agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
sobota, 26 kwietnia 2008
magia jest


Nie można się nie wzruszyć – pisał Mircea Eliade w 'Mitach, snach i misteriach' – widząc, jak wielką ascezę narzucił sobie duch europejski, jakie straszliwe upokorzenie zadał sobie niejako dla odkupienia swych niezliczonych grzechów pychy” - odcinając się od początków, illud tempus, mitycznego czasu poza czasem, krainy dojrzałych owoców.

W swoich patagońskich filmach Carlos Sorin, Argentyńczyk z Buenos Aires zaledwie sugeruje tęsknotę za tym zapomnianym związkiem, w często komediowy sposób sytuując go w obszarze popkultury. Bohaterowie Sorina nie w krajobrazie, nie w patagońskiej pustce, która tak nas zachwyciła, szukają magicznego, a w atrybutach marzenia o świecie, który istnieje gdzieś poza nimi. Są to rzeczy śmieszne, nieraz dziwne. Wcale nie piękne, ręcznie robione, tradycyjne noże, które Juan „Coco” Villegas próbuje sprzedać w „Bombon, El perro” (Bombon, historia pewnej przyjaźni, 2004), ale modne przeciwsłoneczne okulary. Szczęśliwym trafem zostaną mu podarowane na stacji benzynowej. Jego złamane utratą pracy życie odbije się w ich szkłach i zmieni tor - Villegas zostanie właścicielem niezwykłego psa, mężczyzną w ciemnych okularach, za którymi ukryje swoje dobroduszne spojrzenie ofiarnego baranka. Dla Marí Flores z „Historias mínimas” (Proste historie, 2002), dziewczyny z dzieckiem na ręku tym „magicznym” będzie studio lokalnej stacji telewizyjnej, gdy spełni się jej marzenie udziału w programie rozrywkowym. Dla Roberta symbolem, gwarantującym spełnienie, ma być wielokrotnie poprawiany urodzinowy tort, przeznaczony dla dziecka kobiety, w której się zakochał. Nie jest tylko pewien, czy Rene to imię dziewczynki czy chłopca, czy tort powinien mieć kształt piłki nożnej, czy raczej żółwia. Od doskonałości i adekwatności prezentu uzależnia powodzenie swoich planów.

Najbliżej magicznego znajdzie się jednak stary, niedowidzący Justo Benedictis w jednej z najbardziej przejmujących części „Prostych historii”. Staruszek ucieknie z domu, zabierając ze sobą jedynie torbę z termosem i mate. Będzie szedł patagońską rutą, by dotrzeć do miejsca, w którym widziano ostatnio jego zaginionego psa. Swoją pielgrzymkę – jak się okaże – w celu odkupienia win, odbędzie pieszo i samochodem, podwożony przez przypadkowych kierowców. Nocleg znajdzie u przypadkowo spotkanego człowieka. To jemu opowie swoją historię – spowodowanego przez siebie wypadku, w którym ktoś zginął, a on nie udzielił mu pomocy. O całej sprawie wiedział tylko Benedictis i jego pies, który był świadkiem zdarzenia. Po niechlubnej ucieczce Benedictisa, pies od niego odszedł. Staruszek ma nadzieję, że kiedy ponownie się spotkają, pies mu wybaczy. Sorin scenę spotkania rozgrywa po mistrzowsku. Wplątuje nas w cienką, prawie niewidoczną pajęczynę emocjonalnych relacji. Nigdy nie dowiemy się, czy pies, którego nowy znajomy Benedictisa wykupi od mieszkającego na odludziu pijaczyny, jest tym właściwym, czy tylko podobnym i jakie uczucia wiązały go z dotyczczasowym właścicielem. Jak kiedyś dwa czasy, tak tu istnieją niewyraźnie obok siebie dwie rzeczywistości, dwie prawdy, pomiędzy którymi obracają się jakieś tajemne moce. A wszystko niemal w konwencji dokumentu, bardzo proste, ludzkie, codzienne.

A więc magia jest. I znowu Sorin powraca ze swoją tęsknotą. W Patagonii ciągle unosił ją wiatr. Tym razem wydaje się bardziej namacalna, rozpoznawalna - akcję „El camino de San Diego” (2006) Sorin rozpoczyna w wilgotnej, parnej prowincji Misiones, na argentyńskim cyplu, wbijającym się pomiędzy Brazylię a Paragwaj. Oto opowieść o dobrym, naiwnym dzikusie Ignacio „Tatim” Benítezie, zapewne potomku Indian Guaraní, którzy mieszkali na czerwonej ziemi od wieków. Tati to kolejny „utracjusz” - kiedy stracił pracę drwala w selwie, przyjął go na ucznia lokalny artysta-rzeźbiarz, który nie zna nawet hiszpańskiego, posługuje się indiańskim dialektem. Nauczył Tatiego tajemnej sztuki szukania w lesie kawałków drewna „z duszą”, by dobry dzikus mógł wyrzeźbić z nich potem figurki i sprzedać je turystom, licznie odwiedzającym Misiones w drodze do wodospadów Iguaçu. Tę „osiadłą” część filmu Sorin stylizuje na dokument z gadającymi głowami, o Tatim opowiadają jego przyjaciele, sąsiedzi, rodzina, ale fakt, że to historia „mówiona” nie pozostaje bez znaczenia. Opowiadają głównie o jego ekscentrycznej pasji, o bogobojnej fascynacji idolem – piłkarzem Diego Maradoną. Nikogo zatem nie dziwi magiczne znalezisko Tatiego – charakterystycznie wygięty konar drzewa, w którym Tati zobaczy ludzką postać, uosobienie boskiego Diega, zawieszonego w przestrzeni podczas skoku radości i triumfu. A ponieważ Maradona w szpitalu złożony chorobą spowodował właśnie, że Argentyna wstrzymała oddech, Tati z Misiones uzna całe wydarzenie za znak, zostanie naznaczony misją ratunkową. Wcześniej jednak upewni się u wróżki, że podróż z rzeźbą na ramieniu dla uratowania Diega jest niezbędna.

To tylko kawałek drewna, przekonuje żona Tatiego rozwrzeszczane ze strachu dzieciaki. Ale kiedy podróż, jak to podróż obfitująca w spotkania i przygody, już nastąpi, nie wszyscy będą tego samego zdania. Wielu dostrzeże w drewnie podobiznę Diega, ideę Diega, źródło mocy. Każdy będzie chciał go zobaczyć, dotknąć, a nawet kupić, choć mocy nie kupisz, każdy to wie. Tati odbędzie nietypową - bo z bagażem mocy, z brakującym elementem układanki - pielgrzymkę przez prowincje Misiones, Corrientes, Entre Rios, aż do Buenos Aires. Przy okazji Sorin pokaże kawałek Argentyny. Ale pokaże przez ludzi bardziej, niż przez krajobrazy. Przez krajobrazy ludzkich twarzy. Tati będzie podróżował piechotą, autobusem, na pace samochodu razem z robotnikami, jako autostopowicz podjedzie kawałek ciężarówką z cudownym, rubasznym Brazylijczykiem, który zostanie jego przyjacielem. Sorin, opowiadając w „El camino de San Diego” o magicznym, opowie też wiele o magii podróży. Wiele miejsca poświęci w nim aparatom fotograficznym, które okażą się bezużyteczne.

