agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
niedziela, 25 listopada 2007
jasne i ciemne strony miasta cz.2

Hüzün, czarna żółć i inne stambulskie melancholie.
Hüzün does not just paralyze the inhabitants of Istanbul; it also gives them poetic license to be paralyzed”.
(Orhan Pamuk, Istanbul. Memories and the City; Chapter ten: Hüzün)




Ferzan Ozpetek, İstanbullu, reżyser włoskich filmów, w “Il Bagno Turco” ("Hamam - łaźnia turecka", 1997) pokazuje miasto w sposób dosyć intrygujący, latem. Tu nie bazar a hamam staje się centrum świata. Historia jest prosta – młody Włoch tureckiego pochodzenia przyjeżdża do Stambułu, bo odziedziczył po ciotce dom i łaźnię. We Włoszech razem z przyjacielem i żoną prowadzi firmę wnętrzarską, ma życie poukładane i jest z jego powodu nie tyle może nieszczęśliwy, co rozdrażniony. Stambuł wcale mu się nie podoba, chce jak najszybciej spieniężyć spadek i wyjechać. Przyzwyczaił się wyceniać wszystko, na co patrzy. To miasto nie jest dla niego wiele warte.

Jego ciotka mieszkała w jednym z tych drewnianych, poczerniałych domów na jednej z ulic, która przypomina mi południowe krańce Sultanahmed, dzielnicę rybaków. Dom, przechodzący w łaźnię, dzieliła z rodziną jej pracowników, którzy z czasem stali się opiekunami starzejącej się kobiety. Osłonięty jak się da przed ostrymi promieniami słońca, dom wewnątrz jest równie ciemny jak na zewnątrz. Nawet w ciągu dnia palą się tam słabym światłem małe lampki, których kolorowe, fikuśne wariacje można kupić w całym Stambule jako popularną pamiątkę z podróży. To dom pełen starych sprzętów, zdjęć, wspomnień, skrzypiący przy każdym poruszeniu. Pełen nie wysłanych listów. Francesco czyta je jak pamiętnik ciotki, która w pewnym momencie życia nie bez obaw postawiła wszystko na jedną kartę, wróciła do rodzinnego, choć już obcego – szczególnie dla samotnej kobiety – miasta. I uznała ten wybór za szczęśliwy. Życie w Stambule wydało jej się spokojniejsze, bardziej ludzkie. Zyskała klientów i szacunek. Nazywano ją Madame.

Francesco zaczyna patrzeć na Stambuł oczami ciotki, której nie znał, a która bardzo go z oddalenia kochała. Docenia jej gest, przejmuje coś w rodzaju obezwładniającego wirusa, przekazanego mu w spadku razem z domem i hamamem. Nie bez znaczenia jest związek, w jaki Francesco zupełnie naturalnie wchodzi z przyjaciółmi i opiekunami ciotki, z ludźmi, którzy byli jej bliscy, a którzy przyjęli go natychmiast do swojego grona. Nie bez znaczenia jest miłość, jakiej ulega wbrew wyznawanym dotąd wartościom i pragnieniom, z wzajemnością zakochuje się w synu opiekunów ciotki – Mehmecie, który wprowadzi go w zmysłowy, męski świat hamamu. Francesco nie sprzeda domu ani łaźni, czym narazi się bogatym inwestorom, chcącym bezwzględnie zmodernizować starą dzielnicę. Postanawia wyremontować hamam i zostać w Stambule. Wtedy odwiedza go żona Marta, zaniepokojona długą nieobecnością męża. Podczas jej wizyty Francesco zostaje pchnięty nożem i umiera.

Wydaje się, że tu nie może udać się nic wielkiego, tu nie jest możliwa żadna decydująca przemiana. Dobry dla mężczyzn Stambuł, pozostaje miastem kobiet. Marta przejmuje schedę po Madame. W pewnym sensie się nią staje. Powodowana jakąś nie do końca zrozumiałą siłą, chodząc ulicami Stambułu coś jednak przeżywa. Teraz ona będzie czytała nie wysłane listy Madame do włoskiej siostry, będzie wspominać swojego męża, o którego zdradzie dowiedziała się tuż przed jego śmiercią, będzie wystawiała twarz na podmuchy południowego wiatru, wyśledzi moment, w którym pewnego październikowego popołudnia jesień odetnie miasto od lata jednym cięciem ostrego noża, skazując je na szarość.

