agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
sobota, 31 grudnia 2005
prawie noworocznie

Po odśnieżeniu tarasu (na szczęście małego, na nieszczęście – wciąż się z nieba coś sypie, syp, syp) i pomalowaniu paznokci zastanawiam się, jak powinien wyglądać satysfakcjonujący mnie Sylwester. Stwierdzam, że w ogóle chyba nie powinien wyglądać. To Sylwester arogancko ignorujący samego siebie. Minimalistyczny? Nie powiedziałabym. Lost highway i – jak napisał ostatnio mój znajomy: “Minus trzy, droga z południa. Na kierownicy czuć wiatr. Przetacza kulki w bagażniku”.

Nie-zagubionym - jak ja - na jednej z autostrad do raju życzę dziś i w nowym roku wielu spotkań z innym, czułego dla innego podziwu i dedykuję dedykację Hansa Bellmera dla Leonor Fini:

Kiedy wszystko, czym człowiek nie jest, dołącza do niego, wtedy wydaje się, że jest wreszcie sobą. Z czułym podziwem Hans Bellmer, 1957”.

foto: T.O.


środa, 28 grudnia 2005
sylwestrowo

Zaczęło się od światła. Od absolutnej szarości nieba, z którego spadał śnieg i wiatr. Płaskie nawiewy przy krawężnikach przechodziły w miniaturowe wydmy. Porywy wiatru podkręcały niespotykany dotąd chłód. Tuż po południu dzielnica willowa pogrążyła się w tej szarości jakby zapadającego zmierzchu, upstrzona kolorowymi, coraz wyraźniej widocznymi, świątecznymi lampkami. I było w tej odświętności - pozostawionej samej sobie, osamotnienie wyludnionych domów i były myśli o końcu: starego roku, dawnych nadziei, wieloletnich przyjaźni, których nie dało się uchronić przed zmianą. Wspomnienie było podobnego światła w obcym mieście nad rzeką. Albo tego, kładącego cienie w pustych klatkach schodowych bloków z wielkiej płyty, w których przesiadywała wagarująca siedmiolatka, choć nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego nie chodzi do szkoły. Czy rzecz dotyczyła dwójki z muzyki za brak cymbałków, czy raczej uwagi w dzienniczku: biega po korytarzu i hałasuje, którą sama w imieniu rodziców podpisała już w październiku. Sypki śnieg smagał nam twarze. Ciszę, czuwającej w napięciu uliczki, zakłócił jeden po drugim huk kilku wystrzałów. Zbliżał się Sylwester.

Rafał Bujnowski, Chmury, 2004


wtorek, 27 grudnia 2005
serialówa

Moją ulubioną postacią w rzeźbiącym ostatniej jesieni polskie gusty i maniery, popularnym serialu “Magda M” była bogata, elegancka, twarda i bezczelna Szapołowska - basenówa, której się tak szlachetnie, choć epizodycznie opierał pan Piotr – anioł i prawnik, w realu Małaszyński. Zła to chyba kobieta była, zła na tyle, na ile pozwolili jej różowi scenarzyści, żadna tam w końcu Alexis i w dodatku blondynka. Żal mi, bo szans nie miała z wdzięczną prostotą tytułowej bohaterki i jej – bądź co bądź bardziej dopasowanymi do wyżej wymienionego MNŻ (mężczyzny naszego życia) – trzydziestoma wiosnami. Tymczasem serial się skończył, znaczy – pocałowali się po 15-odcinkowej drodze przez mękę cielesną i duchową, ja jednak wpadłam niemal natychmiast w objęcia kolejnego uzależnienia serialowego, na szczęście obiecująco krótkotrwałego (5 odc.) i może dzięki temu tak smacznego, obfitującego w czarne – tak jakby - charaktery. Bo oto userialowiony został debiut pełnometrażowy Patryka Vegi “Pitbull”, wystawiony w głównym konkursie na tegorocznym festiwalu w Gdyni (nie widziałam). Głośno się wokół filmu Vegi zrobiło, bo niemal jednocześnie serial wszedł do programu 2 TVP i Marcin Dorociński (filmowy Despero) otrzymał nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego >dla młodego aktora wyróżniającego się wybitną indywidualnością<.

Debiutant, Patryk Vega – pisze jedna z recenzentek o wersji filmowej - sprzedaje nam 100 minut męskiego, twardego jak ołowiany nabój kina akcji przemieszanego z dramatem środowiskowym. Pierwotnie film miał nosić tytuł „Policja” i dlatego można by go sklasyfikować jako „policyjniaka”, z pewnością jednak w dość hardcore’owym wydaniu. Bo jeśli komuś kły „Psów” (telewizyjny serial dokumentalny w reżyserii Vegi ze zdjęciami Koszałki zresztą, przyp. p) – mniej lub bardziej wściekłych - wbiły się w pamięć, to „Pitbull” odgryzie mu kawał wrażliwości”.
więcej

Skoro tak - no, no, ocierając kroplę krwi z rozgryzionej emocją wargi - zobaczę na pewno.

