bryłę pałacu. Czuły się tu obco, choć było w tym poczuciu też coś podniosłego i przyjemnego. Zobaczyłam ją tam nieco znudzoną, nieco oszołomioną. Pamięć tego spotkania została ze mną przez kilka kolejnych dni.


Na codzień byłam skupiona, ale czegoś mi brakowało w tym lukrze obcości - kulturowej w filmach z odległych części świata i tej bliższej, lokalnej, bo chodząc ulicami nie opuszczało mnie wrażenie, że bardziej udaję chodzącego ulicami przechodnia, niż nim jestem. Pomyślałam, że stołeczne serialowe realia, w które przeniosłam się na te kilka dni, są nieco bardziej fikcyjne niż gdzie indziej.

Widzowie stołecznego serialu mają na ten temat różne zdania. Zarzucają realizatorom zbytnią sztuczność, cukierkowość, a nawet - co za dziwne słowo w tym kontekście - lepkość wszystkiego, co pojawia się na ekranie. "Akcja serialu - pisze jeden z widzów - rozgrywa się w mieście, które nie istnieje, występują w nim ludzie całkowicie nierealni, którzy mówią nienaturalnie, a główna bohaterka jest aseksualnym warzywem, które w przerwach między zdjęciami trzeba chyba podlewać. Stereotypy i mentalność w tym "współczesnym" serialu to czysty XIX-wieczny skansen. Słowem, piramidalna bzdura, której sukces można tłumaczyć głównie tęsknotą naszego widza za zachodnioeuropejską normalnością".

Inny głos oponuje: "Nie mogę się zgodzić z tym, co napisał Pan przede mną. Owszem, serial nie jest produkcją super ambitną, ale przecież nie wszystko musi być aż tak wysokich lotów, jak to niektórzy intelektualiści by chcieli. Dla mnie ważne jest to, że film bawi, że pociesza i wprowadza zwykłą, prostą radość w codzienne życie. Nie wiem, czemu uznaje Pan, że akcja dzieje się w nieistniejącym mieście, bo Warszawa jest tu dość realna. To samo dialogi - są zabawne i jak najbardziej naturalne... a może to zależy od środowiska, w którym przebywamy? Nie wiem, ale ja sztuczności tu nie znalazłem. Podobnie jest z rzekomą aseksualnością (warzywną, o zgrozo!) bohaterki... kompletnie się nie zgadzam. Wydaje mi się, że wymaga Pan za dużo. I nastawił się na "nie", bo to "za głupie dla mnie"... przykre. (ps. Mam nadzieję, że nie uraziłem)".

Ktoś inny zaś ripostuje w wielkim stylu: "To bez wątpienia najlepszy polski serial ostatnich lat. Opowiada o losach młodej i ambitnej kobiety, robiącej karierę w wielkim mieście oraz jej znajomych. Na pozór twarda i zdecydowana bohaterka nosi jednak wiele ran emocjonalnych, które przeszkadzają jej stworzyć udany związek. Do czasu, kiedy w jej życiu pojawi się odpowiedni mężczyzna. Serial nie jest bynajmniej banalną opowieścią o miłości. Możemy tu zaobserwować trudne narodziny prawdziwego uczucia, lęki i niepewności z tym związane, ale również nadzieje, "motyle w brzuchu" i szczęście, a wszystko to przedstawione jest z delikatnością, lekkością, a czasami z przymrużeniem oka. Wielowątkowość fabuły, ciekawe ujęcia i wspaniała gra aktorów sprawiają, że serial ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Dodatkową jego zaletą jest wspaniale podkreślająca akcję muzyka. Trudno doszukać się jakichkolwiek wad. Polecam każdemu ten raz wzruszający, a raz rozśmieszający do łez serial jako znakomity środek na szarzyznę i nudę!"

Więc kiedy tak chodzę ulicami, trochę tego serialowego światła na mnie spływa, chociaż wolałabym, żeby odezwał się Grzegorz Pacek, którego chciałam zaprosić w charakterze gościa po projekcji filmu z RPA, ale kiedy odzywa się za późno, cieszę się, że wrócił do kraju z południowoafrykańskich podróży tak późno, bo film z RPA jest chyba najgorszą propozycją w festiwalowym zestawie. Strasznie schematyczny i popołudniowo-niedzielny, wybiegam z sali znudzona, zniecierpliwiona, zdziwiona, co to w ogóle ma znaczyć. I w tym rozmachu wychodzenia niemal wpadam na dramaturgicznie dosyć blisko mnie - w tym momencie czasoprzestrzeni - usytuowaną serialową postać. Jak wiadomo każda trzydziestoletnia samotna kobieta w stolicy marzy o tym, żeby mieć przyjaciela-geja, więc ten pan gra w serialu przyjaciela-geja. Przyjaciel-gej jest oczywiście artystą, fotografikiem, pracuje w reklamie, ale się nie zeszmacił, niedawno miał wystawę swoich prac szufladowych w galerii, to były wielkoformatowe portrety, którymi faktycznie można by chyba tylko ozdabiać papier toaletowy. No ale w realu naszego serialu pan ten, co generalnie w jego przypadku dosyć cieszy, gejem nie jest. Ten pan jest Rybą, a ściślej - Rybami.

................................................................

I to mnie trochę zbija z tropu. Co? No wszystko. Ryba pod poduszką. Pan z telewizora. Ryby kompletnie do mnie nie pasują, już raczej Strzelec albo Lew. Pan Ryba patrzy na mnie tak, jakby zobaczył wychodzącego z ciemności ducha (w sali projekcyjnej nie zapalono jeszcze światła). To dziwne stanąć twarzą w twarz z postacią. To mnie peszy, udaję, że go nie rozpoznałam. Po co ja oglądam ten głupi serial - pomyślę jeszcze, zbiegając po schodach jak kopciuszek, nie spodziewając się, że gubię właśnie pantofelek, który ów książę złoty będzie mi próbował wcisnąć na nogę przez kilka następnych dni. Zupełnie nie wierzę, że coś takiego jest do zagrania w tym serialu, że to mogłoby się zdarzyć. Ładne - pomyślę, mieszając seriale, wskakując w ostatnią dynię, która ma mnie zawieźć na Żoliborz. Ładna myśl i zasypiam.

