agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
no-stoper

Tuż obok maj, miesiąc miłości i młodości. Mili, mali majówkowicze uśmiechają się zza samochodowych szyb. Kiwają do nas przyjaźnie. Z powodzeniem zapakowali się po sam dach, wyruszyli, urlopują – mamy dłuuuugi weekend. Wcale nie przez przypadek ja również znalazłam się w tej doskonałej, majówkowej sytuacji, w tych fenomenalnych okolicznościach przyrody i choć synoptycy zapowiadają nocą przymrozki, to na Pomorzu akurat nie, tu nocą zanotujemy plus, a nawet trzy plus. Za to w ciągu dnia słońce bez przeszkód wędruje po czystym, błękitnym niebie. W pełnym świetle lodowaty wiatr przyciska do ziemi żółte główki mleczy.

Jak przywiędła roślinka, resztkami sił wystawiająca twarz ku słońcu, postanowiłam pojechać na Kaszuby. I proszę sobie nie myśleć, że narzekam, obrazek jest idylliczny: rano otwieram okno jak w filmie, przeciągając się finezyjnie z widokiem na rajskie kaszubskie pagórki, na śniadanie zjadam chrupiące bułeczki bez dżemu i miodu, bo szczerze tych ingrediencji nie znoszę, a więc wszystko gra, potem z mieszanką fascynacji i obrzydzenia wskakuję w zielone kaloszki, oby żadna myszka z nich nie wyskoczyła, bo oto za chwilę bagruję już typowe kaszubskie przydomowe oczko wodne, wyciągając ze środka i z wierzchu cudownie ciągnące się gile wodorostów, strasząc żaby i zagrażając życiu kijanek, moczę sobie przy tym wszystkie możliwe skarpetki, potem koszę z hektar przydomowego trawnika, w wibrację wprawiając swoje słabeuszowate po zimie ciało, wyciągam psu razem z sierścią kilka machających bezradnie łapkami, opitych psią krwią kleszczy, zjadam rodzinny obiad i ląduję na leżaku owinięta w pięć kołder, przyciskając do piersi nadgryzionego Krzyśka Vargę, obmyślając przy tym reklamę telewizyjną produktu o nazwie no-stoper, fantastycznej różowej pigułki, która od ręki pomoże takim jak ja wielbicielom ciszy polubienie różnych cywilizacyjnych hałasów, w tym, a może przede wszystkim odgłosów, wydobywających się z telewizora podczas trwania seriali takich jak: “Klan” (w domyśle Ku Klux), “Plebania”, “M jak miłość”, “Na dobre i na złe”, “Złotopolscy”, “Na Wspólnej” etc., a wszystko po to, by wreszcie przestano mnie dyskryminować ze względu na upodobania, nazywać szurniętą, nieprzystosowaną do życia w rodzinie, wytaczać armaty staropanieństwa, dzikości i wszelkiej maści obsesyjnej dziwności, z którą się obnoszę, nadpobudliwości, narastającej z wiekiem potrzeby izolacji itede. Tak, tak, droga Virginio, nie usiądę z Tobą przy kominku (tuż obok kominka stoi telewizor, ów ekran na świat), bo jakżesz to tak, skoro całkiem niedaleko ludzie mają tak trudne do rozwiązania problemy, chociażby sercowe i jak się w to nie zaangażować, nie pomóc, nie przemyśleć chociaż. Więc zaciskam zęby, powieki i pięści (trochę ze złości, więcej z zimna), przyciskam Vargę do serca, tylko on mnie - zdaje się - w tym towarzystwie rozumie. I nie żebym otwierała na chybił trafił jego nową powieść “Nagrobek z lastryko”, ja po prostu ją czytam, kartka po kartce, grzecznie, po bożemu, brnę do przodu małymi kroczkami, to tu, to tam przysiadam i czytam, czytam...

Uwielbiam sposób, w jaki pastwi się nad sobą, nad swoimi bohaterami, nad całym światem. Mówią, że jest w niej, tej książce: “szlachetna melancholia”, “głęboka ironia”, “stylistyczna dyscyplina”, “chmura ostateczności”, “łańcuch nieszczęść”, a nawet “punk”. I mają rację, ironią Varga – mówią – walczy z rozpaczą i brakiem potomstwa (swojego bohatera). A najśmieszniejsze – mówią – że ona jest prorodzinna, babcia i dziadek żyją jak pies z kotem, ich córka rodzi bohatera-narratora bez udziału mężczyzny, a on około roku 2070 nie ma już szans kogokolwiek urodzić. Czyli – pisze Dariusz Nowacki – zła rodzina, niepełna rodzina, brak rodziny, a następnym krokiem jest tylko nicość...