Serial podoba mi się wściekle, bo nic w nim nie jest takie, jak być powinno. Policjanci nie noszą fajnych ciuchów i nie biegają, bo tusza im nie pozwala i choroba wieńcowa, nikt nie chciałby się z nimi zamienić, są tak charakterystyczni, że przypominają raczej postacie komiksowe, mówią jakąś cudowną grypserą i przydałby się dźwiękowiec, żeby go puknąć w ucho, albo i nie, tak naturalistycznie to wychodzi. Pieski nie są wściekłe, blondynki są nieatrakcyjne, akumulator do tortur nie działa, Dorocińskiemu robi się już niemal opona na brzuchu, a przecież miał być tu pierwszym amantem, nie mówiąc o fryzurze. Akcja zamiast toczyć się wartko wokół jakiejś głównej osi kryminalnej, ciągle grzęźnie w spowolnionych obrazkach z życia tych anty-bohaterów, poruszających się na jakiejś chwiejnej i niewyraźnej granicy prawa i bezprawia, które służą raczej kontemplacji gry aktorskiej całej gromady fantastycznych brzydkich mężczyzn. Jestem zachwycona przerysowaniem konwencji i nie mam pojęcia, jak to się wszystko da jeszcze posklejać do kupy, żeby mnie przekonało, że miałam do czynienia z tzw. poważnym polskim telewizyjnym serialowym szoł. Przyznaję, że nic mi tu nie mrozi krwi, może poza kilkoma łypnięciami Despera spod grzywki, więc pewnie coś nie wyszło tak, jak powinno wyjść, a może jednak nie i wreszcie znalazłam swój ulubiony serial - na krótko.
więcej


na pierwszym planie: Metyl i Benek, za nimi: Nielat, Gebels i Despero, w tle: nie komisariat

ps. kolejne odcinki serialu nie są przeznaczone dla dzieci.

niedziela, 25 grudnia 2005
opowieść wigilijna

Kiedy nowa świąteczna piłeczka tuż przed świętami tak niefortunnie wpadła nam za kuchenne szafki i nie mogliśmy jej stamtąd wydobyć, leżeliśmy z R na podłodze, rozpłaszczeni niczym żaby, machając bezradnie rączkami i ogonami, w otoczeniu linijek, mioteł, lusterek i – nie wiedzieć czemu – magnesów na lodówkę w kształcie biedronki i jabłka. I wtedy pod wpływem spojrzenia R, który zdawał się tym spojrzeniem obwiniać mnie o wszystko, przypomniałam sobie moje ulubione opowiadanie Kereta pt.: “Rury” i wytoczyłam je jak armatę z pamięci, i zaczęłam R przekonywać, że jego nowa świąteczna piłeczka tak naprawdę zniknęła, a za naszymi kuchennymi szafkami najpewniej znajduje się wejście do raju. R popatrzył na mnie wtedy z politowaniem, pretensją w głosie zmuszając, żebym bardziej się postarała. Postarałam się. Jednak zdarzenie to miało swoje konsekwencje. Okazało się, że w zmoczonej deszczem, świątecznej GW znajdują się dwa nowe opowiadania tegoż Etgara Kereta i że już w styczniu ukaże się kolejny tom autora pt.: “8% z niczego”, co – muszę przyznać - bardzo mnie ucieszyło. Tymczasem postanowiłam zacytować w całości moje ulubione opowiadanie pt.: “Rury”, bo po pierwsze jest krótkie jak większość opowiadań z tomu “Gaza blues”, a po drugie bardzo pasuje do barszczu, który został mi po Wigilii, o fasoli nie wspominając.


ETGAR KERET “RURY” (w przekładzie z hebrajskiego Agnieszki Maciejowskiej)


Kiedy przeszedłem do szóstej klasy, pojawił się u nas w szkole psycholog i zrobił nam testy kwalifikacyjne. Pokazał mi jeden po drugim dwadzieścia różnych obrazków i zapytał, co w nich jest nie w porządku. Wszystkie wydawały mi się zupełnie w porządku, ale on się uparł i pokazał jeszcze raz pierwszy obrazek z chłopcem. - Co na obrazku jest nie w porządku? - zapytał zmęczonym głosem. Odpowiedziałem, że obrazek jest zupełnie w porządku. Strasznie się zirytował. - Nie widzisz – powiedział – że chłopiec na obrazku nie ma uszu? Rzeczywiście, teraz, kiedy jeszcze raz się przyjrzałem, zobaczyłem, że chłopiec naprawdę nie ma uszu, ale sam obrazek nadal wydawał mi się zupełnie w porządku. Psycholog określił mnie jako >cierpiącego na poważne zaburzenia percepcji< i skierował do technikum stolarskiego. W technikum okazało się, że mam alergię na pył drzewny i przeniosłem się na ślusarstwo. W zawodzie byłem całkiem niezły, ale nie sprawiało mi to przyjemności. Prawdę mówiąc, właściwie nic nie sprawiało mi specjalnej przyjemności. Kiedy skończyłem naukę, zacząłem pracę w zakładzie produkującym rury. Moim kierownikiem był inżynier z politechniki. Facet niesamowicie błyskotliwy. Gdyby mu pokazać obrazek z chłopcem bez uszu, połapałby się raz dwa.

Po godzinach pracy zostawałem w zakładzie i budowałem sobie całe systemy giętych rurek, które wyglądały jak pozwijane węże, i przetaczałem przez nie szklane kulki. Wiem, że to brzmi idiotycznie i nawet specjalnie mnie to nie bawiło, ale mimo wszystko nadal się tym zajmowałem.

Pewnego wieczora złożyłem rurkę cholernie skomplikowaną, z mnóstwem zgięć i zakrętów i kiedy wturlałem w nią kulkę – kulka nie wypadła z drugiej strony. Początkowo myślałem, że ugrzęzła gdzieś po drodze, ale kiedy przetoczyłem jeszcze ze dwadzieścia kulek, zrozumiałem, że one po prostu znikają. Wiem, że to wszystko co mówię brzmi trochę głupio, każdy przecież wie, że szklane kulki nie znikają, ale kiedy przyglądałem się im jak wsadzane do rury z jednej strony, nie wychodzą z drugiej – nie wydawało mi się to nawet dziwne, to po prostu wyglądało zupełnie w porządku. Postanowiłem więc zbudować sobie dużą rurę, dokładnie według tego samego wzoru, i przeczołgać się przez nią, aż zniknę. Kiedy myślałem nad tym pomysłem, byłem taki zadowolony, że zacząłem się śmiać. Chyba śmiałem się po raz pierwszy w życiu.

