agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
czwartek, 27 kwietnia 2006
anons

sobota 29 kwietnia 2006, godzina 20:00 | siedziba ar+di: chlebnicka 13/16 gdańsk | 502.92.82.16
architektura+dialog podyplomowe studium projektowania akademia sztuk pięknych w gdańsku
http://diaade.org/ardi.html www.asp.gda.pl zapraszamy na otwarte spotkanie w cyklu gość ar+di

dominika dzido

praktyki bricoleura / bricoleurki* w pracy

Dominika Dzido: „Jestem absolwentką Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, obecnie doktorantką w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW, gdzie zajmuję się badaniami kobiecego doświadczenia ciała; pracuję w TVP Kultura w codziennym programie Informacje kulturalne jako reporterka przygotowująca newsy i felietony na temat wydarzeń kulturalnych i zjawisk kultury. Świat osobisty/prywatny, świat uniwersytetu i świat telewizji to trzy bieguny, na których od kilku miesięcy rozpinam siebie i swoje życie – figura trójkąta dość dobrze teraz do mnie pasuje ;-) ”

* bricoleur - z francuskiego majsterkowicz, brikolerka - spolszczona forma francuskiego bricoleuse będącego żeńską formą majsterkowicza;

bricoleur to określenie danej postawy wobec otaczającego świata; bricoleur to ktoś, kto do wytworzenia określonej rzeczy używa składników, które niekoniecznie na potrzeby stworzenia owej rzeczy powstały; ktoś, kto manipuluje dostępnymi środkami i narzędziami dla osiągnięcia wyznaczonego celu; krótko mówiąc bricoleur to majsterkowicz komponujący z tego, co ma pod ręką; kategorię tę do antropologii wprowadził Claude Levi-Strausse, następnie została ona użyta przez innych przedstawicieli nauk humanistycznych, m.in. przez Jacque'a Derridę, czy Zygmunta Baumana; zaznaczyć należy, że kategoria ta funkcjonuje w antropologii jedynie w formie męskiej.


środa, 26 kwietnia 2006
tu i tam mgła coraz gęstsza

Szli przez Paseo Colón chwilami otuleni strzępami mgły, widząc przejeżdżające auta i ludzi, sprawy obce i oderwane. _ Sprzedawca López przeszedł z naręczem książek z wydawnictwa Kapelusz, a dwie nieśmiałe panienki szły za nim w obawie, że stracą swe książki. Andrés popatrzył na nie jakby z daleka. Wszystko odchodzi – pomyślał – uspokaja się ucząc się rzek Azji, izobar i smutnych izoterm. Jedna z dziewczyn popatrzyła na niego, Andrés niewidocznie się do niej uśmiechnął i zobaczył, że spuszcza oczy, że je podnosi, że zapomina o nim. Poczuł, jak zanurza się w niepamięci dziewczyny, jak jego obraz znika w jakiejś migawkowej nicości. Kapelusz, izotermy, przeciętna, Tyrone Power, I'll be seeing you, Vicki Baum. _ Z centrum spływała bardzo gęsta mgła pachnąca spaloną wełną. Stella krzyknęła, gdy przechodzili obok latarni i jakiś chrabąszcz spadł jej na szyję, kłując ją ostrymi nóżkami. _ Nic nie rozumiem - powiedziała Stella. _ Z całą tą whisky, z całą tą grappą, z całą tą wódką. First and Last, szopa wystawiona na wiatr, spięta zakrętem rzeki, brudne nic, że nic się nie dzieje, brudna wklęsłość, brudne alkohole wpadające w cudze gardła. First and Last: wszystko, co się zdarza, zdarza się innym
parafianom (ale tu mówi się klientom)
tak, że bezsensowna ta szopa, lokal
ludzi rzeki, którzy nie zostawiają tu nawet pragnienia
używają go i tyle
i odchodzą”.

(Julio Cortázar, Egzamin)




anons

5 FotoFestiwal w Łodzi
18 - 22 maja 2006
KILLING PARADISE


foto: Olivo Barbieri, site specific_roma 04
(jedna z wystaw poprzedniej edycji fotofestiwalu)


piątek, 21 kwietnia 2006
wciąż kulturalnie

23 kwietnia kanał TVP Kultura obchodzi swoje pierwsze urodziny. Oseskowi składamy najlepsze życzenia. Osesek (ale ho, ho) jest jednym z nielicznych dobrych pomysłów telewizji publicznej. W tym tygodniu z przyjemnością obejrzymy:

w niedzielę brazylijską “Północ” (1998) Waltera Sallesa, którą oglądałam na Gutkowym festiwalu jeszcze w Sanoku.
Zaraz po niej film z Izraela (“Hatuna Meuheret”, pod polskim tytułem “Stary kawaler”, 2001) z piękną Ronit Elkabetz, którą oglądałam w zeszłym roku w Cieszynie w wyreżyserowanym przez nią wspólnie z bratem Shlomi'm filmie “Wziąć sobie żonę” (2004). Obok Ronit wystąpi Lior Ashkenazi, którego pamiętam z izraelsko-szwedzkiego pacyfistycznego “Chodzić po wodzie” (Lalecet al hamaim, 2004), zagrał Eyala, zabójcę z Mossadu, który prowadzi śledztwo w sprawie niemieckiego zbrodniarza z czasów II wojny światowej, ukrywającego się w Argentynie. Podobał mi się. Lior. W poniedziałek mamy "żegnaj stały lądzie" (1999) francuskiego Gruzina Otara Iosseliani'ego, a w środę "Betelowe panienki" (2001) Cheng-sheng Lina z Tajwanu. Fajne urodziny.


