agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
poniedziałek, 31 marca 2008
aneks do Santiago:

Bardzo mi przykro, że zrobiłam z Santiago niską, obłażącą farbą wioskę, którą przecież nie jest, zapewniam i zaraz podniósł się krzyk tu i tam, że oprócz tych odrapańców mogłabym coś normalnego pokazać. Bo inne relacje z podróży pokazują takie piękne rzeczy, takie rośliny i budynki, i ulice, i place, że chyba one tam są, więc dlaczego nie ma ich u mnie?! Muszę przyznać, że metropolitalne Santiago umknęło mojej uwadze. Wiem, że tymi ulicami chodziłam, przecinałam place z palmami, ale niemal tego nie pamiętam. Czy zawiniłam, bo patrząc, nie zobaczyłam? Pewnie już tak jest, że podróżując wozimy ze sobą jeżeli nie pragnienie spełnienia pewnych oczekiwań, to chociaż „fokus na...”. Wewnętrzny montaż eliminuje nie pasujące do wzoru widoki. Lub te o słabszym oddziaływaniu. Słabszy czy silniejszy genius loci być może tkwi w samym miejscu, być może - pozbawiony naszej uwagi i wrażliwości – w ogóle przestaje istnieć. O ile wiem, zdania na ten temat są nadal podzielone.



mój genius loci Santiago, Chile


miasta kolorowe


Drobne pieniądze w tysiącach. Lepsze niż w Argentynie samochody (Argentyna to Mekka blaszaków, poobijanych pikapów, najstarszych samochodów świata, które nie raz ku mojej uciesze mają kanty). Schludnie ubrani ludzie, krótkie włosy mężczyzn, wysokie obcasy kobiet. Zaskakująca feeria barw, stary dobry modernizm. Śmiertelny spokój na zmianę z ruchliwym strumieniem ludzkiej masy, przypalonej słońcem, niskiej. Nisko. Niski południowy street. Santiago.

Nasza metoda oglądania miasta mogłaby niejednemu wydać się zabawna, jeżeli nie uciążliwa. Kiedy jesteśmy sami - w trójkę, bo nasi znajomi (ci od Aconcaguy) obejrzeli Santiago wcześniej - trzymając się wytycznych, nieustannie zbaczamy ze szlaku. Mamy tak mało czasu i z niczym nie możemy zdążyć, na nic się załapać. A jednak udaje nam się gdzieś trafić, psim swędem - niemal nie szukając - znajdujemy w tym kluczeniu całkiem własną przyjemność. Nie czujemy się zmęczeni (może jedynie zmęczeni koniecznością dotarcia gdziekolwiek), jednak ciągle przysiadamy, ciągle coś nas zatrzymuje. Wydaje się, że w naszym ruchu, czy raczej w naszym bezruchu nie ma konsekwencji. Opowiemy później, że szukaliśmy autentyczności, robiąc z niej wytrych, który ma nam otworzyć drzwi, gdziekolwiek się znajdziemy. Ale czy jesteśmy w tych poszukiwaniach uczciwi? Na miejsca postoju - te najprzyjemniejsze, najbardziej naszym zdaniem autentyczne - wybieramy przestrzenie bardzo do siebie podobne, dotknięte jakimś zmęczeniem, a jednak kwitnące. Mogłyby znaleźć się równie dobrze w Koluszkach, czy Szczecinie. Czy to oznacza, że wszędzie jest tak samo, czy też my wieziemy ze sobą tę swoją autentyczność i dopasowujemy ją do zastanej sytuacji?

W drodze na cmentarz, obejrzeliśmy hale targowe Santiago. Te wypełnione restauracjami, serwującymi owoce morza, ze stolikami nakrytymi białym obrusem i te, przypominające miasto przyszłości, swojskie Chinatown z „Blade runnera” Ridleya Scotta, gdzie przytuleni do siebie obcy siedzą przy kontuarach na małych krzesełkach, w oparach, w zapachach, w wiecznym przechodzeniu obok, potrącaniu, przepraszaniu, w masie przedmiotów i ludzi. Ale to nie było nasze miejsce. Jak zwykle, prędzej czy później i tu w końcu straciłam orientację, może po prostu w pewnym momencie miałam ochotę napić się kawy? Całe przedpołudnie spędziliśmy, oglądając Barrio Brasil, spokojną dzielnicę mieszkaniową z niewielkimi modernistycznymi kamienicami. Zadziwiający jest sposób, w jaki te kamienice zostały potraktowane. Zniszczone? Zmienione zapewne ręką samych mieszkańców, za zgodą włodarzy miasta, bez planu i ograniczeń. I tu nawet nie chodzi o to, że modernizm jest obcy kulturom, zakorzenionym w gęstym, bogatym formalnie katolicyzmie. Po prostu w Chile domy są kolorowe. Nikogo nie dziwi zatem fakt, że maluje się we wszystkich kolorach tęczy minimalistyczne, szlachetne modernistyczne fasady. Wygląda to... I strasznie i śmiesznie, w zależności od nastroju. Inne budynki potraktowane zostały w podobny sposób, ale te cierpią, czy też tak nam się zdaje, że te akurat cierpią najbardziej.