Może to jego ta pluszowa ryba, myślę o właścicielu pokoju, może to coś znaczy. Pana Rybę spotykam już codziennie, aż do końca. Gdziekolwiek się pojawię, spotykam pana Rybę. Pan Ryba badawczo mi się przygląda. Badawczo, dobre słowo. Życie nie jest łatwe, jak się jest postacią. Normalni ludzie postać omijają łukiem. Pan Ryba jest mężczyzną całkiem w moim typie, ciemnym, z pierwszymi zmarszczkami wokół oczu, dosyć poważnym, a nawet odrobinę mrocznym. Mam wrażenie, że fikcja owija mnie w szeleszczący celofan jak prezent.

Jestem pewna, że pan Ryba ukuł już jakiś plan, ja też mam swój - festiwal zakończy miły wieczór z lampką wina w foyer kina, to dobre miejsce, żeby spokojnie porozmawiać o obejrzanych filmach. Więc filmowo biegnę na to spotkanie, podnosząc kołnierz płaszcza. Nagle zrobiło się chłodno. Światła tak samo zapalone, tak samo błyszczące. Muzyka to chińskie brzdąkanie ku czci Jia Zhang-ke, choć dalsza część akcji przebiegnie w dialekcie kantońskim, nie - mandaryńskim, w stylu Kar-waia. A może Kubricka? Przypominam sobie scenę z “Lśnienia” (wszystko lśni, oczywiście), w której Jack Nicholson jako Jack Torrance obserwuje makietę hotelowego parku i widzi, biegnące między doskonale przystrzyżonymi żywopłotami malutkie postaci Wendy i Danny'ego. Patrzy na nich z góry i się uśmiecha, a oni nic nie wiedzą o jego obecności. Podoba mi się ta scena.

Czy ktoś kiedyś stworzył typologię detali architektonicznych, które sprzyjają, bądź przeszkadzają spotkaniu, albo je przyspieszają, albo spowalniają, albo je uniemożliwiają, albo ku niemu popychają? Wyobrażam sobie taką cegłę wielką jak słynny podręcznik projektowania Ernsta Neuferta, może pod tytułem: Spotkanie w architekturze. Architektura spotkania. Co ów podręcznik miałby do powiedzenia na temat rampy, ile poświęciłby jej stron? A w końcu jakie rodzaje ramp wziąłby pod uwagę? Co powiedziałby na temat rampy w kształcie pętli? I czy sposób korzystania z takiej rampy w różnych kręgach kulturowych byłby inny, chociażby ze względu na przyjęty prawo- lub lewostronny ruch drogowy? Czy na takiej zapętlonej rampie łatwiej jest się minąć, czy spotkać? Architektura jest niesamowitym narzędziem w naszych rękach. Wiele od niej zależy.

Weźmy na przykład taką sytuację: biegnę do kina, żeby zdążyć na koniec ostatniej projekcji i wypić z panem Rybą lampkę wina w kinowym foyer, ale nieco się spóźniam, część widzów już wyszła, hall wejściowy od foyer oddziela nieszczęsna rampa w kształcie pętli, intuicyjnie wybieram prawe zejście. Pan Ryba - co za pech! - dokładnie w tej samej chwili, wychodząc z foyer do hallu wejściowego, również wybiera prawe (dla niego prawe, więc nie moje) podejście i... mijamy się o włos! To nie może być prawda, panie reżyserze. Z odległości mojego zejścia widzę już tylko plecy pana Ryby, znikające za zakrętem jego podejścia. I tu następuje moment tak przez Kar-waia ulubiony.

Oni się mijają... To chwilę potrwa. Należałoby odrobinę podkręcić muzykę i spowolnić ruch, zbliżyć się do jakiegoś fragmentu garderoby, może skierować kamerę na jakiś detal wnętrza, czy była w pobliżu jakaś zasłona, zasłonka, skrawek falującego materiału, lustro, albo czy ktoś zapalił papierosa? To bardzo dziwna sytuacja, szczególnie że w prawym dolnym rogu ekranu pojawia się właśnie znienawidzony przez serialowych fanów napis: to be continued i rośnie, rośnie, rośnie, pozostawiając mnie tak bardzo zsakoczoną, że...


..........................................................................................................


listopad w Rumunii

(podpowiedź: KubaK)


"Śmierć Pana Lăzărescu" (Rumunia, 2005) reż. Cristi Puiu to film nowej rumuńskiej fali. Na zeszłorocznym festiwalu w Cannes został pokazany w konkursie prestiżowej sekcji Un Certain Regard i zdobył w nim główną nagrodę.
Zrealizowany jest oszczędnie: kamera z ręki, naturalistyczne wnętrza. Przedstawia nocną wycieczkę pana Dante Remusa Lăzărescu po szpitalach w Bukareszcie. Reżyser po mistrzowsku buduje klimat tej opowieści - od komedii do prawdziwego dramatu psychologicznego. Mimo, że sam tytuł zdradza zakończenie filmu, przez cały czas nie możemy (a może nie chcemy) w nie uwierzyć. To przypowieść o realnej bezradności człowieka w obliczu choroby, postawionego wobec systemu wypaczonego stereotypowymi przekonaniami, o lęku przed odpowiedzialnością i ucieczce od empatii. Kapitalne kino, ale dostarczające dużego ładunku ciężkich emocji - ostrzegam wszystkich, którym mgły tej jesieni wystarczająco silnie wpływają na nastrój.



2.12.2006 g. 20 Kino Kameralne, Gdańsk

wstęp wolny


środa, 22 listopada 2006
w Indiach

Kiedy kino bollywoodzkie święci triumfy na całym świecie, coraz trudniej jest dotrzeć do przykładów kinematografii indyjskiej, posługujących się inną estetyką. Być może dlatego, że jest ich w ogóle niewiele. ”Trzecia płeć” Santosha Sivana to film inny na jej tle z kilku powodów.

Z europejskiej perspektywy wydaje się, że Sivan w zarysowanej tu fabularnej intrydze parodiuje styl Bollywoodu – w komediowy sposób pokazuje dobrze sytuowaną indyjską rodzinę. Bohaterką filmu jest dojrzewająca nastolatka, która niczym w superprodukcji tańczy i śpiewa, przedstawiając członków rodziny, opowiadając o sobie. Jej pokój wyklejony jest wizerunkami bollywoodzkich gwiazd. Fabuła jest dosyć prosta – dziewczyna odkrywa, że mieszkający przy rodzinie brat jej ojca wymyka się z domu, by potajemnie przebierać się w kobiece stroje. Poznaje wyjętą z Mahabharaty legendę o Aravanie, który przed śmiercią pojął za żonę Mohini, kobiece wcielenie Krishny. Dowiaduje się, że wujek zamierza udać się na coroczny festiwal, podczas którego do Tamil Nadu zjeżdżają setki transwestytów i eunuchów, by w symbolicznej ceremonii pojąć za męża Aravana i opłakując jego śmierć, przyjąć status wdowy, potwierdzając swoją kobiecość. Kiedy rodzice wyjadą na ślub krewnych, dziewczyna będzie starała się powstrzymać wujka przed tym ostatecznym krokiem. Bezskutecznie. Pojedzie w ślad za nim. To jej oczami obejrzymy tradycyjne, choć negowane przez skodyfikowany system społeczny, indyjskie święto.

