agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
czwartek, 30 kwietnia 2009
N jak Nie


"W dniu, w którym niemowlę po raz pierwszy daje znak, że 'nie', zaczyna kształtować swoją osobowość. Potem, kiedy dziecko mówi 'nie', potwierdza siebie. Wiele 'nie' wypowiedzianych później, w innych okolicznościach, mówi: 'ja istnieję'. Cała moja praca wokół Mony, bohaterki 'Bez dachu i praw', skupiała się na jej uporze w mówieniu 'nie', także tym, którzy chcieli jej pomóc, jak owczarz-filozof, który oferował jej przyczepę i kawałek ziemi do uprawy ziemniaków. Jej odmowa komunikowania się wynikała raczej z dzikości niż z neurozy. Jaki chaos sprawia, że nie możemy pomóc tym, którzy mówią 'nie', że nie rozumiemy ani ich, ani mechanizmów, które ich wykrzywiają? Podczas warsztatu teatralnego, prowadzonego przez Petera Brooka z chorymi, zwolnionymi z oddziałów neurologicznych, wybuchł śmiech, kiedy doktor zwrócił się do chorego: 'Proszę powiedzieć nie!', a chory odparł: 'Tak, tak, dobrze, panie doktorze!'. To oczywiście nie jest śmieszne, ale śmiejemy się w takich razach, tak jak cofamy się w panice przed tymi dziwnymi włóczęgami, którzy (i które) mówią 'nie', kiedy proponujemy im mówienie 'tak'."

Agnès Varda "Alfabet Vardy", [w:] "Agnès Varda. KINOpisarka", Kraków 2006


Sandrine Bonnaire (Mona) i Agnès Varda na planie "Sans toit ni loi" (Bez dachu i praw, 1985)

 


     
wtorek, 28 kwietnia 2009
czekam na 11 maja


Felicitas Hoppe wydaje "Piknik fryzjerów"



czytałam "Pigafettę" tu>> i tu>>


niedziela, 26 kwietnia 2009
i tak i nie


W konkursie >>



off plus camera 2009



sobota, 25 kwietnia 2009
wielkie odkurzanie


Cassavetes, Godard, Resnais... >>



off plus camera 2009


piątek, 24 kwietnia 2009
wczoraj zaczepiłam Miejsce


Nie wiem, w którym to momencie mogło się zacząć, ale się zaczęło. Dzień różu. Pierwszy i chyba jedyny dzień bez słońca, tu na Południu. Dzień Róży. Rano, po drodze wstąpiłam do księgarni Znaku. I od razu zobaczyłam nową książkę, odpowiednio wyeksponowaną, Maxa Cegielskiego - „Od Konstantynopola do Stambułu”. Więc cap! ją i biegnę do kasy, bo nawet gdyby to było średnie, to i tak sobie przeczytam, z przyjemnością. Tam jeszcze pytam o Zuziaka (Tożsamość urbanistyki, w żadnej księgarni o niej nie słyszeli), a tu z boku czai się zaczepiacz.

Zaczepiacz uśmiecha się przymilnie, pytając o róże – fakt – na ladzie stoi wazon z bukietem róż, akurat. Co ja wiem o różach? Nic nie wiem, róża, też mi coś! trafiła kosa na kamień. A tu znienacka zaczepiacz wyciąga zza siebie wielki mikrofon (mikrofon!) i macha mi nim przed nosem. Że on jest z radia. I takie miłe, radiowe zaraz nam wszystkim się robią głosy. Nic nie wiem o różach, powtarzam zgodnie z prawdą, ale już łagodniej. To może pani – zaczepiacz z mikrofonem (z mikrofonem!) zbliża się do ust księgarki, a ona spokojnie tłumaczy, że taki mamy dzisiaj w Krakowie piękny dzień, że rabat i że, jak kupujesz książki w tym dniu, to dostajesz różę.

Wczoraj byłam w tej księgarni. Po pierwsze nie było w niej wyeksponowanego Maxa, o różach nie wspominając, po drugie wyrwał mnie z niej telefon pewnego redaktora, z którym miałam się zaraz spotkać. A więc to miało być dziś! Dziś! Róża, eee... i co? mam z nią chodzić cały dzień po mieście, siedzieć w kinie? Ale musi pani, musi pani, musi wziąć różę – zaczepiacz zmusza mnie na uszach publiczności do dramatycznego grzebania w bukiecie, wyciągania to tej, to tamtej, ładniejszej, pełniejszej i sapania z wysiłku, w mikrofon. Róża jest... oczywiście różowa, a może raczej biało-łososiowa. Ach... idę z nią. Idę dalej.

