agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
poniedziałek, 29 maja 2006
żeby się pogubić

DZIEŃ 3 – poza peryferia

Byliśmy połączeni z Bułgarią. W tym samym czasie Bułgarzy na jednej z głównych ulic Sofii rozłożyli swoje info-boxy i w ramach projektu Mobile Webcast Studio zapewne próbowali wysłuchać naszej eksperymentalnej artystyczno-architektonicznej debaty. Na ekranie raz po raz widać było skupioną twarz bułgarskiej korespondentki - w słuchawkach, z mikrofonem na wysięgniku. Potem spalone popołudniowym słońcem samochody, Bułgarów w kolorowych tiszertach z krótkim rękawem, fragmenty bułgarskiego nierównego chodnika, a nawet flagę narodową. Ale Bułgarów, których znam, lub których chciałabym poznać, akurat tam nie było.

Dyskusja rozwijała się subtelnie, począwszy od osobistych i jak zwykle osobliwych, krótkich prezentacji. Jacek Dominiczak pokazał Gdańsk, zadając sobie pytania: jakie przestrzenie posiadamy, co z nimi robimy i co chcielibyśmy z nimi zrobić. Gdańsk okazał się miastem, którego architektura rozpięta jest pomiędzy dwoma skrajnościami: radykalnie nowoczesną i radykalnie historyzującą. Chcielibyśmy zatem, łagodząc ów radykalizm, poszukać drogi pomiędzy, drogi środka, żeby nie powiedzieć – dialogu dwóch przestrzennych biegunów. Czy mogą pomóc w tym zbliżeniu artyści? Bogna Świątkowska z warszawskiej Fundacji Bęc Zmiana namawiała do gestów najbardziej oczywistych, ludzkich, wypełniających przestrzenie miejskie radością i lekkością, jako przykład podając akcję “tunelowania”, szukania kontaktu z odbiorcą sztuki, przyzwyczajania mieszkańców miasta do ciekawego, dobrego dizajnu w miejscach wypoczynku i relaksu. Marzeniem fundacji jest realizacja projektu parku wzornictwa, zasiedlenie dzikich brzegów Wisły. Na razie ustawiają niezwykłe ławki w parkach już istniejących. To – jak ktoś potem powiedział – stwarza możliwość działania sztuką, która nie tyle jest komunikatem, ile buduje sytuacje, w których ludzie mogą ze sobą rozmawiać. Dominik Lejman, pokazując swoje prace, dowodził, że podstawowym zadaniem artysty w przestrzeni miejskiej jest prowokowanie zmiany optyki widzenia. Tak jak architektura jest zdolna wpływać na zmianę rytmu życia społecznego, tak sztuka, potraktowana jako narzędzie optyczne, ma nam służyć za pryzmat, wprowadzający do naszego doświadczenia świata niepewność, wyrywający ze schematu widzenia li tylko powierzchni rzeczy, prowokujący do wejścia w głąb. Współczesna sztuka zdaniem Dominika jest dziś gotowa właśnie w przestrzeniach publicznych zrezygnować ze spektaklu na rzecz skłonienia odbiorców do asymilacji obrazów. Towarzyszy jej refleksja, demaskująca sposób, w jaki nachalna, komercyjna, powierzchniowa informacja oblepia otaczające nas przedmioty. Monika Zawadzka za pośrednictwem swoich fotograficzno-badawczych projektów prowadziła nas po miastach wschodniej i południowej Europy, za Baumanem powtarzając, że pogłębiający się kryzys miejskich centrów, ich niegościnny i po Freudowsku dziwny, nowoczesny charakter powoduje niemal całkowite wyludnienie. Zamiast tego życiem kipią położone przy autostradach, zadaszone centra handlowe, przybierające kształt parków tematycznych. Współczesne, osierocone przez artystów centra miejskie czekają na zmianę koloru. Nie powinny walczyć z pragnieniami i potrzebami mieszkańców miasta, ale je rozumieć. Być może to właśnie odsunięci na miejskie obrzeża artyści, pracując z tymi pragnieniami, przenosząc do centrum fragment peryferyjnej niekompletności, która tak ich pociąga, mogliby je ożywić. Dla Moniki - architektki i antropolożki - najbardziej inspirujące są przestrzenie pomiędzy publicznym a prywatnym, te niedomknięte, nie do końca zdecydowane. Strefy celebrowania swoistych miejskich rytuałów, które dziś możemy podglądać, niepewnie zaglądając na wileńskie podwórka. Albo patrząc na niedawną instalację Jenny Holzer – projekcje tekstów Becketta na ścianach jednego z nowoczesnych budynków londyńskiego city. Takie wydarzenia prowokują Benjaminowskie doświadczenie zamiast punktowego przeżycia. Wydają się tym, czego szukamy w kontakcie ze sztuką. Głębokiego i ważnego poruszenia. Być może te wszystkie niemal “modelowe” kwestie ustawiają się w szeregu, kiedy ogląda się poznańską pracownię Dominika Lejmana, znajdującą się na terenie wesołego miasteczka, w pobliżu strzelnicy, w budynku, którego centrum zajmują akademiki, zaś obrzeża – pracownia artysty. Brzmi to absurdalnie, ale okna studenckich pokoi wychodzą na zadaszoną świetlikami pracownię. To dla studentów jedyne źródło dziennego światła i jedyny świat za oknem, wewnętrzna uliczka. Prywatna, choć i publiczna, dziwna i prowokująca. Studenci często biorą udział w projektach artysty, ściany akademika nie raz ozdobione już były wideo-freskami. Miasto znalazło tam swoje małe centrum, miejsce spotkania z tajemnicą, swoją miejską przygodę.