Na miejscu zaprzyjaźni się z malowniczą, doskonale przerysowaną postacią Bobby'ego Darlinga, pozna smutną jak wiele podobnych historię jego życia, odrzucenia przez rodzinę, trudności codziennego życia. Santosh Sivan skrupulatnie odnotowuje poszczególne festiwalowe rytuały – konkurs piękności, zaślubiny Aravana, procesję ku czci, zakończoną symbolicznym ścięciem głowy jego kukle, rozbijanie kolorowych bransoletek, które na znak wdowieństwa będą spadać z rąk zaślubionych wcześniej kobiet, zmianę wielobarwnych sukienek na białe, pozbawione ozdób sari. W opisie festiwalu reżyser wykorzystuje ekipę filmową, która przyjechała nakręcić reportaż o święcie. Przed kamerą stają kolejni uczestnicy/uczestniczki festiwalu, opowiadając swoje historie. Kamera wchodzi w tłum, z ciekawością przygląda się twarzom, wydobywa z nich piękno. Wydarzenia dwóch świętych dni pokazywane są raz w konwencji paradokumentalnej, innym razem w postaci poetyckich statycznych ujęć. Indie jawią się w nich odarte z bollywoodzkiej słodyczy - brudne, błotniste, parne, poszarzałe dymem ze świętych ognisk, przysypane kolorowym proszkiem, przyklejającym się do wilgotnej od potu skóry. To też w pewnym sensie kino interwencyjne i humanistyczne, pokazuje człowieczeństwo skazanych przez społeczność na potępienie, odrzuconych, innych. Budzi współczucie, ale też fascynację zamkniętym, ukrytym światem, który podczas festiwalu w Tamil Nadu rozkwita tysiącem barw.


w Iranie

Trudno stwierdzić, na ile film Maziara Miri jest progresywny na tle kinematografii irańskiej, która podejmowałaby tematykę kobiecą. Zresztą Miri swoim filmem o nic nie walczy, w spokojny, niemal kameralny sposób pokazuje, że ludzie – z europejskiego punktu widzenia – zniewoleni kulturą potrafią z jednej strony czerpać z niej, ugruntowując swoją tożsamość, z drugiej – zachowują własne zasady, oparte na miłości i wzajemnym szacunku. Kobiecość jest tu być może nieobliczalna, ale jednocześnie dobra i mądra. Reżyser wyznaje opinię, że warto jej wierzyć i na niej polegać.

W filmie “Krok po kroku” opowiada historię rodziny. Mahmoud jako spawacz pracuje poza domem, jego żona w rodzinnym miasteczku opiekuje się kilkuletnią córką. Jest młoda i jak mówią sąsiedzi – szalona, od wielu lat choruje. Nie wiemy nic o przeszłości tej rodziny, jednak fakt, że dziewczyna jest chora psychicznie, znerwicowana – powtarza Mahmoud, skazuje zarówno ją, jak i jej męża na hańbę, z którą on, zakochując się i biorąc za żonę tę, a nie inną kobietę, musi żyć. Jest to tym bardziej trudne, że jego ojciec to święty człowiek, jego codziennym zajęciem jest modlitwa za zmarłych, którą opłacają u niego ich krewni. Podczas przedłużającej się nieobecności męża, żona nagle znika. Nikt nie wie, co się z nią dzieje. Mąż wraca do domu i podejmuje desperackie poszukiwania. W meczecie prosi o objawienie z księgi Koranu, odpowiedź brzmi: pół na pół. Jest częstym gościem na posterunkach policji, w szpitalach i kostnicach, jednak sam – jako mężczyzna – nie może zidentyfikować zwłok żony, święte prawo tego zabrania. W wyniku pomyłki będzie opłakiwał inną zmarłą, wyprawi pogrzeb innemu ciału.

Jednak żona się odnajdzie. Jeden z sąsiadów zobaczy ją u fotografa w innym mieście, będzie ją śledził i dowie się, że zajmuje pokój w pensjonacie dla studentek. Mahmoud spróbuje porozmawiać z nią przez telefon. Załamany zamiast alkoholu wybierze modlitwę. Kiedy żona do niego wróci i opowie swoją historię, będzie się zastanawiał, czy ją zabić, rozwieść się z nią, czy wsadzić do więzienia. Wybierze ostatni wariant, ale potem nagle zmieni zdanie. Dziewczyna wyjechała w poszukiwaniu znachora, który mógłby ją uzdrowić. Zamiast niego w pociągu spotkała profesora uniwersytetu, ten ją do siebie przygarnął, a ona w zamian za pomoc, czuwała przy jego umierającej matce. Po jej śmierci, niby cudownie uzdrowiona postanowiła zostać w mieście.

Pomijając szczegóły irańskiej rzeczywistości, której nie znamy, w filmie Miri'ego czuje się kulturową obcość. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jakie znaczenie ma pointa, czy jest dziełem kompromisu, czy krokiem milowym. Pół na pół. Krok po kroku. Mahmoud zabiera swoją żonę z więzienia. Kiedy siedzą nad wspólnym posiłkiem w restauracji, ona mówi: pójdę tam, dokąd ty podążysz. Mąż przyznaje się wtedy do bezradności, nie wie co robić, ta sytuacja musi być dla niego bardzo trudna. Wtedy żona bierze na siebie ciężar decyzji, mówi: w takim razie idź tam, dokąd ja podążę. Niby nic, po prostu krok do przodu.

"Krok po kroku"

anons

architektura+dialog. podyplomowe studium projektowania. akademia sztuk pięknych w gdańsku.

chlebnicka 13/16 gdańsk | tel. +48.502.92.82.16 | http://diaade.org/ardi.html http://www.asp.gda.pl

w sobotę, 25 listopada, o 18:00 zapraszamy na kolejne spotkanie laboratorium badawczego ar+di



laboratoriumbadawcze02

dominika dzido:

kobiece przeżywanie ciała - wybrane momenty

małgorzata mazur:

wpływ dynamicznej przestrzeni na strukturę spektaklu

agnieszka kinga szeffel:

czas na świat - o drugim festiwalu filmy świata ale kino!

lena majewska:

poruszenie znalezione?


