agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
środa, 30 maja 2007
anons

architektura+dialog. podyplomowe studium projektowania. akademia sztuk pięknych w gdańsku
chlebnicka 13/16 gdańsk | tel. +48.502.92.82.16 | http://diaade.org/ardi.html 
http://www.asp.gda.pl
2 czerwca o 18:00 zapraszamy na ostatnie spotkanie laboratorium filmowego 06/07 ar+di


           tatuaż jane campion meg ryan mark ruffalo                   


program wieczoru:
18:00 20:00  tatuaż  jane campion
po filmie rozmowa po filmie, goście specjalni: agnieszka kinga szeffel i monika zawadzka

 

Monika Zawadzka pisze:

 Beżowa Frannie ze swoją sunącą teczką, niczym "delikatna lunatyczka", krąży w kółko po zaczarowanym ogrodzie Zachodniego Brooklinu. Pewnego dnia coś nowego wnika w jej błyskotliwe i samotne życie, ciasno przyszpilone niby unikalny motyl do kartonika. Kobieta nawykowo opędza się przed nieznanym, ale natężenie i napór obcości powoli rośnie. Wkrótce zaleje ją jak bezmyślne tsunami.

 Czułe dotknięcia, prześwietlone koronki, barwne dzwonki wietrzne, wirujące kwiatowe płatki - wszystko to zmiksowane lekką ręką Jane Campion ze sporą dawką noir, z krwią i z ostatecznością, a następnie doprawione niepokojącą poezją oraz cielesnością, na samej granicy spełnienia.

Tatuaż” to dla mnie zapis kobiecego rytu przejścia, podlanego ciemnym, słodko-groteskowym sosem. Teraz Frannie może już iść do przodu, tylko nieznacznie się zataczając.

 

Agnieszka Kinga Szeffel pisze:

 Czy istnienie kategorii tzw. “kina kobiecego” jest faktem czy mitem? Jakimi cechami takie kino mogłoby się charakteryzować? Jane Campion od lat uprawia twórczość filmową, która niemal zrosła się ze swoją etykietą. Intrygującą fabułę, która krąży wokół kobiecej inicjacji, łączy zwykle z dyscypliną formy. Często do wyrażenia współczesnych treści używa historycznego kostiumu. Prowokuje różne odczytania swoich filmów - na poziomie realistycznym i symbolicznym.

 Triumfalny pochód Campion przez festiwale filmowe ze słynnymi już filmami: “Sweetie” (1989), “Anioł przy moim stole” (1990), “Fortepian” (1993), “Portret damy” (1996), czy “Święty dym” (1999) kończy “Tatuaż” (2003), uznany za porażkę utalentowanej reżyserki. Czy faktycznie “Tatuaż” jest błędem przy pracy, czy raczej świadomym, odważnym krokiem w nieznane? Campion celowo konstruuje tu kolejne piętra stereotypów i klisz, świat przefiltrowany przez jej spojrzenie oscyluje na granicy kiczu, a bohaterowie przestają mówić zrozumiałym dla wszystkich językiem. Mamy nadzieję, że towarzyszący recepcji filmu popłoch krytyki i niepewność widowni okaże się znakomitą pożywką dla naszej rozmowy po filmie.

 

 
"Tatuaż" [In The Cut], reż.: Jane Campion, prod.: Australia, USA 2003


FILM W ORYGINALNEJ WERSJI JĘZYKOWEJ Z NAPISAMI W JĘZYKU POLSKIM
NASTĘPNE SPOTKANIE W ar+di | 07.07.07: SPOTKANIE SEMINARYJNE - SPECJALNE! | SZCZEGÓŁY WKRÓTCE.
WSTĘP WOLNY. ZAPRASZAMY.


wtorek, 29 maja 2007
Drogi pamiętniku...


Pierwsze maki, ostatnie konwalie. Pierwsze piwonie, ostatnie bzy. Przełom maja i czerwca na wsi. Fotel w paski, podłoga całkiem zielona i miękka, pierwszy od dawna wolny dzień, Kaszuby. W najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie, że usiądę do komputera... A jednak. Lekki wiatr trzęsie mi nad głową gałęziami jabłoni, która pamiętnej nocy z przymrozkiem straciła wszystkie ledwo poczęte dzieci. Ona nie wdowa, a jednak w żałobie i nici będą z potomstwa w tym roku. Tymczasem, ołówkiem B5 wywijając jak szpadą, walczę o życie z opalizującymi w słońcu żuczkami, które chmarą obsiadły dziś trawnik. To samo rano z muchami, które obsiadły mnie, przerywając sen, w którym – nie wiedzieć czemu – szłam na spotkanie z moją dawną grupą przedszkolną. Bardzo to było dziwne, bo ja takich spotkań po latach nawet bardziej świadomych nie uznaję. Oczywiście nikogo nie mogłam sobie przypomnieć, ani imion, ani twarzy, ani obrazków przy wieszaczkach, które każdemu były przypisane, z nikim skojarzyć nie potrafiłam.