Ronit Elkabetz


czwartek, 20 kwietnia 2006
Argentyńczyk

Dzisiejsze burze, wspaniałe, mocne, choć krótkotrwałe ulewy, przeplatające się z ostrym już, wiosennym słońcem, wiatr, cała ta gwałtowność i zaskoczenie, gdy nagle staje przed nami ściana deszczu (na R nie robi to wrażenia, na mnie tak, bo odpięłam już kaptur, a jednak...), to mi się podoba i sprzyja powolnemu wchodzeniu w dziwny i niezdrowy, niedorzeczny jak sen i jak sen niepokojący literacki świat Argentyńczyka Ernesto
Sábato.

Ernesto Sábato

W entuzjastycznej przedmowie do francuskiego wydania “O bohaterach i grobach” (Sombre héros y tumbas, 1961, w tłumaczeniu francuskim pt.: “Alejandra”) Gombrowicz napisał, że nie zna innej książki lepiej wprowadzającej w tajniki wrażliwości południowoamerykańskiej, w jej mity, fobie i fascynacje. Zastanawiając się, z czego zrobiony jest haczyk, kończący wędkę, którą jego zdaniem jest u Sábato siła narracji, jednym tchem wymienia namiętności, urzeczenia, perwersje, inicjacje, rytuały, wiesza na jej końcu świat poety raczej niż prozaika i haczyk ów połyka płynnie, niczym nie popijając.

Ze mną jest inaczej. Od napisania “Bohaterów...” upłynęło przecież prawie pół wieku, niektóre partie i wątki irytują nieznośną emfazą. Chwilami mam wrażenie, że czytam tę powieść siłą inercji. Brnę do przodu z jakiegoś, nie do końca jasnego powodu, chłonę atmosferę Buenos Aires, poszukuję potrzebnych mi w jakimś nie do końca jeszcze odkrytym celu szczegółów. I znajduję je, gromadzę. Nazwy ulic (Pinzón, Izabeli Katolickiej, Cerrito, Esmeralda, most Avellenda, park Lezama), barów (Adam, Ukraina, Moskwa, The Criterion, La Helvética, Pizza Faina), rzecznych holowników (Doña Anita Segunda, Garibaldi Tercero, La Nueva Teresina). Między – jak podpowiada w posłowiu Ewa Nawrocka – kryzysem metafizycznym, który stał się tu udziałem współczesnego człowieka a Argentyną, jej tożsamością narodową, historią, polityką, problemami społecznymi, wybieram to drugie. Rezultatu na obecnym etapie lektury mogę się jedynie domyślać. Otaczają mnie w tym pozornym chaosie stuletni starcy, zmumifikowane głowy buntowników w pudłach na kapelusze, szaleńcy i stare Indianki, rozlatująca się posiadłość rodu Olmosów w robotniczym Barracas, nosząca na sobie ślady dawnej świetności i tragiczne oznaki postępującej dekadencji, włoscy emigranci z Boca, przy tangach Gardela popijający w barach przepalankę z trzciny cukrowej, na tle wspominanej dyktatury Rosasa i epoki Peróna. Dziś to miasto wydaje mi się wielkim krajem.


"Nic, a wszystko - powiedział prawie na głos, jak to zwykł robić w najbardziej nieoczekiwanych momentach, podczas gdy sadowił się na murku. Spoglądał w zachmurzone niebo i słuchał rytmicznych uderzeń wody o brzeg rzeki, która nie płynie w żadnym kierunku (jak inne rzeki świata); rzeki, która rozciąga się niemal nieruchomo na stu kilometrach szerokości, niczym spokojne jezioro, a kiedy wieje porwisty wiatr południowo-wschodni, przypomina wzburzone morze. Ale w tamtej chwili, owego ciepłego, letniego dnia, owego wilgotnego i ciężkiego wieczoru, kiedy przejrzysta mgła Buenos Aires spowija kontury drapaczy chmur na tle ogromnych, burzowych chmurzysk nadchodzących z zachodu, tafla wody zaledwie była pomarszczona przez roztargnioną bryzę, a jej skóra drżała leciutko, jakby poruszona zgaszonym wspomnieniem wielkich burz, o których z pewnością śnią morza, pogrążone w drzemce; burz niemal widmowych i bezcielesnych, burz - marzeń sennych, które jedynie wywołują dreszcz na powierzchni wody, tak jak drżą i powarkują uśpione wielkie brytany, śniąc o polowaniu czy walkach. Obrócił się w stronę miasta i objął spojrzeniem sylwetki wieżowców. Sześć milionów ludzi - pomyślał. (...) Babilonia".
(Ernesto Sábato, "O bohaterach i grobach", Kraków 2006)


port w Buenos Aires


wtorek, 18 kwietnia 2006
słowik z Buenos

Na zbliżającym się czerwcowym 7 Festiwalu Filmów Latynoamerykańskich z ekranu co prawda, ale zaśpiewa Carlos Gardel