Idę z Nią. Czuję się idiotycznie i już myślę, gdzie by tu różę zostawić, gdzie ją ulokować. A może zostawię w biurze prasowym? O, nie! Niefajna atmosfera, róży by się nie spodobało. Da ją pani komuś miłemu – podpowiadała przed chwilą księgarka. Panie w biurze nie są specjalnie miłe. Odbieram bilety i idę dalej.

No więc – tak jak sobie zaplanowałam – wchodzę w fajny kawałek miasta. Wreszcie poza tym okropnym rynkiem i uliczkami wokół. Po najprostszej, najoczywistszej ich kratownicy nieustannie chodzę i ciągle się gubię, jak w San Telmo. Oczywista oczywistość – zapamiętujemy deformacje, jeżeli ich brak (prostokątna siatka), wszędzie wydaje się być tak samo. Docieram do niewielkiej uliczki Zegadłowicza, do kultowego Miejsca, okazuje się – otwierającego się dopiero w południe. A niech to! Mam jeszcze półtorej godziny. Wypiję herbatę w Mandze. No to pa. No to... zostawiam tu moją różę. Wkładam ją w jakby stworzony dla niej kawałek wyłamanej żaluzji przy wejściu. Czy Miejsce jest kimś miłym?

Idę dalej zadowolona. I myślę o tym, co ja narobiłam tą różą, jak ja skomplikowałam Miejscu dzień, śmieszne co? Właściciele miejsca bedą się zastanawiać, skąd ten kwiat – od narzeczonego, zadowolonego klienta, niechcianej kochanki? Bardzo mi się to spodobało, więc nie wróciłam tam, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Niech to zostanie między nami. Między mną, różą, a żaluzją.

Tego dnia – jak się okazuje – oglądałam same różowe filmy. Ostatni był queer, 45-minutowy erotyk, piękny, w sepii. Mała salka kina ARS Aneks. Nie zapalają światła, póki nie skończy grać muzyka, wszyscy czujemy wielką wdzięcznść. Napisy końcowe leniwie przesuwają się po małym ekranie. Na dole, w polu z polskim tłumaczeniem, teraz już pustym, przez kilka sekund można przeczytać: „Widziałem cię tu wczorajszego wieczoru”.



czwartek, 23 kwietnia 2009
meksykański minimalizm


"Jezioro Tahoe" (2008) Fernanda Eimbcke >>



off plus camera 2009


poniedziałek, 20 kwietnia 2009
na Południu ciepło


jakbyśmy wysiedli z samolotu w jakimś ciepłym kraju
południowym
jasno i słonecznie, kwitną kwiaty, liście powiewają na wietrze
to dopiero Południe
(do kliknięcia)



Kraków kwiecień 2009

sobota, 18 kwietnia 2009
sex w pociągu


http://www.pociagmysli.blogspot.com/





piątek, 17 kwietnia 2009
wagon czy pasaż?

Fajne było to wczorajsze spotkanie, Wyspa staje się coraz ciekawszym miejscem. A my - to znaczy te same twarze, co zawsze - znowu się spotykamy. Przypomniały mi się sentymentalnie nasze z Mo(niką Zawadzką) laboratoria filmowe w architektura+dialog i rozmowy o obejrzanych filmach, dzisiaj - paradoksalnie - tak rzadko się o kinie (sensownie) rozmawia. Miałyśmy tam stałe grono, co po projekcji nie uciekało, a zostawało. I obserwowałyśmy, jak się ludzie rozluźniają, jak przestają się krępować, gadają, ujawniają swoje najbardziej pierwsze wrażenia, jak ze spotkania na spotkanie coraz bardziej się otwierają. To było super i jestem pewna, że było naszą zasługą.