Wybrałam wcale nie na chybił trafił niniejszy fragment, bo jest mi dzisiaj bliski. Dziadkowi bohatera-narratora – Piotrowi Pawłowi po wieczorze wypełnionym ciężkim i cierpkim smakiem chilijskiego caberneta albo argentyńskiego merlota oraz tytoniu śniły się zwykle warszawskie pomniki, które przychodziły, żeby go zamordować:

Koło trzeciej w nocy, gdy nikt prócz dziadka tego nie widział, Czterej Śpiący schodzili z cokołu na Pradze i nie podnosząc głów ani nie odrzucając pepesz, zaczynali sunąć na Mokotów i choć wydaje się, że pieszo z Pragi na Mokotów powinno się iść godzinami, oni stawali przy łóżku Piotra Pawła już po kilku minutach i nic nie mówiąc ani nadal nie podnosząc głów, z twarzami ukrytymi w cieniu rogatywek i hełmów wznosili swoje automaty, a ponieważ były to kamienne pepesze i nie nadawały się do strzelania, kolbami rozbijali głowę dziadka, tak łatwo jak arbuza. Dziadek, choć chciał krzyczeć, nie mógł i mimo, że usiłował się podnieść i uciec, to ciało też miał z kamienia, lecz ten kamień w przeciwieństwie do kamienia, z którego byli zbudowani żołnierze, nie umiał się poruszać. Kamienne ręce dziadka nie umiały się zasłonić przed kamiennymi kolbami martwych żołnierzy; Piotr Paweł leżał w łóżku nieruchomo jak pierwszy sekretarz na katafalku, a jego mózg rozpryskiwał się czerwonymi farfoclami na ściany; z wnętrza głowy tryskała krwawa fontanna, skorupy czaszki odpadały łatwo z tego dobrze ugotowanego jajka, dziadek wciąż jeszcze nie pozbawiony świadomości zamieniał się w drgający zwierzęcy tułów zakończony rozbitym o ziemię słoikiem z ćwikłą”.

Krzysztof Varga, "Nagrobek z lastryko", Wołowiec 2007


sobota, 28 kwietnia 2007
gratek ciąg dalszy

ostatnio czytamy tu "Dzienniki" Virginii Woolf, lekturę oddaloną w czasie, a jakże współczesną, pisze Virginia: "Poszłam do kinematografu (...) Były trzy lub cztery świetne filmy; ale jak zwykle dramat jest nudny. O, chciałabym lubić to, co lubią inni" (15 stycznia 1915).Tymczasem w czerwcu tuż przed 8. Festiwalem Filmów Latynoamerykańskich (na którym ...ojoj... będzie na przykład "El otro" Ariela Rottera z moim ulubionym Julio Chavezem w roli głównej) i tuż przed pojawieniem się w Polsce kultowej urugwajskiej Whisky, umarli opuszczą argentyńskie grobowce świata i... no gratka! - "Los muertos" Lisandra Alonso w kinach od 1 czerwca! więc koniecznie (bo to jest film wyjątkowo kinowy) - (jak mówi Chile): do kinematografu marsz. Popatrzeć na Argentino Vargasa w pampie, w czerwcu.


"Los muertos" (Argentyna, 2005) reż. Lisandro Alonso
info: Mañana



piątek, 27 kwietnia 2007
Reygadas w Cannes też oczywiście

więcej:
  Carlos Reygadas



wtorek, 24 kwietnia 2007
z Chengdu w objęcia chrapiącego boga (cd.)

Niewierne, a jednak mimochodem weszłyśmy na szlak, prowadzący do żeńskiego klasztoru Fuhu i już na nim zostałyśmy, spacerując po mokrych ścieżkach, wijących się w górę i w dół przez bambusowy las. Im wyżej, tym bardziej gęstniała mgła. Drobny deszcz smagał liście drzew, szemrały górskie strumyki. Obeszłyśmy klasztor i skierowałyśmy się dalej, przed siebie, nie nadwyrężając nóg, ani głosu. Wreszcie mogłyśmy posłuchać własnych myśli, obudzić je w sobie, bo w podróży – jak nam się wydawało – były uśpione jak wioska, którą zostawiłyśmy w dole. To nie był żaden główny szlak, tylko nie uczęszczana, boczna droga, wiodąca do buddyjskiego cmentarza. Ten wyrósł przed nami murem w pudrowo-różowym kolorze. Po pokonaniu kilku schodków zatrzymałyśmy się przy nim chwilę. Po pokonaniu kolejnych kilku schodków weszłyśmy na niewielki plac z kaplicą, wśród doniczek z kwiatami siedzieli przed nią na drewnianych krzesłach, popijając herbatę dwaj “grabarze”.

Widząc nas grabarze musieli się zdziwić, podobnie jak wszyscy Chińczycy, którzy spotykali nas w środku Chin. Przyglądali się nam badawczo z daleka i z bliska, nieraz otaczali kręgiem, pokazywali palcami, podchodzili rzadko, w odpowiedzi na uśmiech uśmiechali się rozbrajająco, kiwali na powitanie - wszyscy przecież jesteśmy ludźmi, choć tak się od siebie różnimy. Widząc nas grabarze wskazali na wolne krzesła, zaprosili, by usiąść, odpocząć, pobyć. Usiadłyśmy. Kaplica składała się z małego ciemnego pokoju z figurą okadzonego palącymi się trociczkami bóstwa, reszta budynku była domem grabarzy, zagrody pilnował pies.