Por una cabeza


poniedziałek, 17 kwietnia 2006
dziś gramy w niebieskie

odrobina wody wywołuje cudowne przeistoczenie
(te mają szanse na zamążpójście)



foto: Dominik Lejman

niedziela, 16 kwietnia 2006
dziś gramy w żółte



Wesołego grania!


sobota, 15 kwietnia 2006
chleb niepowszedni


Tegoroczny Wielki Tydzień był w naszym przypadku faktycznie wyjątkowy. Zakochany R stracił poczucie czasu i przyzwoitości. Całymi dniami wytartą w podłodze ścieżką biegał od okna do okna i śpiewał serenady, które miały dotrzeć i wywołać odpowiednie wrażenie dwa piętra wyżej. Dwa piętra wyżej, niczym księżniczka zamknięta w swojej wieży, siedziała raz mu przychylna, innym razem zniecierpliwiona ukochana. Ale głos R zawsze, niezależnie od jej nastroju wchodził w niespotykane na co dzień rejestry. Jego rozchwianie emocjonalne przejawiało się też zdecydowaną niesubordynacją podczas licznych spacerów, brakiem łaknienia i snu, przegrzaniem organizmu, roznoszącym się wokół zapaszkiem psiego libido. Jakby tego było mało, obudziła się moja dawno już wysunięta dolna prawa ósemka, krzycząca głośno, że jej ciasno, no więc spuchłam. Owe skomlenia zewnętrzne i wewnętrzne nie dawały się łatwo zlikwidować farmakologicznie, nie pomagały zgrabne zatyczki do uszu w kolorze wściekle oranżowym. Całe to zamieszanie niebezpiecznie zaczęło układać się w fabułę filmu Skolimowskiego pt.: “Wrzask”, którego bohater swoim głosem nie tylko powodował rozedrganie strun i powszechny obłęd, ale w rezultacie śmierć wszystkich żywych istot, które miały okazję go usłyszeć.

Oto życie w swoim fizjologicznym wymiarze – pomyślałam - pozbawione harmonii pole bitwy, żeby nie powiedzieć pobojowisko, poddane siłom, którym – by w tej harmonii ostatecznie zatopić kły - niepotrzebne są już nawet wszelkiego rodzaju wątpliwości natury egzystencjalnej. Przypomniała mi się wobec tego pewna wielkanocna sobota, kiedy to zaopatrzona w wielkiego słonecznika wybrałam się z przedświąteczną wizytą do Trymbulaków. Już samo przekroczenie progu ich orłowskiej pracowni, która kiedyś pełniła funkcję sali bankietowej, wtedy jeszcze znajdowała się tu mała wegetariańska restauracyjka, wywoływało przyjemne poczucie realnej transgresji. W delikatnym zapachu oryginalnych indyjskich kadzideł, mijając podest z lustrami, bordową kanapkę i kontuar, za którym stał cudowny stary kredens (wszystko od pana Sargalskiego, antykwariusza, który kilka ulic dalej ma dom wypchany po strych różnej maści wartymi wiele lub nic nie wartymi starociami, między którymi każe się swoim klientom przeciskać jak termitom w kopcu) przechodziło się dalej, w głąb posiadłości, przez pokoiki krawcowych na tyły, by dotrzeć do małego patio i dalej do ich domu, gdzie na piętrze był salon i kuchnia, w której rosło już ciasto na chleb, Mirek piekł serniki, Jolka gotowała matubankę, a Nikodem (pies – jak twierdzą właściciele – wegetarianin) rozgryzał mandarynki. I zaraz przybiegła jeszcze jakaś koleżaneczka przymierzać piękną garsonkę z indyjskiej chusty w kolorze pomidorów, opowiadała przy tym o Peru, o swoim spotkaniu z Halikiem, który ją zaraz zakwalifikował do kategorii wiedźm i obdarzył należnym im respektem. I zanim upieczony został chleb, ściśnięci przy małym kuchennym stoliczku na tle półek z ręcznymi młynkami, z których każdy mielił coś innego, wypijając niebezpieczne ilości matubanki, pogrążyliśmy się jak zwykle to bywa u Trymbulaków w gęstym New Age'u. Gdyby wtedy założyli swoją własną sektę, pewnie dałabym się do niej wciągnąć. Szukając jakiegoś ratunku dla osobistych frustracji, miałam przed sobą ludzi, którzy potrafili odpowiedzieć na każde pytanie, promieniowali optymizmem i pogodą ducha, zupełnie jak ten ich święty obrazek rozbłyskujący światłem na różowym tle, symbol zgromadzenia Brahma Kumaris, do którego należą. Jednak przyzwyczajona do szarości, zadziorów i chropowatości, doceniając urok tego namacalnie harmonijnego bytu, długo obok niego nie wytrzymałam i przestałam ich w końcu odwiedzać. Także z powodu nadwyrężenia mojego skromnego budżetu, który przełamywał się nieustępliwie w kontakcie z ich dizajnerskimi pomysłami. Ale tamtej soboty czułam się dobrze. Jakby ten czas mnie nie tylko materialnie (dostałam w prezencie ten ich pyszny chleb z prośbą, żebym poczekała ze dwie godziny z jedzeniem, zanim nie odprawią nad nim telepatycznie odpowiednich rytuałów), ale i duchowo “uniezwyklił”. Niestety przez wrodzoną, czy też nabytą niecierpliwość nie udało mi się potem wejść na ścieżkę spokoju, mimo podejmowanych prób. Na zajęciach z “pozytywnego myślenia” siałam defetyzm i nie mogłam znieść spojrzenia instruktorki, która przed przystąpieniem do grupowej medytacji obiecywała, że będzie je przenosić z jednego trzeciego oka na kolejne, by objąć swoim leczniczym wpływem całą naszą medytującą gromadkę. Z medytacji nic mi nie wyszło. Pewnie dlatego, że mimo próśb, żeby tego nie robić, nadal czytałam gazety, dopuszczając do siebie całe nieszczęście i zło świata, którym przesiąknięte są media. Ale tamtej soboty czułam się zadziwiająco dobrze. Destylując być może to, co do mnie za ich pośrednictwem docierało, tak jak potem przerabiałam niektóre ubrania, które dla mnie szyli, nie mogąc dopasować się do moich oczekiwań, tak jakby – skupieni tylko i wyłącznie na swoich myślach, dryfujących w otaczającym ich, bajecznym świecie – nie słuchali tego, co mówię. Jednak tej wielkanocnej soboty zachwycili mnie szacunkiem dla rytuałów, który z mojego świata prawie już wyparował. Może o czymś sobie wtedy przypomniałam. Może coś w tym swojego jednak znalazłam. Może dlatego ten chleb smakował jakoś tak niezwykle.