I znowu w finale Sorin zagra niedopowiedzeniem. Ciepłą magią znaczenia, które przypisujemy różnym zdarzeniom, nie mając potwierdzenia, dowodu, jasności, że stało się tak, a nie inaczej. Mówimy wtedy o intuicji. Rozgrzewamy się wiarą. Tak, drewniana rzeźba znalazła się w magazynie rezydencji Diega w Buenos Aires. Tak, czuje się już lepiej, dziś rano grał w golfa na swoim polu, właśnie wsiadł do helikoptera. Nie, nie znaleziono jej w magazynie po wylocie Maradony na Kubę. To oznacza, że musiał wziąć ją ze sobą! Twarz Tatiego, rozświetlona tym przypuszczeniem, zamienia je w pewność. Plan się powiódł. Podróż znalazła swój sens, w który wielu wątpiło. Magia jest. Wdzięczna Sorinowi, że z taką czułością pokazuje magicznych utracjuszy, starców, samotne kobiety, świętych szaleńców, przypuszczam, że uważnie przyglądając się światu wiele z niego rozumie.

zwiastun >>>>


bonus:

nasze małe, mniej lub bardziej magiczne, chilijsko-argentyńskie chwile z użyciem aparatu fotograficznego, który nie okazał się bezużyteczny:
(do kliknięcia)



- - -


środa, 23 kwietnia 2008
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
szmery w sercu


Andrés, egzamin, mgła, paprochy w powietrzu, Cortázarowska inicjacja, kalafior w worku. Andrés... W gruncie rzeczy Cortázar przez całe lata pisywał udziwnione prozatorskie wersje latynoskich telenowel. Mnożył łańcuszki uczuciowych zależności. Nikt nie kochał się tam w tym, który kochał się w nim. I tak Andrés, w którym kochała się Stella, kochał się w Klarze, w której kochał się też Abel, lecz Klara mimo sympatii, jaką darzyła Andrésa i niechęci żywionej do Abla, kochała się w Juanie, który kochał się raczej tylko w sobie i tak dalej. Do perfekcji Cortázar doprowadził ów narracyjny model, w którym ludzie rozmyślają, a często rozmawiają o wciąż nie spełnionych miłościach, te żmudne ćwiczenia na wiele serc, w „Modelu do składania”. Cortázarowski świat przypominał zabawę w niebo-piekło. Mężczyźni zwykle pisali w nim wiersze, kobiety zaś parzyły mate.

Jeżeli kiedykolwiek wcześniej, wtedy, myślałam o Argentynie, to zawsze - o Andrésie, popijającym mate, wieczorami, w narzuconej na ramiona starej marynarce. Myślałam o nim więcej, niż o Oliveirze, mate popijającym w leniwe, upalne popołudnia. Przez wiele lat marzyłam o tym, żeby być jak oni - melancholijna i sentymentalna, pogrążona w rozpaczy i zakochana, przepełniona tęsknotą i czułością, bólem i nadzieją, a także opita – jeżeli wierzyć autorowi - hektolitrami mate, której fantastyczne właściwości zapewne nie pozostawały bez wpływu na to całe niezrównoważone, argentyńskie towarzystwo wzajemnej, choć nie do końca odwzajemnionej, adoracji. I można powiedzieć, że moje marzenie, a także – jak sądzę – marzenie wielu innych czytelników wielkiego Julia, żeby wreszcie doszło do realnego spotkania tych właściwych, tych pasujących, tych sobie przez niego przeznaczonych, spełniło się w ów patagoński wieczór, kiedy w śmiesznym mieście El Calafate, położonym w absolutnie rajskiej okolicy, znaleźli się pod jednym dachem on i ona – Andrés i mate... Nim jednak do tego spotkania doszło, przejechaliśmy znowu kawałek drogi. Dotarliśmy do zakątka, w którym oschłą patagońską pustkę wypełniać zaczęły polodowcowe, intensywnie turkusowe jeziora.


Przyjechaliśmy tam jednak nie dla mitycznych kochanków, ale z innego, nie mniej błahego powodu. Przyjechaliśmy do woli napatrzeć się na powolną śmierć błękitnego olbrzyma, wielokrotnie ją sfotografować i wpaść w zadumę, jak to na pogrzebie bywa. Jeszcze w El Chaltén zabukowano nam hostel, okazało się – koszerny. Tylu się po Patagonii kręci Izraelczyków, że w hostelach wszystkie napisy, wiszące na drzwiach, czy ścianach podaje się w dwóch językach – po hiszpańsku i hebrajsku. El Calafate - turystyczne miasteczko z lotniskiem nieopodal - to zwykła hotelowo-handlowa kratownica. Można w nim kupić ostatnie patagońskie prezenty tuż przed wylotem do Buenos Aires, który i my mieliśmy w planach. Skórzane kapelusze i torby, dopasowane do termosów z gorącą wodą, którą podlewa się mate, kolorowe plecione paski, tykwy z wyrytymi wzorkami, dywaniki i różne dziwaczne różności, którymi nie pogardziłby pamiątkarski skład w Jastarni czy Zakopanym. By dostać się do parku narodowego i obejrzeć kruszący się w oczach lodowiec Perito Moreno, wynajęliśmy samochód.

Miasto nie konkuruje z otaczającą je przyrodą. A ta jest nieprawdopodobna. W drodze do El Calafate autobus zatrzymał się na krótką chwilę przy stojącym w pustce, niewielkim Hotelu La Leone. Przed hotelem stał rząd leżaków z widokiem na niedalekie turkusowe Jezioro Viedma. Nie raz, zamykając dziś oczy, wyobrażam sobie siebie na jednym z nich, wciąż tak samo zahipnotyzowaną przez krajobraz. Umierający lodowiec ogląda się z wybudowanych w tym celu platform. Można skorzystać też ze statku wycieczkowego, który przy dobrej pogodzie podpłynie do olbrzyma najbliżej, jak się da. Można pochodzić po jego grzbiecie w obstawie doświadczonych przewodników, a nuż zechciałby się poruszyć, zamruczeć, podrapać i szczelina gotowa, a w szczelinę można wpaść bezpowrotnie. Widoczny z oddali lodowiec wywołuje niecierpliwe drżenie. Gdzieś tam, między górami, w których chowa swój ogon, unoszą się zdradzieckie mgły. Bezbronny i straszny. Schwytany i osadzony. Co chwilę poruszenie wywołuje kolejna bryła, z pluskiem odrywajaca się od gigantycznego cielska, które niknie w oczach, zamieniając się w kolejne turkusowe jezioro. Smutny widok to przechodzenie ze stanu w stan, skazujące coś tak potężnego na zagładę.

Mimo słońca, złotym blaskiem rozświetlającego piaskowe wzgórza i doliny, spadł na nas ciężki woal melancholii. Mimo codziennej, wakacyjnej wesołości, trudno się było spod niego wydostać. To przecież prawdziwe pożegnanie, nie tylko z ginącym lodowcem, ale i z Patagonią, z pustką, z wiatrem, ze wszystkim, co nas trzymało tak ciasno przy sobie, kolejne pożegnanie. Wieczór spędziliśmy w knajpie, przypominającej stajnię. Obok mate, zaparzonej w tykwie z indiańskim wzorkiem, stał czajnik, jeden z tych starych czajników z wygiętym fantazyjnie dzióbkiem i pokrywką. W tle głosem z charakterystycznym szmerem śpiewał stare piosenki Gardela Andrés Calamaro.