Dominika Dzido - antropolożka kultury, doktorantka w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, bada aspekty kobiecego doświadczenia ciała, reporterka TVP Kultura.
Lena Majewska - tancerka, architektka wnętrz; osoba pogranicza tańca i architektury.

Małgorzata Mazur - absolwentka Wydziału Animacji Kultury, pracuje w TR Warszawa jako koordynatorka pracy artystycznej.
Agnieszka Kinga Szeffel - filmoznawczyni, eseistka, jurorka i krytyczka festiwali filmowych; absolwentka i moderatorka ar+di.

ZAPRASZAMY

NASTĘPNE SPOTKANIA W ar+di: 2. GRUDNIA LABORATORIUM FILMOWE; 16. GRUDNIA LABORATORIUM BADAWCZE. SZCZEGÓŁY WKRÓTCE


poniedziałek, 20 listopada 2006
czas na kobiecość


Wierny Ozu i tradycji kina japońskiego Hou Hsiao-hsien w filmie “Trzy miłości” (2005), kolejnym po “Cafè Lumiére” , dzięki atmosferze i różnym detalom o wiele bardziej kojarzył mi się z Wongiem Kar-waiem. Reżyser dzieli fabułę na trzy osobne, odległe w czasie epizody, jak zwykł to robić Kar-wai w swoich wczesnych filmach, umieszcza w nich postaci, grane przez tych samych aktorów, w rolach głównych: Shu Qui o – mimo wszystko – dosyć europejskim zarysie urody i Chang Chen (aktor Kar-waia). Z drugiej strony podejrzewam, że nasza wyobraźnia została tak mocno naznaczona stylem Kar-waia, a pewien typ wykreowanej “azjatyckości” w kinie nasączony jego osobowością, że być może te skojarzenia nie mają szans się nie pojawić, nawet wbrew intencjom innych reżyserów azjatyckich. Kiedy bohaterowie współczesnej, trzeciej części filmu, wielkomiejscy kochankowie przemierzają skuterem kilometry splątanych miejskich ścieżek, od razu mam przed oczami Takeshi'ego Kaneshiro i przytuloną do jego pleców Michelle Reis w jednej ze scen “Upadłych aniołów”. Kiedy Shu Qi zniknie za zasłoną ze szklanych paciorków, a kamera się na niej zatrzyma, znowu zamiast paciorków zobaczę zasłonę w duże pomarańczowe kółka. Jak u Kar-waia bohaterki Hou Hsiao-hsiena to pracujące dziewczyny, a delikatna męskość Chang Chena jest w równym stopniu spektaklem, co kobiecość Shu Qui. Z kolei część pierwsza “Trzech miłości” rozgrywa się w ukochanych przez Kar-waia latach 60.

"czas na milość"

“Czas na miłość”, “Czas na wolność”, “Czas na młodość” to tytuły kolejnych części filmu Hou Hsiao-hsiena. Pierwsza (1966 rok) - romantyczna opowiada o dziewczynie pracującej w malutkim klubie bilardowym. Podejmując pracę, w szufladzie znajduje list miłosny zaadresowany do swojej poprzedniczki. Po jakimś czasie nadawca listu pojawia się w klubie, szukając dziewczyny i zakochuje się w tej drugiej. Ale znowu musi wyjechać, idzie do wojska, obiecuje pisać listy. Dziewczyna zmienia pracę, chłopak wraca, mijają się. Postanawia odszukać dziewczynę. Odwiedza kolejne kluby w kolejnych małych miasteczkach. Kiedy ją znajduje, mają dla siebie zaledwie kilka godzin. Ta historia zbudowana jest niezwykle delikatnie, krucha i lekka jak cienki papier, zielonkawo-błękitna.

W następnej akcja filmu przenosi się w czasie, jest rok 1911, w ciepłych czerwieniach i brązach opowiada o związku kurtyzany i dyplomaty. Lekkość i dziewczęcość Shu Qui zmienia się w niej pod wpływem surowych reguł obyczajowej poprawności w powagę i smutek. Hou Hsiao-hsien podkreśla, że jego bohaterka znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Sprzedana w dzieciństwie, nie jest w stanie spłacić długu i odejść z domu, w którym pracuje. Przywiązana do tego miejsca, otoczona pięknymi przedmiotami, doskonale przygotowana do swojej roli próbuje dać do zrozumienia kochankowi, że jest nieszczęśliwa. On, pomagając kurtyzanie, pozbawiłby się możliwości obcowania z ukochaną. Niczego nie zamierza w jej sprawie zrobić. Film stylem nawiązuje do kina niemego. Nie słyszymy głosów postaci, ich słowa widzimy na ozdobnych planszach. Pozbawieni przez reżysera głosu, faktycznie, w realnym życiu go nie mają.

Bohaterką ostatniej, współczesnej historii jest biseksualna, miotająca się w trójkącie między kobietą a mężczyzną, wokalistka, poetka, multimedialna artystka, mroczna kobieta wyzwolona z wszelkich – zdawałoby się – pęt i ograniczeń. Szukająca siebie, próbująca opisać te młodzieńcze, pełne egzaltacji poszukiwania w swojej jeżeli nie hermetycznej, to niestety grafomańskiej sztuce. Hou Hsiao-hsien doskonale oddaje atmosferę męczącej współczesności, której młodość wydaje się uosobieniem. Podobnie jak doskonale udało mu się uchwycić ducha poszczególnych epok w nastroju poprzednich części filmu. Ostatnią historię zgodnie z regułami tego czasu pozostawia otwartą, pozbawia pointy, skazuje swoją bohaterkę na wieczną młodość jak na banicję.


niedziela, 19 listopada 2006
szyfry kultury


Godzina ósma rano, rozkopane Krakowskie Przedmieście wypełnione biegnącymi na zajęcia studentami. Oglądanie “Zapaśników" (Senegal, 2005) Cheikha Ndiaye zbiegło się z moją wizytą na Uniwersytecie Warszawskim. Wzięłam tam udział w otwartym antropologicznym seminarium, prowadzonym przez Joannę Tokarską-Bakir. Jej specjalności to antropologia religii, kulty ludowe, pielgrzymstwo, kultura ponowoczesna, tybetanistyka, polska religijność ludowa. Opublikowała m.in. książki: "Wyzwolenie przez zmysły. Tybetańskie koncepcje soteriologiczne", Wrocław 1997; "Obraz osobliwy. Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych", Kraków 2000; “Rzeczy mgliste", Sejny 2004.

