agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
środa, 31 grudnia 2008
wpływy magla


W dobie internetu, turystycznych lotów w kosmos, inteligentnych kremów i innych cudownych wynalazków życie zdaje się wciąż obracać wokół staroświeckiego magla. I choć pościel robi się dziś z flaneli, kory lub satyny, „poziom magla” to najczęściej używane publicznie przez komentatorów określenie codzienności. Ale o co chodzi właściwie z tym maglem i dlaczego właśnie magiel upodobali sobie wielcy i pomniejsi retorzy?

Wspominam oto niegdysiejsze magle i dochodzę do wniosku, że życie człowieka – tak, chce tego, czy nie – rozpięte jest pomiędzy maglami. Mój pierwszy magiel znajdował się w osiedlowych „pawilonach”. Pani w maglu nawet zimą nosiła fartuch z odsłoniętymi ramionami. Ujawnioną klientom część magla przecinała lada, a za nią piętrzyły się zgrabnie zapakowane w ręczniki paczki, spięte z obu stron szpilkami, z przyczepionym rachunkiem pogniecionym od ciepłej wilgoci. Niosło się potem tę wymaglowaną paczkę do domu jak wielopiętrowy tort, kładło w miejscu oświetlonym i delikatnie się ją rozwijało. Nad paczką z „maglem” wisiała jakby klątwa, nie można jej było nigdy zostawić nie rozpakowanej. Obawa była realna, na tyłach magla mogły żyć przecież najróżniejsze stworzenia, gotowe do podróży i wicia gniazd w bardziej sprzyjających temu przestrzeniach czyli w naszym M3. Gdy tylko w pobliżu „magla” znalazła się moja babcia, od razu jak wzorowa prządka pleść zaczynała opowieść o powojennych latach, kiedy to ludzie żyli we względnej symbiozie z robactwem, a ona pierwsza skoczyła na barykady i w tej nierównej walce, mając krewnych w Ameryce, z pomocą środka DDT pozbyła się stonki.

A potem niemal równocześnie pojawiły się dwa magle całkiem niezwykłe. Pierwszy z tych dwóch to był magiel stary, wykwintna machina. Znajdował się na malutkim, wysypanym piaskiem podwórku, w starej kamienicy na ulicy Kanałowej. Wszystko tam było małe, osypujące się, ale też schludne. Kamienica niska, pokoik magla niewielki, a raczej to była taka budka na maszynę, przyklejona do muru, miała małe drzwi i okno. A w środku stał stół, na którym rozkładało się i nawijało nakrochmaloną bieliznę na specjalne, gładkie jak szkło, choć drewniane wałki, no i maszyna, zajmująca cały ten pokoik, z wielką skrzypiącą, rzeźbioną korbą. I układało się te wałki pod wielkim walcem, i kręciło się tą korbą, wywołując zmianę całkiem nieodwołalną i przyznam szczerze – mrożącą krew w żyłach, gdy pomyśleć o zaplątanym tam przez nieuwagę palcu. I cała ta sytuacja nieodmiennie kojarzyła mi się z „Ziemią obiecaną” Wajdy, będąc tym bardziej złowrogą i straszną. Jedynie zapach temu przeczył. Woń lekka świeżości i starego, wyślizganego dotknięciami drewna.

To był magiel, rozbudzający wyobraźnię, ale też bliski zmysłom. Kolejny też nie pozostaje mi obojętny. W przestronnym szklanym modernistycznym pawilonie samoobsługowej pralni ustawiono rząd pralek automatycznych koloru pomarańczowego. Najpierw pranie hipnotyzująco obracało się w bębnach ponad 20 pralek, świecących niczym pomarańczowe ogniki, ustawionych naprzeciwko foteli, z których można było obserwować proces, poczytując „kobietę i życie”. Sprzęt uruchamiało się żetonami. Za pasem pralek i paproci ustawione były jeden za drugim parujące magle i wielkie suszarki, w których wnętrzu chciałoby się zostać. W pawilonie czas płynął inaczej i miał inny niż na co dzień smak: nowoczesności, emancypacji, idealnego porządku. Wyprawa do pralni, obserwowanie świata zza szyb tej fantastycznej stacji kosmicznej, było nie lada frajdą, a obsługa maszyn - przygodą pilota Pirxa. Oby nam tylko ręce nie zostały w maglu, zaciśnięte na mechanizmie grubego, obleczonego materiałem wałka, który raz po raz po naciśnięciu guzika zakrywała metalowa czasza.