Wczoraj Tomek Szkudlarek wprowadził nas w podobny nastrój. Film Hanekego - nie widziałam go wcześniej - wydał mi się najpierw w jakiś sposób już "stary", jakby wszystkie te kwestie zostały dawno przerobione, ten pesymizm, związany z miastem i jego wielokulturową strukturą społeczną, ze strachem, który nas łączy wspólnym doświadczeniem w przestrzeniach publicznych, z wyobcowaniem, z obojętnością i kodem nieznanym, który staje na drodze porozumienia, ba! najzwyklejszej komunikacji. A potem wydał mi się może najdelikatniejszym filmem Hanekego, najmniej "strasznym", choć też pełnym napięcia i niewygody, a przede wszystkim świetnie zagranym. Ta Binoche jest tam po prostu niesamowita, tak naturalna, cudowna, jej Wilk też.
  
Dotknęło mnie to zakamuflowane codziennością uporządkowanie przestrzeni, któremu ulegamy, którego sami pilnujemy. W mieście nie ma już miejsca na mieszanie się jakości. Wydaje się, że jedynie wagon metra jest neutralny, nie obciążony porządkiem, klasyfikacją, hierarchią, w wagonie metra jesteśmy równi i może właśnie tam - jak i w innych nie-miejscach, które redukują zależności, na dworcach, lotniskach, w ruchu - znalazłoby się dziś miejsce na spotkanie. Tak, może tak, ale Haneke mówi "nie". Opowiadają o tym dwie sceny z wagonu metra: w jednej Binoche jest atakowana przez młodego Araba (świetnie została rozegrana temperatura tego zdarzenia, brawurowo), w drugiej jej Wilk (fotograf) dopuszcza się podobnego przełamania normy, ale perfidniej - robi zdjęcia pasażerom, mając ukryty w kieszeni wężyk z migawką (kolejna doskonała scena, jego spojrzenie, jakim lustruje "ofiary", obłęd). Każde wyłamanie się ze schematu neutralnego zachowania (nie rozmawiamy, nie podejmujemy dyskusji, odwracamy głowę, nie patrzymy sobie w oczy, nie interesujemy się sobą) jest odbierane jako akt przemocy.
 
Pisałam ostatnio o "Spyder" japońskiej artystki telefonu komórkowego
Ishibashi Kiyomi. Zrobiłam z niej współczesną, jedyną flâneuse. JD chciał, żeby doszło do ich spotkania w podziemiach piramidy koło Luwru, pisał: "Ach - paryski Flâneur! Wrócił do nowych miast-labiryntów. Ale miasta te nie są już takie same. Paryskie centrum naznaczone fallicznymi wieżami Eiffel'a i Momparnasse rozwija się teraz we wnętrzach ziemi - w podziemnych pasażach Louvre'u. To tam, w nowych labiryntach, Flâneur, chyba po raz pierwszy, nie jest już sam. Przed nim - twarzą w twarz - pojawia się Flâneuse. Patrzą sobie w oczy. W ich myślach miasta nie są już formą samotności - są zdarzeniem spotkania" (dotyk i pieszczota: subtelne terytoria architektury dialogicznej >>). Co za optymizm! Znam kilku takich optymistów. A może jednak wagon, zamiast pasażu? Może jednak paradoks bezruchu w ruchu? Nie wiem, lubię jeździć pociągami, właśnie wybieram się w kolejną podróż, na Południe.
  





środa, 15 kwietnia 2009
Haneke i Szkudlarek jako moduły w Wyspie

oj, wielka gratka...


(Info: Wyspa)

Już w najbliższy czwartek, 16 kwietnia, o godz.19.00. zapraszamy Państwa na pierwszy moduł przeglądu Places out of space pod hasłem: "Przestrzenie (nie)dokonane"

Wstęp wolny. Prosimy zapisywać się na listę: wyspainfo@wp.pl

Kod nieznany w subtelny sposób rejestruje problem niespójności i niedookreślenia, wpisany w dyskurs współczesnej metropolii.
Haneke aktualizuje obraz miejsca, którego chaotyczna, płynna struktura potęguje dynamikę i równoległość egzystencjalnych stanów wyobcowania i zakorzenienia. Ta trudna do pogodzenia dychotomia odwzorowuje kondycję mieszkańców współczesnej, wielokulturowej metropolii,
wchodzących naprzemiennie w role postaci zadomowionych i Obcych.[jg]

Pokaz poprzedzi prelekcja prof. dr hab. Tomasza Szkudlarka - kierownika Zakładu Filozofii Wychowania i Studiów Kulturowych w Instytucie Pedagogiki WNS na Uniwersytecie Gdańskim.