Seminarium trwało ponad cztery godziny bez przerwy, było tak ciekawe, że nikt nawet o przerwie nie pomyślał. Dotyczyło książki autorstwa antropolożki, badającej plemiona Lele z Konga - Mary Douglas (1975, wydanie uzupełnione 1999) “Implicit Meanings". Douglas dokładnie opisuje w niej kulturę Lele sprzed kongijskiej wojny domowej, a następnie zmiany, jakie nastąpiły po uzyskaniu niepodległości i wejściu na te tereny misji katolickich, wiele miejsca poświęca przyczynom masowych w tym czasie w Kongu polowań na czarowników.

Mary Douglas w “Implicit Meanings" pisze też o swojej metodzie badawczej. Uważa, że nie ma sensu poszukiwanie znaczenia tego czy innego symbolu, obecnego w badanej kulturze, poprzez rozkładanie go na zrozumiałe dla nas elementy. Najpierw należy w opisie zbudować całość uniwersum danej społeczności, dopiero wtedy szukać rozwiązania. A składają się na to uniwersum zarówno idee wyższe, związane z kultami i symbolami, jak i najzwyklejsze, trywialne sprawy i czynności, które nazywa “Bread and Butter Matters". Szczególnie ważne dla badacza są zaś rzeczy ukryte, ukryte linie konstrukcyjne kultury, często związane z tabu. Najważniejsze - wielokrotnie to w swojej książce powtarza Douglas - jest niewypowiedziane.

Akcja filmu Cheikha Ndiaye rozgrywa się w Dakarze - stolicy Senegalu, porcie położonym nad oceanem, w malowniczym krajobrazie Półwyspu Zielonego Przylądka. Dakar założyli Francuzi w połowie XIX wieku jako centrum handlu i eksportu niewolników do Nowego Świata. Do lat 40. ubiegłego wieku był stolicą kolonii - Francuskiej Afryki Zachodniej. W 1960 roku Senegal stał się niepodległym państwem.

"Zapaśnicy"

Tym, co od razu w filmie Ndiaye wpada nam w ucho, jest język, a raczej dwa języki - lokalny i francuski. Próba jakiegoś uporządkowania, stworzenia wśród bohaterów językowej hierarchii, właściwie udaje się tylko w połowie. Po francusku mówią raczej bohaterowie należący do wyższych pod względem ekonomicznym warstw społeczeństwa, ale nie jest to regułą. Wyemancypowani, wykształceni Senegalczycy noszą europejskie w kroju ubrania i nie uczestniczą w kultowych igrzyskach, którymi dla większości są zapasy. Językowe przemieszanie jest z pewnością sygnałem, że kultura tego rejonu to wynik nakładania się na siebie różnych wpływów.

Współczesny wielkomiejski Senegal przypomina podobne miasta w innych częściach świata - to drogie samochody, ekskluzywne lokale i posiadłości, knajpki w gorszych dzielnicach, gdzie drobni cwaniaczkowie zaciągają karciane długi, mafia, prostytucja, handel narkotykami i nielegalne zakłady. Na tym tle oazą inności jest zapaśnicza szkoła, do której zapisuje się młody, pochodzący z dobrego domu Nalla. Zapaśnik Andre, który zostaje jego przyjacielem i autorytetem, wprowadzi go nie tylko w świat zapasów. Za ich pośrednictwem Nalla dostanie szansę dotknięcia obcego sobie rytuału, który odziedziczył po afrykańskich przodkach, a który dzięki zapasom, w niezwykle żywej formie zachował się mimo wielu historycznych burz, które nawiedziły te ziemie.

Konstrukcja “Zapaśników" wyrobionemu oku bywalca festiwali filmowych o artystycznym zacięciu może wydać się naiwna. Ale jestem pewna, że reżyser buduje ją w taki, a nie inny sposób świadomie. Ten film jest jak opowieść, przytaczana przez duchowego przewodnika jednego z najwyżej cenionych zapaśników. Wydaje się prosta, ma jasne przesłanie, a wypowiadana raz za razem - moc: tylko kontakt z przeszłością, z tradycją, wiara przodków i zachowanie rytuałów gwarantuje zapaśnikowi wygraną. Roztańczone i rozśpiewane widowisko prowadzi do ostatecznego starcia dwóch antagonistów, z których jeden przysposobiony przez szamana wierzy w swoje zwycięstwo, drugi zaś opętany przez kobietę zostanie powalony na ziemię symbolicznym gestem. Mieszają się w filmie Ndiaye nie tylko języki, środowiska, ale i konwencje.

Reżyser buduje fabułę na wzór typowego obyczajowego kina, ale - mam wrażenie - pod tym wzorem ukrywa inny, być może trudny dla nas do nazwania i opisania bez znajomości lokalnej kultury, a więc i wierzeń. Próbuje ułatwić nam utożsamienie się z tą historią, wysyłając sygnały, które wymagają wejścia w głąb, a przynajmniej zadawania pytań. Czym są w końcu figurki zapaśników, które zaprzyjaźniony artysta ustawia na kamieniach nad brzegiem oceanu? Tak chciałabym je dotknąć, mówi przyjaciółka Nalli, czy mogę? Kolejna rzecz, która przyciąga tu uwagę, to niespotykana w kulturze europejskiej waga dotyku.

Dotyk jest u Senegalczyków naturalny i swobodny, przy powitaniu, w przyjaźni, w codziennym życiu. Dotyk buduje między ludźmi bliskość o wiele skuteczniej niż słowa. Chętnie nazwałabym go uzdrawiającym. Z kolei cielesność zachowuje u Ndiaye ścisły związek z moralnością - złodziejaszek Sory, który napadnie w pierwszej scenie na Nallę choruje na epilepsję, pięknie zbudowani zapaśnicy to dobrzy ludzie. W pierwotnych kulturach afrykańskich plemion każde zachwianie porządku świata ma swoją przyczynę, na każde pytanie istnieje odpowiedź. Jeżeli zdarzy się nieszczęście, gdzieś w łańcuchu zależności ktoś musiał złamać regułę. Nie sądzę, żeby film Ndiaye pomógł nam w skonstruowaniu całości senegalskiego uniwersum, ale zdaje się wskazywać na sfery, o które warto pytać.