znikające dni

DZIEŃ 1 - znikająca Ameryka

Padają czerwcowe już deszcze. Przyspieszenie. Nawet pogoda poddaje się kultowi szybkości. Tymczasem oglądam wczesne filmy Jima Jarmuscha, te z lat 80. z Eszter Balint, Johnem Lurie, Tomem Waitsem, Roberto Benignim, Chrisem Parkerem. Rozśmieszają mnie, zachwycają. Ktoś napisał o nim: żenująco niedzisiejszy. Myślę: Jarmusch – ostatni i znikający, a nie - nowy i obiecujący. Wczorajszy werdykt jury festiwalu w Cannes powinien utwierdzić Jarmuscha w znikaniu. W końcu jedną z głównych nagród odebrał ów rezolutny śniady Latynos – Alejandro Gonzales Inarritu, autor “Amores Perros” i “21 grams”, nagrodę za “Babel” z Cate Blanchett i Bradem Pittem, film o podobnej jak poprzednie spektakularnej konstrukcji. Niepotrzebnie? Zdaje się niepotrzebnie skomplikowanej w warstwie formalnej, bombardującej ciągłymi zakłóceniami – chronologii i sensu. A u Jarmuscha czas płynie offowo. Spowalnia do granic. Być może – tak jak niektóre filmy Warhola – można by umieścić “Inaczej niż w raju”, czy “Nieustające wakacje” na ścianie. Niech sobie wiszą jak obraz – tyle że ruchomy, albo oprawiona w ramkę pocztówka z dalekiego, egzotycznego kraju, który czasami wydaje się bliski niemal na wyciągnięcie ręki, wystarczy spojrzeć przez okno. Bo przecież – wiedzą o tym wszyscy bohaterowie Jarmuscha - wszędzie jest tak samo. Te same czarne koty przebiegają ulice. Właśnie jednego widzę przez moje okno, czeka przyczajony.

Cieszy mnie to, że Jarmusch, inaczej niż wielu znikających, nie poddaje się melancholii. Jest zbyt niepoważny, żeby traktować świat bardzo serio. Nawet wtedy, kiedy oddaje głos Alliemu Parkerowi, który mówi o lęku i miejskiej przygodności, który na swojej drodze spotyka zdawałoby się tylko szaleńców, nawet wtedy. Pokazuje go w tańcu, każe mu przeczesywać włosy i mizdrzyć się przed lustrem, pozować jak do zdjęcia na nabrzeżu, trzymać papierosa za uchem i szurać nogami z niedbałą nonszalancją. Allie jest flâneurem, unikającym tłumu, co czyni go właśnie niedzisiejszym. Tłum go nie fascynuje. Ma w sobie coś z obserwatora, który kiedyś przyglądał się ludzkiej ciżbie, skupionej na berlińskim targowisku. Jak tamten, Allie wybiera jednostki, zbliża się do nich, ale lornion ma “w oku”, nie “na oku”. Dystans ma “w sobie”, nie musi przesiadywać ukryty za firanką w narożnym wykuszu domu, sąsiadującego z targowiskiem. Zmniejsza dystans topograficzny, wprost proporcjonalnie zwiększając ten wewnętrzny. Ale nie martwi go to, ani mu nie przeszkadza. Nie jest przedmiotem analizy. Życiowy dryf Alliego, Evy, Williego, Zacka... nie rodzi w nich frustracji. Być może przyczynia się do tego rodzaj emocjonalnego minimalizmu, uczuciowego spokoju, który płynie z pogodzenia się ze sobą i światem, bez udawania kogoś innego, bez dramatycznych gestów i patosu. Epizodyczność, rozlana tu po całości, monotonia, przenikająca wszystkie warstwy, prowokuje, dystansuje. Zmusza do tego, żeby – oglądając – tkać te historie nitka po nitce, uważnie, mozolnie, zwracając się ku najdrobniejszemu gestowi i najsubtelniejszej zmianie, by odkryć innego rodzaju zależności. Te na pierwszy rzut oka ukryte. Zupełnie niefilmowe. Jedynym chyba “gorącym”, spektakularnym elementem Jarmuschowej konstrukcji jest odmowa. Wszystko w gruncie rzeczy na niej jest zbudowane. Nie interesuje go jakikolwiek mainstreem. W ostatnim ujęciu “Nieustających wakacji” pokazuje widok z oddalającego się statku, widok Manhattanu. Miasto sprowadzone tylko i wyłącznie do monumentów. Pozbawione tła, miejskiej tkanki, która nadaje zwykle rangę pojedynczym monumentom. Miasto monstrum. Zapierające dech w piersi. Miasto, którego najdrobniejsza cząstka walczy o pierwszeństwo. Filmy Jarmuscha składają się z tła, nie nadając mu rangi. Zmieniają optykę widzenia.