Tytuł oryginalny: Code inconnu: Récit incomplet de divers voyages
Czas trwania: 112 min.// Produkcja: Francja 2000// Wersja językowa: francuska z polskimi napisami
Scenariusz i reżyseria: Michael Haneke
Występują: Juliette Binoche, Thierry Neuvic, Luminita Gheorghiu, Alexandre Hamidi
Dystrybucja: Kino Świat

Kuratorzy projektu: Julia Gierczak & Maks Bochenek


niedziela, 12 kwietnia 2009
rzeźnik i jego świnki


Fajny wywiad Dariusza Zaborka z Katarzyną Lengren "Córka ojca Filutka" w ostatnich Wysokich Obcasach. O rodzinnym domu, o ojcu, o życiu, takie tam historie. Najbardziej chyba poruszające fragmenty dotyczyły słynnego "przedwojennego szowinizmu" ojca, przejętego potem przez brata KL. Na pytanie, co najbardziej przeszkadzało w stosunkach ojca z córką, odpowiada: "Szowinizm przedwojenny. Uwielbiał kobiety, ale jak powiedziała moja córka: 'On tak lubi kobiety jak rzeźnik swoje świnki'. Całe życie zajmował się kobietami nałogowo, pięknie je rysował, robił cudne fotografie kobiecych twarzy. Ale ich nie znał i nie szanował. Był z rozwiedzionego małżeństwa, a jego matka była silną osobowością. Zamroził sobie uczuciowość i niektóre poglądy sprzed wojny mu się sprawdzały.
- Jakie?
- Na przykład w latach 60. Jacqueline Kennedy w różowym kapeluszu, pomagająca Kennedy'emu w karierze, otoczona dzieciątkami, była tym, czego ojciec spodziewał się od kobiet.
(...)
On zawsze mówił 'Baba! Baba to zrobiła'. Zakładał, że kobiety są głupie. Zresztą uroczo tę głupotę pokazywał w swoich rysunkach, to nie było jadowite, on to lubił.
(...)
Braku szacunku do kobiet uczył mojego brata. Siedzieli przed telewizorem i mówili: 'O, jaka gruba! Patrz, jak się ubrała. A jakie ma nogi'. Nie myśleli, że tego słucham. I ta dwoistość, że są szarmanccy i panie całują w rękę, i mówią komplement, a potem powiedzą: 'Gruba baba', spowodowała, że do facetów nie mam zaufania.
- Ale chyba nie całkiem?
- Mężczyźni już się bardzo zmienili, ale nadal sobie uzurpują, że wybierają kobiety ze stada. I przez to mogą mówić: 'Ta jest gruba, ta jest za stara, o - tę biorę'. Cały czas robią selekcję.
(...)
- Co pani czuła, kiedy ojciec z bratem mówili takie teksty?
- Do dzisiaj jestem urażona. Słuchałam i we mnie zapadało. To był rodzaj arabskiego domu - kobiety podają do stołu. Mężczyźni siedzą i mówią: 'Sól!'. My sobie wyobrażamy, że Arab bije żonę. On może być miły, tylko mówi: 'Sól!', i nie wolno jej wychodzić na podwórko. U nas też tak było - dwóch dowcipnych i przystojnych facetów siedziało przy stole i rozkazywało, a my z matką biegałyśmy do kuchni i z powrotem. Ich życzenie było naszą przyjemnością.
(...)
Mężczyźni z pokolenia mojego ojca myśleli, że kochają kobiety. Wielbili je w rozwidleniu: Matka Boska i kobieta lekkich obyczajów, z czego mój ojciec jeszcze lubił artystki, kobiety lżejsze, że tak powiem. Na starość zachwycał się sąsiadką i mówię: 'To zaproś ją do domu albo do restauracji'. Wybałuszył oczy: 'Ale po co?'.
- Nie rozumiał, że z kobietą można się przyjaźnić?
- Kobieta była do pracy i do łóżka. Czyli kobiety się nie szanuje. Szanuje się swojego przyjaciela lub kogoś o tych samych poglądach. I brat dużo z tego przejął. Nie był odpowiedzialny w stosunku do kobiet. Mówił, że je uwielbia i nie może bez nich żyć, ale nie powodował, że kobietom żyło się lepiej, tylko gorzej. Jeżeli kobieta się nim opiekowała - było dobrze. Jeżeli nie - konstrukcja padała.
(...)
- Narzeczeni się pojawiają?
- Ostatni dwa i pół roku temu. Dziwny, ale przystojny i mnie zakręciło. Był interesujący, bo nienormalny (śmiech).
- Ciągnie do takich?
- Zdecydowanie. Przysięgałam, że nie wezmę faceta podobnego do mojego ojca, a ten oczywiście był totalnym egocentrykiem. Że ja, która to znam i tego nie lubię, w to wchodzę? Że to mnie nie odrzuca? Bo to melodia, którą nucę: 'Ten facet jest interesujący'. Dlaczego? Bo jest egocentrykiem.
(...)
Ostatni narzeczony był okropny. Raz na kolację podałam kawior, a on: 'O, kawior!'. Mówię: 'Bo sprzedałam obraz'. A on nakłada kawior i mówi: 'A gdzie znajdujesz tych frajerów na swoje obrazy?'. A ja: 'Tam gdzie ty - bo on architekt - znajdujesz tych, którzy u ciebie zamawiają projekty'. I oczywiście kolacja zwarzona i już nikt nie umiał z tego wyjść.
(...)
Ludzie coraz mniej ze sobą rozmawiają, dlatego internet święci triumfy. Pisze się listy i okazuje się, czy to żaba, czy królewicz. I nie trzeba się perfumować i przebierać. I ja się wezmę za kontakty internetowe. Dawniej szło się na dancing. Teraz na ulicy nikt nie umie się zahaczyć. Pamiętam świetny podryw. Facet podszedł: 'Czy pani dobrze zna to miasto?'. A ja: 'Mieszkam tu prawie od urodzenia'. A on: 'Moglibyśmy porozmawiać o ładnych zakątkach' (śmiech). Tak mnie ujął, że poszliśmy na spacer. To ostatni, który umiał zaczepić. Ale spodobaliśmy się sobie tylko do gadania".          