Matubanka (właściwie Madhubanka, od Madhubanu - w Indiach)

(4 porcje)

2 szklanki mleka 3,2%, 2 szklanki wody, 1 łyżeczka przyprawy korzennej (bez kakao i mąki), 1 łyżeczka utartego świeżego imbiru, 2 łyżki cukru, 3 łyżki stołowe czarnej herbaty (mieszanka: Yunan, Earl Grey, Madras), szczypta zmielonego zielonego kardamonu

Gotujemy wodę z mlekiem, dodając do niej cukier i przyprawy, gdy zacznie wrzeć, wsypujemy herbatę i jeszcze chwilkę podgrzewamy, po zdjęciu z ognia przecedzamy przez sitko.


Chleb razowy na zakwasie

(4 formy 40 cm)

1 kg mąki pszennej razowej typu graham, 50 dag mąki żytniej razowej, 50 dag płatków owsianych, 1 kg mąki pszennej, 3 łyżki soli, ewentualnie siemię lniane lub ziarno słonecznika jako dodatek, ½ szklanki zakwasu (4 łyżki mąki żytniej razowej zalać wodą i odstawić na dwa dni, aż skwaśnieje, można też skorzystać z kupnego zakwasu na żurek), ok. 3 litry ciepłej wody – o temp. do 50 st.C

Wszystkie suche składniki mieszamy, dolewamy wodę, ciągle mieszając, aż do uzyskania konsystencji ciasta racuchowego (ciasto musi odrywać się od ręki, ale nie spływać). Następnie dodajemy zakwas i dokładnie mieszamy. Odstawiamy, przykrywając ściereczką, w ciepłym miejscu na 4-8 godzin w zależności od ilości zakwasu, temperatury pomieszczenia oraz tego, czy wolimy chleb bardziej lub mniej kwaśny. Kiedy ciasto urośnie i będzie miało charakterystyczny kwaśny zapach i smak, odkładamy około pół szklanki jako zakwas na następny chleb, a pozostałym ciastem napełniamy blachy wysmarowane olejem (do ¾ wysokości). Możemy wysypać z wierzchu makiem, sezamem lub czarnuszką. Wkładamy do zimnego piekarnika i nagrzewamy do temp. 220-250 st.C. Pieczemy 1 godzinę i 15-30 minut, aż skórka chleba będzie ładnie zarumieniona. Wyjmujemy i zostawiamy, by chleb odparował.

Przepisy pochodzą z książki Joli Słomy i Mirka Trymbulaka “Nakarmić duszę. 365 przepisów z kuchni wegetariańskiej z myślami na każdy dzień w roku”, Gdańsk 2003


piątek, 14 kwietnia 2006
wielkanocne wypieki...