Richard Edson, Eszter Balint, John Lurie: "Inaczej niż w raju", 1984

DZIEŃ 2 - znikająca Europa

Czarne wydało właśnie zbiór esejów “Znikająca Europa” pod redakcją Kathariny Raabe i Moniki Sznajderman. W kilku polskich miastach niebawem odbędzie się też festiwal pod tym samym tytułem, na który przyjadą wszyscy autorzy. A jest ich paru: Vetle Lid Larssen (Norwegia), Marius Ivaŝkevičius (Litwa), Christoph Ransmayr (Austria), Lavinia Greenlaw (Wielka Brytania), Jurij Andruchowycz (Ukraina), Mircea Cărtărescu (Rumunia), Lídia Jorge (Portgalia), Carola Susani (Włochy), Karl-Markus Gauß (Austria), Swietłana Wasilenko (Rosja), Dagmar Leupold (Niemcy), Fatos Lubonja (Albania), Tatjana Gromača (Chorwacja), Geert Mak (Holandia), Andrzej Stasiuk (Polska). Książka gruba, więc wystarczy na trochę. Zaczęłam od Stasiukowej opowieści, w której – jakby miętosząc w palcach kolejne koraliki swojego podróżniczego różańca – opisuje po kolei albański Pogradec, miasto, kojarzące mu się z iluzjonistycznym obrazem albo z włoskim filmem z lat 50., zaludnione statystami, ożywające nocą dzięki kilkudziesięciu miejskim bilardziarniom; rozpadające się ruiny kopalń w Rudňanach; Sulinę – miasteczko w delcie Dunaju; cygańskie osiedla w Bystranach; północny skraj Wyspy św. Andrzeja na Dunaju - zimą; warszawską Pragę trzydzieści lat temu; wiejski dom dziadków. Szczególnie ten ostatni, najbardziej osobisty fragment jest wędrówką w czasie, w ciszy i półmroku świata, którego odejścia nie da się zatrzymać, bo ono już nastąpiło, zamieniło się w namacalną nieobecność. I spaceruje Stasiuk pośród duchów i drzew owocowych w sadzie, dotykając przeszłości jak przedmiotu, który po chwili zamienia się w proch, albo chmurę dymu. I jest w tym pewnie bliski Almodovarowi, który wczoraj w Cannes odebrał nagrodę za scenariusz swojego nowego filmu “Volver”, w którym wspomina czasy dzieciństwa w La Manchy, a odbierając ją, dziękował przede wszystkim swoim siostrom, które razem z nim wykonały wielką pracę otwierania pamięci i przywracania do życia rzeczy bezpowrotnie minionych, a także ugotowały wszystkie potrawy, grające w filmie. Polska premiera “Volver” już niebawem podczas rozpoczęcia 6 edycji Festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu.

Jeśli tylko wystarczy mi czasu i sił – opowiada Stasiuk – napiszę kiedyś melancholijną geografię naszego kontynentu. Znajdą się tam miejsca, których nikt nie odwiedza, miejsca, których teraźniejszością jest przeszłość, miejsca, które zostały wydane na łup czasu, tak jak kiedyś wydawane były na łup barbarzyńców. Jednak po najazdach koczowników podnosiły się z pogorzelisk i gruzów. Ale pod działaniem czasu – tej delikatnej i lżejszej od powietrza siły – rozpadały się, wietrzały i z uporem najpierwotniejszej materii ciążyły gdzieś w głąb ziemi i w głąb minionego. (...) Ostatnie i zagubione – to zaprząta moją wyobraźnię. To, co nowe i obiecujące, nigdy mnie nie pociągało. Początek ani rozwój nie są ekscytujące. Dopiero gdy miejsce się zestarzeje, gdy jego czas się dopełnia, można w tym znaleźć coś ludzkiego. Tylko w tym, co minione, możemy przeglądać się jak w lustrze. Tylko to, co niedoskonałe, niesie nam pociechę, ponieważ wtedy odkrywamy, że nie będziemy umierali samotnie”.

(Andrzej Stasiuk, “Fado”)

cdn.


środa, 24 maja 2006
miasto dialogiczne

sobota 27 maja 2006 godz. 17-20 | siedziba ar+di: chlebnicka 13/16 gdańsk | 502.92.82.16
architektura+dialog podyplomowe studium projektowania akademii sztuk pięknych gdańsk
http://diaade.org/ardi.html www.asp.gda.pl zaprasza na nie-zwykłe spotkanie w ar+di:

Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia i architektura+dialog
razem w europejskim projekcie
Mobile Webcast Studio


czy artyści i architekci potrafią zbudować
miasto dialogiczne?

w trakcie spotkania odbędzie się otwarta dyskusja, poświęcona problematyce wpływu transformacji współczesnego miasta, jego architektury na poziom dostępności kultury i miejsca dla działań artystów; swoje koncepcje i strategie działania przedstawią Jacek Dominiczak, Dominik Lejman, Monika Zawadzka, Bogna Świątkowska; podczas dyskusji będzie miała miejsce skypekonferencja z organizatorami bułgarskiej części projektu INTER SPACE Media Art Center w Sofi.

dyskusję moderował będzie Jacek Dominiczak: Czy możliwe jest, by sami twórcy, bez regulacji instytucji urbanistycznych narzucających zasady projektowania w mieście, zbudowali przestrzenie i sytuacje dialogiczne? Czy możliwe jest, by w doktrynie architektury dokonało się przesunięcie od pochwały oryginalności do pochwały złożoności? Czy możliwe jest, by w praktyce budowania wizerunku miasta dokonało się przesunięcie od akceptacji przestrzeni indywidualności do pragnienia przestrzeni spotkania?

Jacek Dominiczak - dr inż. architekt, kieruje programem ar+di, prowadzi Pracownie Projektowania Achitektury na Wydziale Architektury i Wzornictwa ASP w Gdansku, autor prac teoretycznych z zakresu teorii i praktyki architektury dialogicznej oraz metodologii projektowania dialogicznego,

Dominik Lejman - artysta malarz, autor wideofresków, instalacji interaktywnych w przestrzeniach publicznych i prywatnych, pracownik ASP w Poznaniu,

Bogna Świątkowska - dziennikarka, pomysłodawca i prezes zarządu Fundacji Nowej Kultury Bęc Zmiana. Jest autorką m.in. pomysłu Parku Kultury na Powiślu w Warszawie, będacego prezentacją sztuki współczesnej w przestrzeni publicznej z mocnym akcentem na funkcjonalność obiektów i promowaniem nowego polskiego designu.