cały wywiad tu: >>

Pani Katarzyno, to zadziwiające, jak bardzo nic się nie zmienia, bo ja znam takich mężczyzn jak pani ojciec i to wcale nie z jego pokolenia, ale mojego własnego. Tak, tak, wypisz wymaluj. Artyści. Nieco ekscentryczni i tajemniczy egocentrycy. Robią kobiecym twarzom piękne portrety. Całują kobiety w rękę, dają im kwiaty. Uwielbiają je. Marzą o powrocie w piękne lata dwudzieste, trzydzieste, Duchamp, Man Ray to ich idole. Są czarujący, tworzą atmosferę. Ze stada wybiorą zawsze najmłodsze egzemplarze, takie w stylu Liv Tyler z "Ukrytych pragnień". Innym pozwolą dla siebie pracować. Oczywiście za darmo. Jedne i drugie będą obgadywać, siedząc na skórzanych kanapach w gronie wiernych przyjaciół. Zamrożona uczuciowość, rozwody, okropnie zdradzony, cierpiący król ból. Nie potrafią rozmawiać - albo godzinami opowiadają o swoich nowych projektach, ewentualnie o złej byłej żonie, która po rozstaniu z nimi wyjątkowo zbrzydła, albo zadają pytania jak w wojsku i oczekują konkretnych odpowiedzi. Widziałaś to, widziałaś tamto, widziałaś siamto? Nie? Co z ciebie za filmoznawczyni, skoro w ogóle nie chodzisz do kina. No to trzeba cię tam zabrać. Król-Bul* pozwoli się w kinie zabawić moim towarzystwem. Mogę też zrobić sałatkę na jego urodzinową imprezę. Mogę napisać dla niego setkę świetnych tekstów o tych jego fantastycznych fotografiach, najszybciej jak potrafię, a na boże narodzenie - pierniczki, choć te ostatnie były za słodkie. Zostawi mnie w środku lasu przy ognisku z nie wiadomo kim, bo zabrakło miejsca w samochodzie, a kumpli trzeba odwieść po nocy do domu. Mam mu podarować swoją ulubioną płytę, a on mi na urodziny wręczy stary słownik, wydany w NRD, no po prostu biały kruk. Jego przyjaciele będą mnie nazywać "naszą perłą" i zdziwią się szalenie, kiedy przestanę ich odwiedzać w pokoiku ze skórzanymi kanapami. 