... czyli powrót jako wyjazd.


(tekst oparty na faktach)


Tej zimy na miasto spadło wiele nieszczęść. Wstępem do nich były szalejące sztormy, które znacznie nadwyrężyły kruche, drewniane rusztowanie mola. Symboliczny akt wandalizmu natury dał do myślenia niejednemu, włodarzy miasta utrzymując w podwyższonej gotowości do wystąpień publicznych, mających na celu ogólne poruszenie. Ona nam jeszcze za to zapłaci! wykrzykiwali, zakutani w ekologiczne kożuchy, chwiejąc się w posadach niczym słupki mola na wietrze i mrozie. Pozostawali jednak bezsilni, na nic nie mając wpływu, a żal z poniesionej porażki wylewali ze łzami w puchowe poduszki. Ich trwanie na stanowiskach z dnia na dzień, z kolejnym, złowrogim podmuchem wichury stawało się coraz bardziej niepewne. Zniszczenie głównej atrakcji turystycznej miasta zamiast skłonić piastujących urzędy do podjęcia natychmiastowej akcji ratowniczej, wpędziło ich tylko w depresję i marazm, do czego przyczynił się zapewne fakt, że centralny urząd do spraw zniszczeń powodziowych odmówił pomocy. Tymczasem proces niszczenia postępował, a belki mola, zalewane wielkimi jak wieżowce, groźnymi, zamarzającymi w sekundę falami morskiej kipieli, skrzypiały donośnie, pogrążając nadbrzeżną dzielnicę willową w atmosferze końca.

Kiedy w dniu wiosennego przesilenia wiatr ucichł, mieszkańcy miasta nie mogli opanować zdziwienia. Niebo, przez które od wielu dni przetaczały się tylko ołowiane chmury, niepewnie zaświeciło błękitem. Ludzie powoli odzyskiwali siły i wiarę w pomyślne zakończenie własnych, jak domki z kart rozsypanych na wietrze, historii. Ich ciała, dotąd osłonięte warstwami ubrań, mogły wreszcie zaprezentować światu całą gamę nienaturalnych brązów, jakimi faszerowały je zimą popularne, miejskie solaria. Miasto wraz z przyrodą budziło się do życia, a fale optymizmu - jak niedawno fale morskie - zalewały coraz odleglejsze jego rejony. Ze zmianą pogody i samopoczucia podupadły kurort zmieniał swoje oblicze, przygotowując się na przyjęcie turystów, spragnionych widoku plaż i niczym nie zmąconego horyzontu. Dworcowa cukiernia, odnowiona po zimowej przerwie, ciepłym zapachem francuskich ciasteczek przyciągała, niezdecydowanych co do celu podróży, wędrowców. Delikatne brzęczenie much, obijających się o szyby dworcowej poczekalni, zwiastowało nadejście wiosny.

Nieświadoma niczego Teresa Raquin zajęła miejsce przy oknie w przedziale pociągu ekspresowego. Mimo grubego golfa, którym okryła swoją - jak się okazało po lekturze kolorowego magazynu - wymagającą nawilżenia skórę, po plecach przeszedł jej dreszcz. Co prawda dzień wiosennego przesilenia, a ten zastał ją w samym centrum kraju, obfitował w wydarzenia, które łatwo można by zakwalifikować do kategorii znaków, Teresa Raquin nie była przesądna. Nie zrezygnowała z podróży, tłumacząc je sobie jako podpowiedź losu, który za pomocą czystej empirii przekonywał racjonalistkę, że czas zmienić otoczenie. A wszystko zaczęło się już w nocy. Około trzeciej zero trzy obudził ją krótki, suchy huk, przeszywający powietrze niczym armatni wystrzał. Wiedziona złym przeczuciem, wyskoczyła z łóżka i pobiegła w stronę kuchni, którą dzieliła z sąsiadami, znanymi z eksperymentów kulinarnych. Intuicyjnie wybrała ten kierunek, ponieważ zbliżały się właśnie święta wielkanocne, a sąsiedzi - zdaje się - rozpoczęli do nich przygotowania. Słynny nos Teresy Raquin i tym razem jej nie zawiódł. Kiedy zderzyła się z sąsiadem w małym korytarzyku, prowadzącym do kuchennych drzwi, wystarczyło jedno bystre spojrzenie, by z przerażenia na jego twarzy wyczytać resztę scenariusza. Niewielkie pomieszczenie upstrzone było tysiącem mniej lub bardziej regularnych w kształcie plam koloru jasnego brązu, o konsystencji ciągnącej, wypełnione zapachem spalenizny. W jednym kącie kuchni leżał czarny od sadzy garnek, w przeciwnym zaś otwarta nagłą eksplozją, pusta puszka po mleku zagęszczonym, słodzonym. Jej zawartość, jak łatwo się domyślić, znajdowała się wszędzie wokół. Po kilkuminutowym złowróżbnym milczeniu, które było, jak podpowiada psychologia, efektem szoku z otwartych ust sąsiada spłynęło z lekka zachrypnięte, niecenzuralne słowo. Resztę nocy wypełniła mozolna krzątanina obojga, bo Teresa Raquin czuła się odpowiedzialna za swoją tragiczną w skutkach podpowiedź. Poprzedniego dnia podsunęła sąsiadowi pomysł skrócenia sobie czasu, potrzebnego do wykonania mazurka kajmakowego. Zamiast stać przez kilka godzin nad kuchenką, mieszając autentyczną kajmakową masę, wystarczyło zanurzyć zamkniętą puszkę mleka zagęszczonego, słodzonego w garnku z wodą i zostawić gotującą się powoli zawartość na jakiś czas, a wszystko to praktycznie bez udziału rąk, co sąsiad zaraz wprowadził w życie, udając się na wieczorny spoczynek przed telewizorem. Skutkiem tak niefrasobliwego zachowania był wyżej wymieniony wybuch. O siódmej ciszę uśpionego domu przerwał, dochodzący z jej pokoju, dzwonek budzika, co skłoniło Teresę Raquin do odklejenia swoich stóp od kuchennej podłogi. Bez względu na okoliczności dzień wiosennego przesilenia był przecież dniem jej powrotu na łono dobrze nam znanej historii.