Zatrzymaliśmy się w knajpce przy ruchliwej ulicy. RestaurantCalicanto”. W środku przy barze mężczyzna w kreszowym dresie kończył butelkę piwa. Kucharka podparła rękami głowę i patrzyła na nas z sympatią przez kuchenne okienko. Do wyjątkowo mocnej jak na chilijskie warunki kawy, podanej w kubkach z targu staroci, zjedliśmy pyszne churrasco – bułkę z mięsem. Na chłodziarce do napojów stała kolekcja plastikowych zwierząt różnej wielkości. To było ujmujące i podobnie jak wszystko tutaj zakurzone i niepotrzebne. Stare kelnerki kazały nam schować aparaty fotograficzne, twierdząc, że ktoś nas obserwuje. W gruncie rzeczy obserwowali nas wszyscy.

Cmentarz w Santiago przypomina blokowisko dla duszyczek, nieco już zaniedbane, zarośnięte, w starym stylu. Bloki nie są za wysokie, żadne tam wieżowce, pamiętają jeszcze czasy, kiedy modernizm był przede wszystkim projektem socjalnym. Choć miały dosyć czasu, żeby go oswoić, wyprać z ideologii. Przy cmentarzu sprzedaje się kwiaty, astry w najróżniejszych kolorach, astromerie, goździki, mam ochotę zostać tam na zawsze, wśród tego absolutnego roślinnego bogactwa. W Ameryce rośliny, które hodujemy w doniczkach, są drzewami, ich grubych pni nie da się objąć. W Santiago kwitną właśnie wielkie krzaki oleandrów. Do cmentarza dojeżdża oczywiście metro, ale w pierwszą stronę decydujemy się dojść tam piechotą. Droga nie jest typowym przykładem surowego urbanizmu, w którym budynki są znakami. Właściwie trudno się zorientować, jaką pełnią funkcję. Ciąg parterowych domów tworzy pierzeję, ale wygląda tak, jakby był atrapą, kolorową fasadą, jakby za zasłoniętymi oknami i drzwiami można było znaleźć jedynie pustkę. Może te domy faktycznie są zewnętrzną ścianą jakiegoś innego, drugiego urbanistycznego wnętrza, czymś w rodzaju akustycznej osłony.

Kolejna fala autentyczności zalewa nas w „El Boliche”, Cienfuego 85. Pomalowany na czerwono fragment fasady żarzy się wewnątrz prawie pomarańczową żółcią. Wysokie, wąskie drzwi mają z obu stron otwarte na oścież, podobnie wysokie, wąskie okna. Wewnątrz kilka stolików, na nich obrusy, które gryzą w łokcie, szafa grająca, każde krzesło inne, powyginana podłoga, kelnerka ubrana w rajstopy w 30 stopniowym upale. Kilka osób popija Escudo, albo wczesne Pisco z colą. Zbliża się wieczór, choć słońce świeci z całą mocą.



















cdn.


sobota, 29 marca 2008
jedz, pij kobieto, mężczyzno


Co by się stało, gdybyśmy nie musieli dotrzeć do Mendozy w terminie, wyznaczonym przez naszych znajomych, którzy wcześniej próbowali wspiąć się na Aconcaguę? Może zostalibyśmy w Buenos Aires. Może przez miesiąc siedzielibyśmy w słońcu na drewnianych krzesłach jednej z narożnych knajpek San Telmo, obserwując przechodniów. Może zanim zapadałby zmrok, pod pretekstem kupienia wody, czy ciastek biegłabym do sklepu po drugiej stronie ulicy, żeby wspólnie z prowadzącą go rodziną, na ekranie małego telewizora obejrzeć kolejny odcinek argentyńskiej telenoweli z Natalią Oreiro i Facundo Arana. A może wodę i ciastka kupowałabym u Chińczyków? W Argentynie prawie wszystkie samoobsługowe spożywczaki prowadzą chińskie rodziny. Jednak oni nie oglądają „Sos mi vida”. W każdą sobotę mielibyśmy fiestę, kładlibyśmy się spać o 5 nad ranem, wcześniej zjadając ostatnią empanadę w Tio Felipe i nauczylibyśmy się przesypiać każdą niedzielę. Niedziela w San Telmo jest Dniem Turysty, odbywa się tu cotygodniowy targ. Nie warto wychodzić wtedy na ulice, po których leniwie sunie tłum ładnie ubranych północnych Amerykanów i Europejczyków. Może wcześniej wypijalibyśmy morze czerwonego wina w La Coruña, klepiąc po grzbiecie śmierdzącego psa bez oka... A jednak wsiedliśmy do autobusu.

W Argentynie znaczne dystanse pokonuje się właśnie autobusami. Komfort podróży gwarantują trzy warianty siedzeń do wyboru – semi cama, cama i tzw. pierwsza klasa. My zawsze wybieraliśmy najtańszy, pół-łóżko, czyli opuszczane oparcie fotela ze specjalną podpórką na nogi, co utrzymywało ciało w pozycji, dążącej ku horyzontalnej. Firma Andesmar w drodze do Mendozy zaproponowała samolotową kolację oraz niewielkie śniadanie z kawą. Umundurowana obsługa autobusu jest zawsze męska, szalenie miła i ma wypomadowane włosy. I zawsze tuż po starcie ładuje w odtwarzacz dvd jakiś amerykański hit, którego nie da się mimochodem nie obejrzeć. W drodze do Mendozy, nocą wjechaliśmy w sam środek nawałnicy, woda zaczęła kapać nam na głowy... Poranek był... zadziwiający. O 8 rano prawie ciemno. Co w tym kraju dzieje się ze światłem? zastanawialiśmy się potem wielokrotnie. Koło 8 wieczorem słońce świeciło popołudniowo. Ale wtedy nie tylko światło wprawiło nas w osłupienie. Argentyńskie jedzenie i krajobraz mają ze sobą wiele wspólnego. To jednak nie jest talerz wypełniony kilkoma potrawami po trochu, ale zawsze jedną i to w nadmiarze. Wyobraźcie sobie na tym talerzu gigantyczny stek, albo milanesę (stek w panierce) z ćwiartką cytryny u boku. Taki jest też argentyński krajobraz. W miejscu, do którego zmierzaliśmy, z rozległego płaskiego terenu miały wyrosnąć góry. W drodze ku nim otaczało nas zielone morze krzaków, które jak wołowy stek na talerzu ciągnęły się w nieskończoność. Poza tym nic, oprócz kilku posterunków policji z okazałymi bramami nad drogą, sprawiającymi wrażenie, jakbyśmy wreszcie dotarli do jakiegoś celu lub też ów cel pozostawiali za sobą, choć nic się potem nie zmieniało.