*Król-Bul - postać z musicalu dla dzieci, napisanego przez Katarzynę Lengren 30 lat temu, historia władcy złoszczącego się na poddanych z powodu bólu zęba, poddani próbują ulżyć jego cierpieniu, żeby przywrócić upragniony spokój, jego pierwowzorem był Zbigniew Lengren

 


czwartek, 09 kwietnia 2009
Ręka widząca


Wszystko zależy od wszystkiego, człowiek czuje się we wszystkim całkowity – cytuje Bellmer, a za nim Jeleński Georga Christopha Lichtenberga, Bellmer w 'Notatkach i fragmentach na temat', Jeleński w eseju 'Bellmer albo Anatomia Nieświadomości Fizycznej i Miłości' – Jeśli zapamiętuję, że (a+x)(a-x) = a²-x², to być może mój kciuk też coś z tego pamięta, jakąś cząstkę choćby mikroskopijną, lecz wystarczającą, by przypomnieć sobie tę regułę na widok jakiegoś przedmiotu, we śnie lub w gorączce, i pomyśleć, że jest ona tylko kawałeczkiem płótna”.

Bellmer marzył o przekroczeniu granic ciała, budując i rysując Lalkę, „przeczuł to, co zaniedbał Freud, to znaczy uczestniczenie całego ciała w życiu wyobraźni” - pisał Jeleński i dalej: „Szok, sprowokowany rysunkiem Bellmera, wynika stąd, że pozwala nam z o b a c z y ć koneksje tajemniczo i mimowiednie zachodzące w owej strefie cienia pomiędzy fizycznym a psychicznym, a stanowiące przecież osnowę naszej egzystencji”.

Wróciłam do książki Jeleńskiego, pisząc na zamówienie życzenia z okazji 10-lecia Wysokich Obcasów, dopełniając je opublikowaną obok eseju dedykacją Bellmera dla Leonor Fini, trzymam ją na specjalne okazje: „Kiedy wszystko, czym człowiek nie jest, dołącza do niego, wtedy wydaje się, że jest wreszcie sobą. Z czułym podziwem. Hans Bellmer. 1957”.

A zaraz potem miałam napisać „Mini-słownik Tsai Ming-lianga” dla Charakterów i okazało się, że najważniejszym hasłem w tym słowniku, wiodącym u Tsai'a tematem jest zawsze ciało. Zaś przyczepiana mu etykieta kontrowersyjności wynika z tego, że Tsai bardzo często porusza się w obszarze cienia. Nieświadomość ciała. Anagramy ciała. O tym są jego filmy. „Ciało – pisze Bellmer – można porównać do zdania, które prosi się o rozłożenie, by za pomocą nieskończonej liczby anagramów odkryły się jego prawdziwe znaczenia. (...) Upiorny pesymizm, w jakim żyję i który w miarę upływu czasu staje się coraz czarniejszy, zakłada w charakterze przeciwwagi obfitość prawdziwych cudów zmysłowych i wyobrażeniowych. Transfery, przeistoczenia, przestawienia absolutnie, zdawałoby się, niemożliwe, wywołujące szok i zdumienie, wynagradzają nieco gorycz tego, że trzeba było żyć. Wychodząc od słów ROSES AU COEUR VIOLET, dojść poprzez zwykłe przestawienie do zdania O, RIRE SOUS LE COUTEAU – to graniczy wprost z cudem!”.

Ale bardzo trudno było mi pisać o Tsai'u. Napisać o nim coś albo wszystko w kilku tysiącach znaków. O Jeleńskim rozmawiali ostatnio na łamach GW Toruńczyk, Michnik, Karpiński, Kłoczowski w rozmowie pt.: Minister Polski napowietrznej. Ta rozmowa została skrytykowana. Krzysztof Tomasik, felietonista Krytyki Politycznej podał ją jako przykład miałkości rozmów o ważnych postaciach polskiej kultury. Na koniec tekstu Jak dobić Kota napisał: „Michnik, Toruńczyk, Karpiński i Kłoczowski uważają, że wystarczy ich zapewnienie, że Jeleński 'wielkim pisarzem był', aby pobudzić zainteresowanie jego osobą. Niestety. Efekt jest taki, że Kot zostaje raczej dobity niż wskrzeszony”.