Grabarze zaszemrali jak strumyki i ustąpili nam miejsca. Usiadłyśmy na ich krzesłach przy stoliku, zaproponowano nam herbatę. To było dziwne, ciche miejsce, bardzo spokojne. Otaczający je las ginął we mgle, kamienne posadzki lśniły od deszczu. Jeden z grabarzy przyniósł dla nas szklanki. Szepnęłam do K, że pewnie nie za czyste, ale wycofać się już nie było jak. W tej samej chwili grabarz opłukał je wrzątkiem. Zalał herbatę, wylał pierwsze parzenie, zostawił nam dzbanek. Kiedy to robił zza ściany, przy której siedziałyśmy, dobiegło chrapanie. Uśmiechnęłyśmy się, wyobrażając sobie za ścianą potwora, któremu po wypiciu świętego napoju zostaniemy złożone w ofierze. Grabarz też się uśmiechnął, jakby znał nasze myśli, pokazując gestem, że tam ktoś śpi. Aha, zostawił nas same. To było dziwne miejsce.

Podziękowałyśmy za herbatę, a w myślach za nastrój, zabrałyśmy go ze sobą i poszłyśmy dalej. Po pokonaniu kolejnych schodków trafiłyśmy do mnisiej części cmentarza. Kamienna posadzka była tam jakby pokryta lodem, śliska, między mogilnymi stupami wisiały grube pajęczyny na zmianę z kolorowymi wstążkami, wokoło pachniało tlącymi się kadzidłami. Na kolejnym poziomie znajdowało się niewielkie krematorium. Zabrałyśmy stąd nasze "nic" i uspokojone zeszłyśmy do wioski.
















(foto:aszeffel)




poniedziałek, 23 kwietnia 2007
z Chengdu do...


Dobrze by było, gdyby podróż składała się tylko z ciekawych, przyjemnych albo pięknych chwil, koniecznie przypadkowych i koniecznie nie wymuszonych. Ale dzisiaj (wiadomo, wiadomo) to się wydaje niemożliwe z wielu powodów. Z braku czasu chociażby. Dlatego wrażenia dzisiaj trzeba prowokować. Wrażenia - jedyny naprawdę wartościowy łów, jaki możemy z podróży wycisnąć. I dobrze by było się z tym nie zgodzić (nie prowokować) i czasami warto spróbować, choć to frustrujące, trudne i ryzykowne, bo w poprzek większości oczekiwań, bo tym samym z podróży można przywieźć “nic”. Chociaż i to “nic” mogłoby stać się “czymś” po powrocie, ale – jak sądzę – dla ograniczonego grona odbiorców.


"nic" w Leshan

W czasie naszej chińskiej podróży wystawione byłyśmy na wiele prób. Z jednej strony walczyłyśmy ze wspomnianą, frustrującą możliwością nic-nie-przywiezienia z podróży. Z drugiej - z mitem podróży, według którego taka daleka wyprawa ku inności pozwoli nam, a nawet zmusi do spojrzenia na wszystko z innej perspektywy, ba! że zmieni nie tylko nasze spojrzenie na daleki bliski świat, ale i nas same zmieni nie do poznania, że nas czegoś nauczy i będziemy mądrzejsze, albo do czegoś skłoni i w końcu wyjdziemy na prostą, by wreszcie porzucić nielubianą pracę, wreszcie napisać książkę, wreszcie założyć własną firmę, wreszcie skończyć z wolontariatem, wreszcie wyjechać, albo wreszcie zostać itede. Z kolejnej już strony walczyłyśmy - choć może to niewłaściwe słowo, walczyłyśmy na początku, a potem już nie - z sytuacją, w której tuż obok siebie w osobach współtowarzyszy podróży miałyśmy różne typy osobowości, różnie reagujące na podróżnicze wyzwania, różnie reagujące na nasz oryginalny, a-prowokacyjny (żeby nie powiedzieć a-normalny) sposób podróżowania, a więc walcząc z nimi, trochę i ze sobą walczyłyśmy... Ten ostatni bój, jak i pozostałe, zrobił nam dobrze. Rozgrzał mięśnie, uodpornił, utwierdził w przekonaniu, że istnieje wiele dróg, a ta, którą wybrałyśmy, jest dobra dla nas, niekoniecznie dla innych.