(kliknij, żeby powiększyć)




sobota, 19 kwietnia 2008
Austral


Do El Chaltén szczęśliwie dojechaliśmy późnym wieczorem. W turystycznej wiosce, która istnieje mniej więcej od 20 lat i jest bazą wypadową w patagońskie góry, chyba właśnie zaczęto kłaść chodniki, w ciemnościach na wietrze fruwały płachty czarnego plastiku. Zatrzymaliśmy się w najruchliwszym tu, wypełnionym ludźmi hostelu Rancho Grande. W wielkim hallu niewielkimi grupkami przy stolikach siedzieli spaleni słońcem, żylaści, zarośnięci na różne sposoby, zajęci sobą i swoimi planami mężczyźni. B miał jakiś problem z naszym wyglądem. Ciągle powtarzał, że przy nich jesteśmy tacy „mleczni”. Że niby górskie mleko mamy pod nosem. Nic mnie to nie obchodziło. Otrzepałam z pyłu swój granatowy plecak, który zmienił kolor na kolor Ruty. Też miałam problem, ale inny: co będzie dalej... O przyszłości myślałam z niejakim lękiem.

Nim jednak przyszłość nadeszła w pięknym słońcu poranka, jedząc późną kolację w jednej z tutejszych knajp, zostaliśmy uprzejmie skontrolowani przez oddział policji. Odział wszedł do środka, obstawił wyjścia, sprawdził pewnie pozwolenia i urzędowe papiery właścicieli, a następnie wylegitymował nielicznych o tej porze gości, wypytując, gdzie mieszkamy i co tu robimy. Była pierwsza, może druga w nocy. Niby nic, a jednak dreszczyk po plecach nam przeszedł. Wyobraziliśmy sobie jakieś biuro w jakimś rządowym wieżowcu, ciemne wnętrze z setkami małych stoliczków, z setkami małych, żarzących się żółto lampek. Przy każdym stoliczku siedział urzędnik. Zbliżenie na urzędnika numer ileś tam milionów coś, jego twarz, nieco znudzona, trochę rozmarzona, pilniczek do paznokci, zatemperowany ołówek, niech mu będzie – ekran monitora, a na nim liczby, miejsca, czerwone nitki dróg, którymi podążamy i jego zadaniem jest to ewidencjonować. Nasze dane spisywano przecież w każdym hostelu, w każdym autobusie, teraz urzędnik ileś tam milionów coś wiedział nawet, gdzie jadamy, a nawet co (pizza) i mógł wpisać tę informację w odpowiednią rubrykę.

A rano było trudno. Trudno było wszystkim i ze wszystkim. Opanowało nas jakieś takie „dzikie” napięcie. B milczał, K odwróciła się bez słowa i sobie poszła, nie wiadomo gdzie. Każde moje zniechęcone pytanie, no i co, gdzie teraz, jak ja mam się pakować, co ja mam kupić na ten przeklęty kemping (o, jak ja nie znoszę kempingów, namiotów, ognisk, kiełbasek, które wpadają do ognia i tego klimatu biwakowania) obracało się tanecznie w próżni niezrozumienia i niechęci wobec mojej niechęci i każdej niechęci po trochu. Kryzys. W dodatku w hostelu Rancho złamałam prawo, które wisi na każdych hostelowych drzwiach, że kategorycznie zabrania się spania we własnych śpiworach, trzeba spać w pościeli... Mogłam się tłumaczyć, że było ciemno i nie widziałam kartki i że nauczona doświadczeniem, z rezerwą odnoszę się do pięknie zaścielonych łóżek, w których ktoś jednak oprócz mnie może mieszkać. Niemniej tamtej nocy nielegalnie spałam w swoim śpiworze. I nie zgłosiłam tego macierzystemu urzędnikowi.

Tymczasem stało się niedzielne, jak zwykle puste przedpołudnie. Zrobiliśmy zakupy (makarony z sosami w paczkach, sosy w paczkach, czekolada, która w Argentynie ma trochę czekoladopodobny smak, białe buły - niezapakowane, jakieś pasztety, ser, woda, herbata) i wypożyczyłam karimatę za 8 pesos, bo oni jakoś to biwakowanie od początku perfidnie mieli w planach i się przygotowali (namioty, karimaty etc.), a ja nie. I, zostawiwszy część naszego dobytku w hostelowej przechowalni, poszliśmy wreszcie w te przeklęte góry... Pozostanie w dolinie ze względów ambicjonalnych nie wchodziło w rachubę. Ponieważ jednak marudzenie jest mi obce, bardzo szybko oswoiłam się z nową sytuacją. Złapałam rytm i nawet przyjęłam do wiadomości, że oto chodzę szlakami turystycznymi, że każdego mijanego turystę w fantastycznych termooddychajacych ciuchach i koniecznie z tymi wyprofilowanymi kijkami do podpierania witam przepisowym ¡hola! (¡hola! powiedziałam tam chyba z milion razy), że dźwigam plecak pod górę, że rozglądam się dokoła, patrząc na kolory podkręcone przeciwsłonecznymi szkłami, a wiatr raz po raz daje mi pyłem po twarzy. I jest fajnie. I nawet znajduję w tym przyjemność. Bylebym nie musiała za długo siedzieć w namiocie, albo na pieńku, czekajac, aż się towarzystwo wybudzi ze swoich zaparowanych snów.

Pierwszą noc spędziliśmy tuż obok Lago Torre, niewielkiego jeziorka o jasnosinym kolorze, w którym moczył język lodowiec, a w tle – niczym kiczowata fototapeta – tkwił słynny szczyt Cerro Torre. Namioty rozbiliśmy na piaszczystym polu, wśród drzew, nad szumiącym nieprzerwanie, zimnym potokiem. Z tymi górami to jest dla mnie zagadka. One – szczególnie tutaj – są tak nierzeczywiste. Skaliste granie często wyrastają w oddali z zielonych, płaskich przestrzeni, jakby faktycznie były fatamorganą. Robię zbliżenie. Czy są, czy ich nie ma. Chcę wytropić jakiś znak, potwierdzający przypuszczenie, że to tylko wizualizacja. Wokół trwa kamienna cisza. Dawno temu ktoś rozkruszył jak kruszonkę na cieście ciche skamieliny. W dole oderwany od macierzy pływa w jeziorku kawałek lodu, przypominający wielkanocnego zająca z uszami, nastawionymi na tę wieczną ciszę. Następnego dnia wczesnym rankiem, zziębnięta po nocy w namiocie, po ablucjach w zimnym potoku, przyjdę ogrzać się w pierwszych słonecznych promieniach. I znowu pomyślę, że chyba mnie tu nie ma, może oglądam film w trójwymiarze, nie mogę tylko domacać się na twarzy tych specjalnych imaxowych gogli. To ci dopiero technologia!

Tego dnia, mijając pomarszczoną taflę jeziora Lago Sucia, doszliśmy do kolejnego kempingu, by spędzić noc z Fitz Royem. Pod nogami wiły nam się potoki, cała okolica przypominała białą, osmaganą wiatrem, poprzecinaną mostkami plażę, pełną zbielałych, wyschniętych pni. Tu było już ruchliwiej. Kult pomarańczowej w świetle wschodzącego słońca skały przyciągał głównie tłumy młodych Izraelczyków. Jednak pod wieczór słoneczna dotąd pogoda zaczęła się psuć, nocą słyszeliśmy uderzające miarowo w płachtę namiotu kropelki, a rano kiedy wyszłam nad potok, mijając uśpione namioty, między którymi przechadzały się popiskujące ptaki wielkości kury, Fitz Roy spał słodko owinięty kołdrą z chmur. Wracaliśmy w popadującym deszczu, zmęczeni wędrówką, chłodem, makaronami z sosem, turystycznym sztafażem, niedostępnością gór, która przecież była do przewidzenia. Z ulgą dopadliśmy drobnych oznak cywilizacji – mocnej kawy, ciepłego prysznica, internetu, milanesy. Wczesnym popołudniem w Rancho Grande było spokojniej, na restauracyjnym kontuarze pietrzyły się czekoladowe ciasta, ktoś grał na gitarze, ktoś malował farbkami. Zajrzałam mu przez ramię – na obrazku ostre granie miały delikaty, dziewczęco różowy kolor.

















cdn.

wtorek, 15 kwietnia 2008
wciąż ćwiczymy





Nie uwierzycie, ale jeden z kierowców naszego nowego autobusu wyglądał jak latynoski Forest Whitaker, a jego kumpel... to dopiero zjawisko! - mógłby zagrać w „Exils” Gatlifa - wysoki, smukły, o wyraźnych, nieco mrocznych rysach, bardzo algierski. Obaj charakterystyczni. Pełen łagodności Whitaker śpiewał w chórze z Julietą Venegas, która na okrągło leciała z głośników, wprawiając nas w niezobowiązujacy, zalotny nastrój. Czyż to nie był wesoły autobus? Wesoły trochę inną wesołością niż ten poprzedni.

