agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
piątek, 30 marca 2007
łańcuszek striptisowy

Chile wytypował mnie do łańcuszka pięciu zwierzeń-informacji niepublikowanych tutaj, ok:

  1. W towarzystwie otwarcie przyznaję, że lubię oglądać argentyńskie telenowele z Natalią Oreiro i Facundo Arana. Od ostracyzmu ratuje mnie fakt, że napisałam o tym kiedyś poważny tekst do poważnego czasopisma, bawiąc się przy tym przednio, co w pisaniu takich rzeczy zdarza się stosunkowo rzadko. Ze względu na charakter przedstawienia pracowałam nad projektem telenowelowym długo, z badawczej konieczności zmieniając wciąż role: od meta-demaskatora po zaangażowanego fana. Jako fan w losowaniu audio-tele wygrałam nawet najnowszą płytę cd z piosenkami Natalii, choć była to zaledwie nagroda pocieszenia (główną było spotkanie z gwiazdą w Buenos Aires i udział w pokazie zaprojektowanej przez nią kolekcji lateksowych ubrań na różne okazje) cieszyłam się bardzo, bo dzięki temu mogłam pisać z odpowiednim podkładem muzycznym. Do dziś nie mogę przeboleć utraty lampy z włochatym abażurem w kolorze truskawkowym, którą ktoś nam sprzątnął sprzed nosa, a konkretnie z wystawy sklepu meblarskiego na Szerokiej, nam – bo miałyśmy z K pomysł taki prezentu ślubnego dla naszej koleżanki estetki. W końcu uznałyśmy, że ona akurat tego czarującego przedmiotu nie doceni i chciałyśmy po wstępnym losowaniu wytypować nową właścicielkę, no i wtedy właśnie lampa zniknęła... Lubię też krówki firmy Wawel, które po wewnętrznej stronie papierka mają wypisane teksty w stylu: “tupnij dwa razy i będzie pięknie”, “słodycz jest tuż, tuż...”, “a teraz słodki uśmiech”, “zaraz zniknę”, “szczęście jest blisko”, “nie zapomnij o mnie” - jestem pewna, że gdybym wcześniej zjadła krówki, dzisiaj grzałabym się w świetle truskawkowej lampy, zważywszy moje szczęście w grach losowych to bardzo prawdopodobne.
  2. W dzieciństwie moją ulubioną zupą była czernina.

  3. Od bez mała dziesięciu lat mam prawo jazdy, ale nie jeżdżę samochodem, z wiosny na wiosnę odkładając przypomnienie sobie kodeksu drogowego i który pedał jest który. Ponadto uparcie twierdzę, że podróżowanie środkami komunikacji miejskiej jest po prostu ciekawsze, a jazda na rowerze, czy chodzenie piechotą - zdrowsze, może uda mi się w tym roku...

  4. Przyjaźnię się w działaniu, w ruchu, we wspólnocie spraw, nie przepadam za nasiadówkami i opowieściami o życiu, moje głębokie i prawdziwe przyjaźnie – nad czym szczerze boleję – kończą się zwykle, kiedy kończy się to razem, nagle trudno mi powrócić do dawnego zaangażowania, coś się wypala, prędzej czy później, a ja rzucam się w kolejne, wciąż zawieszona pomiędzy skrajnościami, albo gorąco, albo zimno.