w drodze do Mendozy

Mendoza jest brzydkim miastem, ocienionym ładnie wysokimi drzewami. Delikatne podmuchy wiatru znaczą ulice setkami ruchomych słonecznych plamek. Wszystkim drogom, jezdniom, chodnikom towarzyszą głębokie odpływowe kanały, latem puste, wyschnięte, ale ich głębokość każe wyobraźni ruszyć z miejsca. Miasto wiosną może wyglądać tak, jakby w całości, nienaruszone płynęło rwącym potokiem. W Mendozie spotykają się najdziwniejsi poszukiwacze wrażeń (wielu z Polski). Stąd wyruszają na podbój. Tu ochlapują sobie twarze, raftingując. Jeżdżą na rowerowe wycieczki po okolicznych winnicach, wracając zygzakiem. Znudzeni przyjemnościami, śpią na lodowcu. Katują ciało, zmuszając je do pokonywania wysokości. Trzy tygodnie aklimatyzacji i chodzenia w górę i w dół to minimum, by wreszcie zaliczyć Aconcaguę (6962 m n.p.m.). Patrzymy na nich z niedowierzaniem, oni na nas – podobnie. W końcu przyjechaliśmy do Mendozy w jakimś celu. Idziemy na spacer po mieście. Od 12 do 17 trwa siesta, możemy jedynie napić się kawy. Wybieramy Havannę, jak się później okaże - największą kawiarnianą sieć w Argentynie, jej słodycze nie mają sobie równych, szczególnie czekoladowe różki (Havannets chyba nie można nazwać rożkami) ze słodkim nadzieniem. Tu, zaproszeni na śniadanie, po raz pierwszy skosztujemy argentyńskiego dulche de leche, krówkowej masy, którą niektórzy smarują kanapki, co innych może przyprawić o mdłości. Ja dulche mogę jeść tylko po argentyńsku – w pojedynkę, a nawet w dużych ilościach.

W Mendozie przekonaliśmy się, że Argentyńczycy znaleźli jednak wyjście z sytuacji. Gigantycznym i monotematycznym stekom na talerzu przeciwstawili szwedzki stół czyli restauracje typu „jedz, co chcesz i ile wlezie” za 28 pesos, które cieszą się ogromną popularnością. Do tego kupuje się jeszcze butelkę wina na głowę i siedzi do północy. Jedzenie jest różnorodne, choć i tak w centrum zainteresowania znajduje się zawsze parrilla i mięso, mięso, mięso. Człowiek dostaje tam małpiego rozumu, rzuca się na tę wielość bez opamiętania, jakby nie było innego wyjścia tylko jeść. Desery mają oczy, flirtują ze mną bananowe ciasta, bita śmietana szepce coś do owoców w syropie, flany trzęsą się jak w gorączce, a umazane kremem torty oblizują wargi... Ja - nieskomplikowany konsument - po wyjściu z takiej restauracji mam wrażenie, że umieram i że nie uda mi się już nigdy wyjść na prostą...

Jednak wychodzę, bo oto znowu wsiadam do autobusu i tak krok za krokiem poruszam się dalej, nie zagrzewając nigdzie miejsca, z nikim się nie zaprzyjaźniając, nikomu nie dając, ani od nikogo nie domagając się nadziei. Granicę chilijską przekraczamy w górach. To prawdziwa granica. Słońce jest ostre, wiatr przejmujący. Nie wolno nam przewieźć żadnego jedzenia. Jedzenie na granicy argentyńsko-chilijskiej to wróg. Nasze bagaże zostaną prześwietlone w poszukiwaniu żółtego sera, którego wielkie, przekreślone na czerwono zdjęcie pokrywa ściany przygranicznego hangaru. Ustawieni w rządku, podejrzliwie będziemy obserwować tobołki, ułożone przez ludzi w granatowych fartuchach na ruchomej taśmie. Celnik może w każdej chwili wskazać ten, wart dokładniejszego przeszukania. Potem poprosi nas o napiwek dla ludzi w granatowych fartuchach. Przepuszczają, jedziemy dalej, w stronę Santiago, mimo, że - wiemy to na pewno – któreś z nas przemyca w plecaku niedojedzone pudełko dulche de leche.


w drodze do Santiago


cdn.