Przy Algierczyku, który był stuprocentowym Argentyńczykiem, nie mówiącym po angielsku, siedziała Ela, mówiąca po hiszpańsku, nowa postać na pokładzie. Amerykanka, która okazała się Polką. Ela - instruktorka wspinaczki górskiej i trekingu. Niedawno pracowała w Arizonie jako kelnerka, potem dostała zlecenie od swojej macierzystej firmy z siedzibą w Wyoming i przez miesiąc uczyła ludzi, jak zachowywać się w chilijskich górach. Teraz miała wakacje. Z niewielkim plecakiem, namiotem, w dresiku i chustce na głowie, z rękami spalonymi słońcem, z niewielkimi potrzebami, byle tylko pochodzić sobie po górach, z niewielkimi zasobami w portfelu, pokaźnie wyposażona jedynie w czas, wybierała się na Południe. Zawsze delikatnie uśmiechnięta, zawsze gotowa do rozmowy, czy pomocy, z przyjemnością i czułością opowiadała o swojej rodzinie rozsianej po Polsce, o rodzicach, którzy po 25 latach życia w Ameryce wrócili do kraju. Amerykańska? Polska? Zaimponowała mi tą swoją lekkością bycia, chyba nie nieznośną, chociaż w El Chaltén nawet się nie pożegnałyśmy, więc może jednak nieznośną.

A może takie są prawa podróży? Spotkania i rozstania tyle samo ważą. Wiedzą o tym bohaterowie Sorina, ci żyją w nieustannym ruchu, bo w Patagonii jest się „w drodze” nawet z powodu dziurawych kaloszy. Tam podróż staje się codziennością, wciąż spotyka się ludzi i ich zostawia, takie są prawa patagońskiej natury. A jednak te małe historie Sorina zawsze kończą się dobrze. Najpierw strach ma wielkie oczy, a potem groźny wilk okazuje się zabawnym szczeniakiem. Tak, jakby życie w gruncie rzeczy było i lepsze, i sprawiedliwsze, niż nam się wydaje.

A może właśnie w podróży jest o wiele łatwiej – zdejmować i zostawiać za sobą te wszystkie stare maski, kamuflaże, wizerunki, do których na co dzień przyrastamy, z których coraz trudniej potem zrezygnować. I więcej od razu pojawia się w nas niefrasobliwości, więcej zainteresowania światem, ludzkimi twarzami, coś schodzi na dalszy plan, jakieś lęki. Dlatego tak lubię być w podróży, zawsze uśmiechnięta, zadowolona, używam oczu, nigdy nie zmęczona, podążam za swoim stadem w butach zalotnej Europejki, roztaczającej wdzięki w atmosferze ogólnej wesołości (co z tego, że przygaszone bąblami po ugryzieniach licho wie czego, co żyje w Santiago). Ruch zdaje się być wymówką dla różnych drobnych przyjemności, dla spojrzeń i gestów. Gdy ruch ustaje, gdy nie trzeba w pośpiechu pakować plecaka, każdej nocy spać gdzie indziej, zmieniać krajobrazów, ludzi, łazienek, gdy ręcznik zdąży wyschnąć powieszony na ramie łóżka... Zalotna Europejka trochę się w takim miejscu warzy, spowolnienie jej nie służy, wyrywa się, miota, obskakuje swoje stado, zgarnia je leniwie rozproszone, pcha do przodu. A kiedy każą jej późno wstawać, wybierać późne autobusy, na coś czekać, czymś się zająć, może poczytać, pograć w karty, zrobić pranie, to... nie jest dobrze.

Tymczasem - poruszenie. Zbiegowisko. Jedna z szyb poszła w drobny mak. Nie na żarty przestraszone Amerykanki otwierają usta jak akwariowe rybki. No cóż, kamień, zdarza się, tyle ich tutaj tańczy na żwirowej drodze. Wjeżdżamy w ciemną chmurę, zaczyna padać śnieg... Czas się gdzieś zatrzymać i coś zrobić z tą wielką dziurą, która - jak w uszkodzonym samolocie z katastroficznego filmu - zdolna kogoś w swoją przepastną głębię wessać. Skręcamy do Estacionamento La Siberia, do królestwa guanaco, wrednej andyjskiej lamy.

W La Siberii czekają wielkie talerze pełne zgrabnych kawałków pizzy, właśnie wyciągnietej z pieca i ciepłych empanad z mięsem, jak się domyślamy – z mięsem guanaco oraz zimne piwo Patagonia. Po obejściu w pozornej komitywie biegają psy i lamy ze sznurkami na szyjach. Te sznurki zmylą niefrasobliwych przyjezdnych, którzy przekonani, że zwierzęta - wcale nie tak udomowione, jak się wydaje - są przywiązane do niewidocznych gołym okiem palików, wkroczą w ich przestrzeń intymną i dostaną po nosie, a raczej w bok. W bok z klaty, tak to mniej więcej wyglądało. Otwór w autobusie zostanie zaklejony. Ruszymy w dalszą drogę, którą umili nam „San Francisco”, opowiadając ze szczegółami, z psychoanalitycznym zacięciem historię swojego ostatniego związku. Przez jego donośny głos przebijać się będzie raz po raz patagoński zachód słońca, dziewczęcy głos Juliety, chłopięcy – latynoskiego Whitakera oraz niespokojne sny z błękitnym lodowcem w tle.












(kliknij, żeby powiększyć)

cdn.

ćwiczenia z pustki


Kiedy po raz pierwszy wyszłam „do miasta”, Buenos Aires spłynęło ciepłym deszczem. Szukając jakiegoś sklepu z parasolkami, trafiłam oczywiście na sklep z dvd. Nie mogłam wobec tego wrócić do naszego tymczasowego lokum bez jakiegoś pierwszego zakupu w siateczce. B popukał się słusznie w czoło - i po co? Długa podróż przed nami, wrócimy tu za kilka tygodni, wtedy sobie wszystko pokupujesz, a tak będziesz z tym jeździć - po co, po co? Nie wiem, nie wiem - odpowiadałam bezradnie, susząc przemoczone ciuchy, a raczej - wiem, wiem, masz rację, głupio będę z tym jeździć po całej Argentynie. Po prostu nie mogłam się opanować! Jak w malignie weszłam do sklepu, znalazłam odpowiednią półkę, zaczęłam grzebać... Zaraz ktoś do mnie podszedł, zapytał, czy nie pomóc. Pomóc, pewnie - Carlos Sorin. Mężczyzna z sygnetem na palcu zmarszczył czoło, próbując wyłowić nazwisko z przepastnej swojej pamięci, w której pływały ogryzki „Nagiego instynktu” i innych „Strasznych filmów”. „Historias mínimas” - nie dawałam za wygraną. Aaaaa... rozpromienił się i triumfalnie wręczył mi opakowanie z tortem na okładce. To był mój pierwszy filmowy zakup w Argentynie.