Mówią: w tym roku robactwa będzie co niemiara, bo zima lekka, a przymrozki majowe jak widać na robactwo nie podziałały. Ze zwierzętami podobnie: żaby koncertują wieczorem, mimo, że R usilnie stara się je uciszyć. Ptak z czarnymi oczami robi białe szlaczki na okiennej szybie. Uparł się, czy co? Podlatuje i trzepocząc skrzydłami pac! szybę brudną nogą, i tak ciągle, nie wiem, o co mu chodzi. Kuna... wróciła. Kuna wróciła pod dach ganku i od razu ptaka przy oknie jakby mniej. Coś mi się wydaje, że bez eksterminacji się nie obędzie. Wszystkie rynny okręcone siatką. Wczoraj jak zwykle około dziesiątej, bo kuna z zegarkiem w ręku wychodzi na kolację ze śniadaniem, na chwilę zaplątała się w te zasieki, ale znalazła wyjście. Całe szczęście. Co byśmy z nią zaplątaną zrobili, tak bez przygotowania? Jaką śmierć moglibyśmy jej zadać humanitarną? Przecież w tym domu nawet te wstrętne muchy łapie się specjalną metodą szklankową i wypuszcza się je na wolność. Dla dekoracji na ścianie wisi fanaberia-dubeltówka. Czy śmierć od kuli byłaby godną śmiercią kunią? I czy w ogóle śmierć jest tu koniecznością? Mówią: że tak.

Niebo niebieskie z chmurami, jakby ktoś na niebieskim blacie rozmazał białą czekoladę. Ach... czekoladę... Tu akurat konieczność zachodzi, konieczność ograniczenia. K ostatnio kompromitująco rozpowiadała, że za jednym zamachem potrafię zjeść dwie paczki ciasteczek. Była to oczywiście grubymi nićmi szyta prowokacja, bo już nie rozpowiedziała do końca, jakie to były ciasteczka, w jakich okolicznościach zjedzone i w jakim tempie, jakiej wielkości paczki itede, a mogło się przecież okazać, że powyższy fakt jest zaledwie niewinną zabawką, która bez trudu zmieściłaby się w czerwonej torebce teletubisia (ach... to stąd we śnie przedszkole, trąbili wczoraj o tej prowokującej homoseksualizm torebce wszędzie). Ciasteczka były czarne jak smoła, typu markizy, z białym kremem pośrodku, produkcji chińskiej, dla mnie hit, choć nie nazywały się Hit, tylko jakoś inaczej, po chińsku.

Ale o czym ja tu w ogóle... O żuczkach, snach, ciasteczkach, drogi pamiętniku... Nuda, beztemacie. Ostatnio dostałam odmowną odpowiedź z blogowego syndykatu – specjalnej uprzywilejowanej przestrzeni głosu. Odpowiedź odpowiadała mniej więcej tak - nie, nie nadaję się do tego, żeby mówić głośnym głosem, bo i o czym. Pozostaje mi więc mówić głosem cichym, zwolnionym z konieczności – a jednak! – pisania na temat, regularnie, rozsądnie i ciekawie. Dlatego opowiem bez związku o moim ulubionym dziś filmie, który obejrzałam niedawno, spodziewając się, że go polubię. Ja, człowiek postmodernistyczny, piszący – a jakże! - pamiętnik, ten oto, zgodnie z tezą, że w czasie postmoderny autobiografia kwitnie jakoś tak wyjątkowo, w owym czasie marnym, w którym głównymi chorobami cywilizacyjnymi są wykorzenienie i dezintegracja. “Niewykluczone – pisze moja idolka – że im bardziej fragmentaryczna i pozbawiona rdzenia staje się tożsamość człowieka w powszednim doświadczeniu życia, tym silniej odczuwamy potrzebę naprawienia tego przez działalność artystyczną”. Dodajmy – autobiograficzną.