Od tego dnia zacząłem pracę nad olbrzymią rurą, pracowałem nad nią każdego wieczora, a rano ukrywałem części w magazynie. Dwadzieścia dni zabrała mi ta budowa, a ostatniej nocy przez pięć godzin składałem ją z części i zajęła chyba z pół hali. Kiedy na nią patrzyłem, doskonałą i czekającą na mnie, przypomniałem sobie nauczycielkę socjologii, która powiedziała kiedyś, że pierwszy człowiek, który użył maczugi, nie był wcale najsilniejszym czy najmądrzejszym ze swojego plemienia – tacy nie potrzebowali maczug. Po prostu potrzebował jej bardziej niż inni, żeby przeżyć i ukryć swoją słabość. Nie sądzę, żeby był na świecie człowiek, który chciałby zniknąć bardziej ode mnie, i dlatego wynalazłem tę rurę. A nie jestem genialnym inżynierem, który kieruje naszym zakładem.

Zdecydowałem się przeczołgać przez rurę, chociaż nie wiedziałem, co mnie czeka po drugiej stronie. Może będą tam dzieci bez uszu, siedzące na stertach szklanych kulek, może... Nie wiem, co się dokładnie stało, kiedy przeszedłem przez określony punkt w rurze, wiem tylko, że teraz jestem tutaj.

Myślę, że teraz jestem aniołem, to znaczy, że mam skrzydła i takie kółko nad głową i są tu jeszcze setki takich jak ja. Kiedy tu dotarłem siedzieli i grali w szklane kulki, które przeturlałem przez rurkę kilka tygodni temu.

Zawsze myślałem, że raj to takie miejsce dla ludzi, którzy byli dobrzy przez całe swoje życie, ale to wcale nie tak. Bóg jest zbyt łaskawy i miłosierny, żeby urządzić to w ten sposób. Raj to po prostu miejsce dla tych, co nie potrafili być szczęśliwi na Ziemi. Wytłumaczono mi tutaj, że samobójcy wracają z powrotem na Ziemię i przeżywają życie od nowa, brak zadowolenia w pierwszym wcieleniu nie oznacza bowiem, że nie znajdą swojego miejsca w następnym. Natomiast ci, naprawdę nie pasujący do świata, znajdują drogę tutaj, każdy ma swoją własną drogę do raju.

Są tu lotnicy, co żeby tu dotrzeć wykonali pętlę dokładnie w określonym punkcie Trójkąta Bermudzkiego. Są gospodynie domowe, które przeszły przez tylne ścianki swoich szafek kuchennych, żeby się tu znaleźć, i matematycy, co wyszukali w przestrzeni topologiczną anomalię i przez nią tu przepełźli. Więc jeśli naprawdę nie jesteś tam na dole szczęśliwy i różni ludzie mówią ci, że cierpisz na poważne zaburzenia percepcji, poszukaj swojej drogi, a jak ją znajdziesz – weź ze sobą karty, bo kulki już nam dość obrzydły”.




piątek, 23 grudnia 2005
prezenty

Idą święta i dziś już nie można tego faktu zignorować. Znikąd ratunku. Na samą myśl o ciasteczkach imbirowych robi mi się słabo. Święta trwają przecież od kilku tygodni. Jedynym może sposobem na złagodzenie wszechogarniającej świątecznej słodyczy są oczywiście prezenty. W tych nie tylko miodem i mlekiem płynących czasach w moim rodzinnym domu obdarowujemy się prezentami praktycznymi, lub specjalnie przygotowanymi na tę okazję talonami na nie, bo czas przed świętami to jest towar deficytowy, więc nie każdy zdąży. Jutro dostanę talon na suszarkę prostującą włosy. Super. Czasami udaje mi się nieco zakłócić ten szlachetny obyczaj i dać komuś prezent kompletnie nie na miejscu. Na przykład mój kuzyn Bułgar dostanie ode mnie jutro zestaw do jedzenia pałeczkami liczi w syropie. Moja ciotka zamiast kremu na zmarszczki – filiżankę do picia kapuczino z niezdarnie wyłażącym z niej, ceramicznym krokodylem i informacją, że picie kapuczino w towarzystwie dzikich zwierząt dobrze wpływa na cerę. Staram się natomiast unikać sklepów ze specjalnymi “śmiesznymi” czy “dziwnymi” akcesoriami, odkąd ktoś mi powiedział, że można tam kupić żelowe akwarium dla mrówek.


Jednak gdybyśmy sami mieli wybierać, to kto wie... R z pewnością poprosi Mikołaja, Gwiazdora, czy Aniołka o nową nową świąteczną piłeczkę, bo stara nowa świąteczna piłeczka tak niefortunnie wpadła podczas jego szaleństw za kuchenne szafki, że chyba bez rozkręcania nie wyciągnę. Ja zaś – bo o Bułgarach była już mowa – poproszę Mikołaja, Gwiazdora, czy Aniołka o Bułgara, który nie będzie moim kuzynem.

Kim jest Bułgar?