Jeżeli każdy z nich – reżyserów argentyńskich – ma jakieś swoje ulubione miejsce, Lucrecia Martel okolice Salty, Daniel Burman żydowską dzielnicę Buenos Aires, to Sorin ma tę swoją wyśnioną Patagonię. Pustą, przewianą wiatrami, surową, paradoksalnie pełną życia. Wiedziałam coś o tym, ale opuszczajac Chiloe-Oz - mówiąc szczerze - czułam się jako-tako, czułam się dosyć skołowana. Zresztą nie tylko ja. Nagle spadł z nas ów różany czar, przez kilka dni trzymający przy sobie. I wywołał kaca. Ocknęliśmy się, rozejrzeliśmy dokoła. Nie było już fok, ani delfinów, tylko Amerykanie ze swoimi malutkimi laptopami, i-podami i inną podróżną technologią. Do Bariloche jechaliśmy autobusem przez góry. Ponownie przekraczaliśmy granicę Chile i Argentyny, już tęskniąc. No, nie do chilijskiej kawy, ale w ogóle, po prostu, zwyczajnie TĘSKNIĄC. Wypomadowany autobusowy steward jak zwykle spisał nasze dane, nie mogąc wymówić imion, ani nazwisk. Kiedy udało mu się z moim drugim imieniem, zadowolony na każdej granicy krzyczał: Kinga! Kinga! Bo na jego liście byłam jedną z pierwszych. Bariloche, o brzydkie Bariloche! Paskudne turystyczne miasto, wypełnione czekoladowymi sztabkami jak jakaś Szwajcaria. Tylko jedno miejsce było w nim do zniesienia – betonowy pomost z widokiem na jezioro i góry w oddali - jak w Szwajcarii.



Tu po raz pierwszy jadłam churro – podłużne „boniowane” ciastko. Przypomniał mi się zaraz film Leonardo Di Cesare „Buena Vida Delivery”, śmieszno-smutna historia, pokazująca absurd argentyńskiego życia po kryzysie 2001 roku. Jego bohater, młody chłopak – Hernán właśnie pożegnał brata, który w poszukiwaniu pracy z rodziną emigruje do Hiszpanii. Hernán zostaje w ich wspólnym domu. Chcąc pomóc poznanej na stacji benzynowej dziewczynie – Pato, w której się później zakocha, wynajmuje jej jeden z pokoi. Po pewnym czasie z wizytą przyjeżdżają rodzice Pato z jej córeczką i korzystając z uprzejmości Hernána, zostają dłużej. Przy okazji rozkręcają mały, rodzinny interes – produkcję pysznych churros. Hernán staje przed perspektywą dzielenia domu z manufakturą, której w końcu zechce się pozbyć, a także jej właścicieli. Śmiech przez łzy.

W Bariloche - oczywiście przez przypadek - omal nie skręciłam nogi, przerażona perspektywą górskiego trekingu. Ja i góry – też pomysł! Przecież możesz zostać w dolinie, nikt Cię nie zmusza do wchodzenia, nie musisz od razu lądować na pogotowiu! – przekonywali mnie przyjaciele. Nim jednak doszło do rzekomej wspinaczki, należało dojechać chociaż do podnóża gór. W tym celu wsiedliśmy jak zwykle do autobusu, choć tym razem nie był to zwykły autobus, tylko wycieczkowy. Mieliśmy jechać przez dwa dni słynną Rutą 40. Biuro podróży Chaltén Travel zapewniło nocleg w Perito Moreno i jednodniową opiekę „pilota wycieczki”, którego natychmiast nazwałyśmy z dziewczynami Ślicznotkiem. Ślicznotek był chłopięcym blondynem z ciemnymi oczami i świecącą tysiącem złotych słońc, obrączką na palcu. Bardzo miły i pomocny, widać zgrany z dwoma kierowcami autobusu, panami w średnim wieku, ale ho ho. Obaj byli niscy i dosyć indiańscy, tak uśmiechnieci, wąsaci i sympatyczni, że można było konie z nimi kraść. Zwyczajem Ruty, mijając jakiś samochód, czy istotę ludzką na drodze, należy zatrąbić, zamachać, uśmiechnąć się, oni robili to w dwójnasób i z wielkim entuzjazmem.

Nie wiem, jak ugryźć tę patagońską pustkę, jak ją opisać, bo chyba się nie da. To było jedno z najbardziej żywych, cudownych, argentyńskich przeżyć, ta kontemplacja, ta medytacja. Jedna Szwedka na siedzeniu w rzędzie obok z fajną torbą zmieniała tylko książki, trzymane w rękach, a ja zastanawiałam się, jak ona może cokolwiek czytać w takich warunkach. A ja – głupio – nie mogłam oderwać wzroku od jednostajnego krajobrazu za oknem. Piasek, żwirek, trawka tu i tam, płotek, góry w oddali, niewysokie i nic więcej, i wciąż tak samo. Wiatr. Mieścina ze stacją benzynową. Dlaczego myślałam, że mogłabym tam zostać na zawsze? I co? Nie mam pojęcia...



W pewnej chwili autobus się zatrzymuje. Że niby to jest przystanek, choć nic o tym nie świadczy. Wsiadają dwie pary pasażerów. Argentyńczycy. Wyciągają mate, głośno dyskutują, kreują wizerunek wesołego autobusu. Kiedy przekraczamy granicę prowincji - straszne zamieszanie: z głośników grzmi hymn państwowy, podchwycony przez wesoły autobus, ktoś z tyłu od razu przynosi argentyńską flagę, śpiew, są też wspólne zdjęcia, obejmowanie się, okrzyki - Argentyńczycy, o co tu chodzi?! Białasy patrzą zaskoczeni na ludzi oddanych jakiejś idei. Idei kraju urodzenia? Tzw. ojczyzny? Bo chyba nie chodzi o państwo, które tak niedawno ich oszukało. Białasy patrzą tymi swoimi nic nie rozumiejącymi oczkami, odstawieni na boczny tor. Argentyna. Tu można uwierzyć we wszystko. Że kawałek drewna jest wizerunkiem Diego Maradony. Że tak miało być. Sorin. Cały Sorin.



W Perito Moreno nie ma nic. Są ulice, parterowe domy, warsztaty samochodowe, jedna knajpa z jarzeniówkami. Dobra milanesa, dobry Quilmes. Jakoś tak upaleni tą Patagonią, upijamy się szybko, nie wiadomo czemu cały wieczór rozmawiając o polskich komediach. Czy w tym wszystkim jest coś zabawnego, a może wręcz przeciwnie? Strasznie wieje, chłód przenika ciało już takie letnie, przyzwyczajone, rozpuszczone letnim ciepłem. Ślicznotek zostaje, wraca. Już go nie zobaczymy. W zamian rano dostajemy dwóch nowych kierowców autobusu i nowy autobus, przyzwyczajony do żwirowej Ruty, co już niejedno przeżył, czy aby na pewno? Poznajemy też „San Francisco” - Amerykanina, Azjatę i analityka, który odważnie 1. rzuca pracę, 2. kupuje one way ticket 3. wyrusza w podróż życia do Ameryki del Sur, 4. nie wie, co dalej.

Sorin. Cały Sorin...