W Stambule każdy zasługuje na swoją własną melancholię i każdy prędzej czy później jej ulegnie. Orhan Pamuk (w: Istanbul. Memories and the City) twierdzi, że źródłem stambulskich melancholii jest sam krajobraz. Swoją melancholię odczuwa wieczorami, kiedy słońce wcześnie zachodzi; patrząc na ojców, idących bocznymi ulicami w świetle ulicznych lamp z plastikowymi siatkami w rękach; albo gdy w środku zimy przy promowej przystani zobaczy sennego marynarza z wiadrem w dłoni, szorującego pokład, który jednym okiem z dystansu śledzi ekran czarno-białego telewizora. Źródłem jego melancholii bywają starzy sprzedawcy książek, podupadli po finansowych kryzysach, z drżeniem oczekujący na pojawienie się jakiegokolwiek klienta; dzieci grające w piłkę na brukowanych kocimi łbami uliczkach; puste przystanie przy starych willach wzdłuż Bosforu; herbaciarnie wypełnione bezrobotnymi mężczyznami; kobiety ukryte za firankami, czekające na swoich mężów, którym nigdy nie udaje się wrócić do domu o odpowiedniej porze; połamane huśtawki w pustych parkach; cierpliwi stręczyciele, spacerujący w letnie wieczory wzdłuż miejskich skwerów w poszukiwaniu ostatniego pijanego turysty; miejskie mury, bizantyjskie ruiny; fasady domów, które koloru pozbawił bród, rdza, sadza i kurz; mewy, siedzące w ulewnym deszczu na zardzewiałych, obrośniętych mchem barkach; cienka wstążka dymu, wychodząca z jednego z kominów stuletniej rezydencji w najzimniejszym dniu w roku; ulice, na których nigdy nie zobaczysz samotnej kobiety po zachodzie słońca; zmęczone, stare dolmuşes, Chevrolety z lat 50., które w każdym mieście Zachodu byłyby muzealnym eksponatem, a w Stambule używane jako taksówki wspinają się z trudem wąskimi uliczkami, ciężko dysząc...
(
Orhan Pamuk, Istanbul. Memories and the City; Chapter ten: Hüzün)

Każdy zasługuje na swoją melancholię. A ta w Stambule jest faktem doświadczalnym, bo wyobraźnia – słowami Marka Bieńczyka (w: Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Warszawa 1998) - szczególnie tu chce wierzyć, że istnieje jakaś materia melancholii, a przynajmniej jej materialne źródło. I Bieńczyk i Pamuk cytują jednego z badaczy, autora najgrubszej książki o melancholii, kompendium wiedzy - “The Anatomy of Melancholy” - Roberta Burtona. Opisywana przez Burtona, zalewająca serce i duszę “czarna żółć” sugeruje substancjalny charakter melancholii, przeciwstawiając się koncepcji, która widzi w niej czystą nieokreśloność. Burton, kolekcjonując przyczyny, objawy i przebieg melancholijnej choroby, zbiera też różne sposoby na ozdrowienie. Z roślin zaradczych wymienia ciemiernik i mandragorę, za Hildegardą von Bingen zaleca dietę z małych ptaszątek i łabędzich płucek. Cytując pewnego renesansowego lekarza poleca produkty “wilgotnej świeżości, lekkie i wesołe, jak na przykład ryba rzeczna (lub pochodząca z jasnych, przejrzystych wód jeziora), która ma w sobie pożywną jasność, zdolną rozproszyć ciemne i suche wapory” (Marek Bieńczyk, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Warszawa 1998, s. 119). Jednak – na co zwraca uwagę Pamuk – esencją Burtonowskiej melancholii jest samotność, w przeciwieństwie do melancholii stambulskiej, którą wywodzi z sufickiej tradycji hüzün.

W kulturze islamu hüzün – rodzaj melancholii nie jest chorobą, którą trzeba leczyć, lecz stanem zasługującym na szacunek. Smutek, żal, ból, towarzyszący hüzün, wynika ze świadomości, że człowiek w swoim życiu nie jest w stanie zbliżyć się do Allaha. Cierpi, ponieważ nie cierpiał wystarczająco, by osiągnąć ten cel. Obecny w kulturze, poezji, muzyce, codziennym życiu Stambułu hüzün staje się doświadczeniem zbiorowym dlatego, że jest wartością związaną z cemaat czyli islamską wspólnotą wyznaniową, nie zaś wartością indywidualną. Dzieli się hüzün z innymi, tu: z całym miastem. Wydaje się wręcz, że hüzün jest tym elementem stambulskiego życia, który społeczność İstanbullus jak nic innego identyfikuje i scala. Pokrewieństwo z hüzün widzi Pamuk w tristesse Lévi-Straussa, który w “Smutku tropików” opisał melancholię miast tropikalnych, opartą również na zbiorowym doświadczeniu. Jako różnicę pomiędzy nimi wskazuje fakt powiązania stambulskiej melancholii z obecnymi tu na każdym kroku ruinami, ze śladami upadku wielkich, wspaniałych cywilizacji. Wielu zachodnich pisarzy czy podróżników to zachwyca – pisze Pamuk – Ale wrażliwym mieszkańcom miasta te ruiny pokazują, że współczesny Stambuł jest na tyle biedny i zagubiony, że nie może śnić nawet o wskrzeszeniu przeszłych bogactw, siły i kultury. Mieszkańcy miasta nie mogą nadal czerpać dumy z tego zaniedbanego miejsca, zakurzonego, brudnego, ślepego na otoczenie, nie mogą cieszyć się pięknymi starymi drewnianymi domami, które płonęły podczas częstych pożarów jeden za drugim.