czwartek, 27 marca 2008
argentyńskie Morze Białe


Gdybym mogła zostać dłużej w Buenos Aires, chodziłabym codziennie inną, choć zawsze jedną dziennie ulicą. Nigdy nie pojechałabym metrem – co za strata widoków. Wiem, to szaleństwo, bo buenosaireńskie ulice ciągną się w nieskończoność. Numer trzy tysiące któryś tam to zaledwie początek. Dlatego jedna ulica nigdy nie jest taka sama na całej długości. Można obserwować jak się zmienia, jak marnieje w oczach, jak ekskluzywnie się kurczy. Wystarczy spojrzeć na chodniki. Bardziej połamanym, zasłanym ulotkami towarzyszy większa szerokość ulicy, robią się z tego Chiny, ludzie są ciemniejsi i zwykle coś ciągną, jak nie wózek z towarem, to z dzieckiem. Sklepy oferują hurtowo towarową drobnicę, trzeba tu wydać co najmniej 30 pesos. Tych, co kupują, można potem spotkać w knajpach, sprzedają portfeliki, pisaki, nikt ich nie przegania, to tutaj ogólnie przyjęta forma handlu. Zastanawiasz się potem, komu w ogóle te rzeczy są potrzebne, a jednak ludzie kupują.

Punkt wyjścia moich ulicznych wycieczek znajdowałby się zawsze na Plaza de Mayo, przed Casa Rosada. Najpierw liczyłabym psy, śpiące pod kamiennymi ławkami, opancerzone policyjne wozy w pogotowiu, sprzedawców rzeźbionych tykw i fikuśnych bombilli z niewielkim wizerunkiem pary, tańczącej tango. Wchodziłabym między gołębie i turystów. Skracałabym sobie drogę, depcząc trawnik z piasku, na którym rosną tylko palmy. Zanim pochłonęłoby mnie gęste, rozedrgane, szalone miasto, kontemplowałabym przez chwilę leniwy spokój tego miejsca, za każdym razem przypominając sobie plac z dynamicznych ujęć Fernando E. (Pino) Solanasa, który w dokumencie „Memoria del Saqueo” (2004) opisuje przyczyny i skutki argentyńskiego kryzysu. Ten plac należy do Matek! – skanduje tłum u Solanasa, coraz brutalniej spychany przez policjantów na koniach w głąb ulic, ocienionych reprezentacyjnymi siedzibami banków. Jakiś chłopak w furii wali policyjny samochód deskorolką. Nie przestają dźwięczeć werble tysięcy garnków, nieźle już pogiętych od uderzeń. Hałas i rozpacz. Spójrzcie na mapę, tu wszystko się zaczyna, mój kiepski zmysł orientacji od razu wybrał to miejsce jako najważniejsze.


Casa Rosada


majowy pies i trawnik (wygodny) bez trawy

Regularna kratownica ulic, tak zachwycająca nocą, kiedy samolot krąży nad Buenos Aires tuż przed lądowaniem, jest jedyną restrykcją, jakiej miasto się poddaje. Po lotnisku krążą policjanci, rozdając ulotki Cuidado/Warning: For your own safety do not contract services offered verbally. Go to the booths in the airport. Kradzieże na autostradzie z międzynarodowego lotniska Ezeiza do centrum nie są podobno rzadkością. Dlatego warto wybrać autobus jednej z firm transportowych. Autostrada tnie przedmieścia jak dobrze naostrzony nóż – unosi się lekko ponad poziom ulicy, co daje wrażenie płynięcia statkiem po morzu zmatowiałej bieli, z której raz po raz wychodzi tyczka. Ta tyczka to wysoki na dziesięć pięter wieżowiec, szeroki na jedno, może dwa mieszkania, schodkowo jeszcze u góry zwężony. To częsty widok, może właśnie bardzo tutejszy. Buenosaireńska ulica wygląda tak, jakby miała zęby - wampirze zęby. Nie ma mowy o zachowaniu równowagi, tej samej skali budynków, podobnego charakteru. W pierzei co jakiś czas wyrwa – to parterowy parking pod niebem, osłonięty przed słońcem rozwieszonymi płachtami. Przed parkingiem zawsze stoi ktoś z jego obsługi. Nic, ani nikt nie umknie uwadze mężczyzn w pomarańczowych kamizelkach. Stoją też na progach sklepów, kiosków, restauracji, rozmawiają. Wąskie chodniki każą niemal się o nich ocierać. ¡Hola! linda... preciosa... szepczą.


Avenida Corrientes


gdzieś w Monserrat

Kiedy pada deszcz, złożone z małych kafelek chodniki Buenos Aires są najbardziej śliskimi chodnikami na Ziemi. Jeszcze długo po tym, jak przestanie padać, woda będzie ci kapać na głowę z gzymsów, balkonów, markiz, kolumienek, rozrzeźbień murów, a pod nogami będą strzelać połamane kafle i oblewać ci stopy brudnymi bryzgami. Tak będzie szczególnie na równoległej do salonowej Floridy ulicy Maipú, która ciągnie się przez całe centrum od dworca Retiro i przechodzi w graniczną - pomiędzy San Telmo i Constitución - Chacabuco. W każdym argentyńskim mieście musi być ulica Chacabuco. To nazwa miasta, położonego na zachód od Buenos Aires, musieliśmy przez nie przejeżdżać nocą w drodze do Mendozy. W Chacabuco toczy się akcja czarno-białego filmu Santiago Palavecino „Otra vuelta” (2004). Lubię ten film, ulicy nie pamiętam. Kiedy dotarliśmy do buenosaireńskiego cmentarza Recoleta, przypomniała mi się scena, w której główny bohater Palavecino – młody reżyser, wracający z Buenos do rodzinnego Chacabuco, żeby nakręcić film – odwiedza tamtejszy cmentarz. Dzień ma być słoneczny, mury grobowców są tak białe, że aż bolą oczy. Konstrukcja poszczególnych ujęć jest precyzyjna, budowana zgodnie z zasadą złotego podziału, z dużymi kontrastami, celowo sztucznie, statycznie. Przestrzeń cmentarza Palavecino pokazuje jak abstrakcyjną rzeźbę, składającą się z płaszczyzn o różnych fakturach, linii, załamań, perspektyw, do których dodaje jakby mimochodem ruchome elementy – reżysera w prochowcu, dziewczynę z długimi włosami, którą będzie gonił, która mu ucieknie. Jak się później okazuje, na cmentarzu w Chacabuco reżyser odwiedził swojego przyjaciela, artystę, samobójcę.