Bułgar jest postacią autentyczną, językowym papierkiem lakmusowym, choć miewa kłopot ze słowem >koniecznie<, uwielbia je po prostu i się z nim nie rozstaje, poza tym jest rzeźbiarzem, lubiącym jeść, pijącym - a jednak, wybitnie zdolnym, uroczym, przystojnym, wysokim mężczyzną, wzorem talentu i dobrych manier, skrytym, małomównym – zależy kiedy, z dużym dystansem do ludzi, choć oni do niego lgną. Potrafi wybudować dom, bez pomocy. Nigdy nie wierzył w pieniądze. Ma na imię Janko, ale przedstawia się po prostu – Bułgar. Raz postanowił wyrzeźbić kawałek wody - w drewnie. No więc – drogi Mikołaju, Gwiazdorze, Aniołku na te święta zamawiam Bułgara i jego ulubiony dowcip o drzewie.

>Co będzie, kiedy wejdziesz na szczyt drzewa?< - pytał (Bułgar) podchwytliwie. Odpowiedź była na ogół taka sama – >nie mam pojęcia<. >Na drzewie będą dwa czubki< – mówił, pękając ze śmiechu. Zawsze!
- Bułgarski dowcip? - Prawdopodobnie”. (Maciej Malicki, 60% słów)

do widzenia się z panem Bułgarem jutro

a wszystkim życzymy spełnienia świątecznych marzeń!



czwartek, 15 grudnia 2005
pocieszenie dla lalek świata tego

Jens Bjørneboe:

"Bardzo podniecające jest stwierdzić, czy to na co cierpimy, to choroba prowadząca do śmierci, czy choroba prowadząca do życia. Czy jeśli kiedykolwiek minie, to wyjdzie się z tego całkiem zdrowym, czy pozostanie się duchowym inwalidą? Jeden z moich przyjaciół, zarządzający bardzo małym domem wariatów w Szwajcarii, powiada, że jeśli zdołamy się wygrzebać z choroby o własnych siłach, to następstwem będzie znaczne pogłębienie zdolności odczuwania. Brzmi nęcąco".


lalkom życzymy wytrwałości

poniedziałek, 12 grudnia 2005
czołem do Innego

Niejasność, nieciągłość, nietrwałość, niestabilność świata przedstawionego, stworzonego na ekranie komputera, jak i konstrukcji samej fabuły. Galopująca sztuczność. Pomysłowa powierzchowność i ukryta pod nią nić logiczna, która się rwie, życie podzielone na poziomy, na których rozgrywają się różne, dosyć banalne historie, coś ciemnego i śmiesznego jednocześnie, mieszanka zużytych futurystycznych motywów, egipskiej mitologii, romansu i kryminału. Nie oglądam filmów sf, choć jestem w stanie zaakceptować i docenić podobne wątki u Kar-wai'a. Zatrzymał mnie widok dryfującego w tunelu metra Nikopola (Thomas Kretschmann), w umazanym krwią, kiedyś białym kombinezonie, z odciętą nogą, recytującego katastroficzne wiersze, w którego ciele zamieszka bóg Horus. To scena z ekranizacji komiksu Enki'ego Bilala (Jugosłowianina od lat mieszkającego we Francji) z dziwną, niepokojącą muzyką Gorana Vejvody w tle - “Immortal. Kobieta pułapka” (2004).

Skojarzenie nie jest odległe. Mam wrażenie, że film Bilala i wykład Faustino pt.: "Corpus Delicti" dryfują w tym samym kierunku.

- Komu pokazujesz? - Mówiłem. Czterem. Reszta chyba nawet nie wie, że piszę, przynajmniej nikomu o tym nie mówiłem. Nie mają zielonego pojęcia. Nawet nie przeczuwają. - Warto pokazywać? - O tak. Wybranym. Niepewność drzemie. - Tli się. - Niech będzie. - Pochwalony. - Niech będzie pochwalona niepewność. - Jednak? - Tak. (Maciej Malicki)

Z Mangghi wyszłam w konsternacji. W przedłużającym się milczeniu. We Freudowsko-Sennettowskim dysonansie poznawczym. Otoczona zbyt wieloma pytaniami, których właściwie nie umiałam sformułować. Miałam natomiast wrażenie, że wszystko, co zostało powiedziane, domaga się ponownego wyjaśnienia, mimo jednoczesnej obawy, że takie wyjaśnienie nie jest potrzebne. Albo, że jest na nie po prostu za wcześnie. Przypomniałam sobie, co powiedział Didier Fuiza Faustino zaraz po tym, jak poprosił o zmniejszenie intensywności światła, które na niego padało, tłumacząc tę prośbę własną nieśmiałością. Powiedział, że architekt to jest dziwna osoba. Przy całej swojej rzekomej dziwności Didier był tego wieczora raczej: delikatnie onieśmielony, delikatnie uśmiechnięty, ujmujący naturalnością, przekonany, że to, co robi, może stać się ważne nie tylko dla niego, pomysłowy, bezpośredni, otwarty, zabawny. Poprzedni dzień spędził w Warszawie. Nocą nie mógł spać. Z papierosem w ustach i butelką w kieszeni wyszedł z hotelu. Długo spacerował pogrążonymi we śnie ulicami. Nie wiem, czy kogoś spotkał.