To prawda, jest wielu pisarzy i podróżników, których rozpad interesuje szczególnie i którzy czynią go wiecznie bijącym źródłem własnej melancholii. Moim stambulskim melancholijnym źródłem też są ruiny. Nic mnie bardziej nie porusza niż puste kamienice w środku miasta, z oknami, z których powiewają uwolnione przez wybitą szybę firanki. W Stambule wiele jest takich miejsc. Podobno to pozostałość po emigrantach. Nieuregulowane sprawy własności nie pozwalają miastu wprowadzić tam nowych lokatorów. Budynki niszczeją, brunatnieją, niezamieszkane starzeją się szybciej, opuszczone cierpią, rozpadają się na oczach przechodniów, nic sobie nie robiąc z dobrze utrzymanego sąsiedztwa. Niektóre drewniane domy jak w depresji po prostu zapadają się w sobie, jakby chciały obrócić się na nice. Źródłem mojej melancholii jest też dzielnica bazarów, która rozlewa się, przechodzi w coraz to inne formy. Najpierw jest ekskluzywna, połyskuje złotem i drogimi kamieniami, centralną część Wielkiego Bazaru zajmują sklepy z biżuterią, potem rozchodzi się we wszystkie strony, mieni kolorami. Potem moknie w deszczu, otwarta na podmuchy wiatru, spływa błotem, kamienieje, obrasta trawą, coraz bardziej tandetna i tania. Potem niby to się kończy, a jednak swoich wysłanników lokuje coraz dalej i dalej, coraz bardziej lokalnych i nic nie znaczących. Trafiliśmy na taką "ostatnią" ulicę, weszliśmy do niewielkiej cukierni, która była po prostu sklepem z dwoma stolikami, sprzedającym dwa rodzaje ciasta – słone i słodkie, posypane cukrem pudrem. Chłopak za ladą kroił kawałek ciasta i ciął je wielkim nożem – słodkie w kwadraty, słone jak makaron. Jestem pewna, że byliśmy jego jedynymi klientami tego dnia, którzy usiedli przy stoliku i wypili herbatę.

Tęsknię, ale właściwie nie wiem za czym. Gram w stratę. Niewidoczne, bezcielesne chcę zamienić w materialne. Zbieram motywy, wymyślam możliwe koniunkcje, wizualizuję zakończenia. Mój Stambuł. Gram w stratę. Marek Bieńczyk, cytując Freuda i Ficino, pisze: “Melancholia (...) potrzebuje doznawać straty obiektu, by móc go sobie przywłaszczyć. Okrywając się żałobą po nim, nadaje mu fantasmagoryczną rzeczywistość obiektu utraconego; ale że jest to żałoba po czymś nieuchwytnym, nigdy realnym, melancholia otwiera w istocie przestrzeń dla nierzeczywistości, w której możemy (...) wchodzić w kontakt z tym obiektem i w której jego przez nas przywłaszczaniu nie może zagrozić żadna strata” (Marek Bieńczyk, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Warszawa 1998, s. 110).



czytajcie też w strukturze poziomej:
04_4 x Uzak w listopadowym Stambule


środa, 21 listopada 2007
jasne i ciemne strony miasta cz.1

A kiedy go już spotkasz.
Na bazarze, gdy bezczelnie złapie cię za rękę i nie będzie chciał jej wypuścić. Albo w jednej z knajpek, gdzie rozluźniona wpadniesz w ciemną czerwień zapętlonych wzorów, w poduszki, w ciepło, a uwolnione od butów stopy oprzesz na miękkich dywanach. Kiedy wypuścisz z ust smugę dymu, pachnącą różanym tytoniem, spalonym w nargilii. Po kilku łykach raki czy delikatnego piwa Efez. Otoczona opieką. Wtedy twój Nemet, Ercan, Mehmet, Mahmut, Gulnar, Orhan, czy Aziz zabierze cię w rejs po Bosforze...



Umówieni na nabrzeżu Eminönü, odnajdziecie się w tłumie rosyjskich turystów, wędkarzy, sprzedawców obwarzanków i pachnących spalenizną, pieczonych kasztanów. Zaokrętowani, z niepokojem będziecie spoglądać na zamglone brzegi, na wyniesione ponad dachami południowej, osmańskiej części miasta kopuły meczetów, na otoczoną wysokimi kamienicami wieżę Galata na północy. Prom powoli ruszy, przecinając seledynową przestrzeń cieśniny. Jak pijany popłynie zygzakiem, zatrzymując się to po europejskiej, to po azjatyckiej stronie miasta.