cmentarz Recoleta

W dzielnicy Recoleta mogła mieszkać tytułowa señora Beba z filmu Jorge Gaggero (Señora Beba /Cama adentro/ 2004), kobieta z wyższej warstwy argentyńskiej klasy średniej, która po kryzysie traci oszczędności i zmuszona jest walczyć o przetrwanie. Eleganckie budynki z balkonami, tonącymi w kwiatach, mają lobby z portierem, guziki domofonów w złotym kolorze. Ceglany mur cmentarza Recoleta pojawia się nagle u wylotu jednej z ulic, jest wysoki, wyłaniają się zza niego czubki anielskich głów, kamienne skrzydła. Tłoczy tu krew turystyczny krwioobieg, zewsząd dochodzi odgłos uwalniania elektronicznych migawek, cmentarne alejki wdzięcznie pozują nekrofilnym fotografom. Jednak poszukiwaczom fenomenów ciekawszym musi się wydać sposób, w jaki miejskie w końcu wnętrze zachowuje się wobec tego, co na zewnątrz. W cenne cmentarne panoramy raz po raz wcina się coś przypadkowego, nie pasującego do reszty, jakiś wieżowiec, albo dziwny poprzemysłowy budynek z rurami na wierzchu. Anioły składają swoje piękne głowy wprost na półkach balkonów. Kopuły grobowców naszpikowane są telewizyjnymi antenami. Cmentarz, który we wszystkich przewodnikach świata nazywany jest miastem-miniaturą, jest nim w rzeczywistości dzięki miastu realnemu, które nie pozwala o sobie zapomnieć. I choć nekrofilni fotografowie skazują to realne miasto na niebyt, wybierając odpowiednie ujęcia, nie pozostawiając na nich śladu życia, to życie wciska się tu, burzy patos, zagląda do środka, zamienia cmentarz w kamienną zabawkę, na którą patrzy z góry.


cmentarz Recoleta

Wiele jest jeszcze takich zabawek w Buenos Aires, choć nie tak ciekawych jak Recoleta. Zabawką jest słynna La Boca - kuriozum, baba z brodą, osioł o dwóch głowach, człowiek-słoń. Pomysł udostępnienia jej mitu turystycznej machinie, która by najchętniej zmieliła dzielnicę w całości, musiał mieć swoje źródło w nieudanej próbie rewitalizacji. Mroczna portowa kolebka kultury porteños, grzeszna część miasta, w której tańczy się tango, pije i łajdaczy, to logo Buenos Aires. W dosyć przewrotny sposób La Boca stała się symbolem miasta, wciąż zachowując złą sławę, niczym przysypany mąką wilk. Turyści przyjeżdżają tu wycieczkowymi autobusami i taksówkami, wysiadają na jednej z dwóch „udostępnionych” ulic, pomalowanych kolorowo, niby wyciętych tym kolorem z miejskiej tkanki, obstawionych patrolami policji, oferujących atrakcje i po dwóch godzinach wracają do cywilizowanego centrum. Policjanci pilnują porządku i doradzają, żeby nie zapuszczać się w głąb portowego piekła. A tam? La Boca to dzielnica warsztatów samochodowych, gdzie umorusani smarem chłopcy grzebią w swoich motorach, dzielnica ostrzej, liczniej połamanych, zarzuconych śmieciem chodników, zaniedbanych kamienic, nie używanych torów kolejowych, które wcinają się między budynki i są doskonałym koczowiskiem dla bezdomnych ludzi i psów, Mekka sprzedawców piłkarskich koszulek z numerem 10 i wszystkich tych gaci z lampasami, piłek, skarpet, korków, w La Boce każdy dzieciak to piłkarz, każdy chłopak ma tlenione pasemka na głowie, to dzielnica stadionów tych wielkich i całkiem małych, pod które podjeżdżają autobusy, nikt z nich nie wysiada, widać tylko flesze aparatów. W La Boca, idąc nie bez obaw Av. Almate. Brown, minęliśmy otwarte na oscież drzwi z podłogą z biało-czarnych kafli, gdzie dziewczyna w dresowych spodniach i butach na obcasach, w świetle jarzeniówek uczyła kogoś tańczyć tango.