Lalka Hansa Bellmera

Śledztwo rozpoczynam od jednej z lalek Bellmera, która pojawia się na kilkanaście zaledwie sekund na ekranie i nie opatrzona właściwie komentarzem, próbuje grać rolę Czechowowskiej strzelby, która w finale nie wystrzeli, ponieważ i o finale nie będzie tu mowy. Pokazana przez Faustino lalka - dramatycznie upozowany korpus, zakończony z obu stron rozrzuconymi na boki nogami – cicho leży. Porzucone, martwe ciało bez twarzy, obiekt swoistej mutacji, przedmiot oglądu, budzący na przemian odrazę i współczucie. Lalka wychodzi z Cienia ciała, jest projekcją jego mrocznej podświadomości, podprogowym komunikatem, zlekceważonym i pominiętym, a uruchamiającym przecież całą lawinę nastrojów. Kot Jeleński da temu wyraz w swoim eseju o Bellmerze, pisząc: “Pejzaż wewnętrzny ciała związany jest ze śmiercią i miłością: kochanek i morderca są jego uprzywilejowanymi eksploratorami. Zanim jeszcze zaczęła się wielka przygoda sztuki nowoczesnej, w czasach gdy powłoka ciała ludzkiego stanowiła dla oka artysty nieprzekraczalną granicę, niektóre z najbardziej wstrząsających obrazów mogliśmy zawdzięczać tylko przedstawieniom tortur oraz badaniom anatomicznym. (...) Owa eksploracja potrzebowała ongiś jakichś pretekstów. Dawni mistrzowie wprowadzali nas więc w labirynt naszego ciała z wielką niewinnością, naukową czy historyczną. Hans Bellmer jest pierwszym eksploratorem tego labiryntu w pełni świadomym i nielitościwym. Pośród fantazmatów, które zrodziła sztuka nowoczesna, a które żyją teraz własnym życiem, wciąż gotowe ożywiać wyobraźnię ludzi, jednym z najbardziej wpływowych, najbardziej olśniewających jest Lalka Hansa Bellmera. Znacząc więcej niż obraz, więcej niż przedmiot, zrodziła swoją własną mitologię, stała się fetyszem, idolem. Jego poszczególne istnienie straciło teraz na znaczeniu, ma bowiem własną biografię, swoje rozliczne odbicia, swoją poezję i filozofię”.

Lalka Hansa Bellmera, w tle...

Architektura Faustino zdaje się sabotować ducha, podobnie jak jego wykład. Jeżeli zgodzić się z opinią, że dawne rozdzielenie i hierarchizacja ciała i ducha (jako wiedzy, świadomości), dziś zostało odwrócone i duch, poddany subtelnej kontroli mediów, reklamy, mody, medycyny i technologii, więzi ciało, architektura taka - waleczna - zawsze będzie w jakimś stopniu “nielitościwa”. Ma być przede wszystkim doświadczeniem dla zmysłów. Wyrafinowane estetycznie krzesło z metalowych rurek, na którym siedzi naga dziewczyna, obiecuje dysonans, zaburzenie przyjemności, każe uważać na swoją architekturę, uważać na siadające ciało, pokazuje jak rodzi się dwuznaczność piękna, poddającego ciało namacalnym represjom. Innym razem to będzie fragment ściany z drabinką, prowadzącą do wgłębienia, które dając wytchnienie oglądającemu wystawę, jednocześnie wystawia go na ogląd, wystawia jako dzieło sztuki. Natomiast podłoga zostanie zamieniona w reagujące na poruszenia ciała wodne środowisko, każdy krok po jego powierzchni zostawi ślad, podobny do tego, jaki zostawia wrzucony do wody kamyk. Sufit galerii, zrobiony z delikatnej folii, przypomina raz falującą membranę, skrzela wielkiej, egzotycznej ryby, innym razem ciepłą, błyszczącą otulinę. Łóżko z taśm, niezwykle wygodne, jak zapewnia Faustino, złożone w hołdzie - nie wiedzieć czemu – właśnie Gaudiemu, nieodmiennie kojarzy mi się z fotografiami spętanych, nagich kobiet Arakiego. Te wszystkie eksperymenty z architekturą tworzą prototypowy alfabet chwytów, z których korzysta architekt, projektując inne obiekty, a te nigdy nie są zwyczajne. Jego zdaniem nie ma złej architektury, ale ta niezwyczajna jest lepsza.

Chociaż trochę to wszystko wygląda jak zabawa. Faustino pokazuje zdjęcia swoich współpracowników z biura, które założył, z jakby dziecięcą ręką domalowanymi włosami. Jego pierwszym poważnym projektem był domek ze ścianami z folii dla kilku portugalskich chłopców. Kolejny – też letni domek dla dzieci – zawieszony nad taflą wody. Być może właśnie ta dziecięcość, dziecinada, prowadzi go ku wnioskom, dotyczącym wagi >życia w ciele<, które przeciwstawia się dorosłemu, doniosłemu >życiu w umyśle<.

Faustino projektuje architekturę w służbie ciała. Wielokrotnie ciało, jego poruszenia, wymiary są punktem wyjścia dla form, czy to będzie siedziba firmy komputerowej, eksperymentalny wieżowiec-pułapka, czy przestrzeń dla małżeństwa psychiatrów i kolekcjonerów sztuki w kształcie zawieszonego na linach niby-orzecha (ach, te bliskie rozmowy w cztery oczy). Ta restrykcyjna ergonomia daje się odczuć. W jakiś sposób ogranicza, definiuje. Poza architekturą, także samo ciało.