Zimny wiatr wypłoszy was z otwartej na jego podmuchy części pokładu. Pod dachem będzie ciepło jak w uchu. Stewardzi będą roznosić turecką herbatę w kielichowatych, niewielkich szklankach ze spodeczkami maźniętymi kilkoma czerwonymi plamkami. Utopisz w herbacie małą kostkę cukru, a potem zamieszasz małą łyżeczką. Docenisz cierpki, dobry smak. Na wysokości Yeniköy zjesz gęsty, posypany cukrem pudrem jogurt, to pokładowy obowiązek. Za burtą prężyć się będą nadbrzeżne meczety, długie pudełka pałaców, rybackie wioski, które stały się dzielnicami Stambułu i uczepione wody, białe, drewniane wille - XIX-wieczne yalı – z wykuszami i ozdobnymi okiennicami. Prom bez trudu przepłynie pod dwoma wielkimi mostami – Bosforskim i pod Mostem Fatiha. Tuż obok Mostu Bosforskiego rozpoznasz białą sylwetkę meczetu w Ortaköy, gdzie na niedzielnym targu spędziłaś miłe popołudnie. Ostatnim przystankiem podczas pierwszej części rejsu będzie rybacka wioska Anadolu Kavağı z resztkami genueńskiej twierdzy. Oto jesteście w Azji.


Podróż trwała dwie godziny, ale minęła w oka mgnieniu. Po zejściu z pokładu, na nabrzeżu od razu wpadniecie w ramiona restauracyjnych naganiaczy. Wyglądacie na głodnych – szepnie jeden z nich, a drugi doda, że raczej na spragnionych. Uda wam się jednak z ich ramion uwolnić. Na chwilę zatrzymacie się jeszcze przy słodkim, jasnobrązowym jak maślany herbatnik szczeniaku, zaanektowanym jednak przez dwóch mężczyzn w kraciastych czapkach, którzy z uśmiechem będą go tarmosić, a was od niego odganiać – He is ours now! To pewnie była pułapka sprytnego restauratora. Nigdy już mężczyzn w kraciastych czapkach nie zobaczycie.

Wioskowe zwierzęta będą was odprowadzać ciekawskimi spojrzeniami. Wejdziecie do wioski, wybierając drogę boczną, dłuższą i pustą. Miniecie knajpę dla miejscowych z widokiem na ozłocony o tej porze dnia Bosfor, kilka drewnianych stołów, jakieś zielska w doniczkach. Yoros Cafe. Açik Büfe Kahvalti. Gözleme – Meshur Köfte. Et Ve Balik Cesitleri. Podwórka będą się zieleniły trawą i mleczem. Domy będą różowe. Traficie na cmentarz, na którym każda rodzina zajmuje osobny kwadrat trawy, ogrodzony betonowym murkiem. Na cmentarzu spotkacie smutnego, chudego psa. Dostanie od was resztkę rogalika ze śniadania. Chwyci go i pobiegnie. Po chwili wróci z całą watahą, równie wychudzoną i smutną. Kilka psów, pięknych, brązowych i popielatych i jeden kot, który jakoś będzie do nich podobny. Z dystansu żebrząca gromada, dziwne typy, które niejedno widziały i przeżyły. Trochę to będzie straszne. Rozsypują się tu dwie wieże, a obok nich fundamenty czegoś znacznie młodszego, może stał tu kiedyś sklep z pamiątkami. Śmieci i jakiś żal pokryje zieloną wciąż trawę. Głodne psy będą krążyły między turystami. Młode Japonki zrobią sobie z nimi zdjęcie na tle “miażdżących skał” - przesmyku, za którym zaczyna się Morze Czarne. Patrząc na statki bez obaw przed zmiażdżeniem pokonujące przesmyk, wyciągniesz z torby jedyną jadalną rzecz, która ci jeszcze została – kilka kostek cukru, które zbierałaś, nie wiadomo po co. Psy schrupią je szybko, nie patrząc ci w oczy.

Melancholia słonecznego, leniwego popołudnia u ujścia Bosforu do Morza Czarnego zepchnie was niżej, niżej, do wioski, która otwiera się na małą zatoczkę. Zjecie tam rybę. I znowu będą was zaczepiać, tym razem zdeterminowany kot zawiśnie na pergoli, przy której usiądziecie. Będzie chciał coś wam wytłumaczyć, coś ważnego, językiem kociego spojrzenia, migowym językiem kocich pazurków, które zostawią w miękkim drewnie wyrzeźbiony ślad. Jego ukochana przyczai się tuż obok, a on odda jej każdy kąsek, który rzucicie mu na chodnik.