No, ale w końcu posuwałyśmy się wytyczonym z góry szlakiem i może dobrze, że istniał, bo gdyby nie istniał, to w naszej dziwnej drodze ku “nie wiadomo czemu”, mogłybyśmy zbłądzić i nie dojechać w terminie do Szanghaju. A tak – zaliczałyśmy poszczególne punkty trasy, mościłyśmy się w nich, nie korzystając jednak z całego zestawu “atrakcji”, tworząc swoje własne. Bez konieczności ciągłego udowadniania (także sobie samemu), że owe atrakcje są takie “zajebiste”. Bez konieczności modernistycznego duchem poszukiwania “prawdziwych Chin”. Bez strachu wreszcie, bez strachu.

Chengdu – największe miasto Syczuanu miało być bazą wypadową do Lhasy, okazało się jedynie bazą wypadową do zaplanowanego pobytu w Emeishan, a raczej w wiosce pod miastem Emeishan – Baoguo. Chengdu pozostało dla nas miejscem, które od początku sprawiało trudności, a jednocześnie miejscem, w którym rozwinęłyśmy skrzydła, nareszcie ze wszystkim oswojone i pogodzone. Tu wybrałyśmy swoją małą chińską drogę i przylgnęłyśmy do niej jak do tybetańskiej dzielnicy, gdzie mieszkałyśmy, gdzie godzinami spacerowałyśmy po dwóch, krzyżujących się ulicach, zaglądając do sklepików z biżuterią i kadzidłami, gdzie jadałyśmy mięso jaka w pysznych pierożkach, papryce, plackach, zupach, w kociołkach pod naleśnikami i ziemniakami, maczając je w pikantnym paprykowym sosie, który wypalał przełyk. W Chengdu spędziłyśmy dobrych kilka dni, to tu zaczęłyśmy przesiadywać w parkach przy jaśminowej herbacie, to tu chowałyśmy mapę i szłyśmy przed siebie, zaglądając w okurzone zakamarki miasta, daleko od głównych arterii i wypełnionych ludźmi świątyń. To tu wreszcie robiłyśmy nasze pierwsze zakupy – rewelacyjne drewniane klapki za 10 Y i zarękawki, tu wchodziłyśmy do obskurnych sklepów z mydłem i powidłem, z plastikiem i blachą, jadłyśmy ciastka, kręcone na ulicy na oczach przechodniów. Odmawiałyśmy jedynie masażystom uszu, którzy opanowali herbaciarnie i kiedy tylko usiadło się przy stoliku, przybiegali, podzwaniając wielkimi, stalowymi szczypcami. To tu poczułyśmy się nie jak w podróży, ale jak w miejscu, w którym zaczynasz być, a nie tylko przez nie przejeżdżasz.



(foto:a.szeffel)


Gdzieś pomiędzy tym wszystkim wybraliśmy się do Baoguo, po drodze odwiedzając wielkiego buddę w Leshan. Znacząca część wycieczki miała ochotę wspiąć się na święty szczyt Emei Shan. My z K zostałyśmy u podnóża góry w małym, drewnianym hostelu z wielkimi, przeszklonymi drzwiami, przez które można było – jedząc śniadanie – obserwować życie na bocznej uliczce turystycznej wioski, tkwiącej w posezonowej drzemce. A to pies przebiegł, a to dziecko, a to kura. Pogoda była jak zwykle tutaj mglista i dżdżysta, obojętna pielgrzymom, przeklinana przez turystów, którzy na Emei Shan wspinają się po kamiennych schodach dla oszałamiających, ale rzadkich – ze względu na kiepską pogodę - widoków. My miałyśmy w planach jak zwykle włóczęgę bez planu.

cdn.


piątek, 20 kwietnia 2007
elektryzująco w Cannes

Jak podaje dzisiejsza GW:

ogłoszono wczoraj listę 22 filmów, które będą walczyć o Złotą Palmę tegorocznego 60. festiwalu w Cannes (od 16 do 27 maja).

Są wśród nich: • „No Country For Old Men” braci Coen - adaptacja powieści Cormaca McCarthy'ego o myśliwym ściganym przez zawodowego mordercę; • „My Blueberry Nights” Wong Kar Waia - pierwszy w jego dorobku klasyczny film drogi, którego akcja rozgrywa się między Nowym Jorkiem a Newadą; • „Death Proof” Quentina Tarantino; pierwsza połowa dylogii „Grindhouse”, pełen przesadzonej brutalności film o psychopacie z upodobaniem mordującym kobiety swoim „śmiercioodpornym” samochodem; drugą część ma stanowić horror Roberto Rodrigueza „Planet Terror” o zombi; • „Paranoid Park” Gusa van Santa o nastolatku przypadkowo zabijającym ochroniarza toru dla deskorolek; „Zodiac” Davida Finchera - dreszczowiec o seryjnym mordercy; • „Persepolis” Vincenta Paronnaud - adaptacja głośnego komiksu Marjane Satrapi o Iranie lat 80.; • „Zavet” Emira Kusturicy - kolejna bałkańska fantazja dwukrotnego triumfatora Cannes, tym razem z Juliette Binoche; • „Wygnanie" Andrieja Zwiagincewa i „Alexandra" Aleksandra Sokurowa, a także nowe filmy tureckiego Niemca Fatiha Akina, Węgra Beli Tarra i Koreańczyka Kim Ki-duka.