Japończycy atakują

“Jazda bez trzymanki” (Survive Style 5+, Japonia, 2004) - film tandemu z branży reklamowej: Sekiguchi Gen i Taku Tada jest szaloną komedią absurdu, w przerysowany, widowiskowy sposób pokazującą japońskie osadzenie w świecie medialnym. W takim filmie nie mogło zabraknąć najpopularniejszego dzisiaj japońskiego aktora młodego pokolenia - Tadanobu Asano, który jak zwykle był milczący i wysoki.


Tadanobu Asano


Tadanobu Asano (wł. Tadanobu Sato, rocznik 1973) pochodzi z Yokohamy. Swój nietypowy wzrost zawdzięcza matce – Amerykance, ojcu – wybór aktorskiej kariery. Swoją pierwszą rolę zagrał w wieku 16 lat w telewizyjnym show “Kinpachi Sensei”. Rok później debiutował w filmie “Swimming Upstream” (Bataashi Kingyo, 1990). Teraz gra u największych, m.in.: u Oshimy w “Tabu” (Gohatto, 1999), u Takashi'ego Miike w “Ichi The Killer” (Koroshiya, 2001), u Takeshi'ego Kitano w “Zatoichi” (2003), u Pen-Ek Ratanaruanga w “Last Life In The Universe” (2003), u Hou Hsiao-hsiena w “Café Lumière” (2004), u Shinya Tsukamoto w “Vital” (2004). Grane przez niego postaci są często psychopatyczne, mają nietypowe zainteresowania, albo niezwykłe zdolności, są ambiwalentne, łączą w sobie sprzeczne cechy - naiwną łagodność i chłodne okrucieństwo. Tadanobu Asano występuje nie tylko na ekranie, ale i na scenie – jest wokalistą zespołu Peace Pill, który założył z japońskim reżyserem Sogo Ishii. Występuje też jako model słynnego duetu projektantów Jun Takahashi i Takeo Kikuchi, wspólnie z Wongiem Kar-waiem nakręcił dla nich serię reklamowych spotów.

W filmie “Jazda bez trzymanki” Tadanobu Asano potwierdza swój ekranowy wizerunek, jest bohaterem jednej z historii – milczącym artystą, zawsze w długim do ziemi, zielonym prochowcu, notorycznie zabijającym swoją żonę. Ta część “Jazdy...” nawiązuje do estetyki japońskich horrorów, ale też parodiuje zamiłowanie Japończyków do amerykańskiego stylu życia. Żona pana Yoko jest wciąż zmartwychwstającym, mszczącym się duchem, którego on raz za razem pozbawia życia i zawozi do lasu swoim Buickiem. Nawiedzony dom przypomina chatę Baby Jagi, urządzoną w artystowskim stylu, wypełnioną dziełami sztuki, tysiącem atakujących kolorami gadżetów. Posiłek, przygotowany przez zjawę, który Yoko zmuszony jest zjeść, nie ma nic wspólnego z japońską kuchnią.

Sekiguchi Gen/Taku Tada zabierają nas w szaloną podróż po współczesnej Japonii. Żonglują stereotypami. Mnożąc absurdy, budują obraz japońskiej rzeczywistości, którą łatwo rozpoznajemy. Przygniatają ilością rzeczy, które oglądając “Jazdę bez trzymanki” musimy objąć wzrokiem. Inspiruje ich reklama, anime, telewizyjne show, horror, śmieją się z infantylizmu japońskiej pop-kultury, ale widać, że czują się w niej jak ryby w wodzie, to ich świat, niewyczerpane źródło, oddają mu głos. “Jazda bez trzymanki” daje wielką, chwilami perwersyjną przyjemność obcowania z kiczem. Polecam!

“Jazda bez trzymanki”

sobota, 18 listopada 2006
fragment:


Nic ich ku sobie nie skłaniało. Ani porucznika ku przerośniętej, szpotawej pannie, umówionej ze swoim staropanieństwem, zdawało się, na zawsze, ani jej ku mrocznemu trzydziestolatkowi, wrogiemu, to się widziało, wszelkiej, więc również własnej mitologii.

W nim wszystko działało bez zarzutu, w niej żaden tryb się nie zazębiał z sąsiednim, żaden pas nie przenosił żadnej transmisji, nic nie łączyło się z niczym, przeto nie była płynna, tylko rozchwiana.

Szpeciło ją nawet to, co inne mogłoby zdobić, a choćby wzruszać, jak kruchość, drobność, defensywność. Bo wszystko, co zapowiadało w niej męskość, jak na przykład grenadierska stopa, pozostało w połowie drogi, porzucone, niezdecydowane, niedorobione.

Musiała mieć też w pogardzie zalotność, bo jej nie używała.

Więc ponieważ nic ich ku sobie nie skłaniało, czuli się skrępowani i szukali okazji, by się rozejść. Na razie jednak geografia parku nie dawała im tej szansy”.


Eustachy Rylski, Warunek, Warszawa 2005

czwartek, 16 listopada 2006
Maraton literacki warszawski


Dom Literatury Maraton, Krakowskie Przedmieście, zadziwiająco ciepło jak na to listopadowe popołudnie, choć ciemno - tak, to już listopad. Spotkanie z pisarzami. Wszyscy starzy, wszyscy siwi, oszronieni, jeden łysy, jak kolano. Temu łysemu dedykuję tekst, który znalazłam na opakowaniu piernika. Pierniki dziś są rozdawane w ekskluzywnych pociągach na ekspresowych trasach. Łysy lubi pociągi, piernik jest w kształcie serca, tekst następujący:

Dla nieznajomych tematu cała kolej rzeczy zawieszona jest w powietrzu.

Tymczasem podróże to rysy twarzy, tworzące mapy z wszystkiego, czego przez chwilę dotyczą.

Kierunki rozwijają się jak szale na szalonym wietrze przywiązanym do szyi, tak jak można się przywiązać do sezonowych zapachów traw czy smaku piernika”.

Autor się nie podpisał, a szkoda. Tymczasem w Domu Literatury Maraton na sali, wyłożonej jasną boazerią, znajdowała się mównica, trybuna, ambona, coś w tym rodzaju i każdy autor czytał z niej swoją prozę, wcześniej będąc przedstawionym przez prowadzącego spotkanie, który siedział przy stole między fiołkami alpejskimi a kubkami plastikowymi pomarańczowymi, nalewając do nich raz za razem wody ze szklanej karafki, woda przeznaczona była dla zasychających gardeł autorów.