A i mój ulubiony dzisiaj film jest autobiografią, choć fikcyjną lub też fikcją, udającą film dokumentalny o życiu jego twórcy, albo postaci noszącej jego nazwisko, będącej reżyserem filmowym. Z tym dokumentem nie przesadzałabym i z tym autobiografizmem. Filmy Nanniego Moretti'ego są czystą kreacją, piękną kreacją, zabawną kreacją. Po obejrzeniu doskonałego “Kwietnia” (Aprile, 1998), który bezpowrotnie utraciłam, bo archaiczna kaseta z nagraniem uległa destrukcji, wkręcając się w najwyraźniej popsuty mechanizm wideo, obejrzałam niedawno wcześniejszy “Dziennik intymny” (Caro diario, 1994). Cudowna rzecz, szczególnie rozdział pierwszy pod tytułem “Vespa”. Oczywiście znałam już, widziałam vespę Moretti'ego. Już lubiłam ją wcześniej, już marzyłam o vespie, którą - w białym kasku i ciemnych okularach w stylu lat 80. - pokonuję kilometry wyasfaltowanych europejskich dróg, a chociaż i tylko drogę do i z supermarketu, na i z plaży, ze wsi do miasta. Ale dziś już wiem, że na vespie chętnie bym zatańczyła. Ot, tak, zwyczajnie, bo ja lubię tańczyć, a tańcząc na vespie w rytm jakiejś starej melodii może i z Felliniego wygląda się fantastycznie, wygląda się absolutnie niepoważnie, po prostu dżezzzi.


Skąd takie marzenia? Pisarka niemiecka Juli Zeh, lat 33, oczy niebieskie, o swoim pokoleniu: “(...) odkąd pamiętam dla wszystkich najważniejsze były tylko dwie sprawy: wolność i osobisty rozwój. Dziś mamy trzydzieści parę lat i czujemy, że coś jest nie tak. Ubieramy się jak nastolatki, boimy się odpowiedzialności. A gdzie miejsce na dzieci, rodzinę, pracę? - a potem dodaje jeszcze – biegamy jak spanikowane owce”. Jasne, to, co kiedyś było udziałem jednostek, dziś zdarza się jest udziałem pokoleń. Nanni Moretti – rocznik 1953 – na różnych etapach swojego fikcyjnego życia pasowałby do opisu, jak zwykle śmiejąc się z siebie - bohatera chaplinowskiego, mógłby się nazwać spanikowaną owcą i czerpać z tego stanu raz przyjemność, innym razem być nim zmęczonym. Moretti jest jedyny na świecie, a jednocześnie jest jak każdy z nas. Z nas. Kocha swoją vespę tak, jak ja bym ją kochała.

W “Vespie” prawie nie schodzi z vespy, prawie nie zdejmuje białego kasku. Kamera jeździ za nim ulicami opustoszałego latem Rzymu. Te niekończące się ujęcia musiały być filmowane wcześnie rano, na ulicach nie ma ruchu, nie ma ludzi, są tylko budynki, place, miejsca, o których Moretti z wysokości siodełka opowiada: “Wałęsam się po starych osiedlach...” Czasami dzwoni do drzwi domów i udaje reżysera, który szuka scenografii do swojego nowego filmu o cukierniku trockiście we Włoszech z lat 50. A przecież jest reżyserem. Który marzy o nakręceniu filmu o cukierniku trockiście we Włoszech z lat 50. Zdjęcia do niego rozpocznie w finale “Aprile”. Obserwując budynki, zastanawia się, jak by wyglądał film, w którym to one byłyby jedynymi bohaterami. Kamera zmienia punkt widzenia, na mijane budynki patrzymy okiem Moretti'ego, który – jako autor “Caro diario” - daje popis baletu architektonicznego.

Mówi też dużo o tańcu, który jest zarówno jego słabością jak i pasją, odkąd obejrzał “Flashdance”. Kiedy zatrzymuje się na chwilę i schodzi z vespy, żeby z kimś porozmawiać, a raczej włączyć przechodnia w swój pamiętnikarski monolog, wygląda na szaleńca. Kiedy na jednej z rzymskich ulic spotka główną bohaterkę “Flashdance”, aktorkę Jennifer Beals z Alexandrem Rockwellem, spotkani nazwą go “off” - jeszcze nie wariat. Pojedzie potem zobaczyć miejsce morderstwa Pasoliniego.