W jury, na którego czele stanie irlandzki reżyser Stehpen Frears, znajdzie się m.in. laureat literackiego Nobla Orhan Pamuk.


czwartek, 19 kwietnia 2007
Louis Vuitton & Gipsy Design

To prawdziwy paradoks, albo zemsta Louisa Vuittona. Cała Azja chodzi przecież w jego torebkach. Można je kupić na każdym rogu, w każdym sklepiku, za grosze. Chodzi oczywiście nie w oryginałach, ale w doskonałych podróbkach. Tymczasem słynna kraciasta torba, w której również chodzi cała Azja i nie tylko, a którą Dubravka Ugrešić z takim sentymentem opisała ostatnio w "Ministerstwie bólu", zainspirowała
francuskiego projektanta w sezonie wiosenno-letnim 2007 (model Street GM i Street PM). Kraciasta torba jako proletariacka figa z makiem dla LV? Już nie.

szczegóły na jego stronie
szukajcie:
catalogue / new arrivals / women / city bags & Briefcases / Show Summer 07-Braided Leather / Street GM i Street PM

niesłychane...


środa, 18 kwietnia 2007
chłopak, pachnący mlekiem


Dostałam od pewnej pani w prezencie – bo wszystko miało być różowe – małą, różową książeczkę. Była też i świnia (bo mamy rok świni i Chiny itede), trochę bardziej realistyczna, żółtawa w czarne łaty, chyba dzika. Od kilku lat, odkąd ta pani usłyszała pewną sentymentalną historię z mojego dzieciństwa, której bohaterem był zestaw gumowych, albo plastikowych – nie pamiętam – miniaturowych zwierząt, od tej pory dostaję od niej w prezencie takie właśnie zwierzęta różnych gatunków, co roku po jednym. To bardzo miłe, ale dygresyjne.

Książeczkę dostałam tego dnia, w którym pierwszy raz po przyjeździe z Chin podróżowałam kolejką skm. Jak zwykle w takich wypadkach, gdy po długim czasie wracamy do czegoś najbardziej zwyczajnego na świecie, to coś staje nam przed oczami w nieco innym, a wręcz zaskakującym świetle. Jak zwykle w takich wypadkach kolejką skm razem ze mną podróżowali dosyć nietypowi pasażerowie. Widziałam ich w świetle właśnie dojrzewającego popołudnia: była tam niby wyjęta z filmu Gatlifa, stara Cyganka z siwymi włosami, ubrana w kolorowe, kwieciste spódnice; był znajomy szalony sprzątacz w kapelusiku Bruno Ganza, przepowiadający pogodę; byli studenci doktora Guldy (któremu współczułam) na wagarach, obracający w palcach jego nową, jeżeli nie jedyną powieść; byli dwaj przyjaciele: jeden bez trzech palców, ale za to z długim nosem i z długimi włosami, a drugi w okularach ze szkłami jak denka od słoików, i tak dalej, i tak dalej.

Książeczkę napisała Juhasia Kalada, mieszkająca w Homlu, najgłośniejsza – jak piszą – pisarka nowej literatury białoruskiej. I trzeba przyznać, że dobrze napisała, ale tylko do połowy. Jedna połowa świetna, druga położona, zdarza się. Ale dla tej pierwszej połowy warto sięgnąć po “Traktor”, bo taki książeczka nosi tytuł i wszystko w niej - ten tytuł, nota wydawcy, nota autorki - podporządkowane jest tej drugiej, kiepskiej części. Może autorka ją właśnie uznała za lepszą, a może to żart, z powodu postmodernizmu trudno powiedzieć. W pierwszej części w Mińsku spotykają się Irina i Żenia - dwie przyjaciółki, współlokatorki, które nie widziały się kilka miesięcy. Irina opowiada Żeni, co się u niej przez te miesiące działo, a sporo się działo, bo to jest historia bardzo młodzieńcza i dziewczyńska i rzecz dotyczy zakochania i porzucenia. Ale nic w niej nie jest takie, jak być powinno, chyba tylko pachnący pod oknem bez, rumianki w słoiku, lato, deszcz. A wszystko inne jest nie takie. Właśnie trwa na uniwerku sesja, a Irina oprócz dwóch poprawek nie dostała też zaliczenia z wuefu z powodu zera obecności. Na sali gimnastycznej spotyka Marata – chłopaczka takiego, młodszego od niej (mówiłam: młodzieńcze), przyczepił się i został, chłopaczek, pachnący dzieciństwem.