Powroty uwalniają. Herbata z małą baklawą, zabraną na drogę z wioskowej cukierni, jest zawsze doskonałym pomysłem. Towarzystwo ulegnie magii popołudnia w morskiej podróży. Będzie się snuło lub polegiwało, czytało książki, pisało w notesach, nikt nie ma siły na rozmowę. Od czasu do czasu jakiś łowca widoków wyskoczy na ziąb z aparatem przygotowanym do strzału. Ramię Nemeta, Ercana, Mehmeta, Mahmuta, Gulnara, Orhana, czy Aziza posłuży - dalekiej od ważkich myśli - głowie. Jako podpora, żeby nie powiedzieć - podpórka. Ale nie na długo w końcu, bo wszyscy czekali na tę chwilę, by do miasta zawinąć o magicznej godzinie, kiedy różowieje niebo, oświetlając i tak już skłonne różom centralne dystrykty. Niebo w roli głównej. Niebo, minarety. Ciemne sylwetki wędkarzy na Moście Galata, choć zwykle nazywasz ich rybakami. Czerń i róż. Światło i cień. Miasto z wody i dymu.



cdn.



czwartek, 15 listopada 2007
miasto (niewidzialnych) kobiet



Może właśnie współczesne (miejskie) podróżowanie to ma do siebie, że unika wszelkich historyzmów. Pozbawione refleksji: skąd się wzięło miasto, kto w nim mieszkał, kto je burzył i budował, w jakim stylu. Po prostu wchodzi się w przestrzeń, w której wszystko ma równie ważne znaczenie. Wielu uzna taki ogląd za powierzchowny. Jednak odarte z ciężaru wszelkich hierarchii podróżowanie jakoś inaczej otwiera oczy.

W końcu to tylko metoda, z której w każdej chwili można zrezygnować. Co więcej, im dłużej się z niej korzysta, tym częściej się ją łamie. Ale teraz po prostu patrzę na miasto i chodzę ulicami, nie przejmując się zbytnio wytyczonymi przez turystyczne przewodniki trasami, które - będąc tu - powinnam przejść. Są przecież różne sposoby rozumienia miasta, jeżeli tylko tego się pragnie. I przypominają mi się zaraz słowa Richarda Sennetta, który namawiał do rozumienia miasta ciałem raczej niż umysłem. A w Stambule to możliwe chociażby dlatego, że miasto położone jest na wzgórzach. Takich spadków ulic dawno nie oglądałam. Stambuł czuje się w nogach. A w końcu rzecz nie dotyczy tylko podróży w pionie, ale i w poziomie. Miasto się rozlewa, obejmując coraz większy obszar, dlatego gubi swój wielkomiejski charakter. Z "wielkomiejskością" jest tu w ogóle problem. Jeżeli się ją jednak odnajduje w dzielnicach położonych na północ od Złotego Rogu, wtedy dopiero można dojść do sedna słynnego kulturowego rozdarcia Stambułu pomiędzy Wschodem a Zachodem.

Być może już pierwszego wieczoru, kiedy usiedliśmy na miniaturowym skwerku pośrodku skrzyżowania, tuż przy naszym hotelu, dotarła do nas świadomość, że tego akurat miasta nie zrozumiemy, w każdym razie nie teraz, nie od razu, bo nie wiadomo, ile razy musielibyśmy je przejść, żeby chociaż dotknąć. Że możemy się po nim pokręcić, poruszać się, obracając głowę we wszystkie strony, łapać widoki, pokonywać wysokości. Publiczny skwerek okazał się miejscem spotkań taksówkarzy, którzy tego wieczoru uprzejmie pozwolili nam spędzić na nim czas, obchodząc go ze zdziwionym dystansem. Byliśmy tu ciałem obcym.

Sennett w “Ciele i kamieniu” pisze o oświeceniowym miejskim projekcie, w którym ruch stał się w mieście celem samym w sobie. W przeciwieństwie do barokowego, jak najbardziej wygodnego zmierzania ku - zwykle - monumentalnym obiektom, które ten cel wyznaczały. Miasto przestało być systemem tras od punktu A do Z. Miasto-ciało tętnicami i żyłami ulic przepuszczało tłum. W tym kontekście ulica jest ważna niezależnie od tego, czy prowadzi przez środek reprezentacyjnego centrum, czy przez peryferyjną dzielnicę mieszkaniową. By miejski organizm sprawnie funkcjonował, przepływ musi przebiegać bez zakłóceń na całej długości i szerokości. Dlatego zebrawszy swoje pierwsze intuicje co do męskiego, a zarazem złożonego charakteru miasta, chciałam skupić się na tym, co pozornie drugorzędne, a nawet niewidzialne, a co w miejskim ciele równie znaczy.