Monika Zawadzka - antropolożka kultury, architektka, fotografka, zarządza programem ar+di ASP w Gdańsku.



wtorek, 23 maja 2006
oglądamy:

dziś "Siódmy dzień" (2004) Carlosa Saury z Victorią Abril (Canal+),

jutro - "Kochana Emmo, droga Böbe" (1992) w reżyserii
Istvána Szabó (Europa, Europa) i koniecznie - "Kod nieznany" (2000) Michaela Haneke z Juliette Binoche (HBO),

pojutrze dzień Milesa Davisa w TVP Kultura i "Błękitny latawiec" (1993) Zhuangzhuanga Tian.



ciśnienie kiczu

Właśnie padało, wszystko jest takie mokre, przecieram nie wiadomo czym dziś zmęczone oczy. Oczy zmęczone emocjami. A przecież jeszcze wczoraj leżałam na trawie, podpierając się na łokciu, a kiedy w trawę wejdzie mech... Trawa jest miękka i cienka, mech jest puszysty i paruje. Ziemia jeszcze wilgotna po niedzielnych deszczach. Leżę i patrzę, jak na idealnie niebieskim niebie płyną skłębione obłoki. Niżej mam ukwiecone jabłonie. Wieje wiaterek. Nie, wieje wiatr, tu: na Kaszubach wiatry urywają głowy. Przez dwa dni chodziłam po pagórkach, po polach ledwie porosłych zieloną trawką zboża, po skibach, z jednej skiby na drugą w wietrze i w deszczu zacinającym skakałam. A teraz leżę. Na boku. R w pobliskim oczku moczy stopy, łapie kijanki, nadziewa żaby na swoje niczym ostatnio nie stępione pazury. Abraham Moles napisał kiedyś książkę “Kicz jako sztuka szczęścia”, w której dokonuje typologizacji kiczu i wśród wielu wymienia również kicz naturalny. Leżę i patrzę na obłoki. Faktycznie: kicz do kwadratu. Natura kojarzy mi się z fotografiami z National Geographic, albo z tych kalendarzy – zdjęcie na każdą porę roku. Boże, jakie to było piękne... Szkolne zeszyty owijałam sobie w te kalendarze. Bez już pęka. I tyle tego, tyle. Obserwujemy przez lornetkę bez sąsiadów. Widoki. Plany. Szachownica obsianych pól. Łąki pełne żółtych mleczy. Życie, które wyrywa nas ze snu, sceny morderstw, które jak w thrillerze doskonałym tylko słyszymy, nie widząc. Bo rzecz cała odbywa się gdzieś między ścianą a dachem, w przestrzeni pomiędzy, nie mamy do niej dostępu, nie mamy wpływu, nie możemy nic zrobić, możemy tylko słuchać. Wrzaski i tupanie. Nie, to za dużo, tak dużo. Otwieram Sebalda i czytam: “Beyle doznał, jak pisze, wielkiego rozczarowania, gdy przed kilku laty przeglądając stare papiery natknął się na rycinę przedstawiającą prospetto d'Ivrea i musiał przyznać w duchu, że jego wspomnienie zasnutego zmierzchem miasta jest jedynie kopią tej ryciny. Toteż, zaleca, nie należy kupować rycin pięknych widoków, oglądanych w podróżach. Albowiem rycina zajmuje niebawem całe miejsce wspomnienia, jakie w sobie nosiliśmy, ba, można wręcz powiedzieć, że je niszczy”.

W.G. Sebald, "Czuję. Zawrót głowy", Kraków 1998



wtorek, 16 maja 2006
w maju, w mieście

Siedzieliśmy z R na kanapie. Piliśmy ciężkie wino, prawie czarne. Przedtem piliśmy mate. Też nie było łatwo, ale przyzwyczajamy się. Karolina Południowa donosi, że tym, czym mate w Argentynie, na Cyprze jest długowieczna i nieustępliwa królowa, wyrabiana w gorącym piasku, pokryta kożuchem fusów z na pył zmielonej kawy, kawa cypryjska de lux. I że dostaniemy zestaw do parzenia. Powrót Karoliny Południowej z ciepłych krajów powoli się zbliża, bardzo ucieszeni tęsknimy i przesyłamy ucałowania. No ale wtedy nad tym czarnym jak cypryjska kawa winem siedzieliśmy nieco zadumani, wcale nie weseli, mimo, że uśmiechnięci, krzyczący raz po raz och! i ach! Tak było. Wreszcie wzięłam R za rękę. Przysypiał, zmęczony wakacyjnym pobytem na kaszubskich błoniach. Uchylił oko, zamruczał. Mówią, że zapach wanilii rozsładza nam życie, przypomina czasy, kiedy nic nie musieliśmy robić, tylko spaliśmy, kopaliśmy i jedliśmy. Ale wanilia to nic. Zapach wewnętrznej strony psiej łapy wydaje się tym absolutnym cudem, na który nieliczni mogą liczyć w takich właśnie momentach, kiedy się sen miesza, kiedy go dogania, a on tylko przestępuje z palca na palec i rusza wąsami. I trochę w tym było świeżo skoszonej trawy, ciemnozielonego mchu, co już wysypał pyłki z rudych mieszków, żółtego piachu, na którym dobrze rosną i grzyby jesienią, i wąskie, długie, słodkie truskawki latem. I było też w tym trochę słońca, gorącego już, i wody w stawie zarośniętym trzcinami. I krwi z przeciętej przydrożnym szkłem różowej poduszki, czarno nakrapianej. A ponieważ zepsuł nam się telewizyjny dekoder, oglądaliśmy filmy po staroświecku na kasetach wideo, tak różne, choć podobne w nagromadzeniu spektakli – Lekcję tanga Sally Potter i Happy Together Wonga Kar-waia, żeby odrobinę popatrzeć na miasto, którego tam właściwie nie ma, choć jest, ale inaczej. W wystylizowanych fragmentach brukowanych ulic, bardziej we wnętrzach taksówek i autobusów, we wnętrzach restauracji, klubów, hoteli, gdzie zawsze prędzej czy później da się spotkać kafelkowa biało-czarna szachownica. Podzielone na małe fragmenty miasto jest trochę jak kobiecość w kinie klasycznym – jest fetyszem, zatrzymuje akcję, jest bierne, zapamiętuję je jak słynne uda Marleny Dietrich w Błękitnym aniele. Fragmenty pozornie nie do poskładania.