Pobudzone, świadome siebie ciało poszerza swoją strefę odczuć. Jest aktywne, dynamiczne. Faustino proponuje inny sposób radzenia sobie z czasem. Pokazując zdjęcie polaroidowe, zestawia je z procesem projektowym, mamy mało czasu – mówi – ale w odpowiedzi zamiast spowolnić, akceptuje dynamikę współczesnego życia, wyostrza zmysły nie po to, by kontemplować, ale odbierać coraz więcej, szybciej, sprawniej, intensywniej. Być może to jest utopia, a może forma przystosowania się, czerpania z dostępnych jakości, napędzana swego rodzaju atawizmem. Jednak ta otwartość na różnego rodzaju bodźce owocuje też wrażliwością na zmiany zachodzące w ciele, w organizmie społecznym. Stąd w odniesieniu do Faustino pojawia się pojęcie architektury zaangażowanej, a nawet krytycznej, żeby nie powiedzieć offowej. Architektury reakcyjnej, będącej reakcją na to, co się wokół nas dzieje, reakcją, która jest konsekwencją procesu angażowania ciała, a poprzez ciało także i ducha, jego przebudzenia, zerwania z obojętnością. Faustino projektuje walizkę do przewożenia nielegalnego emigranta (w kształcie jego ciała, ułożonego w pozycji embrionalnej), etyczną manifestację architektury, nie dającej się zaakceptować.

Swoją offowość (choć nie używa tego słowa) mógłby zdefiniować za pomocą postulatów, którymi się na co dzień posługuje, architektury nietrwałej, eksperymentalnej, taniej, zmechanizowanej, mobilnej, zaangażowanej i w gruncie rzeczy – uniwersalnej, posługującej się futurystyczną estetyką epoki poprzemysłowej. Taki charakter miały na przykład projekty: pływającego na barce kompleksu sali koncertowej, kina i galerii (Arteplage Mobile du Jura, Expo 02), przenośnego domu na 1m² (przykład architektury narcystycznej dla tych, którzy lubią mieć domy w wielu miejscach na świecie), domu z prywatnym bilbordem, na którym w przestrzeni publicznej pojawiały się projekcje z wnętrza, mieszkań dla Marsjan składanych w miasto jak puzzle, chińskiego biurowca z centralną złotą klatką, otwartą na nowe praktyki, relacje, pragnienia i przyjemności, schodów do gry w koszykówkę (A Starway to Heaven), przenośnego fight-clubu, znoszącego granicę między publicznością a bokserami, Casa Nostra – centrum kulturalnego w kształcie wirusa z salonikami w złotych kontenerach (projekt konkursowy przygotowany dla podparyskich blokowisk).

Architektura według Didiera Fuiza Faustino opiera się na myśleniu o trzech zasadniczych pierwiastkach: ciele, kontroli i mobilności. Definiowana jest jako, ograniczona twórczym wyborem, kontrolowana przestrzeń atrakcji. W latach 90. swoje architektoniczno-artystyczne eksperymenty wpisuje w projekt LAPS - Laboratory of Architecture, Performance and Sabotage. Zastanawiam się, czy bawiąc się wciąż swoimi pomysłami, stanął już na granicy Cienia ciała, w końcu życie w ciele, to życie w nieświadomości. Tego nie wiem. Czy Didier nadal bawi się lalkami?

czytaj, słuchaj i oglądaj:

Didier mówi tu
(szukaj wejścia po prawej na dole strony)
o Didierze czytaj tu

poniedziałek, 05 grudnia 2005
Po Południu. Prolog.

Tory kręcą mniej niż rzeki. (Maciej Malicki)

Podróż koleją nie wydaje mi się męcząca. Jestem w stanie jechać bardzo długo, siedząc w fotelu właściwie bez zmiany pozycji. Moje ciało znajduje się wtedy w stanie fizycznej i mentalnej hibernacji. Chce tylko drzemać, ewentualnie czytać i patrzeć - przy jak najmniejszym wysiłku. Byle by nie było za gorąco. Wtedy jestem zmęczona. Ale tu, w tych komfortowych jak na nasze warunki pociągach IC temperaturę reguluje się co do stopnia, naciskając odpowiedni guzik. Jest ładnie, czysto, dużo miejsca na nogi, każdy siedzi w osobnym fotelu, nie grozi nam więc dotknięcie Obcego, nie zagraża jego chybotliwie majtająca we śnie głowa, która mogłaby opaść, opierając się o nasze ramię. Skomplikowane wzory i obliczenia uwalniają od tego potencjalnego niebezpieczeństwa.

Tymczasem przedział oprócz mnie zajmują dwaj panowie w garniturach i z teczkami, udający się do stolicy najprawdopodobniej w interesach. Jeden z nich ma ładny głos, ujawniony przy powitaniu, a oczy zajęte podręcznikiem do nauki angielskiego. Drugi czyta “Spóźnionych kochanków” Whartona, co go już w punkcie wyjścia dyskwalifikuje. Po jakimś czasie owa sielankowa atmosfera wyciszenia i wspólnej lektury zostaje zakłócona pojawieniem się dwóch zaprzyjaźnionych pań. Obie dzierżą w dłoniach kolorowe pisma, co nastraja mnie optymistycznie, zajmą się czytaniem i oglądaniem. Mylę się jednak, pisma pozostaną zamknięte, ułożone wdzięcznie na kolanach, panie zaczynają rozmawiać.