(kliknij, żeby powiększyć)

cdn.


niedziela, 13 kwietnia 2008
po drodze

Ostatniego popołudnia w Krakowie miałam zamiar odwiedzić modernistyczne zakamarki okolicy kina Kijów. Ale po drodze - jak zwykle - wyrosła Manggha i herbata na tarasie wabiła słomianym smakiem. Zostałam, wypiłam, uciekłam przed nagłym wiosennym deszczem w bardzo już wiosennym mieście, zakwitającym powoli żonkilami na nadrzecznych bulwarach. Pomyslałam, że Manggha dosyć się już zestarzała i nie zdziwię się, jeżeli niebawem przestanie odgrywać rolę wspaniałego zjawiska architektonicznego, łączącego nas z odległymi kulturami, by - podobnie jak jej partner zza mostu Grunwaldzkiego - stać się okazałą powierzchnią reklamową. Warunki raczej ma. Kiedyś – pamiętam – całkiem poważnie chciałam ku sobie pchnąć tych dwoje, mieli ze sobą gadać... >>>> On (hotel Forum) - zwierzęcy, gruboskórny, z pancerzem jakimś na całym ciele, pokryty łuską, ona (Manggha) – delikatna, obła, falista, choć i kamienna, solidna, przyglądająca mu się tym swoim jednym szklanym okiem, otoczonym rzęsą z drzew. No, ale on zajmuje się teraz zarabianiem pieniędzy, wieczorami świeci, rano łopocze na wietrze, wypija to piwo, którego sam sobie swoją dziwacznością nawarzył. Ona trochę z przyzwyczajenia wciąż kogoś do siebie przyciąga.

Kiedy wyszłam z budynku, chcąc doprowadzić do skutku wspomniany plan, zobaczyłam ludzi, biegnących z różnych stron ku sali widowiskowej Mangghi. Poszłam za nimi, tym bardziej zaintrygowana, że zgnieciony tłum po prostu drzwiami sali się wysypywał. Wpychana do środka przez kolejne fale ludzkiego mrowia, nie miałam pojęcia, co przyjdzie mi obejrzeć, w czym uczestniczyć, ale uparcie trwałam w gorącej chmurze setek oczekujących, coraz płytszych oddechów. Dzieci popiskiwały, młodzi mężczyźni z długimi włosami nerwowo kręcili się w swoich fotelach, aparaty fotograficzne niecierpliwie dyndały na przegubach rąk.

Tymczasem na scenę wyszedł Sekiguchi Komei sensei – soke szkoły Komei Jyuku Muso Jikiden Eishin Ryu. Obok niego stała na nieco ugiętych nogach, pozbawiona obuwia tłumaczka i drugi gość wieczoru - Shimizu Nobuko sensei, nauczycielka walki naginatą z dojo Sekiguchi'ego w ozdobnym fioletowym kimonie. Japońscy nauczyciele wraz ze swoimi polskimi uczniami opowiadali o zasadach samurajskiego bushido i prezentowali kata z użyciem drewnianego miecza - katany oraz kobiecej naginaty - małego miecza na długim drzewcu. Ów koncert na ciała i głosy wywoływał mieszane uczucia, jakieś dziecko szeptało akustycznie u dołu sali, że się boi, a soke nauczał, jak tłumaczyć dzieciom działanie miecza. Miecz nie służy do tego, żeby przeciąć jedną rzecz na dwie części, jest wręcz przeciwnie – w sztuce Iai za pomocą miecza tworzy się jedność. Iaijutsu – klasyczna walka samurajskim mieczem korzysta z technik błyskawicznego dobywania miecza z pochwy. Katana (miecz) i saya (pochwa) tworzą jedność.

Pan Sekiguchi i pani Shimizu na swoją drogę weszli wiele lat temu, nie przerwali jej z przekonaniem, że przyniesie efekt, a to, co sobie na jej początku zamierzyli, spełni się. Są szczęśliwi, ich myśli się nie zatrzymują. Kiedy myśl się zatrzyma, przeciwnik ją dostrzeże i samuraj zostanie pokonany.

"(...) ojciec Hayato oświadczył, że doskonałości nie osiąga się zadając pytania, ale poprzez kontemplację. Nakazał więc synowi medytację w skalnym ogrodzie z drzewkami bonsai. Na zapytania rodziny o to, co Gen robi, ojciec odparł - wy tego nie zrozumiecie, ale on w ten sposób staje się prawdziwym mężczyzną".

(Janusz Szymankiewicz; Samuraje. Pochodzenie, obyczaje, sztuki walki; wydawnictwo CIBET Warszawa 1997)


(kliknij, żeby powiększyć)


czwartek, 10 kwietnia 2008
dziś też - o sir Peterze Cooku

w strukturze >>>>

środa, 09 kwietnia 2008
dziś koresponduję z Krakowa

w strukturze >>>>

czwartek, 03 kwietnia 2008
kraina różowych róż


Na Chiloe przypomniała mi się zabawa w śledzenie panów z jedną różą. Byli kiedyś wdzięcznym obiektem moich obserwacji. Panowie z jedną różą czekali na dworcach kolejowych, na których czekałam i ja. Śledziłam ich zza szyb pociągów, zachowując incognito przy pomocy zasłonki z napisem PKP. Interesowało mnie, na kogo czekają. Jak i co się stanie, kiedy czekać już przestaną. Czy będą chcieli moment krępującego wręczania przejść pospiesznie, czy też będą go smakować dłużej, zacniej, albo namiętniej. Czy zachowają świadomość, iż ta oto intymna w gruncie rzeczy chwila wystawiona jest na ogląd. Czy będzie im to przeszkadzało, paraliżując ruchy, czy nie. A w ogóle – kim są, jak wyglądają i jakiemu desperatowi może wpaść do głowy ów szalony pomysł, żeby - odwołując się do zużytej symboliki - dać komuś różę, jedną różę, szczyt pretensjonalności.


Na wszystkie strony trąbiłam, że nie znoszę róż. Ach... róże, róża, okropność! Irysy i kosaćce, anemony i jaskry, konwalie i frezje, goździki... ba! Nawet lewkonie i chryzantemy, nie mówiąc o patetycznych liliach, wszystkie one były o niebo lepsze od róż. Na Chiloe zwróciłam różom honor. Chiloe - wyspa magiczna, totemiczna, wyspiarsko osobna to kraina różowych róż. Ich krzewy rosną w każdym ogrodzie, na każdym skwerze. I zdaje się, że róże mają tam podobną moc co maki z opowieści o Dorotce i jej przyjaciołach, przemierzających krainę Oz. Chiloe-Oz delikatnym zapachem róż otumania. Sprowadza dziwne sny, prowokuje nie mniej dziwne myśli i przygody. W tym całym różanym rozgardiaszu znalazło się miejsce i dla pana z jedną różową różą. W tej historii pan z jedną różową różą wciska mi ją do ręki i zawstydzony niemal ucieka, szepcząc coś o sekrecie, którym już na zawsze ta różowa róża nas ze sobą połączy. I znika. Zostawiając mnie samą z różano-różowym sekretem, zasuszonym już teraz w moim notatniku, z czułą tajemnicą, ze wspomnieniem gestu, któremu nie mogę odmówić szczerości.

No ale co oprócz śnienia na jawie i wąchania różowych róż można robić na wyspie Chiloe? Przede wszystkim odpoczywać - w spokoju, płynącym z odsuniętych od zgiełku końcówek świata, można podziwiać krajobrazy, oglądać zwierzęta. Już na samym początku, kiedy autobus z Puerto Montt do Castro pokonuje promem część trasy, biegniemy na pokład, żeby liczyć delfiny i foki, wynurzające się co chwilę z wody. Castro to największe miasto na wyspie, kilka ruchliwych ulic na krzyż, znane z kolorowych domów na palach. K domy na Chiloe słusznie nazywa „szopami”. Szopy kryte są zwykle malowanym kolorowo gontem lub blachą. Chiloe jest po prostu pięknym miejscem, choć źródło tego piękna tkwi w zwykłości. W codziennej pustce, w zieleni wzgórz, na których pasą się krowy, w surowym bezmiarze oceanu, w powolnym rytmie, któremu wszystko się poddaje. Chiloe to jedna wielka wieś rybacka, otoczona siecią żwirowych dróg.