Happy Together


czwartek, 11 maja 2006
przypadek

Błaga Dymitrowa wróżyła mi kiedyś z bułgarskich fusów. Są znaki – mówi - które same przychodzą, rozpychają się przed oczami, poprzedzają te różne Okazje, o które powinniśmy się potknąć, przewrócić. Bez lęku. Bez wątpliwości. Jawne. Sny, przepowiednie wróżek z długimi paznokciami. Są też te zgubione po drodze, znaki, które nigdy nie zostaną odkryte, skojarzone i zapisane. Ta chwila, kiedy przechodziłam przez ulicę. Zatrzymuję się, patrzę – jak mnie dawno temu nauczono – to w lewo, to w prawo, a nawet jeszcze raz w lewo. Nic specjalnego, żadnych znaków. I moment spokoju, decyzji przypomina mi się później jako >tuż przed<. Gdybym wtedy, gdyby coś. Coś innego. Gdyby pojawił się jakiś gołąb albo twarz, może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale są znaki bezwzględnie jasne. Sandały, które zapamiętasz. Jakiś widok. Kiedy ktoś siedzi samotnie nad kawą w ogródku jednej z małomiasteczkowych restauracji, może czekając, taki źle ubrany, w jasnej drelichowej marynarce. Tak – mówię - przechodząc pomyślałam, że wygląda nieco żałośnie, ale chyba nie o ubranie chodziło. Wiem – mówi - wyglądał tak, jakby na nikogo nie czekał. Decydujące starcia poprzedzone są zwykle podróżą. W przedziale pociągu ekspresowego spotykasz sobowtóra tego z restauracji. Zgadza się – mówię. Czy chodzi o wygląd? Tak, bardzo podobny... - odpowiadam. Nie, nawet nie o wygląd chodzi, nie o gesty i mimikę nawet, bo takie rzeczy się zdarzają, rano jechałam przecież taksówką i taksówkarz powiedział, że wyglądam zupełnie jak jego żona. Tu chodziło jeszcze o głos... Nie do podrobienia. Charakterystyczny, choć nie identyczny, ale bardzo, bardzo podobny. Potem intonacja, sposób o(b)taczania głosem słów, zanim zostaną wypowiedziane, niezależność głosu i pewien rodzaj sympatii dla świata, który tym wypowiedziom towarzyszył. Byłam zaskoczona. To mało. To wszystko mało. W pięknym tekście o kinie Wonga Kar-Waia, opublikowanym w połowie lat 90. w “Sight & Sound”, a przedrukowanym w doskonale zapowiadającym się magazynie filmowym “Easy Rider” (10-11'97), który zniknął niemal tak nagle jak się pojawił, Larry Gross cytuje Milana Kunderę:

Zbieg okoliczności może się wam wydawać zupełnie 'powieściowy' i mógłbym się z tym zgodzić, ale tylko pod warunkiem, że powstrzymacie się od odczytywania słowa 'powieściowy' jako 'fikcyjny', 'sfabrykowany' i 'nie podobny do życia'. Ludzkie życie skomponowane jest bowiem z taką dokładnością jak moda... Jednostka, prowadzona przez swe poczucie piękna, przekształca przypadkowe zdarzenie w motyw, który później zajmuje stałe miejsce w kompozycji jej życia... Jeśli nie jest tego świadoma, komponuje swoje życie według prawa piękna, nawet w czasach największych nieszczęść. Niewłaściwe jest besztanie powieści za zainteresowanie tajemniczymi zbiegami okoliczności... lepiej besztać człowieka za niezauważanie takich przypadków w swoim codziennym życiu”.

(“Nieznośna lekkość bytu”)




środa, 10 maja 2006
anons

sobota 13 maja 2006 | godzina 20:00 | siedziba ar+di: chlebnicka 13/16 gdańsk | tel.502.92.82.16
architektura+dialog podyplomowe studium projektowania akademia sztuk pięknych w gdańsku

http://diaade.org/ardi.html
www.asp.gda.pl zapraszamy na otwarte spotkanie w cyklu gość ar+di

zbigniew reszka i michał baryżewski
relacje
pomiędzy
architekturą i architekturą wnętrz

Zbigniew Reszka alma mater: Politechnika Gdańska, Wydział Architektury
wiceceprezes i współzałożyciel Spółdzielni Twórczość Architektoniczna w Gdańsku

Michał Baryżewski alma mater: Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku, Wydział Architektury Wnętrz
California State University Long Beach USA (MFA)
stypendium Fulbrighta (USA)
6-cio letnie doświadczenie w firmach architektoniczno-wnętrzarskich w USA

razem założyli i prowadzą od 1989 roku ARCH-DECO

www.archdeco.pl :

ARCH-DECO zostało założone w 1989 roku przez Zbigniewa Reszkę i Michała Baryżewskiego. W ciągu kilkunastoletniej obecności na rynku szereg realizacji ARCH-DECO zostało nagrodzonych, co ukazuje załączona [na stronie internetowej] lista nagród i wyróżnień, a wśród nich takie prestiżowe nagrody/wyróżnienia jak Stowarzyszenia Architektów Polskich za najlepsze realizacje architektoniczne oraz Nagrodę Państwową I Stopnia Ministerstwa Rozwoju Regionalnego i Budownictwa.