udostępniona La Boca

Zabawką są okolice katolickiego uniwersytetu w Puerto Madero przy dokach, wypełnionych brunatną wodą. Czy tak będą wyglądały za kilka lat tereny postoczniowe w Gdańsku? Wszędzie jest (będzie) tak samo, z rezygnacją w głosie powtarza K. Pomalowane na żółto i czerwono nieczynne portowe dźwigi, spacerowa promenada, wyczyszczone na glanc poportowe budynki, w których przesiadują studenci, po drugiej stronie doków – ekskluzywne bloki mieszkaniowe, w tle arcydzielny Puente de la Mujer według projektu Santiago Calatravy. Wszystko na swoim miejscu i dlaczego takie nudne, martwe – pyta pozbawiona nadziei młoda architektka. Potem wchodzimy w San Telmo, omijając łukiem Plaza Dorrego, prowadzeni wzrokiem psich poduszkowców. W San Telmo, dwa bloki dalej od Nomada znajduje się argentyński Universidad del Cine, nadal prawdziwa kuźnia talentów. Czy to może być dla nas jakaś wskazówka? Postanawiamy jeszcze dużo czasu spędzić w San Telmo, choć nie od razu. Najpierw wyruszymy w dalszą drogę.


doki Puerto Madero


wjazd do San Telmo

Na dworcu Retiro kelner w kafeterii, w której przysiądziemy, czekając na autobus, podając nam kawę, zrobi ów gest, powtarzany później wielokrotnie przez różnych ludzi. Dwa palce wskazują na oczy - bądź ostrożny, patrz, pilnuj bagaży. Kiedy wyjeżdżaliśmy z dworca, autobus przez kilka minut mijał tereny bezpośrednio do niego przylegające, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Slamsy Buenos Aires, otoczone wydeptaną piaskową pustynią, z kramami, psami, grupkami mężczyzn, kilkupiętrowymi domami z cegły, które nie miały dachów, niektórych ścian, wewnątrz kłębiło się życie, wisiało pranie, coś się pichciło. Im dalej od centrum miasta, tym było niżej, prawdziwy Meksyk. Autobus zatrzymał się jeszcze na jednym buenosaireńskim dworcu. Wsiadł do niego wtedy krępy mężczyzna o oliwkowej skórze, żegnany czule przez rodzinę. W pewnym momencie zaczął płakać. Bardzo dramatycznie. Ocierał krokodyle łzy, trzymał twarz ukrytą w dłoniach, w końcu złapał małą poduszkę, leżącą na każdym siedzeniu nocnego autobusu i zaczął w nią przejmująco szlochać. Siedział blisko mnie, nie wiedziałam, co robić. Nie chciałam na niego patrzeć, ale nie mogłam oderwać wzroku. W końcu przestał płakać, zjadł podaną przez obsługę autobusu kolację i resztę wieczoru spędził, słuchając muzyki, poruszając się nieznacznie w jej rytm. Wydawał się uspokojony, spokojniejszy ode mnie.


cdn.


poniedziałek, 24 marca 2008
teleportacje


Nie od dziś wiadomo, że podróże są męczące. Wymagają wysiłku, szarpią nerwy, nadwyrężają kondycję fizyczną, o innych kondycjach nie wspominając. Sieją zamęt. Kiedyś w podróży trzeba było się ruszać, co wydaje się bardziej naturalne. Dziś podróże na ogół związane są z bezruchem. Leci się, jedzie, toczy po szynach – siedząc, z nudów zajmując czymś myśli. Daleko od prawdziwego świata, który - bezlitośnie pominięty - tkwi gdzieś z boku, w dole, albo na górze. Czasami - zaplątani w struktury transportujące - nie mamy szans odczuć jakiejkolwiek zmiany. Jedna struktura przechodzi w drugą, a druga zacierając swoje granice w trzecią i kolejną. Czy można wyjść z tego żywym, normalnym, nienaruszonym? Czy te teleportacje nie zostawiają w nas śladów podobnych tym, jakie pozostawiła po sobie w organizmie głównego bohatera „Muchy” Cronenberga teleportująca kapsuła? Ciało Jeffa Goldbluma, dotknięte fantastyczną owadzią przemianą, z czasem przechodzi kolejne przeobrażenia, już nie tak zadawalające jak na początku. Co stanie się z nami? Co już się z nami stało?


via Madrid

Gdańsk: z samochodu do pociągu, Warszawa: z pociągu do autobusu, z autobusu do samolotu, Madryt: z samolotu do metra, z metra do samolotu, Buenos Aires: z samolotu do autobusu i do taksówki... cała podróż. Na lotnisku w Warszawie mniej więcej w tym samym czasie co mój zapowiadają samolot do Stambułu. Cmokam z niezadowolenia, po plecach przechodzi mi dreszcz. Ech! Stambuł, pojechałabym. W samolocie do Madrytu znajduję wsunięty w oparcie fotela prawdziwy „list w butelce”, który zamiast pływać po oceanach unosi się w powietrzu. Jestem zachwycona. O przygodo! Obracam go w palcach. Rozwijam rulonik drżącą z podniecenia ręką. Współczesny „list w butelce” jest oczywiście przedrukiem e-maila. Spodziewam się zagadkowego przekazu, badawczo zatrzymuję wzrok na każdym słowie, adres odbiorcy jest cypryjski: „hej młody - czytam – właśnie szykujemy się na wesele. Kris się kąpie, ja zaraz idę do fryca. Ciuchów za bardzo nie kupowałam, ale idę w spodniach i marynarce. Darek już dzieciaki zabrał, jutro ma je przywieźć. Idę dzisiaj do aquaparku, do Sopotu. A tak ogólnie to w porzo, jakoś leci. Czekamy oczywiście na Ciebie. Jeśli chodzi o Krisa, to prosił, żebyś – jakbyś miał możliwość – zobaczył w jakimś wolnocłowym sklepie, ile kosztuje zegarek Casio Pro Trek (z wysokościomierzem, ciśnieniomierzem powietrza i innymi bajerami), w Polsce kosztują od 800 do 1000:) oraz aparat podwodny fotograficzny Olypus MIJ 760, w Polsce kosztuje 1000:) Zobacz to, bo mi żyć nie daje...”