Nie mogło być prawdą, że kobiet w Stambule nie ma. Być może w obrębie centrum jest ich mniej, niż w miastach, które znam. Albo inaczej się je tu widzi, inaczej wtapiają się w tłum, innych używają znaków. Przypomina mi się zaraz piękny artystyczny projekt Marty Deskur, poświęcony chustom berlińskich Turczynek. W “Fanshon II” artystka wypala na ceramicznych kaflach sfotografowane na Kreuzbergu, wykadrowane przedstawienia muzułmańskich chust, tworząc fantastyczną, różnorodną kolekcję. I tę ożywioną kolekcję można zobaczyć na ulicach Stambułu. Chusta nie tyle okrywa, osłania włosy i kobiecą twarz, ile odwraca od niej uwagę. Chusta jest jak przyciągający wzrok, wcale nie subtelny makijaż, pokrywający zamkniętą powiekę. Chusta to powieka, twarz to drzemiące pod przymkniętą powieką oko.



Marta Deskur "Fanshon II" 2004

Fatih, Edirnekapi, Balat, Draman, Fener, Carsamba... Chodząc po zachodnich obrzeżach miasta, nie przekroczywszy linii miejskich murów, weszliśmy w kobiecy świat. Zewsząd dochodziły nawoływania muezinów, ich lekko charczące zawodzenia, wydobywające się ze starych głośników, prawie na każdym rogu stał mały meczet z grubą, przysadzistą wieżą minaretu. Nie widzieliśmy co prawda ognisk, palonych przy murach przez bezdomnych, ani Cyganów, wypasających swoje konie na błoniach, ale wiemy, że tam byli. Tu całkiem niska, niemal wiejska zabudowa, drewniane domy z charakterystycznymi dla osmańskiej architektury wykuszami sąsiadowały z blisko siebie osadzonymi blokami i niskimi kamienicami. Ulice pięły się i opadały łagodniej niż w centrum. Przez chwilę były puste, potem pojawiły się na nich wracające ze szkoły dzieci, sprzedawcy warzyw i owoców, ciągnący towar na wózku, kobiety w kolorowych chustkach, ukryte za firankami, które starym zwyczajem spuszczały z wysokości swojego piętra na sznurku wiaderko i tak dochodziło do transakcji. A pomiędzy tym wszystkim czarne postaci zakwefionych.

Wciśnięte pomiędzy budynki, nie zakłócając linii pierzei, za ozdobnymi ogrodzeniami tkwiły malutkie cmentarze. Ustawione pionowo, wąskie nagrobki z jasnego kamienia zakończone były kamiennymi turbanami. Nieraz kolorowe i czarne kobiety zatrzymywały się przy nich na chwilę, odwracały twarze ku żelaznym prętom. Patrząc na nie, myślałam o niewygodzie chodzenia w udrapowanych, powiewających na wietrze lub mokrych w deszczu szatach, myślałam o wielkiej szpilce, którą spinają swój czarny welon na wysokości nosa. Myślałam o tym, jak wielka szpilka, równie czarna jak one całe, przy jednym nieuważnym poruszeniu wbija się w ich ciało. A przy tym nie mogłam wyjść z zachwytu, obserwując ich czarne postaci znaczące horyzont niczym ruchome przecinki kartkę papieru. Były piękne. Były zjawiskowe. Były znakiem samym w sobie, obcym, trudnym do odczytania, wpisanym w krajobraz, tworzącym miasto z siłą być może o wiele wyraźniejszą niż, gdyby swojego wizerunku zostały pozbawione.

Ulice którejś z kolei dzielnicy mieszkaniowej niepostrzeżenie przeszły w lokalną ulicę handlową, a potem w targ, który znowu usunął nam grunt spod nóg. Zaskakujące bogactwo rzeczy, wielość i taniość, tymczasowość konstrukcji, która nocą mogła zniknąć i już na to miejsce nie powrócić. Targ na całej długości przykryty był chroniącymi przed słońcem albo deszczem, białymi płachtami, podpartymi na giętkich słupach, które raz po raz chwiejnie przecinały uliczkę. Sprzedawcy krzyczeli, kłębił się tłum kolorowych i czarnych kobiet. Po wyjściu spod wielkich prześcieradeł dzielnica się kończyła, jak wiele innych tutaj - odcięta drogą szybkiego ruchu. Poniżej rozciągała się kolejna miejska panorama.



kliknij, żeby powiększyć:





cdn.

czytajcie też w strukturze poziomej:
03_4 x Uzak w listopadowym Stambule

wtorek, 13 listopada 2007
miasto mężczyzn


ablucje przed wejściem do Nowego Meczetu

W tak ogromnym mieście, w dziwnej, na poły wiejskiej, drewnianej, stambulskiej metropolii nie sposób od razu rozpoznać, nazwać, dotknąć przenikających się magnetycznych pól. Wiadomo, że istnieją. Mają swoje liczne źródła. Niektóre dają się znaleźć, inne umykają oszołomionej głowie, sercu i oku.