O wysokim poziomie profesjonalnym firmy świadczą między innymi poniższe doświadczenia kadry projektantów:

-kilkunastoletnie doświadczenie zawodowe w dziedzinie projektowania i wykonawstwa architektury i wnętrz, w kraju i za granicą (USA, Szwecja, RFN, Austria, Finlandia);
-wszelkie uprawnienia i rzeczoznawstwo budowlane i projektowe;
-wieloletnia praca dydaktyczna w ASP w Gdańsku kierunek architektury wnętrz;
-praca projektowa w architektoniczno-wnętrzarskich firmach amerykańskich oraz w firmie ILBAU - Wiedeń / Austria;
-działalność konsultingowa dla firm zagranicznych - ILBAU / Wiedeń oraz Architectur Buro Lubotzky / Hamburg.”

wtorek, 09 maja 2006
Książę

To ten młody książę Fryderyk, trochę niezgrabny, w kusych spodniach, rajstopach i peruce zaplecionej w cienki warkoczyk. Smutny. Pogrążony w zadumie. Ten, o którym pisał Wolfgang Büscher, zwiedzając pruskie Pompeje, ruiny zamku w Kostrzynie. Wtedy w wyobraźni zobaczył okno z widokiem na zamkowe podwórze.

Może to właśnie tu stał pewnego poranka następca tronu – za karę musiał przyglądać się temu, co miało się za chwilę wydarzyć na dole. Fryderyk ze łzami w oczach prosi Kattego o przebaczenie, ten okazuje olbrzymią odwagę w obliczu śmierci, jak jego duchowy przyjaciel napisze później z uznaniem w liście do Berlina. Fryderyk czuje obrzydzenie wobec tyranii ojca, który wymyślił sobie tę makabryczną scenkę – i z zemsty, i jako metodę wychowawczą wobec młodego księcia. Katte miał nadzieję, że ujdzie z życiem, do końca wierzył w sprzyjające wiatry. Że stało się inaczej, w niczym nie nadwyrężyło jego wiary. To on miał odwagę nie tylko umacniać młodego chłopca i następcę tronu w jego prywatnych eskapizmach, lecz także zaplanować wspólną ucieczkę do Anglii. Była to zbrodnia, dobrze o tym wiedział. Godna śmierci, jak się miało okazać w bladym świetle poranka 6 listopada 1730 roku. Je meurs pour vous, mon prince, avec mille de plaisiers! Dla ciebie, mój Książę, umieram z tysiąckrotną rozkoszą – zawołał do stojącego w oknie przyjaciela zanim spadł miecz katowski”.

To ten młody książę Fryderyk, przechadzając się w żałobie, której nie wolno mu było okazywać, wystąpił w spektaklu Roberta Wilsona. Samotny, pogrążony w zadumie książę, który bardzo ludzkim, czułym, proszącym o wsparcie gestem przytula się do wielkiego, skomlącego psa. Jak pies wietrzy podobieństwo, tę samą glinę, z jakiej ulepiony jest ich wspólny świat, podobną tęsknotę. Jednak pies po chwili zaczyna warczeć. Coraz głośniej, bez zrozumienia. Książę odchodzi niepocieszony, przepełniony cierpieniem, odrzucony przez istotę, w której pokładał nadzieję, a która w swojej inności nie oddała mu uczucia. Książę odwraca się gwałtownie i strzałem z rewolweru zabija zwierzę, a z nim – jak sądzi - swój ból.


Tymczasem Henri Michaux nie rezygnuje z podróży i wciąż pisze swój dziennik.

ŚMIERĆ KONIA
Hacjenda w Guadalupe, w kierunku Pelileo, Ambato, 11 lipca, 6 rano.

Ledwie wyruszyliśmy
Kiedy nagle padł
Chciał skoczyć
I padł martwy.
Jechałem na przodzie
Niczego nie mogłem zobaczyć
A potem dołączył do mnie Gustaw.
A twój koń? - zapytałem zdziwiony.
No więc – tłumaczy – chciał skoczyć
I nagle padł martwy
Miałem tylko tyle czasu, aby się spod niego wydostać.

Ach!...
Tymczasem musimy się spieszyć; czekają na nas
z postojem.
Trzeba ruszyć galopem, jesteśmy na miejscu, widać
ciężarówkę.
Trzeba natychmiast wyruszać dalej.
Gustaw jest bardzo zmieszany. To nie była jego wina.
Koń najpierw zadrżał. Zaraz potem się przewrócił.
Siedzimy z tyłu, z nogami zwisającymi na zewnątrz.
Droga wznosi się coraz wyżej.
Widzisz tę plamę, to on
O tam: padł na krzyżu dwóch dróg.

Droga wznosi się coraz bardziej.
Tymczasem potężna chmura zsuwa się nad dolinę,
Schodzi coraz niżej, jest już poniżej nas,
Natychmiast bierze się do pracy, delikatnie,
A przy tym dostojnie
Grzebie martwego konia,
Pod hektarami bieli, na wysokość i szerokość
A wraz z nim wszystkie żyjące jeszcze konie
Źrebaki, woły i owce wszystkich ras
I hacjendę aż po jej łaźnię i po jej zapas wódek.
Pokonaliśmy jeden ze szczytów,
Oddalamy się coraz bardziej,
To po drugiej stronie, gdzieś tam, padł ten koń,
Gustaw nie wie, czy kiedy umierał, miał otwarte,
czy zamknięte oczy
Na wpół otwarte, tak sądzi.
Trzeci etap, znowu trzeba się spieszyć, pociąg odjeżdża już
niedługo.
Wtedy Gustaw... un gran caballito, mówi, to wszystko.
(Oznacza to zarówno, że koń był rasowy, że był to naprawdę
dobry koń, ale jest w tym także i uczucie, jakim go
darzył).
Właśnie tam, myśli każdy z nas, a nawet znacznie więcej,
ale w jaki sposób można wyrazić się odpowiednio
o koniu?