Po jakimś czasie pralnia z samoobsługowej przekształciła się w zwykłą usługową. Pierwszą widoczną zmianą, jaką nowi prywatni właściciele wprowadzili do pralni było zakrycie pawilonu od środka metrami zasłon. Przepływ przestrzeni i światła, które z takim wdziękiem eksponowało rząd magli, suszarek i pralek został zahamowany. Rozpoczęła się dekada magla ukrytego.


wtorek, 30 grudnia 2008
architektura-miasto-sztuka


Trzytomowa publikacja wydawnictwa Fundacji Bęc Zmiana W [jak Warszawa] (Warszawa 2007). Zaproszeni przez wydawców: kurator i krytyk sztuki Sebastian Cichocki, architekt Jakub Szczęsny, urbanista Krzysztof Nawratek zwrócili się do artystów, architektów i teoretyków miasta z całego świata o "wypowiedzi" na temat Warszawy."Nie szukaliśmy opisów rzeczywistości, ani prostych skojarzeń. Szukaliśmy przeczuć, mgły powidoków, pogłosu zasłyszanych wiadomości, echa" - piszą. A to, co zebrali, znajduje się w książce. 


architektura
 
3 SYNCHRONICITY 1: No Hear, No See (Jakub Szczęsny)

teoria miasta

2 Capital  of the Universe (Krzysztof Nawratek)

sztuka

1 Warsaw Does Not Exist (Sebastian Cichocki)

do kupienia w sklepie Bęc Zmiana
lub
w czułym barbarzyńcy (także wysyłkowo w dziale design)


Kontynuacją wątków z książki była wystawa "Synchronicity. Projekty dla Warszawy przyszłości" (29.05-16.06.2008, Info Qultura Warszawa), prezentująca wizje przyszłości Warszawy poprzez prezentację dwóch odmiennych strategii projektowych. Pierwsza, zatytułowana "Ani widu, ani słychu" to 13 propozycji architektów z Azji, Europy, Australii i obu Ameryk wybrane lub specjalnie przygotowane dla Warszawy na bazie założenia, że stolica Polski pozostaje miejscem nieobecnym w świadomości świata, co daje możliwość szerokiego pola interpretacji co do jej natury, twórcom, inwestorom i turystom z zagranicy.

Druga część wystawy "Głębokie zanurzenie", poświęcona jest hipotezom dotyczącym możliwych, unikalnych i charakterystycznych dla Warszawy modeli rozwoju. W przeciwieństwie do części pierwszej, projekty są wynikiem szczegółowej analizy wykorzystującej wiedzę z zakresu systemów złożonych, demografii i ekologii.


synchronicity.pl


info.Bęc Zmiana

piątek, 26 grudnia 2008
Moda na Wschód

Karolina już przed laty uzgodniła ze swoim poczuciem obowiązku, że dni święte po to są, by je święcić. Oprócz zmaltretowanego karpia - święto na święta. Spotkaniom rodzinnym uczynić zadość. A poza tym święty spokój osiągnąć leżeniem na kanapie w kremowych rajstopach i czytaniem na przemian nostalgicznych opowiadań o Związku Radzieckim w świetle świec o zapachu pomarańczowym.