Po ponad dwugodzinnym locie w jasnej słonecznej poświacie, samolot wbija się w ciemne chmury. Moknie w deszczu popołudniowy Stambuł, różowe miasto przydymione mgłą i szybko w listopadzie zapadającym zmierzchem. Ale dobrze jest ruszyć wtedy z lotniska w stronę centrum nie głównymi ulicami czy metrem, namówić kierowcę taksówki, żeby ominął korki. Samochód przekracza pas kamiennych, miejskich murów i zaczyna wspinać się dalej wąskimi uliczkami. Podskakuje na bruku, ociera się niemal o te, jadące z przeciwka, jest szybki i pewny mimo tłoku. Mrok rozświetlają mdławo sklepowe witryny, niektóre z wejściami poniżej poziomu ulicy. A w nich siedzą szewcy, fryzjerzy, sprzedawcy starych radiowych odbiorników, mężczyźni pochyleni nad herbatą i partyjką szachów w zadymionych pokoikach, które pełnią rolę dzielnicowych pubów. Samochód rusza i co chwilę staje, liczę męskie twarze, które mnie mijają. Jest ich wiele.

Jedno ze źródeł stambulskiego magnetyzmu znajduję we wszechobecnej i dominującej w przestrzeniach publicznych męskości. Mężczyźni stambulscy zajmują się handlem, usługami, rozrywką. Opanowują tę warstwę miejskiej aktywności, która wymaga spotkania z innymi. Wydają się wypełniać po brzegi nastawione na turystykę rejony miasta. Ta sytuacja wpływa być może na charakter stambulskiej męskości. Albo ów charakterystyczny, a nawet tradycyjny na Wschodzie rys wpasowuje się w sytuację. Męskość stambulska z jednej strony niezwykle opiekuńcza, troskliwa i w wielu uprzejmych gestach bezinteresowna, bezustannie uwodzi – spojrzeniem, uśmiechem, otwartością. W efekcie wychowana w kulturze, w której sprawowanie opieki i uwodzenie należy do kobiecych atrybutów, zachodnia (kobieca) głowa traci kontakt z błędnikiem, pozostaje w ciągłym upojeniu.

Zakupy, jeżeli wydawały się dotąd obowiązkiem, stają się przyjemnością. Targ w Stambule to samo centrum życia. Na stambulskim Wielkim Bazarze nie kupuje się tylko ceramiki, biżuterii, pięknych pantofli z filcu z wygiętymi nosami, kolorowych szali, pstrokatych obrusów, poduszek i dywanów, ale i wyzwolone nagle marzenia, niezobowiązujące rozmowy, uśmiechy, wygrywaną z wielką naturalnością wysoką temperaturę spojrzeń. Cały ten targowy teatr wliczony jest w wygórowaną cenę herbacianych szklaneczek, albo miski w roślinny, koronkowy wzór.

A samo miasto? Jeżeli Stambuł należy do mężczyzn, jego wizerunek znowu niewiele ma wspólnego z zachodnim stereotypem. To miasto nieracjonalne, złożone z setek małych, ponakładanych na siebie narracji, zbudowane na wzgórzach, uległe wobec topografii, bliskie wodnym żywiołom.

Mężczyźni opanowali Stambuł, jego wnętrza, nabrzeża i jego mosty. Wędkarze opanowali najsłynniejszy - Most Galata. Inne – samobójcy. Skok w odmęty to bardzo popularny sposób samobójstwa wśród stambulskich mężczyzn (kobiety stambulskie nie skaczą z 60-cio metrowych mostów do Bosforu). Utrzymuje się, że to głównie samobójstwa romantyczne z przyczyn miłosnych, na które nie pomaga już obracanie w palcach przypominających różańce koralików - ziaren zmartwień. A na Moście Galata bez względu na pogodę stoją wędkarze. Wylewają śmierdzącą wodę ze swoich wiaderek wprost pod nogi przechodniów. Na przynętę kruszą długie białe bułki. Po zejściu z mostu warto kupić za 3 liry z niewiarygodnie kołyszącej się na falach łodzi–smażalni taką właśnie bułkę, wypchaną rybą i cebulą. I zjeść ją tuż obok razem z tureckimi mieszkańcami Stambułu, którzy przysiedli na małych, plastikowych stołeczkach. I z wysokości swojego stołeczka, w zapachu brudnej bosforskiej wody i ryb, w ciepłych oparach popatrzeć na kłębiący się wokół Nowego Meczetu tłum ludzi i gołębi. Popatrzeć na tłum mężczyzn.



wędkarze na Moście Galata


cdn.