Koń o kolorze pszenicy, o grzywie z mleka i wiatru,
Koń zawsze niespokojny, o głowie wstrząsanej bezustanną
negacją,
Sprzeciwem, odmową posłuszeństwa, ponawianych mimo
wszystko,
Zamiarem nieudawanej bliskiej gwałtowności, zobaczymy,
Nastawiony na tajemnicę powietrza,
O głowie pływającej na wietrze zbyt lekkim, aby ją unieść,
Wciąż zdradzany przez powietrze, wciąż unosząc się,
Z wyrazem tak wzruszającej odwagi, odwagi tak
niepotrzebnej.
Ty, do którego nawet inne konie
Zbliżały się jakoś inaczej
Gran caballito, tyle, a przecież już padł”.

Henri Michaux



anons

Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, Gdańsk Dolne Miasto 80-767, Jaskółcza 1
PARAKINO

13 maja 2006 (sobota) godz. 18.00

Perú Remix.
Sztuka wideo z Peru.
wstęp do pokazu: Marek Wołodźko

Program peruwiańskiej sztuki wideo przygotowany przez Alta Technología Andina w Limie.

(z materiałów informacyjnych galerii)

Historia wideo i sztuki elektronicznej w Peru jest procesem rozwijającym się relatywnie od niedawna. Jego rozwój nie był związany z rozwojem technologii, nauki czy sztuki, jak miało to miejsce w latach ’60 w aspekcie międzynarodowym, kiedy to wideo zaistniało jako środek wyrazu artystycznego. W Peru, chociaż telewizja pojawiła się tam około 1959, a taśma wideo w 1963, pierwsze eksperymenty z wideo i nośnikami elektronicznymi przypadają na lata ‘70.
Współczesna peruwiańska twórczość wideo ostatnich lat oferuje nam raczej wolną i różnorodną kreację w przeciwieństwie do typowej kliszy “treści południowoamerykańskich”. Młodzi artyści już nie pragną powtarzać elementów początkowych, typowych lub o zawartości folklorystycznej, jak to miało miejsce dotychczas, lecz coraz bardziej starają się konstruować nowe formy twórczości, analizujące kontekst własnych środowisk. Można powiedzieć, że dzięki temu, iż informacja i percepcja tej informacji zglobalizowały się (TV, radio, internet, publikacje itp.), artyści peruwiańscy pracują w ramach współczesnej struktury kultury zachodniej, upodobniając się do swych kolegów w innych częściach świata, co nie oznacza, że realność lokalna nie jest przez nich dostrzegana. Ta realność również się zmienia, głównie w obszarach miejskich, gdzie, w przypadku Peru jak i w dużej części Ameryki Łacińskiej, żyje większość mieszkańców kraju.

Kurator: Marek Wołodźko





poniedziałek, 08 maja 2006
gdzie ona jest


Henri Michaux po raz kolejny opuszcza Paryż w 1927 roku. Człowiek, który nie potrafi ani podróżować, ani pisać dziennika, wyrusza do Ekwadoru i oddaje się codziennym niemal zapiskom. Podróż ta zaczęła się już dwa lata temu – rozpoczyna – Ktoś mi powiedział: Zabiorę cię ze sobą.

Atlantyk przepływa na pokładzie ślepego statku Boskoop.

Każdego ranka zaraz po śniadaniu – pisze n+trzeciego dnia na morzu – jakiś człowiek siada na wprost mnie, wyciąga nierozłożone jeszcze gazety i rzuca okiem na wiadomości. Ale on jest z Ekwadoru, czyta po hiszpańsku, podczas gdy ja...”

W naszych bagażach wyłącznie współczesne i chaotycznie dobrane książki. Cała ta banda impresjonistów... piszących jakby iskierkami albo w wilgotnej poświacie, albo coś w rodzaju wyszywania wzorków... Styl, w którym pozostał jedynie ślad obrazów, ślad zauroczeń, emocji, geniuszu, humoru, wiedzy, zaledwie ślad wszystkiego. Nieprawdopodobny bazar, na którym nie można kupić nawet chleba.

A podróż, gdzie ona jest?”


PRZYBYCIE DO QUITO

Pozdrawiam cię mimo wszystko, przeklęty Ekwadorze.
Jesteś bardzo dziki.
Region Huygra, czarny, czarny, czarny.
Prowincja Chimborazo, wysoka, wysoka, wysoka.
Mieszkańcy płaskowyżów, licznych, srogich, obcych.
Tam widzicie Quito.
Dlaczego tak mocno bijesz, moje serce?
Idziemy do przyjaciół, czekają tam na nas.
Quito jest za tą górą.
Ale co kryje się za tą górą?
Quito jest za tą górą.
Ale co zobaczę za tą górą?
I wciąż ci Indianie...
Przedmieścia, dworzec, bank centralny,
Plac San Francisco,
Strasznie nas trzęsie w samochodzie.
Jesteśmy na miejscu.

Przysadziści, krótkogłowi, drobnymi kroczkami
Ciężko objuczeni Indianie idą przez miasto,
przyklejone do krateru chmur.
Dokąd zmierza ta zgarbiona pielgrzymka?
Krzyżuje się, znowu się krzyżuje, idzie do góry; nic więcej:
życie codzienne.
Quito i jego góry.
Spadają na nie, potem dziwią się, powstrzymują,
uspokajają swoje języki! Droga; kładą na niej bruk.
Wszyscy palimy tutaj opium wielkich wysokości,
niski głos, drobne kroczki, krótki oddech.
Psy niewiele się sprzeczają, dzieci też niewiele,
niewielu się śmieje”.