W Achao wczesnym niedzielnym popołudniem można znaleźć to, co dla niej najbardziej charakterystyczne. Wyludnione ulice, stary drewniany kościółek, niewielki skwer z ławkami pośród róż, mały rękodzielniczy targ, gdzie sprzedaje się kosze na ryby, zwoje wodorostów, robione na drutach czapki, skarpety, peleryny, restaurację w szopie” nad morzem, gdzie można zjeść słynne curanto - małże w muszlach gotowane razem z mięsem, ziemniakami, kukurydzianymi plackami, psy, z zadziwiającą jak na tę porę roku żywotnością, goniące ptaki, samotny namiot na plaży. Piasek jest tu gruby, szorstki, szarego koloru. Z Ancud małym busem można się wybrać nad ocean, a potem łodzią na pingwinowe (fotograficzne) safari. W Cucao – przekroczyć granicę parku narodowego, chodzić po gęstym nadmorskim lesie, po szerokich, pustych, przewianych surowymi oceanicznymi wiatrami plażach, rozbić namiot nad krystalicznie czystym jeziorem. Na Chiloe zostaliśmy niewiarygodnie długo – 3 pełne dni z kawałkiem. Taki postój musiał mieć swoje konsekwencje. Odpoczęliśmy. Zadomowiliśmy się. Zaprzyjaźniliśmy. K twierdzi, że to jest nawet lepsze od miast. Co? No, pobyć gdzieś dłużej, obserwować napięcia, relacje, spotkania, dodając do siebie nieprzypadkowe zbiegi okoliczności.








Korzystając ze wskazówek i adresów Chilijczyka, które próbowały nas w naszej podróży via e-mail dogonić, na miejsce postoju wybraliśmy hostel Torre de Babel. Nie mieliśmy rezerwacji, ale na dworcu autobusowym w Castro otoczeni przez hostelowych naganiaczy, cierpliwie tłumaczyliśmy, że my już jesteśmy zajęci, że z nas już pożytku żadnego mieć nie będą. Nie dając za wygraną, hostelowi naganiacze przekonywali, że rekomendowane przez nich miejsca są i bliżej, i naturalnie lepsze, a my – nie wiadomo dlaczego tak stanowczy – szliśmy dalej, kierując się ku – jak się wydawało - końcówce miasta, na ulicę O'Higgins 965. Kiedy już całe miasto wiedziało, dokąd zmierzamy, dogonił nas chłopak na rowerze, który też stał na dworcu, ale wcześniej nas nie zaczepił. Teraz wręczył nam wizytówkę hostelu Torre de Babel i otworzył przed nami z uśmiechem drzwi. To był Eduardo. Chwilę potem poznaliśmy Luisa.

Kiedy patrzyłam na obu przyjaciół, tak różnych, przypominała mi się chilijska „Machuca” (2004, reż. Andrés Wood), opowieść o przyjaźni Gonzala i Pedra, wystawionej na próbę przez burzliwą chilijską historię. Akcja filmu rozgrywa się w 1973 roku, kiedy władzę w kraju, dotąd sprawowaną przez rząd Salvadora Allende, przejmuje hunta wojskowa. Pochodzacy z różnych warstw społecznych, z różnych grup etnicznych, spotykają się w prywatnej, katolickiej, anglojęzycznej szkole, której dyrektor – ksiądz z lewicowymi poglądami - funduje stypendia dla kilku chłopców ze slamsów Santiago. Reżyser (rocznik 1965) scenariusz filmu, pokazujący oczami jedenastolatków paradoksy tamtych trudnych lat, oparł na własnych doświadczeniach. Eduardo i Luis należą do innego pokolenia, nie przekroczyli trzydziestki, ich doświadczenia musiały być inne, jakie? Tego nie wiem. Nasze rozmowy, napotykając barierę językową, gładko prześlizgiwały się po różnych powierzchniach.

Luis – niski, długowłosy blondyn z niebieskimi, lekko załzawionymi oczami – pojawiał się każdego ranka, obojętnie jak wcześnie byśmy nie wstali, w swojej czerwonej bluzie, z siatką pełną ciepłych bułek. W kapturze nasuniętym na głowę wyglądał jak mały czerwony duszek. Robił nam orzeźwiajacy owocowy koktail, kroił ser, włączał jakąś indiańską muzykę, czekając aż słońce - przyczajone za drzewami – nagle, w ciągu sekundy pojawi się w całej okazałości na niebieskim niebie. Był bardzo hippi. Przedstawiając się, unosił w górę dwa palce na znak swojego nad losem zwycięstwa. Był przybyszem, nie stąd, zostawił za sobą jedno z dużych miast i chyba jakąś tajemnicę, którą nadal w sobie nosił. Potrafił pięknie i szeroko się uśmiechać, by po krótkiej chwili przejść w stan mrocznej powagi. Co ciekawe, kiedy po raz pierwszy przekroczyliśmy próg jego hostelu i w środku siesty narobiliśmy hałasu, a Luis opowiadał, co może nam zaoferować, pamiętam, że po domu kręciła się mała dziewczynka z długimi, lekko kręconymi blond włosami, uderzająco do Luisa podobna. Od razu pomyślałam, że to jego córka. Nie byłoby to wcale takie dziwne, gdyby nie fakt, że więcej już jej nie zobaczyłam, a poza tym – nie widział jej nikt oprócz mnie.

Luis mieszkał w szopie tuż obok kuchennych drzwi. Wieczorami przychodził do salonu, wypytywał wszystkich, gdzie byli, co robili, nigdy nie narzucał się ze swoim towarzystwem, raczej czekał na odpowiedni moment, by dosiąść się z piwem do rozgadanej grupy. Towarzyszył mu Eduardo. Oto prawdziwy Chilijczyk – tak mówił o nim Luis. Wysoki, przystojny chłopak o śniadej cerze, z czarnymi, kręconymi włosami i delikatnym głosem, jakby mówiąc zaledwie muskał słowami powietrze. Biolog morski, lat 27, nie mówiący po angielsku. Uważał, że wszystko, co najważniejsze, dzieje się w oku, mirar – powtarzał. Powinnam była przyznać mu rację, skoro podróżując taką właśnie przyjęłam strategię. Patrzę, chwytam, a to, co się mojemu oku opiera, muszę sobie zostawić na później.

K twierdziła, że to jest dom bez kobiet. Nie raz widywaliśmy, jak idą ulicą we trzech - Luis i Eduardo, a między nimi niski, starszy mężczyzna, który był chyba ojcem Luisa i zapalonym filmowcem, swoją kamerą rejestrował hostelowe fiesty w sobotnie wieczory. Oprócz nas, najbardziej jednak absorbujących uwagę właścicieli, w Torre de Babel mieszkali też inni turyści. Spora grupa Chilijczyków, były żołnierz z Nowej Zelandii, angielski tree researcher, któremu szczerze zazdrościliśmy niebezpiecznej pracy, skazującej go na 6-miesięczne wakacje, przez pozostałą część roku w Anglii, Południowej Afryce, czy innej Australii ścinał spróchniałe drzewa, zagrażające domostwom, a teraz wybierał się do Peru. Po domu biegały koty.