Anderman i Bocheński czytali o pogrzebach. Z wielkiego portretu opartego o ścianę patrzył na to młody Byron. Anderman zaciskał usta, słowa wychodziły z nich szybko, z przymusem. Bocheński zza pazuchy wyciągnął rulonik, okręcony gumką recepturką. Siłował się z gumką elegancko przez chwilę tuż przy mikrofonie. Charakterystyczny, filuterny dźwięk. Czytał z aktorskim zacięciem fragmenty powieści rzymskiej, pisanej bez mała od lat dwudziestu. Zamiast stareńkiego o lasce Brauna czytał Bauman, aktor – wilczy trochę, ciemnowłosy, o ciemnych, grubych brwiach i niebieskich oczach, w czarnej koszuli i marynarce, z manierą, ale ładnie, porywająco, choć ograną już dziś historię małżeństwa rozdzielonego w czasie wojny, ona wywieziona na Syberię wróciła do Polski Ludowej i cieszy się małą stabilizacją, on – kosmopolita, oficer na statkach handlowych pływa po świecie, spotykają się po wielu latach w Wenecji. Banalne, ale ładne, bo ona taka rosyjska baba, popijająca, pulchna, zmieniona, ludzka, a on taki zimny, rozsądny, syty, szczupły, oboje na swój sposób nie do przyjęcia, jego oburzenie, zniesmaczenie, jej zagubienie. Orłoś czytał jedno ze swoich mazurskich opowiadań, świetne, “Leśni kochankowie”, świetnie czytał, o romansie grzybiarzy, na prowincji, prowincjonalnego kierownika szkoły z prowincjonalną nauczycielką matematyki, cudowny. Malicki zdenerwowany przepadł w tym tłumie. Hitem wieczoru, bo nastał już w końcu wieczór, okazał się Eustachy Rylski. Wysoki i ostry z wyglądu jak Czapski. Głos też miał ostry. Na wstępie nas obecnych zganił za nieobecnych – publiczności, mówi, chyba mniej niż pisarzy, na tej sali. Potem, że Polska niezwykle prowincjonalna, nie docenia i nie wydaje form literackich, będących kanwą scenariuszy filmowych, więc przeczyta coś takiego. I zaczął czytać. To było piękne, mocne jak jego głos, w 1939 roku oddział czeka na rozkazy, bohaterami są dwaj młodzi oficerowie, jeden z nich to był Żyd i miał przyjaciółkę niedaleko, na balkonie, zjawiskową Noemi, Żydówkę albo Brazylijkę, żyjącą szybko i niegrzecznie, Noemi zamiast schodzić podczas nalotów do piwnicy, doglądała swojej porcelany, to nie był romans, ale dosyć zmysłowa historia spotkania i na krawędzi, śmierć, piękno, dramat, przestrzelone firanki, nie chciałabym tego oglądać w filmie, wyszłoby pewnie żałośnie, kostiumowo, ale napisane było bardzo dobrze. Polecam Eustachego R.


Martwa natura, Jia Zhang-ke, złoty lew

Marzenie o pokonaniu Długiej Rzeki, Chang Jiang (chińska nazwa Jangcy), spędzało sen z powiek Sun Jat Sena, ojca republiki chińskiej i Mao Zedonga. Chodziło o dumę narodową. Tama miała być symbolem rosnącej potęgi Chin. Sukcesywnie wypełniany wodą zbiornik o długości 600 km niedawno osiągnął poziom 156 m, ponownie znalazł się w ogniu krytyki chińskich i międzynarodowych organizacji ekologicznych. Naruszenie równowagi ekosystemu bogatego w rzadkie gatunki fauny (m.in. delfin słodkowodny, chiński aligator); obawa przed wstrząsami tektonicznymi i osuwaniem się zboczy; zanieczyszczenie środowiska przez toksyczne odpady, nieusunięte z zatapianych fabryk, szpitali i cmentarzy; utrata cennych stanowisk archeologicznych, pod wodą znalazły się setki świątyń i napisów skalnych; wreszcie masowe przesiedlenie ponad miliona mieszkańców zatopionych miast i wsi – oto bilans budowy gigantycznej Tamy Trzech Przełomów.

Jia Zhang-ke rozpoczyna swój najnowszy film na rzecznym promie. Jego bohater udaje się do jednego z zatapianych miast tuż przed podniesieniem poziomu wody o kolejne metry. Na murach widnieją namalowane farbą cyfry, niewielka biała linia wskazuje, że wszystko, co pod nią, niebawem pogrąży się w odmętach rzeki Jangcy – ulice, sklepy, hotele, ludzkie sprawy, pamięć o nich. Woda zaleje je niczym mityczną Atlantydę. Reżyser przygląda się ludziom, podróżującym promem. Kim są? Turystami, robotnikami, uchodźcami? Mężczyźni grają w karty, ktoś wysyła smsa, jedni jedzą, inni piją, mała dziewczynka odprowadzi wzrokiem kamerę. Życie, także i w tym naznaczonym zagładą miejscu, jak w każdym innym, idzie naprzód, nie może się nagle zatrzymać. Śledzimy dwie równoległe historie. Bohaterem pierwszej jest mężczyzna, który szesnaście lat temu stracił kontakt z żoną i córką, drugiej - młoda kobieta, której mąż dwa lata temu wyjechał na Południe w poszukiwaniu pracy, oboje pochodzą z górniczej północnochińskiej prowincji Shanxi.

Poszukiwaniom obojga towarzyszy upalna pogoda. Zdeterminowani, nie zwracają uwagi na przeciwności losu. Ubrania kleją się do ciała. Ciała błyszczą w słońcu. W pochmurne dni podnosząca się znad rzeki, wilgotna mgła skręca włosy. Za sobą mają oszałamiający widok zalanego wodą wąwozu i przeciągniętego między jego krawędziami, rozświetlonego niczym w Las Vegas, imponującego mostu. Przed sobą - połacie rozbebeszonych ruin, rozbijanych kilofami przez grupy robotników. Mimo upału z każdego kąta tego rumowiska wieje chłodem i smutkiem. Ale Jia Zhang-ke nie jest turpistą. Na tle wyludnionych ruin doskonale komponują się martwe natury z przedmiotów, które oddają ciepło ludzkich rąk. Reżyser układa je, by dodać tym samym mocy najdrobniejszym szczegółom odchodzącego świata. Na przykład zatrzymuje kamerę na rzędzie hotelowych termosów z gorącą wodą.