To jest bardzo prosta historia, ale czuła, a nawet czułostkowa, a trochę śmieszna, jak to takie historie. Marat zostaje, kręci się po życiu Iriny jak po jej kuchni, jest, choć kim jest, tego właściwie nie wiadomo. Potem w lecie Irina wyjedzie na Krym do ciotki, zamieszka w Teodozji i będzie czekała na Marata, który obiecał przyjechać. I ona się w czasie tego nieustannego czekania na niego w nim właśnie zakocha. I wszystko tam jest naprawdę dosyć śmieszne: bo Marat w końcu przyjeżdża do Teodozji, ale już, albo wcale w Irinie nie zakochany i jedzie dalej do Noworosyjska. Wsiada do autobusu, uśmiecha się, pije mleko przez słomkę z butelki po coca-coli i zasłania w oknie zasłonkę, nieczuły. A ona – Irina, z ogoloną głową (mówiłam: młodzieńcze) – odprowadza go na przystanek i żegna, ściskając pod pachą dwa koce i płetwy, i popłakuje, opłakując jego znikanie. Takie obrazki, pachnie kwiatami, morze, lato, potem ciepły deszcz.

ps.1. O drugiej części, w której dziewczyny z zemsty piszą kiepskie opowiadanie, wydawca pisze na stronie wydawcy.

ps.2. Ostatnio spotkałam chłopaka, który przypomina mi Marata. Młody, zdolny, bardzo elokwentny. Od dziś myślę sobie o nim – Marat. Ma duże oczy i jest zupełnie nie taki. Zupełnie jak Marat. Lubi duże miasta i nie lubi wychodzić z domu. I ma w sobie jakąś taką dystynkcję, za którą nie przepadam, intelektualisty, poety i pisarza, i jeszcze nie wiadomo kogo, z nikim się nie boi porozmawiać, ale lubię czytać to, co pisze w swoim notatniku. Czekam na te jego codzienne spacery w słońcu, przesiadywanie na balkonie, sprawozdania z lektur, opowieści o rozmowach przez telefon i marzenia o Paryżu. Jak Marat przyczepiłam się do Marata, wiosną.

Juhasia Kalada, Traktor, "Korporacja Ha!art", Kraków 2007



wtorek, 17 kwietnia 2007
Jia kręci w Chengdu

Jia Zhang-Ke zapowiedział rozpoczęcie prac nad nowym filmem. "Twenty Four City" będzie historią trzech pokoleń kobiet, pracujących w lokalnej fabryce (od lat 60. do dnia dzisiejszego). Na przykładzie ich losów reżyser chce pokazać zmiany, jakie zaszły w Chinach na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.
W filmie wystąpi prawdziwa fabryka w Chengdu w południowozachodnich Chinach, a scenariusz powstał w oparciu o jej prawdziwą historię. Tym razem przy pisaniu scenariusza Jia skorzystał z pomocy innej osoby, jest nią mieszkająca w Chengdu poetka Zhai Yongming. Podczas realizacji filmu nakręcony zostanie także kilkugodzinny dokument "The Story of 24 City".

Czekamy z niecierpliwością, mając nadzieję, że powstanie film jak "Martwa natura" nudny, którego oglądanie będzie sprawiać nam wielką przyjemność (powyższa recenzja "Martwej natury" należy do Marka Wołodźko).

CHENGDU:
















(foto: a.szeffel)


moja książka do wróżenia

z noty wydawcy (świat literacki):

Fernando Pessoa

Księga niepokoju

ISBN: 978-83-60318-32-4

Cena okładkowa: 49 zł

Fernando Pessoa (1888–1935), modernistyczny poeta i prozaik portugalski, jest uznawany za jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku. Posługiwał się wieloma nazwiskami, a każde z jego literackich wcieleń cechowało się odrębną osobowością i stylem. Księga niepokoju, której fikcyjnym autorem jest pomocnik księgowego w Lizbonie, Bernardo Soares, to połączenie dziennika intymnego i prozy poetyckiej, utrzymane w liryczno-metafizycznym tonie. Luźno powiązane fragmenty odkrywają świat wyobraźni pisarza, koncentrując się na badaniu stanów świadomości i emocji. Pasjonująca lektura „autobiografii bez faktów” zmusza do porzucenia czytelniczych przyzwyczajeń i skłania do wyjścia poza codzienne doświadczenia. Książka powstała z zapisków pozostawionych przez Pessoę i została wydana prawie pięćdziesiąt lat po jego śmierci. W Polsce ukazuje się po raz pierwszy w pełnym wydaniu, w nowym przekładzie.



mój Pessoa z widokiem na falowiec, wiem, wiem, też nie jest doskonały...

ale wróży się z niego dobrze


ja chcę do Warszawy!