Tak też uczyniła, a za oknem niebo jak z krochmalu, lepkie, szare, bo krochmal był z dodatkiem szarego mydła, przyprószone białymi drobinkami (płatki mydlane). Jej ulubiony mopsik, sztuk jedna, choć to podobno mopsikom wróży rychłą śmierć (melancholia i depresja), spoczywał obok na poduszeczce w renifery. I pochrapywał raz po raz.

O drogi mopsiku, pomyślała Karolina, przeciągając się świątecznie, zagryzając świątecznego keksa na przemian ze świątecznym makowcem, o drogi mopsiku... dziś nazwany maskotką, ciamajdą... przez doświadczonego w tresurze kuzyna, drogi mopsiku... wzdycha niestrudzenie Karolina. Kuzyn dowodził dzisiaj podczas śniadania niezbicie, że mopsik jest psem, nie człowiekiem, jak go zwykła traktować zainteresowana i że to traktowanie źle robi wszystkim po kolei. Mopsik ziewnął i puścił do niej oko, objedzony pasztetem i klopsem. To chyba jednak niemożliwe, żeby był psem, zdecydowała Karolina, rozklepując renifery, by mopsika uczynić jeszcze szczęśliwszym (prawdziwa miłość).

A zatem była mowa o rodzinie, która złączona wyższą koniecznością świąt, znowu się jeła troskliwie pochylać nad losem najmłodszych jej członków i dzielić marzeniami o Argentyńczykach, którzy mogliby zasilić przyszłoroczne biesiadowanie swoją nową obecnością, a jako że to nacja o interesujących genach, może by i mogła ona ulec rozmnożeniu przy pomocy tychże członków. O mopsiku, westchnęła Karolina, rozpyliwszy wokoło nieco Midnight Poison Dior (prezent).

Powróciwszy do lektury, oddała się marzeniom o Wschodzie.

Łącząc się z bohaterem opowiadania dylematami.

Przeklęte okulary! [różowe, szkła w kształcie pięcioramiennej gwiazdy (prezent), przyp. Karolina] Przecież tak naprawdę cały czas mam je na nosie, nawet kiedy kłują mnie w kieszeni spodni! Jakby ktoś dokonał niezauważalnej operacji i wszczepił mi je w siatkówkę. Jestem zwykłym wycieczkowiczem i nie umiem w ogóle dotknąć tu niczego, jestem odgrodzony, jakbym oglądał film. Jestem amerykańską emerytką! Blee - pokazuję sobie język do lustra w łazience mojego pokoju hotelowego. A potem nakładam na głowę ręcznik jak chustkę i udaję starą babę, choć te emerytki wcale tak nie wyglądają. Ale przecież raz już miałem „spotkanie z tubylcami” i zakończyło się puszczeniem pawia do wanny pełnej zardzewiałego żarcia z przypalonych patelni. Bleee. Skończyło się panicznym poszukiwaniem taksówki, która jak najszybciej doprowadziłaby mnie do reszty wycieczki, i wybuchem całego pozostawionego za sobą świata. Żadnych skoków w bok! A jednak kusi mnie, by przebić tę błonę celulozy i jakoś dostać się do prawdziwej Rosji. Okulary chowam więc do szuflady i niezbyt pewnym krokiem wychodzę z hotelu. Pójdę najpierw do bani. Albo nie, bo bania jest w przewodniku Pascala! Bleee – znowu mina – bleee, przewodnik Pascala jest bleee! Instrukcja obsługi Moskwy – gdzie się wysiusiać, aby się nie zarazić bakteriami? („Jak ognia unikaj publicznych toalet! Zawsze miej przy sobie małą paczkę chusteczek!”). Gdzie podjąć pieniądze, aby nas nie oszukano? I co robić w nagłych wypadkach?”...

Tymczasem.