... noc w Madrycie, kamienice jak pudełka z adwentowymi czekoladkami, płaskie, duże powierzchnie z wieloma identycznymi oknami, ból głowy, dwaj Francuzi z łóżek obok żegnają się z miastem - i znowu metro. W Nuevos Ministerios przesiadam się na różową linię, która zawiezie mnie bezpośrednio na gigantyczne madryckie lotnisko. W metrze siedzi pan z zamkniętymi oczami. Z wielką podróżną torbą. Patrzę na przegub jego dłoni, może znajdę na nim zegarek Casio Pro Trek i wszystko stanie się jasne. W końcu rezygnuję z patrzenia na przegub, ukryty pod rękawem dwóch kurtek. Jedna, ta zewnętrzna jest sportowa, druga – wewnętrzna wygląda na stylowo zmacerowaną skórę. Temu panu z zamkniętymi oczami w dwóch kurtkach w metrze powinno być gorąco, a nie jest. Ani jedna kropelka potu nie znaczy jego pięknego czoła. Czasami pan z zamkniętymi oczami oczy otwiera. Muszą być niebieskie. Nie wiem, bo płochliwie odwracam wzrok, nie można się przecież tak gapić na człowieka. Australijczyk - myślę – na podróże zarabiający w reklamie. Jego twarz... znajduje się na granicy, po jej przekroczeniu byłaby już nie do zniesienia. To jest rodzaj przełamanej czymś idealnej harmonii. Przełamanej czym? zastanawiam się. W życiu nie widziałam takiej twarzy. Zakochuję się momentalnie i postanawiam... nie odstępować pana z zamkniętymi oczami na krok, żeby wreszcie wyczytać z jego niemal doskonałych rysów ich ludzką tajemnicę.

Ale mam utrudnione ruchy. Plecak co prawda tylko 13 kilo, jednak ciężar. Na lotnisku wysiadam z wagonu metra, biegnę do najbliższej ławeczki - muszę mieć podpórkę, zakładam plecak, pan z zamkniętymi oczami sunie już lśniącymi ruchomymi schodami w górę, ja za nim. Jednak umysł nie traci trzeźwości, po drodze musi jeszcze sprawdzić, na jakich stanowiskach oddać bagaż. Niestety to mnie kosztuje fatalną w skutkach minutę i pan z zamkniętymi oczami ucieka mi windą... Spowalniam ruchy. Niepotrzebnie, bo lotnisko jest tak duże, że droga do celu trwa w nieskończoność. Spowalniam ruchy.

Nie wiem, jak to się stało, że pan z zamkniętymi oczami znalazł się tuż za mną w kolejce do jednej z odpraw. Do tej, przy której trzeba zdejmować z siebie torby, szaliki, kurtki, paski, buty. Stojąc nad stołem z plastikowymi kuwetami w zażenowaniu oboje spuściliśmy wzrok. W imię bezpieczeństwa pozwalaliśmy mundurowym służbom obracać w palcach woreczki, wypełnione naszymi osobistymi rzeczami o pojemności do 100 ml, opróżnialiśmy kieszenie. Zostawiłam go tam z żalem, z nierozwiązaną tajemnicą, niewiadomego pochodzenia, nie wiedząc, skąd, ani dokąd zmierza. Żałowałam, że jednak się nie odwróciłam i nie spojrzałam na odkryty już z pewnością przegub jego ręki, uzbrojonej być może w zegarek Casio Pro Trek. Bo czemu nie? Pod powiekami wyświetlałam sobie wspomnienie tej twarzy, czekając, aż się zatrze, aż zniknie jak obraz na źle wywołanej kliszy. Czasami chciałoby się mieć w oku aparat fotograficzny, czemu nie Olympus MIJ 760? W oku - tam też musi być wilgotno.

I tak dotarłam do Buenos Aires. Była północ, było ciepło, powoli kończyło się lato.

cdn.


zwinięcie przez rozwijanie


Jeżeli rzeczywiście jest tak, jak mówi Roman, cytując Gibsona (Graem'a?), że w czasie podróży (kto wie, czy tylko dalekiej i jak to w końcu zmierzyć) rozwija się za nami nić, to potem trzeba czekać, aż ta nić powoli z powrotem się zwinie. I chyba nie wypada, a nawet z różnych względów nie można tego zwijania ominąć czy przyspieszyć. To jest idealna przestrzeń dla tak upragnionego dzisiaj SPOWOLNIENIA. Śluzę pomiędzy różnymi stanami ducha, miejscami pobytu, czy własnymi, tworzonymi naprędce wizerunkami można jedynie przeczekać, a czekając czymś wypełnić. A więc nie jetlag, nie depresja popowrotna, a żmudne zwijanie nici ponosi odpowiedzialność chociażby za moje obecne funkcjonowanie wciąż w południowoamerykańskiej strefie czasowej.