/“Chyba jedyną rzeczą, bez której bym nie przetrwała, jest grzałka, dzięki której mogę sobie zaparzyć herbaty. W Chinach stawiają pod drzwiami termos z wrzątkiem, w Japonii jest zawsze elektryczny czajnik, w Niemczech nie ma niczego. (13.04.2004 Intercity Hotel Bremen)” – pisze Agnieszka Wołodźko, artystka podróżująca po świecie i opisująca w swoim projekcie “Hotel Life” hotelowe zwyczaje./

Jia Zhang-ke dzieli “Martwą naturę” na rozdziały, oddane we władanie znaczących przedmiotów, kiedyś nazywano je symbolonami. Należy do nich reklama papierosów, sprzedawanych w Chinach szesnaście lat przed pokazanymi w filmie wydarzeniami, na której żona napisała mężowi swój adres - wytarty kawałek papieru; herbata, pozostawiona w szafce przez zagubionego na Południu męża, cukierek tofi “Biały Królik”, którym ktoś kogoś częstuje w ostatnim geście przyjaźni. Do głosu dochodzi mała, ludzka skala rzeczy. Podobną funkcję pełnią telefony komórkowe, piosenki, banknoty - zwykle tak pożądane, nagle zmieniają znaczenie, stają się pamiątką po przyjaciołach, przypominają rodzinne strony. Film Jia Zhang-ke dzięki tym drobiazgom i chronologicznie ku poincie prowadzonym, realistycznym wątkom wydaje się pełen, a jednocześnie ma otwartą strukturę. Wizja chińskiej rzeczywistości jest tak samo niejednoznaczna jak forma, za pomocą której reżyser ją pokazuje, mieszając konwencje. Od paradokumentalnej do prawdziwie surrealistycznej. Rozbija nastroje, nie daje nam pogrążyć się w przyzwyczajeniu jak w wodach obecnej wciąż za plecami rzeki. Raz rozmywa obraz, jakbyśmy widzieli go przez łzy, innym razem wykorzystując realistyczną scenerię kreuje świat z teatralnym zacięciem. Raz jest nostalgiczny, z uwagą przygląda się ludzkim twarzom, odkrywa spocone ciała, kiedy indziej każe pomnikowi z betonu wystartować w niebo niczym kosmicznej rakiecie. Zostawia miejsce dla różnych zakończeń opowiadanych przez siebie ludzkich losów, dla różnych ich interpretacji. Wskazuje na rozpad związków rodzinnych, miłosnych, na przejmującą dreszczem samotność ludzi w świecie, w którym mało jest okazji, żeby być samemu, i zbliża ich do siebie z wielką czułością najdrobniejszych gestów przyjaźni i przywiązania.

"Wszedłem kiedyś przypadkiem do czyjegoś pokoju i zobaczyłem zakurzone przedmioty na biurku. Wydało mi się, że odkryłem nagle sekrety martwej natury. Stare meble, papiery na biurku, butelki na parapecie, dekoracje na ścianach, wszystkie przesiąknięte były poetycką melancholią. Martwa natura jest rzeczywistością, którą przeoczyliśmy. Choć jest głęboko naznaczona przez czas, pozostaje milcząca i zawiera w sobie sekret życia.
Martwa natura została nakręcona w wiekowym mieście Fengjie, które zmieniło się nie do poznania od wybudowania Tamy Trzech Przełomów: niezliczone rodziny, które żyły tam od pokoleń musiały się wyprowadzić. Mająca 2000 lat starówka została burzona i zatopiona na zawsze.
Wszedłem do tego skazanego na zagładę miasta z moją kamerą i byłem świadkiem wyburzeń i eksplozji. W ogłuszającym hałasie i tumanach pyłu zdałem sobie sprawę, że życie może zakwitnąć wspaniałymi kolorami nawet pośród takiej tragedii".

Jia Zhang-Ke

piątek, 03 listopada 2006
w korzeniach kultury - Japonia

W najbliższą - zasypaną śniegiem - sobotę:

Wieczorem - „Ame Agaru” (8 nagród Japońskiej Akademii Filmowej, w tym dla najlepszego filmu, za scenariusz, rolę męską i zdjęcia), zrealizowany według scenariusza Akiry Kurosawy, który do ostatnich chwil życia przygotowywał się również do jego realizacji. Były już gotowe dekoracje i zdjęcia, czekano tylko na możliwość zebrania na planie wszystkich aktorów. Gdy „Cesarz” zmarł we wrześniu 1998 roku, do rozpoczęcia zdjęć brakowało zaledwie paru tygodni. Bez Kurosawy zdawało się jednak, że projekt upadnie. Ale syn mistrza znalazł we Francji potrzebne fundusze i produkcja ruszyła. Reżyserii podjął się Takashi Koizumi, przez 28 lat asystent Kurosawy.

Wcześniej - dokumenty Pawła Łozińskiego z 1997 roku. Pierwszy z nich to „Tradycja”, w którym Tsuneo Okazaki, Japończyk od blisko 30 lat mieszkający w Polsce, zaprasza w niezwykłą podróż po swojej ojczyźnie. Opowie o różnych aspektach życia we współczesnej Japonii, takich jak: tradycja, życie rodzinne, edukacja, przemysł, rolnictwo i ekologia (godz. 17.15). Drugi film, w którym znów narratorem jest Okazaki, to „Rodzina w społeczeństwie” — opowieść o życiu przeciętnej japońskiej rodziny oraz o problemach natury społecznej, które są obecnie szeroko dyskutowane w tym kraju (godz. 18.00).

Później - dokument Marcina Koszałki z 2006 roku „Cały dzień razem”. Reżyser tak wyjaśnia na planie ideę swego pomysłu: Przyjechało dwóch frajerów z Polski, siedzą w domu u Japonki, która ciągle jest zajęta albo jej nie ma, i pragną o niej zrobić film (godz. 18.45).

Jeszcze później - reportaż Jadwigi Wolskiej Stefanowicz „Japonia 2002”. Autorka przedstawia współczesną Japonię poprzez zjawiska społeczno—obyczajowe bezpośrednio dotyczące większości obywateli tego kraju, zwracając szczególną uwagę na rolę kultury, rozwoju gospodarczego i polityki. Rozmawia o tych kwestiach m.in. z prezesem rady ds. handlu międzynarodowego Tasuku Takagakim, wiceministrem spraw zagranicznych Sigeo Uetake, profesorem Sumio Iijimą, ambasadorem RP Jerzym Poniatowskim oraz znanym przemysłowcem Yoshihuru Fukuharą (godz. 19.25).

Pomiędzy - rozmowy, rozmowy, rozmowy...

(źródło - TVP Kultura)



2. festiwal filmy świata ale kino!

będzie się działo i można już o tym poczytać tu: >>>>>