PATRONAT WYDAWNICTWA CZARNE
Goethe-Institut w Warszawie
oraz Rumuński Instytut Kultury

zapraszają na dyskusję panelową
"Ojczyzny słów. Język jako zwierciadło epoki w Europie Środkowej po 1989 r."
rozmowa polsko-niemiecko-rumuńska

20 kwietnia (piątek), godz. 18:00
Goethe-Institut w Warszawie, ul. Chmielna 13a
(z tłumaczeniem symultanicznym w języku polskim i niemieckim)

Udział biorą:
Krzysztof Czyżewski
praktyk idei, eseista, poeta, dyrektor Ośrodka Pogranicze - sztuk, kultur i narodów/ Sejny
Nora Iuga
rumuńska poetka, tłumaczka literatury niemieckiej /Bukareszt
Aleksander Kaczorowski
eseista, tłumacz literatury czeskiej, zastepca redaktora naczelnego Newsweeka/ Warszawa
Richard Wagner
niemiecki prozaik, poeta, eseista, urodzony w Rumunii /Berlin

Prowadzenie Gerhard Gnauck
slawista, politolog, korespondent Die Welt /Warszawa


piątek, 13 kwietnia 2007
poświątecznie

Powoli wynurzam się spod sterty papierów, tych papierowych i tych elektronicznych, którymi mnie zasypano podczas bądź co bądź świętego czasu. Rodzina, rodzinne przyjemności ucztowania, rodzinne obowiązki... Pomocna dłoń dla zagubionych duszyczek, oj zagubionych... to moja dłoń. Ulubiona kuzynka, kształcąca się w dalekich krajach, zadała mi pracę domową. Tematem jest Gdańsk i jego skomplikowana tożsamość, a także stosunki między poszczególnymi, roszczącymi sobie prawo do tej tożsamości nacjami. To prawda, nikt nie mówił, że z rodziną jest łatwo.

Na szczęście świątecznie padał deszcz i nie kusił mnie nowy, pourodzinowy sprzęt tarasowy, a chętnie, chętnie bym na nim zległa. Tymczasem przeżuwałam jeszcze spotkanie z idolką, która była... no zupełnie inna, niż sobie wyobrażałam, czytając jej książki i mejle. Te ostatnie przynajmniej miały w sobie szczyptę, jeżeli nie goryczki, to z pewnością w smaku słodkie nie były. Ubrana niczym kobiety Almodóvara w całości na czerwono (z zazdrością patrzyłam na jej czerwone lakierowane baleriny), idolka wydała mi się przede wszystkim trzpiotowata, poza tym niezwykle zadowolona, nieco onieśmielona, a z pewnością tęskniąca za swoimi angielsko-polskimi pociechami (a więc nie do końca obecna), z których jedna płci żeńskiej ma lat dwadzieścia i niebawem zostanie pisarką, a druga płci męskiej ma lat cztery i na razie nie ma sprecyzowanych planów na przyszłość. Może spodziewałam się, że będzie idolka niczym Marisa Paredes wysoka i melancholijna, że będzie mówiła spokojnie i z przerwami, pewna siebie i zaledwie lekko uśmiechnięta...

W idolce podoba mi się to, że pisze i jak pisze o miastach. Podpierając się jak zwykle teorią Jonathana Rabana z 1974 roku, którą zawarł w swojej książce “Soft city”, ostatnio opisała miękki Madryt. Nigdy nie byłam w Madrycie, więc wierzę jej na słowo, a zresztą Madryt to nie rzeczywisty a filmowy, bo ten z Almodóvara, a tam w końcu byłam. Madryt jest miastem, definiowanym nie poprzez ważne punkty na miejskiej mapie, zabytki, monumenty, nie poprzez to, co się w nim znajduje, ale “przez to, co się w nim dzieje: ludzi zachowujących się w określony sposób, przyjęcia, które się tu urządza, sztuki, które się wystawia, stroje, które się nosi” itede (Ewa Mazierska, “Słoneczne kino Pedra Almodóvara”, Gdańsk 2007). Sam Almodóvar polemizuje z obecną jednak w świadomości ludzi madryckich kulturą madrileña – mówi: to prowadzi donikąd, zwracasz się ku miastu i przestajesz czuć się sobą.

Kategoria miękkiego miasta pojawiła się już w książce idolki o Kar-Waiu, jako niezwykle nośna w przypadku miast postmodernistycznych. Mowa oczywiście o filmowych obrazach Hongkongu. Miękkie postpolis “nie zmusza mieszkańców do podporządkowania się jego regułom. Przeciwnie, oczekuje ono piętna tożsamości, zaprasza do przetworzenia go, do nadania mu kształtu, który będzie ci odpowiadać. Zdecyduj, kim jesteś, a miasto uformuje się na twój obraz. Zdecyduj, jakie miasto wybierasz, a twoja własna tożsamość ujawni się jak punkt na mapie. (...) między miastem a rezydującą w nim jednostką istnieje dwojaka relacja – miasto upodabnia się do niej, a ona z kolei >rozpuszcza< się w nim, zmienia się pod wpływem jego przeżywania” (Ewa Mazierska, “Uwięzienie w teraźniejszości i inne postmodernistyczne stany. Twórczość Wonga Kar-Waia”, Warszawa 2000)