Paradoksalnie jednak zwijanie nici polega na jej rozwijaniu – w opowieściach, które towarzyszą powrotom. Opowiedzieć czyli potwierdzić, nadać znaczenie, zamknąć zdarzenia w historii z początkiem i końcem, z jakimś tytułem i chronologią. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby tej opowieści zabrakło? Gdyby nie było o czym opowiadać, gdyby mi się nie udało w podróży dotrzeć do atrakcji, wysłuchać anegdot, przeżyć spotkań, albo gdybym chciała coś zataić, zachować sobie jakiś mały sekret ze szkodą dla rozwoju fabuły? Czy nitka zwinęłaby się bez przeszkód, czy raczej pozostałyby na niej niemal niedostrzegalne, a jednak wyczuwalne, drobne węzełki?

A może to właśnie strach przed brakiem opowieści pcha nas w podróży ku wciąż nowym zdarzeniom, już tam nie pozwala zapomnieć o ich segregowaniu, dokumentowaniu, prowokuje jednoznaczne zakończenia, każe zbierać informacje w pogoni za potencjalnym wątkiem. W trakcie, w samym środku, wewnątrz, tam jeszcze – zdroworozsądkowo - obmyślamy plan wydostania się z podróży za pomocą opowieści, uwolnienia od niej i od wszystkich związanych z nią niekonsekwencji, zmycia jej z siebie, odbarwienia skóry, zamknięcia bezustannie otwartych oczu. Czy dlatego w podróży nie mogę usiedzieć w jednym miejscu i mam wrażenie, że do przodu nie pcha mnie wcale silny patagoński wiatr, a coś innego? Podróż zawsze psuje się od głowy, nie - od nóg.



spory kawałek do zwinięcia: Ruta 40, Patagonia

cdn.


czwartek, 20 marca 2008
zostawić San Telmo

O tej porze w Nomadzie (Hostel Nómade, San Telmo, Carlos Calvo 430, Buenos Aires, Argentina) jak co dzień z glośnikow leci Lennon. I'm just a jealous guy, I didn't want to hurt you i takie tam, Niemiec z Nosem specjalnie głośno walą bilardowymi kulkami, żeby przez otwarty balkon słyszała ich cała ulica, wydają z siebie okrzyki bojowe - a to po niemiecku, a to po hiszpańsku. Niemiec wczoraj zgolił głowę na zero, wygląda teraz jak Stasiuk z czasów "Murów Hebronu". Resztki jego włosów znalazłam w kilku łazienkach naraz, więc to musiało być golenie rytualne. Jak tylko zadzwoni dzwonek u drzwi, Niemiec je otwiera. Jak ubiegnie go Nos, Niemiec wygląda z pokoju z bilardem, żeby chociaż powiedzieć
¡Hola! przybyszowi. Z butelką whisky albo piwa w dłoni. Wczoraj dołączył do nich Francuz z zachrypniętym głosem, co jeździ motorem. Są z Niemcem rówieśnikami, po 40-tce. Co tu robią? Nie wiem, chyba piją, śpią i grają w bilard. Niemiec powiedział, że kiedyś wróci, ale nie powiedział gdzie. Nos (ma zaklejoną plastrem końcówkę nosa) jest miły, znowu próbował zadzwonić po taksówkę dla jednego z hostelowych rezydentów i znowu mu się nie udało. Twierdzi, że numer jest właściwy, ale nic nigdy z tego dzwonienia nie wychodzi.



O poranku w Bar Mercado chudy szalony rudzielc pije pierwszą caf
é cortado, czyta poranną gazetę i rozmawia z bywalcami, którzy siedzą przy barze w klapkach i dresach, wstali właśnie z łóżka dwie kamienice dalej i są. Dwa dni temu szalony rudzielec zmienił spodnie na pomarańczowe, pasują mu do kamizelki. Chodzi po mieście, popija piwo, patrzy i gra na ustnej harmonijce, trochę zagubiony. Słodka blond kelnerka w dżinsowej mini za każdym razem, gdy któryś z bywalców usiądzie przy barze, wychodzi zza kontuaru i całuje go w policzek na powitanie. Do kawy jedno churro. I świeże figi, kupione nieopodal. To nie jest tak, że szalony rudzielec depcze nam po piętach, to my drepczemy jego ścieżkami, a nie ma ich tu w końcu za wiele. Obok handlarz starzyzną zawsze w tym samym miejscu ustawia czarne kieliszki, wczoraj ogladał je własciciel baru. Może wreszcie kupi?

Wieczorem w pizzerii Tio Felipe przy San Lorenzo dwóch staruszków ustawia firmowe krzesła Quilmesa. Ten w warsztatowym granatowym fartuchu to Carlito, ten delikatny, mniej gburowaty będzie je cały wieczór obserwował ze swojego miejsca za szybą. Carlito poda mi najlepsze pod słońcem empanadas con carne. Ten delikatny zapyta, dlaczego jestem sama. Odpowiem, że nie znam hiszpańskiego.

San Telmo - dzielnica dziwnych ludzi. Poznasz ją po dziurach w chodniku. Po Peruwiańczykach sprzedajacych kokę albo plecione bransoletki, przesiadujących na schodkach kamienic. Po sklepach ze starociami, gdzie okulary przeciwsłoneczne sprzed 50 lat idą po 80 pesos. Po kurzu, grzybie, psach i starych mężczyznach, tańczących tango dla kilku groszy wrzuconych do kapelusza. Po palącym słońcu. I tak już zostanie. Bez zmian, bez nas, i kulki będą się toczyć po zielonym suknie, Lennon będzie śpiewał do końca świata. Niemożliwe, że już mnie tu nie ma...













cdn.