Staram się nie krzyżować rąk, ani nóg. Rozluźniam szczękę. Wyobrażam sobie, że siedzę, a właściwie półleżę w opakowaniu. Mój kształt otoczony jest czymś, co przypomina przezroczysty namiot. Nie dochodzą do niego dźwięki, zapachy, nie zmienia się klimat. Trwam. Niestety niezbyt długo. Przechodzimy razem przez mękę nauki gry na fortepianie. Sześć godzin dziennie to mało. W Elblągu nauczycielowi z chorymi palcami wystarczyły trzy, ale nie u gdańskiej pianistki. Czasy studenckie spędzimy na stancjach, poznamy zakamarki każdej z nich po kolei, ich właścicieli i współlokatorów. Weźmiemy udział w kilku konferencjach naukowych na UJ-ocie, prześledzimy sposób radzenia sobie z tremą podczas publicznych wystąpień. Potem otworzymy przewód doktorski. Poznamy historię uzdolnionej nastolatki, która przychodzi po poradę do szkolnego psychologa, a ten stara się ze wszystkich sił, może ta... kogne... kogni... tywistyka byłaby dla uczennicy odpowiednim kierunkiem studiów. Uczestniczymy w kinderbalu. Dzieci bawią się w teatr, na szerokim parapecie okna znajduje się scena, a zasłony pełnią funkcję kurtyny. Dom domaga się remontu. Remontujemy ze szczegółami. Poznajemy rodzinę spod Uralu i Gienię magika, Gienadija, bigamistę, masażystę z chińskimi certyfikatami. Bez trudu uda nam się rozpoznać na ulicy każdego z krwenych. Ich żony też nie przemkną niezauważone, o psach nie wspominając.

Panie wysiadają w stolicy, podobnie - panowie, przedział wypełnia się kolejnymi pasażerami. Wśród nich znajdzie się młode małżeństwo, przebrane za dojrzałe małżeństwo (ona obwieszona biżuterią, on zagarniturowany i opłaszczony), roztrząsające swoje problemy i żale (...dlaczego bez mojej wiedzy zgodziłeś się na Sylwestra u Ł? Przecież mieliśmy jechać w góry, albo iść do C, żadnej innej ewentualności nie brałam pod uwagę...); przewiercająca mnie na wskroś, jakby przysypanymi mąką oczami “Dziewczyny z perłą”, dziewczyna; małżeństwo nauczycielki i śpiewaka operowego, jadące na koncert, na którym on zaśpiewa, choć zwykle śpiewa w Wiedniu, albo w Dreźnie. Śpiewak próbuje cicho ćwiczyć, opowiadając jednocześnie żonie o losach wszystkich po kolei przyjaciół z Austrii i Niemiec, a ona o tym, co zdarzyło się w trakcie jego nieobecności (wczoraj wrócił ze Berlina) u przyjaciół warszawskich. Wydaje mi się, że jednak trafiłam z deszczu pod rynnę.

- Milczenie panuje między osobami. Milczenie to akcja, a cisza to stan. Cisza otacza osoby. (...) Cisza otacza milczenie. (...) Milczenie jest bardzo ważnym elementem wszystkiego. Gadu gadu. Nie bierz tego poważnie. Żartuję. - Żartujesz? - Złe słowo. Dworuję. - Dworujesz? (Maciej Malicki)

Jak chce Richard Sennett w książce “Ciało i kamień. Człowiek i miasto w cywilizacji Zachodu”: mieszkaniec współczesnego miasta, fizycznie i mentalnie odcięty od pozostałych, mknie autostradami w swoim szybkim samochodzie (lub w wymarzonym przedziale pociągu IC), uciekając w wygodę codzienności, która nie stawia mu żadnego oporu, nie wzbudza emocji, czy wątpliwości. Sennett cytuje teorię Freuda, wyłożoną w 1920r. w tekście „Poza zasadą przyjemności”. Z niej wyprowadza drogę ratunku dla mieszkańców współczesnych miast Zachodu. Zdaniem Freuda pod wpływem tęsknoty za niemowlęcym niebytem, za przyjemnością jakiej doznawaliśmy w łonie matki, za stanem owej pozbawionej tarć, doskonałej harmonii, zwykliśmy tak kształtować nasze życie, by w jak największym stopniu ograniczyć niewygodne, zakłócające ów potencjalny stan pełni, bodźce. Jednak bierność i separacja prędzej czy później powodują poważniejsze zakłócenia funkcjonowania, w rezultacie chorobę. Postawieni w obliczu sprzecznych doznań, pod wpływem dysonansu poznawczego zaczynamy skupiać uwagę na innych, nieznanych dotąd obszarach, badać je, poruszać się po nich, stajemy się aktywni, twórczy, ciekawi, otwarci. Jednak są to obszary, w których pełna harmonii przyjemność nie jest możliwa. Wobec tego Sennett zgłasza postulat wymiany obecnych w naszym życiu wartości na inne: prędkości na spowolnienie, bierności na aktywność, separacji na kontakt.

- Nie lubisz miasta? - Lubię. Miasto to miasto. Wędrówka to wędrówka. Dwie sprawy. Wychodzi się z miasta, żeby wędrować. - Po mieście nie lubisz wędrować? - Lubię. Powiem tak. Wychodzę z miasta, a celem jest inne miasto. To nie chcę mieć na trasie miast. Wystarczą dwa. Wyjściowe i docelowe. Jakoś tak. Nie potrafię jasno uzasadnić. - Rozumiem. Potrafisz. Wiem, o czym mówisz. (Maciej Malicki)