Gdańsk wydaje się miastem twardym. A jednak wciąż mam co do tego wątpliwości. Patrzę na miasto, które doskonale dopasowuje się do kolejnych mitów, tworzonych przez kolejne dominujące w jego kulturowej przestrzeni wielkie narracje. Wypełnione metaforami wciąż mi umyka. Mity te (polskości, niemieckości i wielokulturowości) opisuje w bardzo zgrabnej książeczce Peter Oliver Loew (“Gdańsk między mitami”, Olsztyn 2006), postulując, że mamy tu raczej do czynienia z monokulturą, z gdańskością i basta.


czwartek, 12 kwietnia 2007
często spotykałam w Chinach...
... Tony'ego Leunga Chiu Wai


Hongkong

Datong

Suzhou


środa, 11 kwietnia 2007
anons

architektura+dialog. podyplomowe studium projektowania. akademia sztuk pięknych w gdańsku
chlebnicka 13/16 gdańsk | tel. +48.502.92.82.16 | http://diaade.org/ardi.html http://www.asp.gda.pl

14. kwietnia, w sobotę, o 18:00 zapraszamy na spotkanie laboratorium.filmowego.05.ar+di


martwa natura jia zhang-ke


program wieczoru

18:00 - 20:00 martwa natura, jia zhang-ke

po filmie rozmowa po filmie, goście specjalni Kula Majkowska, Agnieszka Wołodźko


W Państwie Środka, gdzie czas odmierza się nie latami, lecz pokoleniami, Jia Zhang-ke jest uważany za najwybitniejszego reżysera "szóstego pokolenia". Po wielkim przełomie, którego dokonali w chińskim kinie mistrzowie "piątego pokolenia" – Zhang Yimou i Chen Kaige, do głosu doszła pierwsza generacja filmowców wywodzących się z nieistniejącego wcześniej kina niezależnego. Jia Zhang-ke urodził się w 1970 roku w mieście Fanyang w prowincji Shanxi w północnych Chinach.

Na ubiegłorocznym 63. MFF w Wenecji jury pod przewodnictwem Catherine Deneuve przyznało jego ostatniemu filmowi - "Martwej naturze" nagrodę główną - Złotego Lwa. Przez część międzynarodowej krytyki werdykt ten został uznany za kontrowersyjny. "Martwa natura" to trzeci film Jia Zhang-ke pokazywany w konkursie tego najstarszego na świecie festiwalu. Wcześniej można było zobaczyć na Lido "Platformę" (Zhantai, 2000) oraz "Świat" (Shinje, 2004). Pozostałe filmy Jia Zhang-ke miały premiery na dwóch innych festiwalach, debiutancki "Kieszonkowiec" (Xiao Wu, 1997) był pokazywany w Berlinie, "Nieznane rozkosze" (Ren xiao yao, 2002) w konkursie MFF Cannes. Wszystkie wymienione filmy złożyły się na retrospektywę twórczości reżysera, zaprezentowaną polskiej publiczności podczas 2. Festiwalu Filmy Świata ale kino! w Warszawie.

Jia Zhang-ke rozpoczyna “Martwą naturę” na rzecznym promie. Jego bohater udaje się do zatapianego miasta Fengjie - które zmieniło się nie do poznania od wybudowania Tamy Trzech Przełomów - tuż przed podniesieniem poziomu wody o kolejne metry. Na murach widnieją namalowane farbą cyfry, niewielka biała linia wskazuje, że wszystko, co pod nią, niebawem pogrąży się w odmętach rzeki Jangcy - ulice, sklepy, hotele, ludzkie sprawy, pamięć o nich. Woda zaleje je niczym mityczną Atlantydę. Reżyser przygląda się ludziom, podróżującym promem. Kim są? Turystami, robotnikami, uchodźcami? Mężczyźni grają w karty, ktoś wysyła smsa, jedni jedzą, inni piją, mała dziewczynka odprowadzi wzrokiem kamerę. Życie także w tym naznaczonym zagładą miejscu, jak w każdym innym idzie naprzód, nie może się nagle zatrzymać. Śledzimy dwie równoległe historie. Bohaterem pierwszej jest mężczyzna, który szesnaście lat temu stracił kontakt z żoną i córką, drugiej - młoda kobieta, której mąż dwa lata temu wyjechał na Południe w poszukiwaniu pracy, oboje pochodzą z górniczej północnochińskiej prowincji Shanxi.

(a.szeffel)


"Martwa natura" [Still Life | Sanxia Haoren], reż | scen: Jia Zhang-ke, prod: Chiny/Hongkong 2006

FILM W ORYGINALNEJ WERSJI JĘZYKOWEJ Z NAPISAMI W JĘZYKU ANGIELSKIM.
NASTĘPNE SPOTKANIE W ar+di | 12.MAJA.07: LABORATORIUM.BADAWCZE.05 | SZCZEGÓŁY WKRÓTCE.
WSTĘP WOLNY. ZAPRASZAMY.


poniedziałek, 02 kwietnia 2007
gratka

kultowa urugwajska Whisky w Polsce...
więcej tu:




 
1 , 2