czytajcie też w strukturze poziomej:
02_4 x Uzak w listopadowym Stambule



poniedziałek, 12 listopada 2007
Drugi (Inny) Orhan

Ręce ma ciepłe, bo choć pogoda jest tam zmienna, tam - na styku dwóch szalejących mórz, aura wciąż na tyle łagodna, żeby nie nosić rękawiczek. Szaleją nie tylko morza. Czasami wiatry pędzą chmury po niebie, nanizują je na wieżyczki minaretów, pada ulewny deszcz. Woda spływa potokami z wysokości, żłobiąc w wąskich chodnikach ścieżki i znaki. Wiatr wyrywa z rąk parasole. Dlatego przystanęła, usiadła na swoim miejscu i zachowując umiejętność ręcznego pisania, coś sobie jednak zapisuje, coś czyta, na coś się zapatrzy, popijając mocny turecki czaj z jedną kostką cukru. Może wreszcie pomyśli o samym mieście, bo wcześniej nie umiała. Choć na spokój nie może liczyć, szara kotka wskoczy jej zaraz na kolana, wbije w nią marujące pazurki. Ona – ja, ta druga, która została. Przeczuwam tę daleką obecność, jej umoszczoną tam, stambulską postać, widzę, jak łokcie oparła na drewnianym stoliku. Podobnie jak Pamuk przeczuwał istnienie w mieście drugiego Orhana. Spojrzy raz jeszcze z niedowierzaniem na swoje czerwono lśniące paznokcie. Czyżby chciała miasto rozdrapać? Pozostawić na nim swój ślad, albo jego ślad na sobie? Ślad w kolorze. Rzadko, nielicznym udaje się naruszyć te z natury twarde powierzchnie.


moje (jej) miejsce w Beyoğlu


From a very young age, I suspected there was more to my world than I could see: Somewhere in the streets of Istanbul, in a house resembling ours, there lived another Orhan so much like me that he could pass for my twin, even my double. I can't remember where I got this idea or how it came to me. It must have emerged from a web of rumors, misunderstandings, illusions, and fears. But in one of my earliest memories, it is already clear how I've come to feel about my ghostly other.

When I was five I was sent to live for a short time in another house. After one of their many stormy separations, my parents arranged to meet in Paris, and it was decided that my older brother and I should remain in Istanbul, though in separate places. My brother would stay in the heart of the family with our grandmother in the Pamuk Apartments, in Nişantaşı, but I would be sent to stay with my aunt in Cihangir. Hanging on the wall in this house – where I was treated with the utmost kindness – was a picture of a small child, and every once in a while my aunt or uncle would point up at him and say with a smile, 'Look! That's you!'

The sweet doe-eyed boy inside the small white frame did look a bit like me, it's true. He was even wearing the cup I sometimes wore. I knew I was not that boy in the picture (a kitsch representation of a 'cute child' that someone had brought back from Europe). And yet I kept asking myself, Is this the Orhan who lives in that other house?

(...) On winter evenings, walking through the streets of the city, I would gaze into other people's houses through the pale orange light of home and dream of happy, peaceful families living comfortable lives. Than I would shudder to think that the other Orhan might be living in one of these houses. As I grew older, the ghost became a fantasy and the fantasy a recurrent nightmare. In some dreams I would greet this Orhan – always in another house – with shrieks of horror; in others the two of us would stare each other down in eerie merciless silence. Afterward, wafting in and out of sleep, I would cling ever more fiercely to my pillow, my house, my street, my place in the world. Whenever I was unhappy, I imagined going to the other house, the other life, the place where the other Orhan lived, and in spite of everything I'd half convince myself that I was he and took pleasure in imagining how happy he was, such pleasure that, for a time, I felt no need to go to seek out the other house in that other imagined part of the city.”

(Orhan Pamuk, Istanbul. Memories and the City; Chapter one: Another Orhan)




moje (jej) miejsce i mój (jej) człowiek w Beyoğlu


cdn.

czytajcie też w strukturze poziomej:
01_4 x Uzak w listopadowym Stambule


czwartek, 01 listopada 2007
Błogosławiony, który idzie (jedzie, leci)


"Kiwaj się, ruszaj się, ruszaj. Tylko tak mu umkniesz. Ten, kto rządzi światem, nie ma władzy nad ruchem i wie, że nasze ciało w ruchu jest święte, tylko wtedy mu uciekasz, kiedy się poruszasz. On zaś sprawuje rządy nad tym, co nieruchome i zmartwiałe, nad tym, co bezwolne i bezwładne. (...) Bo wszystko, co ma swoje stałe miejsce w tym świecie, (...) jest na jego usługach. (...) Wszystko, co zatrzymuje: domy, fotele, łóżka, rodziny, ziemia, sianie, sadzenie, doglądanie jak rośnie. Planowanie, czekanie na rezultaty, wykreślanie rozkładów, pilnowanie porządków. (...)
Kto się zatrzyma - skamienieje, kto przystanie, zostanie przyszpilony jak owad, jego serce przebije drewniana igła, jego ręce i stopy zostaną przedziurawione i przybite do progu i powały". (Olga Tokarczuk, Co mówiła zakutana biegunka, w: Bieguni)


Więc ruszam, w stronę skrzyżowania
Küçük Ayasofya Cad. i Aksakal Sk. nad Morzem Marmara, Sultanahmet, Istanbul...


foto: Nuri Bilge Ceylan


(tym razem śniegu nie będzie, ale będą zwierzęta, R roni łzy na 10 dni osierocony)