Z Chiloe wyjeżdżaliśmy poruszeni. Życzliwością ludzi, krajobrazem. Wielością mało istotnych na pierwszy rzut oka widoków, z których składa się tamtejsze życie. Twarzami mężczyzn, oglądających mecz w knajpie, w której piliśmy piwo. Trzęsącymi się lekko rękami starego kelnera z restauracji nad zatoką, który dwoma łyżkami, elegancko nałoży nam bułki na talerze. Transakcjami na nabrzeżu, po których kobiety odchodzą z rybimi ogonami w dłoniach. Pogrążonymi we śnie, nieruchomymi psami, które rozłożone na samym środku dworca autobusowego są uważnie omijane przez setki ludzi. Pożegnaniem Luisa, który skoro świt wyjdzie z nami przed dom, uściska, życząc szczęśliwej dalszej podróży.














cdn.

wtorek, 01 kwietnia 2008
miasta kolorowe 2

Tak naprawdę jedyne skojarzenie, jakie pojawiło mi się w głowie na myśl o Valparaiso, to był film Erica Rohmera „Opowieść letnia” (1996) z cyklu opowieści pór roku. Melvil Poupaud jako Gaspard, nieco nieśmiały, wyobcowany, nieszczęśliwie zakochany młody chłopak na wakacjach w Bretanii, spędza w nim samotnie czas na komponowaniu piosenek. Poupaud był chyba jedynym aktorem z doświadczeniem w ekipie, jak zwykle u Rohmera większość to naturszczycy. Dzięki nim film ma w sobie dużo świeżości, a Rohmer bardzo naturalnie prowadzi akcję, obfitującą w mało spektakularne zdarzenia. Opuszczony Gaspard nagle będzie musiał wybrać między trzema dziewczynami, z którymi wszedł podczas tych wakacji w różne relacje. Jedna z nich jest przyjaciółką, druga - niespełnionym snem o idealnej miłości, trzecia - krótkotrwałą letnią przygodą. Spędzi też trochę czasu w towarzystwie muzykujacej miejscowej rodziny, a podczas wspólnego rejsu załoga jachtu będzie śpiewała wpadającą w ucho piosenkę o wilku morskim, który wybiera się właśnie do Valparaiso. Ta piosenka zainspiruje Gasparda, stanie się czymś w rodzaju muzycznego motywu przewodniego w jak zwykle pozbawionym muzyki z offu filmie Rohmera. Właściwie stanie się też pretekstem, dla którego Gaspard opuści Bretanię, ignorując konieczność wyboru. Bardzo lubię ten film, wydaje mi się dosyć prawdziwy, żeby nie powiedzieć - autentyczny. A więc, jadąc autobusem z Santiago do Valparaiso, mniej lub bardziej symbolicznego miejsca ucieczki, miałam w głowie jedynie tę melodię.

Do trzeciej po południu nad miastem wisi mgła, chmury przykrywają niebo grubą warstwą. Potem niepostrzeżenie, nie wiadomo skąd, nagle wychodzi słońce i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki u góry robi się niebiesko. Centralne ulice miasta, ciągnące się wzdłuż zatoki jeszcze w płaskim pasie nabrzeża, wydały mi się niezwykłe. Bardzo mroczne. Wąskie, otoczone wysokimi brunatnymi budynkami, które niemal zasłaniały niebo, były przeskalowane, przerysowane. Dzięki wielkim oknom, ogromnym drzwiom, gigantycznym kolumnadom budynki przypominały balony, które ktoś zbyt mocno nadmuchał. W każdej chwili mogły pęknąć. Co jakiś czas wchodząc w ciemną bramę, można było - korzystając z wagonika szynowej kolejki – wjechać na strome zbocze, na które miasto malowniczo się wspinało. Wielkie budynki z dołu nie byłyby w stanie pokonać wysokości, im wyżej zatem, tym domy były lżejsze, mniejsze, bardziej kolorowe, traciły na znaczeniu, zyskiwały wolność. Tam prostokątna siatka ulic rozpadała się, grzęzła, gubiła oczka.

Ile jest jeszcze miast na świecie, do których chciałabym uciec, a nie z nich uciekać? To zwykle miasta na wzgórzach. Tymczasem wypadało zrzucić gdzieś plecak. Powyżej Plaza de la Justicia, gdzie na schodach sądu mieszka starszy mężczyzna z trzema psami, po lewej znajdują się schody w górę. Na ulicy El Peral 60 znaleźliśmy dobre miejsce postoju. Hostel był rodzinnym interesem, zajmował duże mieszkanie z piętrem, na którym wynajmująca pokoje rodzina przycupnęła w jednym z nich za kotarą. Dom był szachulcowy, jak wszystkie tutaj ze ścianami łatanymi gliną, obity pomalowaną na żółto blachą, mającą go ochronić przed poranną wilgocią. Rezydenci hostelu, spokojni, mili, młodzi ludzie stanowili zgrany zespół, od dawna grzali sobie tu miejsce, nie byli przypadkowymi przybyszami jak my. Ktoś studiował niedaleko, ktoś spędzał w Valparaiso długie uniwersyteckie wakacje. Drewniane podłogi trzeszczały, schody były niewiarygodnie wąskie. W telewizji leciały mecze, okrągły stół w salonie rano był zawsze pełen jedzenia. Grzyb w łazienkach jak zwykle szczerzył zęby. Na niewielkim patio w rozmowy o podróżach, dobre rady i zmieszane z winem szepty wplątywało się rozgwieżdżone niebo. Sen przychodził szybko, a mewy budziły z niego jak kukułka w zegarze – regularnym popiskiwaniem.

Wyżej położone dzielnice trudno wiążą koniec z końcem... ulicy. Domy obsiadły wzgórza jak kwoki grzędy. Obłożone blachą lub drewnem. Coś mi to przypominało, jednak drewno jest zawsze pomalowane kolorowo. A jednak czuło się, że to nie jest baśniowe miejsce. No może z baśni braci Grimm. Stare kolejki stękały głucho. Wszędzie tam było ciasno. Kładziesz monetę na stole kasjerki, ona kręci skrzypiącą wajchą, naciska jakiś pedał, dopiero wtedy możesz przecisnąć się przez barierkę z żeliwnych prętów. Zakratowany wagonik przypomina klatkę, pod szynami, ułożonymi na podmurówce, widać jakieś podwórka, wiszące pranie, śpiące koty, doniczki z kwiatami, życie, które układa się schodkowo. Facet na górze to żartowniś – kiedy wagonik jest tuż, tuż u wysokich bram, spuszcza nas odrobinę w dół, że niby lecimy, że się coś urwało, coś zepsuło, o awarię w tym skansenie chyba nietrudno. Śmiejemy się, spadając, albo spadamy, śmiejąc się, nie pamiętam.

Nieregularność ulicznej siatki musiała tu budzić demony. Niżej, w nadbrzeżnym pasie wnętrza stylizowanych na portowe knajp przecinają kamienice wszerz, mają dwa wejścia, ciemne drewniane boazerie, wielkie lustra, są jak tunele. Decydujemy się zjeść coś w Los Porteños niedaleko rybnej hali targowej, pustej pod wieczór, zlanej śmierdzącą wodorostami wodą. Decydujemy się zjeść chupe de locos, szarą maź z kawałkami białego mięsa, pochodzącego z jakiegoś morskiego stwora, spod której wypływa gęsta pomarańczowa ciecz jak upuszczona z niego krew. To jest po prostu pyszne, dziwne i bardzo sycące. Pojedziemy też do Viña del Mar, śmiesznego miasta tuż obok, nad przenikliwie zimny ocean z rozległymi plażami. Zdaje się, że są tam tylko hotele i sklepy z butami. Nie będziemy mogły z K przejść obok nich obojętnie i kupimy sobie każda po parze sandałków-japonek. A potem wrócimy do Valparaiso i znowu będziemy musieli zbierać manatki. Tak, tam chętnie zostałabym dłużej. Długo.


















cdn.