Na mnie dobijanie Kota nie podziałało. Nim przeczytałam ten krytyczny felieton, byłam już po wizytach w kilku księgarniach. „Chwile oderwane” Jeleńskiego, wydane przez słowo/obraz terytoria w 2008 roku, zostały sprzedane na pniu, podobnie jak dodruk, teraz nigdzie nie można ich już dostać, ma być kolejny dodruk. Tak, mnie chyba wystarczy ich zapewnienie. W Zeszytach Literackich uczyłam się pisania, nie „na”, tylko właśnie „w” - pisząc teksty do czytelniczej rubryki „zobaczone, przeczytane”. Pamiętam numery Zeszytów, poświęcone Jeleńskiemu i Fini.

Ale z Jeleńskim kojarzy mi się ktoś inny – stara malarka z Sopotu, u której uczyłam się rysunku przed egzaminami na architekturę. Te lekcje były jakąś męką. Stara malarka była heterą. Mała, siwa, szorstka i silna. Wrzeszczała, wyrywając nam ołówki z ręki, miała mocną kreskę. Na naszych szkicach postaci – ciał - wieszała wszystkie psy świata, a nazywając ciała, nieudolnie przez nas odwzorowywane, używała zwykle kiełbasianej terminologii. W strachu przed jej dezaprobatą i upokorzeniem kolejną kiełbasą, zaczęłam ją kopiować. Kreska za kreską. Zdaje się, że udawało mi się uchwycić ten jej zamaszysty rytm, to dynamiczne wymazywanie wszystkiego, co znajduje się na kartce - używała do tego szarej gumki-chlebówki - i dalej ciach! ciach! Ciach! z kilku zdecydowanych kresek budowała ciało. Miała wielu uczniów, jedna grupa zastępowała przy sztalugach kolejną, dzień za dniem. Ale kiedyś, jeden jedyny raz wybiegła nam na spotkanie z przepastnych głębin swojego mieszkanka z drewnianymi podłogami, gdzie nie mieliśmy wstępu. Wybiegła i zamachała nam przed oczami książką i ze zwykłą sobie energią kazała nam czytać, kazała nam obiecywać, że przeczytamy. I to była książka Kota Jeleńskiego. Nie pamiętam jaka. Z kotem na okładce.




wtorek, 07 kwietnia 2009
Loew na Mariackiej

Niestety nie on sam we własnej osobie tzn. nie Peter Oliver Loew, autor bardzo ciekawej książki "Gdańsk. Między mitami" (seria: miniatury Borussii, Olsztyn 2006), ale jego książka w roli głównej podczas jednego ze spotkań wokółgdańskich, organizowanych przez filię Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej na Mariackiej 42. W drodze do Wyspy spotkałam dziś pana, który te spotkania prowadzi - zachęcił mnie od razu. Niestety kiepsko w bibliotece z informacją wirtualną, gdyby nie to nasze przypadkowe wspólne zmierzanie do Wyspy na ratunek żurawiom, nie dowiedziałabym się.

spotkanie wokół gdańskich mitów i ich dekonstrukcji, dokonanej przez Loewa, jutro 8 kwietnia o g. 17 na Mariackiej


ArchiWtorek 3


dziś kolejny archiWtorek >>






poniedziałek, 06 kwietnia 2009
niemal nie zdążyłam...

... przed północą, przed godziną x, albo w, czy jak jej tam, opowiedzieć o moich urodzinach, o gigantycznej awarii internetu, która mnie dotknęła i cieniem zacieniła, o palcu bożym, który ją usunął - na czas, za 100 złotych, o naszym wspólnym z osobistym ojcem biesiadowaniu i piciu wina, o opowieściach o roku 1970 (na szczęście nie było mnie wtedy jeszcze na świecie - czas wolności, czas grzechu, czas high life'u, czyż nie tak?), o moich dzisiejszych wspomnieniach miłych chwil, o pogodzie, która - o kurcze! - robi mi dobrze, o żalu lekkim, o nieustającej tęsknocie za Wschodem i o tym, że najlepsza jest kawa mocca w Szanghaju, ale to chyba każde dziecko wie...

 
kawa, ja, Szanghaj, marzec 2007
(foto: Ku)


 
1 , 2