czwartek, 13 kwietnia 2006
w Buenos


Jak doniosła dzisiejsza prasa, jeden z najpopularniejszych polskich dystrybutorów filmowych, Roman G. – mimo zwykłej o tej porze roku mgły – szczęśliwie wylądował na argentyńskiej ziemi. Celem pierwszej w jego karierze podróży do Buenos Aires jest BAFICI Festival de Cine Independiente, z którego być może przywiezie nie tylko niezapomniane wrażenia, ale i niezbędne kontakty zawodowe, poszerzające ofertę przygotowywanej właśnie 6 edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu. W tym roku kino argentyńskie będzie tu miało swoje przysłowiowe pięć minut, a to za sprawą “sekcji narodowej”, którą wypełnią nowohoryzontowe hity z Argentyny ze wzbudzającym sensację na świecie, promowanym przez Piotra Kobusa nurtem poetyckiego naturalizmu na czele. Roman G. ze spokojem przyjął nieco emocjonujące lądowanie na buenosaireńskim lotnisku, wilgotną mgłę i niebezpiecznie fruwające na wietrze, lepkie paprochy. Temperatura powietrza przekraczała 20 st.C. Bezpośrednio z lotniska udał się do niewielkiego hoteliku naprzeciwko pensjonatu Sobrales. Ponieważ obiecał wysyłać do kraju dokładne relacje z podróży, tuż po dokonaniu koniecznych ablucji zapisał w swoim notatniku (by z niezbędnymi poprawkami przenieść to potem w przestrzenie bardziej wirtualne) co następuje: ...wchodzę do tego Miasta, sam nie wiedząc jak... z okna pokoju widzę targ pod arkadami, stragany pełne owoców, lśniące szyny tramwajów, ginące tam w dali, spokojne mury i biel grobowców... tropikalne werandy o trzcinowych zasłonach, wentylatory u różowych sufitów, szklane pudła wind, poprzez kępy traw... amfiladę pokoi z jasnymi tapetami... a w nich odpychające spotkania, konie-widma, zapach nieszczęścia... a dołem otwiera się Miasto, które odtąd będziemy pisać małą literą. Zamknął notes. Niewielki cień płaszczył się o bruk. Wieczorem zaszedł na mate do don Crespa po drugiej stronie ulicy i razem z gromadką stałych bywalców wysłuchał kilku dawnych tang, granych na rozpadającym się gramofonie, tak jak się powinno słuchać starych płyt. Nie czujesz jak my – powiedział don Crespo, witając się z nieznajomym – że to miasto jest olbrzymim brzuchem, powoli przetaczającym się pod niebem, przeogromnym pająkiem z łapami w San Vicente, w Burzaco, w Serandi, w Palomar, i innymi zanurzonymi w wodzie (nieszczęsne stworzenie, wziąwszy pod uwagę, jak brudna jest ta rzeka). Mi diagnóstico es sencillo – śpiewał tymczasem w tle Betinoti – Sé que no tengo remedio...


(Moja diagnoza jest prosta: wiem, że nie ma dla mnie ratunku...)


czwartek, 06 kwietnia 2006
praktycznie

przy dzisiejszej okazji życzę sobie siedzenia na czerwonej kanapce gdzieś w Teksasie i patrzenia przez okno, a w szczególności jak się na wietrze turlają kępy wyschniętych krzaków, w oczekiwaniu na wygraną w totolotka (której też sobie oczywiście życzę, najlepiej jakby to była jakaś znaczna kumulacja) i na doskonałego fryzjera profesjonalistę (jak wyżej), którego dzieło nie budziłoby już żadnych wątpliwości.