Gdy Kolę Doliniarza zapudłowali nad Kanałem Biełamorskim, na cały świat spadł śnieg z deszczem i drewno w barakach pachniało żywicą i lasem, a potem zaraz zrobiło się szare i przegniło. A jeszcze bałamuciły go bałałajki! Na środku drewnianego baraku dymił piecyk. „Szminka równie czerwona jak kawior jest i z sucharem wytrawny smak ma” - śpiewała jedna z więźniarek, wyczesując wszy z szarych włosów. Wszystko to było bardzo piękne i smutne, i Kola zostałby artystą, obozowym poetą, gdyby nie pewna wizyta o świcie, gdy spał jeszcze cały barak. Ale Kolka siedział na pryczy i wspominał Odessę, Miasto Róż. Schody odeskie, niską zabudowę Mołdawanki, morskij wakzał. Gryzł słomkę wyjętą z tego, co miało udawać materac. W tę słomę z braku chustki wycierał nawet nos. Czasem przed oczami stawała mu Masza, Najpiękniejsza Róża. Właśnie w którymś z takich momentów do baraku wetknął głowę jeden z Robotników-Aktywistów, niejaki Różancow”...

A ona.

„Siedzi ręce splotła na podołku, myśli o Kolce Doliniarzu, a dokładnie - o jego owłosionym torsie, o jego tatuażach, o jego kocim spojrzeniu. O jego palcach - zwinnych nie tylko podczas złodziejki... Czuje jego zapach, też jakby koci. Już widzi, jak pomoże mu wyrwać się z tamtego obozu pracy przymusowej, co to dla Kanału Biełamorskiego, we wszystkim posłusznego Odessie, jak filia. Zamyślona Masza wyciąga z torby bułkę i butelkę z winem. W brudnej szybie, w wyrwie pomiędzy dechami, przygląda się swojej młodej twarzy, czerwonym ustom, czarnym oczom o lekko azjatyckiej urodzie. Szyba cała jest w grypserze mrozu. Masza, Maszeńka doskonale rozumie grypsy wołające o pomoc. Nawet mróz służy kochankom w ich kontaktach na odległość. Która jednak z każdą chwilą się zmniejsza. Teraz Maszynistka Masza słyszy przeciągłe wycie lokomotywy na zakręcie, a Masza Pasażerka oddaje bilety do sprawdzenia. Cały długi tydzień jedzie Masza Ratowniczka i Masza Sanitariuszka do swojego Koli Kołchoźnika ...  

(Michał Witkowski, Kolaboracja)


czwartek, 25 grudnia 2008
głodnych nakarmić




święta, święta...


sobota, 20 grudnia 2008
jak sobota, to: Rosyjskie lobby


Rosyjskie lobby wkracza do kin >>


ŁADUNEK 200” - reż. Aleksiej Bałabanow

Polscy politycy, tak chętnie powołujący się na istnienie szarej sieci obcych służb, zarzuconej na nieświadomy niczego kraj, nie chodzą chyba ostatnio do kina i nie odwiedzają sklepów z płytami dvd. Znaleźliby tam bez liku argumentów na potwierdzenie swojej tezy o panowaniu nam rosyjskiego lobby. Takiej inwazji rusofilii dawno nie obserwowaliśmy. Szczególnie na przełomie listopada i grudnia od Rosji opędzić się nie było można, a to – zdaje się - dopiero początek.





plus powtórka z Sokurowa >>


wtorek, 16 grudnia 2008
kolekcja


Sztuka Architektury, organizator ArchFilmFestu – festiwalu filmów o architekturze informuje, że po długich bojach udało jej się wydać limitowaną edycję 4 filmów z programem ArchFilmFest 2007/2008. Nakład wynosi tylko 170 sztuk. Cena zestawu 366 pln. W jego skład wchodzą:

BUILDING THE GHERKIN (NORMAN FOSTER)” reż. Mirjam von Arx 

CITY OF DREAMS” reż. Ruby Ofori i Edward Scott

MY ARCHITECT: A SON'S JOURNEY" - Louis Khan reż. Nathaniel Khan 

A DIARY OF AN ECCENTRIC ARCHITECT" - Philip Johnson reż. Barbara Wolf


poniedziałek, 15 grudnia 2008
radosny weekend z Barbarą to był

Dawno już żadna lektura nie sprawiła mi tyle radości. O glorio! To jest książka na święta. Czego ja się bałam w tym moim zbuntowanym grudniu?! Wezmę ją ze sobą jako amulet ochronny, jak krzyż poświęcony ją sobie będę trzymać wobec wampirycznego rytuału i zwykłych związanych z nim ceregieli. Cytować przy rodzinnym stole, w iluminacji, w zapachach i smakach tradycji. Między Jaśkiem a bigosem, barszczem a karpiem. Kolorem dopasowana. To groteskowy, elokwentny, ale jak!, dynamiczny misz-masz ze słowiańskości, z tej tragicznie i cudownie dołującej polskości, ze wspomnień, z najgorszego i najpiękniejszego zarazem – bo kto zaprzeczy, że nie ma w nim swoistego piękna, w którym wypada nam codziennie się zanurzać jak w aromatycznej kąpieli/kipieli - świata. W błocie, w pyle, w przejściach, w fantazjach. Popłynęłam na tej Radziwiłłównie, oj... Kolejne źródło we mnie zazdrości wybiło. O talent.





sobota, 13 grudnia 2008
polecam

Ubrania i inne piękne rzeczy - TONY TAKITANI - reż. Jun Ichikawa >>

(tokijski weekend_2)

Spokojny, wyważony, niemal ascetyczny film Juna Ichikawy „Tony Takitani” (2004) po raz pierwszy w Polsce obejrzeli widzowie festiwalu Era Nowe Horyzonty w Cieszynie w 2005 roku. Przepadł wtedy, mając wokół siebie spektakularne, często brutalne, widowiskowe kino innych japońskich reżyserów - Takeshi'ego Kitano, Senji Tsukamoto, Takashi'ego Miike, czy Shinji Aoyamy. Dziś możemy cieszyć się tą subtelną opowieścią o samotności, wierną adaptacją opowiadania Haruki Murakami'ego pod tym samym tytułem dzięki dystrybutorowi kina azjatyckiego - Blink.




słychać głosy


Paweł Felis (GW) o „Liverpoolu” Lisandro Alonso:

Można traktować bohatera "Liverpoolu" jak outsidera, który nigdzie nie pasuje. Jak wiecznego tułacza, który za czymś goni - albo przed czymś ucieka. I to bynajmniej nie przed codzienną nudą, bo - jak widzimy na początku - jego życie na statku nudne jest przeraźliwie.

Ta fantomatyczna, choć jednocześnie realistyczna postać może oznaczać wszystko i nic. Przyglądam się grającemu go Juanowi Fernandezowi na chłodno - jakby był tylko znakiem, figurą. Trochę zbyt pojemną, trochę za bardzo zależną od dobrej woli widza. Czy jest człowiekiem bez korzeni i bez właściwości? Spełnioną apokalipsą o duchowym piekle? Oprawcą czy cierpiącą ofiarą?

"Los muertos" wciągało i odrzucało na przemian. "Fantasma" zaglądała za kulisy, zapraszała do gry, stawiała pytania o sam akt powstania i odbierania filmu. W "Liverpoolu" Alonso znów sprawnie układa celowo niedopasowane, fabularne puzzle, wie, jak błyskotliwie pokazać w kinie "niedzianie się". A jednak miałem wrażenie, że ktoś próbuje mnie oszukać mechanicznie odrobionym zadaniem z "kina nudy".