Poprzedniego dnia oglądałam dokument o kręceniu filmu, który lubię. Jego bohaterowie mieszkali w podupadającej portowej dzielnicy Buenos Aires, w kamienicy, która niemal do złudzenia przypominała tę, w której ja miałam spędzić noc. Z ostatniego piętra kamienicy obserwowałam przyprószone śniegiem dachy, próbowałam zaglądać w oświetlone okna po przeciwnej stronie wąskiej uliczki, robić coś, na co północna chłodna prostota nie pozwala. Klatka schodowa była plątaniną małych korytarzyków, skupionych wokół schodów. Na główny, wewnętrzny korytarz wychodziły okna mieszkań, skrzętnie zakryte zasłonami. Na każdym piętrze znajdowały się zamknięte na kłódkę, dwuskrzydłowe drzwi z małymi szybkami, przez które widać było niewielkie, nieregularne w kształcie balkony. Oprócz tych drzwi wychodziły na nie jeszcze jedne identyczne, prowadzące do innej może, ukrytej klatki schodowej i okno balkonowe. Brama wejściowa wyłożona była odpadającymi tu i tam, pokruszonymi, drobnymi kafelkami. W pokoju po zgaszeniu światła poczułam bardziej, niż usłyszałam stęknięcie ramy łóżka tuż przy mojej głowie, jakby ktoś ciężki się o nią oparł i powiew zimnego powietrza, które przez chwilę unosiło się obok, dotykając mojego policzka.


nad dachami Południa - widok z mojego sobotniego okna, rano

oko lewe
oko prawe

Pociąg wjechał na most. Pewnie bym tego nie zauważył w ciemności i w deszczu. Usłyszałem most. (Maciej Malicki)

Wracałam. Staliśmy na moście. Pociąg zatrzymał się nagle. Najpierw słychać było taki suchy dźwięk, plaśnięcie, jakby ktoś otwierał butelkę z szampanem, ale dłużej, niż to się zwykle dzieje. Popatrzyliśmy na siebie porozumiewawczo, jeszcze z uśmiechem, ale już z kiełkującym pod nim niepokojem. Co nas tu jeszcze dzisiejszego wieczora spotka? Czy dotrzemy bezpiecznie do domu? A w dole rzeka – powiedział Rosjanin miękko, z akcentem. Było ciemno, rzeka – jeżeli rzeczywiście znajdowała się pod nami – nie dawała żadnego znaku życia, rzeka była tak samo ciemna, matowa, jak noc. Po raz wtóry, szalejący po korytarzach naszego pociągu, kibice piłki nożnej pociągnęli za hamulec bezpieczeństwa. Patrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem. Kto ich tu wpuścił, kto na to pozwolił, dlaczego nie zapytano nas o zdanie, dlaczego narażono nas na taki dyskomfort, na niepewność, na wciąż rosnące opóźnienie pociągu, jakby nie było - IC? Młodzi ludzie w bluzach z kapturami wypełnili wagon restauracyjny do ostatniego miejsca. Potem barwnymi korowodami sunęli ku lokomotywie, tupiąc i śpiewając jak w karnawale, który się przecież jeszcze nie zaczął. Na stacjach biegli do najbliższego sklepu i wracali z naręczami worków foliowych, wypełnionych piwem i chrupkami. Oddziały policji w białych kaskach, z przezroczystymi tarczami ochronnymi pilnowały, żeby żaden z nich nie został na peronie. Na asfalcie leżały kawałki rozbitego szkła. Na korytarzu przy naszych drzwiach stanęła dziewczyna, zaczepiła jednego z szalikowców, zapalili papierosa. Słyszeliśmy jak chłopak przepraszał ją za zachowanie kolegów, twierdząc, że to tylko jednostki są agresywne i uciążliwe. Przytrzymywał przy tym swój szalik, kładąc na nim płasko dłonie, jakby się staroświecko, z galanterią kłaniał. Siedzieliśmy zamknięci w przedziale. Chcąc uniknąć zaczepek, zasłonięci od strony korytarza grubą zasłoną. Oprócz mnie - dwie panie, student, Rosjanin z córką nastolatką, która czytała “Lolitę” i miała na palcu złotą obrączkę. Potem, wysiadając na swoich stacjach docelowych, żegnaliśmy się czule, życząc sobie powodzenia i machając z okna, złączeni wspólnym nieznośnym doświadczeniem. Kiedy przyszła moja kolej, w przedziale zostawiłam już tylko niepocieszonego studenta, jechał aż do Gdyni. Na korytarzu stało trzech funkcjonariuszy SOKu i chłopak z brązowym dogiem. Pierwszy raz pasażerowie byli zadowoleni, że jadą z psem – powiedział chłopak i uśmiechnęliśmy się do siebie i do funkcjonariuszy, jeden z nich miał ładne, ciemne oczy. Kiedy wysiadłam z pociągu, wmieszałam się w grupę pasażerów, zastanawiając się, czy nie powinnam poczekać, dopóki pociąg nie odjedzie. Dopiero teraz zobaczyłam, że cały przód wypełniony jest kibicami. Wszystkie okna oblepione były kolorowymi kapturami. Może butelek już nie mieli, zamiast tego - kibice obrzucili nas stekiem inwektyw, które oczywiście nie mogły zbytnio skaleczyć. Pociąg ruszył. Wracaliśmy do swojego świata.



wciąż zamglona pozostałość po Południu w oku lewym.

cytaty pochodzą z ksiażki "60% słów" Macieja Malickiego, Biuro Literackie Port Legnica, 2003, złowionej w Zielonej Sowie.

cdn. czyli Didier Fuiza Faustino bardzo na temat - o ciele, kontroli i ruchu czyli o architekturze.

czwartek, 01 grudnia 2005
prawie szósta po południu

"Jestem tam, gdzie jest przyjaźń
ale nie ma przyjaciół, gdzie rośnie
oczarowanie, ale nie ma czarów
tam gdzie śmieją się umarli".

(Adam Zagajewski, fragment "Houston, szósta po południu")

Nie powinno się chyba czytać wierszy od środka. Wyjechałam. Na Południe.