foto: Wim Wenders


poniedziałek, 03 kwietnia 2006
męka i marzenie

Nowy numer Zeszytów Literackich (93) w całości niemal poświęcony jest podróżom. W sieci dostępny fragment nowej "podróżniczej" powieści Stasiuka, której akcja przenosi nas na Węgry i cudownie opisany przez Sandora Maraia proces migania się przed nie tak daleką przecież, zagraniczną podróżą do Londynu. Czytamy przed snem i śnimy o tęsknocie za Itaką.



niedziela, 02 kwietnia 2006
melodramatycznie

Taki pomysł na bardzo miejskie, sobotnie późne popołudnie. Tyle już o tym filmie napisano. Wśród publiczności starsze panie, jeden starszy pan poruszający się z trudem, na przekór wszystkiemu, chichoczące licealistki. Popołudnie, żadnych par. Wcześniej - w sobotniej gazecie, czytanej z przyjemnością przy kawie w pachnącej lukrem kawiarni, artykuł o panującej nam dziś >erze zakrywania<. Chodzi o mechanizm, który zmusza różnego rodzaju mniejszości do skrywania tego, do czego są najgłębiej przywiązane, traktując to jako wstydliwe i społecznie niewłaściwe. Autor książki "Covering: The Hidden Assault on Our Civil Rights" - Kenji Yoshino uważa to za ucisk w pełnym znaczeniu tego słowa. "Ucisk mniejszości - dowodzi - nie kończy się w momencie, gdy pozwala się jej istnieć w społeczeństwie i gdy nie zmusza się jej do >nawrócenia<, do przyjęcia cudzych wzorów postępowania. Nie kończy się też z chwilą, gdy członkowie danej grupy mniejszościowej nie muszą już >przechodzić niezauważenie<, ukrywając swą tożsamość przed wszystkimi z wyjątkiem najbliższych. Dziś bowiem, jeśli nawet toleruje się mniejszości, które wyraźnie ujawniają swą grupową przynależność, często wymaga się od nich asymilacji, która >zakryje< tę tożsamość". W świetle doświadczeń Yoshino - prawnika z konieczności, poety z zamiłowania, geja z orientacji - odkrywanie jest dziś konieczną manifestacją swojego sprzeciwu wobec nie ujawnionego oficjalnie zakazu wolności bycia sobą.

Kiedy to czytam, mam też w pamięci słowa Lévinasa - o potrzebie skrytości w uczuciu, która dziś jest tak często nadwyrężana. Wszędzie, w mediach, a zatem i na ulicy. W "Całości i nieskończoności" pisze: "Wielość może powstać tylko pod warunkiem, że indywidualne osoby zachowują swoją sekretność, że relacja, która łączy je w wielość, nie jest widoczna z zewnątrz, lecz przebiega od jednej osoby do drugiej. (...) Gdyby więź między mną a Drugim dawała się całkowicie uchwycić z zewnątrz, niweczyłaby - w tak ogarniającym spojrzeniu - samą tę wielość, którą wiąże. Indywidualne osoby jawiłyby się jako uczestniczące w tej samej całości: Drugi równałby się kopii Ja - obu nas obejmowałoby to samo pojęcie". Kiedy oglądam potem "Brokeback Mountain" Anga Lee, film, o którym tyle już napisano, pierwsza moja myśl po tej projekcji potwierdza nieadekwatność słów Lévinasa, zgadzając się z manifestacją Yoshino. Jak to możliwe, że ktoś posiadł prawo decydowania o tym, kogo kocham, z kim żyję, w jaki sposób wyrażam swoje uczucia? Banalnie tupię nogą. W imię wartości rezygnacja z Lévinasowskiej wielości, która wydaje się w takim kontekście skupiona na sobie, neutralna, nie zaangażowana, kojarzy się z wyższą koniecznością.