Henri Michaux, Ekwador.



wtorek, 02 maja 2006
strategie promocyjne


Zmiana pogody, choć nie definitywna, wyrwa mnie z zamglonych portowych spelunek Buenos Aires i przenosi na tereny nieco bliższe oku. Przypominam sobie zeszłoroczne, wiosenne spotkanie z Karlem Markusem Gaußem, autorem wydanej wtedy książki "Psożercy ze Svini" - relacji z podróży po "romskiej Słowacji". Spotkanie odbyło się w reprezentacyjnej sali ratusza staromiejskiego i zgromadziło przedziwną publiczność. Zamiast skrzętnie notować w swoim podręcznym kajecie wymieniane przez autora w toku rozmowy fakty z życia Arboreszów z Kalabrii (włoskich Albańczyków), macedońskich Aromunów, Żydów sefardyjskich z Sarajewa, czy karczujących lasy Łużyczan - bo rzecz dotyczyła i “Umierających Europejczyków”, wtedy już istniejących, a teraz wydanych w polskim przekładzie - z pewną nieśmiałością, żeby nie powiedzieć z pewnym niepokojem rozglądałam na boki. Zgromadzona publiczność sprawiała wrażenie wycieczki, przybyłej tu z oddziału geriatycznego jakiegoś miłego szpitalnego pensjonatu. Panowie w garniturach i grubych rogowych okularach, z piknikowymi siatkami u boku informowali nieco rozczochrane panie o tym, że poczynili już przygotowania do zbliżających się świąt, staromodnym zwyczajem wysyłając kartki z życzeniami i oczekują rewanżu. Sfatygowani fotograficy, jakby specjalnie tu zaproszeni, wybrani w powyższym kluczu, obracali w dłoniach starożytne lustrzanki, mając wciąż na sobie resztki pyłu, jaki im został po wizycie w nieeleganckich dzielnicach miasta, w których - żeby uniknąć podejrzeń o szpiegostwo - nie można wyróżniać się czystym i schludnym ubraniem. Pstrykali raz po raz, świecąc towarzystwu w oczy. Ktoś spał, ktoś sapał. Wariatka, która zwykle przychodzi na każde spotkanie do ratusza, spisywała na kolanie kolejne pytania i niepostrzeżenie przesuwała się ku pierwszym rzędom. Wciąż coś skrzypiało - kości, belki, parkiet, zawartość piknikowych toreb, niedomknięte okno trzaskało raz po raz na wietrze, skłaniając ku sobie wszystkie siwe głowy. Staruszek w rzędzie przede mną wiercił się i półleżąc bokiem na krześle, posyłał mi ukradkowe spojrzenia. Autor natomiast niczym – jak mi się wydawało – nie zaskoczony, na co dzień uprawiający rodzaj osobistego reportażu, przez prowadzącego spotkanie uznany został za antropologa i archeologa w jednym. Celem jego podróży po europejskich rubieżach jest tropienie, katalogowanie i opisywanie wymierających nacji, które przez wieki zamieszkiwały te tereny. Kiedy rozejrzałam się po sali, doszłam do wniosku, że wszystko wokoło musiało być po prostu rodzajem inscenizacji.


Plac przed municipio, w obu językach tak samo nazywany Bashkia, prawie całkowicie płaski, zaplanowany z pewnym rozmachem, odznaczał się piękną, nieregularną strukturą. Biegnące ze wszystkich stron wąskie, strome uliczki schodziły się promieniście, a na środku placu stała prostokątna studnia z bizantyńskimi płaskorzeźbami. Wszędzie, przed dwiema kawiarniami, przed domami na ulicy, przed studnią i w niewielkim parku z czterema ławkami, stali w grupkach mężczyźni. Stali i rozmawiali lub stali i wspólnie milczeli albo siedzieli przy chwiejnych stolikach przed kawiarniami i grali w karty, przy czym na każdego siedzącego gracza przypadało co najmniej czterech stojących widzów, ciągle wtrącających się z komentarzem lub pouczeniem. Kiedy się pojawiliśmy na placu, rozmowy i gry ustały. Z dołu dało się słyszeć potok Roganello, pędzący w stronę Morza Jońskiego głęboko w wąwozie Civity. Choć byliśmy obserwowani ze wszystkich stron, nie czuliśmy strachu ani zmieszania, gdyż od razu rzuciły się nam w oczy dwie rzeczy: wszyscy mężczyźni byli starzy i wszyscy się uśmiechali. (...)

Tak, ci siedemdziesięcio- i osiemdziesięciolatkowie, wielu w kapeluszach i wciśnięci w wyjściowe ciemne i pozbawione koloru spodnie i marynarki, jakie często widuje się na południu u ludzi z ich pokolenia, czekali tylko na nas. Niemal każdy, kto przyłączał się do rozmowy, przedstawiał krótką historię swojego życia, gdzie pracował przez tyle i tyle lat, kiedy wrócił po osiągnięciu wieku emerytalnego z powrotem do Civity i jak daleko mieszkają jego dzieci i wnuki. Nie było prawie nikogo, kto nie pracował gdzieś w świecie, w północnych Włoszech, w Szwajcarii, w Offenbach czy Bielefeld, w Skandynawii czy Ameryce, i wszyscy opowiadali to w taki sposób, jak gdyby tamto mogli znosić tylko dlatego, że wiedzieli, że jest Civita, to miejsce okolone wysokimi skałami i ten plac, na który pewnego dnia wrócą, żeby tu stać, palić papierosy, spoglądać na szczyty dokoła i rozmyślać o latach, co minęły”.

(Karl Markus Gauß, “Umierający Europejczycy”, Wołowiec 2006)