Ten film Alonso to dowód na to, że minimalizm prowadzi często do ściany, którą tylko nieliczni potrafią przeskoczyć w takim stylu jak nieprzewidywalny - z filmu na film - Tsai Ming-liang” (GW z 13.12.2008).

cały tekst >>


* * *

Bardzo cieszą mnie krytyczne opinie o nowym filmie Lisandro Alonso. To wreszcie coś, co nie zostanie wciągnięte na żadną listę przebojów, nie stanie się modne, popularne, nie będzie o tym głośno. Będzie o tym cicho. „Liverpool” jest filmem niespotykanym, na tyle neutralną, a jednocześnie otwartą strukturą (mimo pozornego zamknięcia), że każda chwila tego filmu czeka na wypełnienie. Pozwala na to, nie dominuje w kontakcie z widzem. Mamy równe szanse: ja i Farrel (Juan Fernandez). Szanse na spokojne, głębokie zawiązanie wspólnoty doświadczenia. Odmowa też jest możliwa, możliwa jest relacja. Żaden z wcześniejszych filmów Alonso nie dawał widzowi tyle miejsca dla jego własnych myśli. W momencie kiedy wydawało się, że reżyser doszedł do jakiejś granicy w kształtowaniu filmowego języka, on zachowując cechy swojego stylu - jestem przekonana - robi kolejny krok do przodu.


więcej >>


piątek, 12 grudnia 2008
Cuda niewidy


Siedem filmów z Europy krąży po Polsce. Pod wiele mówiącą nazwą: "Siedem cudów Europy". Między 12 a 14 grudnia wylądują w gdańskim Żaku jako pokazy przedpremierowe. Ich dystrybutorem jest Vivarto. Informacja, zachęcająca do uczestnictwa w przeglądzie, to dla mnie doskonały przykład tego, jak opis filmu może zniechęcić do jego oglądania. Czy cudowność wyselekcjonowanych europejskich filmów tkwi w liczbie siedem? Dlaczego akurat te, a nie inne? Nie wiem. Ryzyk fizyk.


Info tu >>



jak piątek, to: Wenders i Coppola


WENDERS I COPPOLA W TOKIO >>


(tokijski weekend_1)

Wizualność i namacalność – na tych aspektach estetyki współczesnego miasta skupia się w jednym ze swoich esejów Ken-ichi Sasaki. Z jednej strony dowodzi, że wizualność to sposób, w jaki na miasto patrzą goście, a namacalność to punkt widzenia jego mieszkańców, z drugiej – że miasta Zachodu budowane są zgodnie z zasadą wizualności, miasta Wschodu zaś poddają się zasadzie namacalności. Zachodni artyści - goście - wyruszają do Tokio, żeby to sprawdzić. Wim Wenders będzie przyglądał się miastu w „Tokio-Ga” (1985), Sofia Coppola umieści w nim akcję swojego filmu „Między słowami” (Lost in Translation, 2003).





piątek, 05 grudnia 2008
jak piątek, to: kino kobiece


„Kobiety” Diane English, „Lejdis” Tomasza Koneckiego, czy raczej „Wiedźmy” Agnieszki Trzos, albo „Tatuaż” Jane Campion? Brak jasnych kategorii, które niczym w hollywoodzkim kinie gatunków odpowiadałyby na pytanie, co tak naprawdę składa się na „kino kobiece”. Jeżeli istnieje. Jakim mówi językiem? Ten język, zbudowany na bazie określonego kodu, który potem odczytają odbiorcy, odnosiłby się do wspólnego doświadczenia grupy. W przypadku kina kobiecego nie jest to jednak takie proste.

W praktyce – pisze w jednym z felietonów Kinga Dunin – często ta cała kobieca egzotyka wydaje się sztuczna. Na opowieści męsko-ogólnoludzkie pracowały przecież całe wieki i nie da się tak od razu reanimować Wielkiej Matki. Sama, ulegając opowieściom męskim, często jestem zupełnie odporna na kobiece. Ale jest we mnie i pewna gotowość” (GW z 29.03.2002).

Bèatrice Dalle Trouble Every Day” reż. Claire Denis


plus powtórka z Coppoli >>



poniedziałek, 01 grudnia 2008
apetyt na podróż


Apetyt turysty. O doświadczaniu świata w podróży
Universitas, Kraków 2008

spis treści >>