Jestem tym filmem oczarowana. Zakochana niemal w obu tych pięknych chłopcach. Kibicująca im. Obaj cudowni, wewnętrznie rozświetleni trudną, wzajemną miłością. Nie potrafię powiedzieć na ile ich czułość, ich seksualność jest, czy może się wydawać, obsceniczna. Jak pisze Roland Barthes we "Fragmentach dyskursu miłosnego": "to sentymentalność staje się dzisiaj miłosną obscenicznością", a ten film jest sentymentalny. To przecież klasyczny melodramat. Kiedy Yoshino w swojej książce opisuje chwilę, w której po raz pierwszy zdał sobie sprawę z tego, że zakochał się w mężczyźnie, brzmi to podobnie: "Pewnego jasnego popołudnia szliśmy brzegami Charles River. (...) Olśniony igiełkami światła przebijającego wodę, odwróciłem się, aby dostrzec, jak on na nie patrzy. Zauważyłem, że jego rzęsy odbijają się w jego oczach, niczym markizy w szybach okiennych. Kiedy starałem się zrozumieć, co to znaczy, zdałem sobie sprawę, że nie potrafię odwrócić od niego wzroku. Jego tęczówki były brązowe, brąz przechodził w pomarańczowy, a wokół źrenic tańczyły jaśniejsze plamki... Co z tego, że wiedziałem, iż jest hetero? Pożądałem go, a moje pożądanie, tłumione przez wielu mężczyzn, było całkowicie niewinną koniecznością. Tak jak mózg wydaje się większy od czaszki, w której się skrywa, tak moje pożądanie wykraczało poza granice mojego ciała. Pomyślałem, że gdyby tylko poczuł siłę tego, co czuję, nie mógłby mi się oprzeć". I podobnie trudno oprzeć się sile pożądania, która dręczy bohaterów i emanuje. Nie wiem, jak tego Ang Lee dokonał. Jak sprawił, że kiedy Jack (Jake Gyllenhaal) patrzy na Ennisa (Heath Ledger), plecy przecina mi dreszcz. Dlaczego - kiedy stęskniony Jack na wieść o rozwodzie Ennisa przyjeżdża do Wyoming, a Ennis każe mu wracać, i ten jadąc samochodem, połyka łzy - chce mi się płakać razem z nim. Zbyt zaangażowana, nie potrafię wykryć reżyserskich sztuczek. "(...) wyciskam z siebie łzy - pisze Barthes - aby udowodnić sobie, że mój ból nie jest złudzeniem: łzy są znakami, a nie środkami wyrazu. Łzami opowiadam pewną historię, wytwarzam mit bólu, i wówczas do niego się dostosowuję: mogę żyć z bólem, gdyż płacząc stwarzam sobie emfatycznego rozmówcę, który odbiera >najprawdziwsze< z posłań, posłanie mojego ciała, a nie mojego języka: Czymże są słowa? Łza opowie więcej". I ciało. Zwrócone sobie samemu. Wyzwolone na chwilę z tego sztucznego gorsetu przyjmowanych przez bohaterów póz, tak, jakby byli ustawieni do fotografii – jeden na tle drewnianego baraku, z twarzą ukrytą pod rondem kapelusza, drugi oparty o maskę samochodu, albo o framugę, eksponując lśniący na przegubie zegarek, ze zgrabnie wsuniętym w kieszeń spodni kciukiem.


A potem wsiadam do pociągu i przez kilka godzin z zamkniętymi oczami słucham rozmów trzech psycholożek, wracających ze szkolenia. Słucham ze wzrastającym wewnętrznym sprzeciwem, a jednocześnie nie chcę ani jednym słowem, postawą, poruszeniem czy spojrzeniem prosto w oczy skierować na siebie ich druzgocącej, wszechmocnej uwagi. Słucham, jak warstwa po warstwie publicznie pozbawiają swoich już nawet nie pacjentów, a >klientów< resztek intymności. Dowiaduję się, że każdy niemal kontakt zawodowy, zewnętrzny naznaczony jest świadomą manipulacją. Każdy gest podyktowany jest odpowiednią >techniką<, strategią, wszystko ma swój cel i powinno mieć też efekt. Ich piskliwe, nieustannie paplające głosy splątują mi się w głowie w wielki węzeł. Ten pseudonaukowy bełkot nie może być jakimkolwiek krokiem ku wyzwolonej kobiecości, o czym kiedyś przekonywałam także siebie, cytując Joannę Tokarską-Bakir, która w jednej z dyskusji wspomina o okolicznościach, jakie towarzyszą narodzinom nowej, twórczej autentycznej kobiety. Obojętnie czy jest mistyczką, czy gospodynią domową twórcza kobieta jest przede wszystkim wolna i to wolna na swój własny sposób, na wiele różnych sposobów. „Gdy porzuci cudzy ideał powagi, gdy będzie sobą, niechybnie będzie twórcza”. I dalej cytuje Karen Blixen z „Dagerotypów” – „Jeśli (kobieta) chce postawić na swoim, musi spojrzeć (mężczyźnie) prosto w oczy i powiedzieć coś, w czym on nie doczyta się najmniejszego sensu i na co nie będzie w stanie odpowiedzieć. (...) Bełkot, jazgot, szczebiot, mówienie niezrozumiałym językiem to sygnał uwolnienia twórczego kobiecego (lecz nie ograniczającego się do samych tylko kobiet) pierwiastka spod kontroli, jaką nad nim sprawuje kultura”. Popatrzyłam na nie jak na Parki, grzebiące pazurami w zmęczonych ludzkich mózgach. Zaraz potem wpadły na pomysł, żeby wybrać się na kawę do Warsu. Ale z torbami? zapytała jedna zniechęconym tonem. No nie, powiedziała druga, przecież możemy je zostawić, w końcu siedzi tu ta pani... Ona śpi, wyraziła wątpliwość pierwsza. Ooo, nie ma mowy! krzyknęła trzecia, najbardziej piskliwa okularnica, ona nie śpi! ona słucha! Jestem pewna – choć miałam zamknięte oczy – że skupione obok siebie, dyskutujące cicho z pochylonymi głowami, nagle wyciągnęły szyje i spojrzały na mnie badawczo, mlaskając językami jak głodne smoki. Poczułam jeszcze większe niż dotąd zmieszanie i z pewnością drgnęła mi powieka.