  5. Jestem jedynaczką, więc zabawy dziecięce zwykle były kwestią mojej własnej inwencji. Jednak nie sprawiałam - przynajmniej pozornie - wychowawczych kłopotów, byłam dziewczynką poukładaną jak moje zabawki na półkach, nie zdarzało mi się pobrudzić w trakcie jedzenia, miałam co prawda zdarte kolana, ale to raczej przez psy moich dziadków i ciotek, które kochałam miłością bezgraniczną i pełną poświęcenia. Czasami jednak - jak każdy człowiek w moim wieku - wpadałam na ekscentryczne pomysły, na przykład malując sobie i lalce powieki pisakiem. Mnie ten makijaż po jakimś czasie zszedł, dla niej pozostał permanentny. Po tej przygodzie moi nieco zdenerwowani rodzice odesłali mnie do mojego malutkiego pokoju w wielkopłytowym wieżowcu na gdyńskim Obłużu, gdzie wtedy mieszkaliśmy, a ja - zmęczona prawdziwie próbami zmycia śladu pisaka z powiek za pomocą mydła – usiadłam zgnębiona przy swoim malutkim biureczku, beznamiętnie wpatrzona w ścianę, którą miałam przed oczami. Wszyscy, którzy mieszkali kiedykolwiek w wielkiej płycie, znają uciążliwości z tym związane, m.in. plagę mrówek faraona tzw. Faraonek. Nim Czesi wymyślili trujące płytki w kolorze niebieskim, Faraonki żyły z nami we względnej zgodzie, a mnie – przyznam – dosyć fascynowały, może z barku psa, którego rodzice długo nie chcieli mi kupić. Kiedy wpatrzona we wzory na tapecie siedziałam przy moim małym biureczku w pokoju z wielkiej płyty, jak zwykle sennym korowodem sunęły po niej Faraonki. Nieważny okazał się dla mnie cel ich wędrówki, jakiś dom, gniazdko, czy dziura we framudze, z badawczej ciekawości postanowiłam pobudzić je do działania. Jako że od kilku dni męczył mnie katar, bez problemu wyciągnęłam z nosa naprawdę solidnego gila i przykleiłam go do ściany... Moje małe przyjaciółki od razu zorientowały się w zabawie. Przeszkoda zatrzęsła morale korowodu, nastąpiła chwila chaosu i bezprawia, opanowana przez nie w mgnieniu oka. Mały oddział obwąchał zdobycz, okrążył ją, dał sygnał braku niebezpieczeństwa i zewsząd – jak sądzę nawoływane niesłyszalnymi dla mnie głosikami wysłanniczek – zaczęły nadchodzić posiłki. Było ich coraz więcej i więcej, ściana poruszała się miarowo, pokryta coraz to bardziej wymyślnymi esami-floresami. Nie rozumiałam do końca, dlaczego moja mama tak głośno krzyczy po wejściu do pokoju. Owszem zjawisko było poruszające, ale żeby aż tak... Zamiłowanie do murali i fresków pozostało mi do dzisiaj. Jedna z moich ścian nosi na sobie tego zamiłowania ślady.



(pośrodku okno)


kolejne łańcuszkowe ofiary to:

joe
pajęczaki
bigapple
apparecchio_acustico
ghol





środa, 28 marca 2007
kogo polubiłam w Chinach

Wiedziona swoim psim węchem - (ustaliłyśmy z K, że ona jest typową zaspaną pandą, a ja raz dosyć ruchliwym, innym razem rozleniwionym psem, żywiącym się najchętniej ciasteczkową suchą karmą i w miarę możliwości kawą mocca) - z przyzwyczajenia już idąc, idąc, doszłam dzisiaj do gdyńskiej hali targowej, żeby w swojej poprzyjazdowej z Chin depresji, w niecodziennym jet-lagowym spowolnieniu znaleźć nieco tak nagle porzuconego ruchu, gwaru, pisku i kwiku, i trąbienia, i dzwonienia, i żeby popatrzeć na ludzi, bo się do tego również w ciągu owych pięciu podróżniczych tygodni przyzwyczaiłam. No i żeby kupić niezbędne, jak mi się nagle wydało, rzeczy: ser żółty i twaróg, szczypiorek, chleb słowiański i kwiaty, bo nastał czas najwyższy kwiatowy, żonkilowy, tulipanowy, goździkowy, etc.

Przy stoisku z kwiatami pytam najpierw: ile za dziesięć, krzyżując dwa wskazujące palce (a rzecz dotyczyła ulubionych moich, dodam – czerwonych, goździków)? A pan odpowiada: dwa i pół. A ja nie dowierzając: za jednego? (unoszę wskazujący palec dłonią na zewnątrz), a pan kiwa: za jednego (a niechże sobie policzy, ile za dziesięć). A ja się na to krzywię dosyć dramatycznie, drogo, mówię, a on: to niech pani idzie do kwiaciarni. I tyle. To ja: pięć, unosząc otwartą dłoń wewnętrzną stroną w jego stronę. Co to za “targ”, myślę, co za targ... W Chinach nawet wszechobecny targ staje się w końcu nie tyle koniecznością, co przyjemnością, wreszcie zabawą i lekarzem pierwszego kontaktu w przewlekłej chorobie niezrozumienia i obcości. Jednym udaje się lepiej, innym gorzej (nam różnie, ale w końcu wprawa czyni mistrza), znika wtedy zwykły dystans, stajemy się stroną, schodzimy ze sceny, gdzie nas postawiono i gdzie się nas ogląda jak rzadkie eksponaty, jak wybryk natury, choć to też jest teatr. Śmiejemy się im w skośne oczy - 260Y za tę bransoletkę z kości jaka, pani chyba spadła z jego grzbietu! a twoja cena?! jaka twoja cena?! krzyczy dziewczyna z brązowo-różowym tybetańskim rumieńcem na twarzy, wymachując wielkim kalkulatorem (który mówi na głos po chińsku). Chiny to kraj sprzedawców. Polubiłam ich.








(foto: A.Szeffel)



wtorek, 27 marca 2007
nie chciały, ale musiały... wrócić





(foto: A.Szeffel)