Ale ironizowanie na swój temat, czy na temat rzeczywistości (w kolejnych rozdziałach “Wyspy” i “Lekarze”) nie jest u Moretti'ego ciemne, nie jest mroczne, budzi sympatię. Oglądając, myślisz sobie – takim Morettim chcę być zawsze. Być jak Nanni Moretti. To znaczy, że “jest tak czuć, że coś jest nie tak”, biegać jak spanikowana owca, mieć trzydzieści parę lat, a nawet czterdzieści, mierzyć się jak on w “Aprile” z macierzyństwem, zbierać denerwujące wycinki prasowe, marzyć o cukierniku, albo o filmie z cukiernikiem w roli głównej, tańczyć na vespie w przeciwdeszczowej pelerynie, wciąż w twórczym kryzysie. Czy nie na tym rzecz polega?

W “Vespie” był jeszcze fragment poświęcony krytykom filmowym. Moretti poszedł do kina na film “Henry – deszcz krwi”. Po projekcji – zdenerwowany - nie mógł się opanować i przepisał do swojego pamiętnika całą recenzję filmu, dzieło pewnego krytyka, stek bzdur. Zastanawiał się, czy krytyk piszący takie recenzje, może spokojnie spać. Wyobraził sobie, że czyta mu je, siedząc u wezgłowia łóżka, a krytyk słysząc co napisał, dosłownie skręca się ze wstydu w zmiętej pościeli. Przez kilka dni, czytając gazety, zwracałam uwagę na recenzje. Wpadł mi w ręce tekst o nowej płycie Nosowskiej UniSexBlues: “(...) całość brzmi spójnie. To zasługa Nosowskiej, która tradycyjnie nie szuka drogi na skróty. Jej teksty pełne są przewrotnych porównań i zaskakujących wolt, policzkujących uszy. Wokalnie jest równie ciekawie. Kiedy trzeba, artystka potrafi znokautować punktowym pazurem, słodzić jak Gwen Stefani czy smucić przepięknie i gorzko niczym Patti Smith. Jeśli nie poznacie tej płyty, to wasze dzieci zawsze będą się z was śmiać. Nie macie jeszcze dzieci? To się o nie postarajcie!” (Marcin Staniszewski, dodatek kultura, Dziennik)


* * *


Jechałam ostatnio pociągiem. W przedziale sama. Za oknem było już ciemno. Do przedziału wszedł chłopak ze sportową torbą, z której wystawała drewniana rękojeść... (siekiery?). Trochę się zdrzemnął i wysiadł. Kolejny pasażer wszedł krokiem chwiejnym, poskarżył się od razu, szukając współczucia, że go wyrzucili z warsu i zapewnił, że nic mi z jego strony nie grozi. Natychmiast przyłożył głowę do poduszki z plecaczka, z którym podróżował i przysnął. We śnie zaczął kręcić prawą ręką, jakby wkręcał żarówkę. Może tańczył układ choreograficzny z żarówkami. Cała Polska tańczy, choć nie cała tańcząc ma osobowość. W końcu przestał kręcić, tańczyć, obudził się i wysiadł. A ja czytałam sobie cicho Mariana Pankowskiego “Bal wdów i wdowców”, co za elegancja...

(...) wszedłem do przedziału. Na tle czerwonego, zrudziałego pluszu pani przy oknie dobrze już po... po... sześćdziesiątce. I, jakby przewidziała obicie fotela, w gołębio-modrym kostiumie. Skinie siwą głową na moje dystyngowane: - Dzień dobry! - Dzień dobry... - jakby szeptem powtórzy, najwidoczniej wyrwana z zadumy. Czas, zachwiany na moment naszym słowem, wraca już do swej różańcowości: chwila po chwili, a po tej chwili znowu chwila... jak to gdzie indziej było z kamieniem... że kamień na kamieniu , a na tym kamieniu jeszcze jeden kamień! Co robić? Jedynym wyjściem z żenującego tête-à-tête jest okno, za którym w tej chwili brojglowska chuda zima, chude drzewa z dwoma wronami za szyld i marne chyba jeszcze z Zaduszek światło dzienne... Oczy tej pani i moje wracają z krajobrazu i spotykają się... O... teraz znowu... Uwolnić się z dyktatu milczenia. Biorę na odwagę. - Proszę darować... ale coraz trudniej mi znosić absurdalny dialog milczący >przygodnych podróżnych< skazanych na wspólną samotność... Czy nie moglibyśmy... po prostu... zacząć mówić?”



poniedziałek, 28 maja 2007
Ewa Rewers wreszcie w Gdańsku
info: Łaźnia 

„Miasto w sztuce – sztuka miasta”  Ewy Rewers to temat najbliższego wykladu z cyklu Pod Prysznicem Sztuki

          CSW Łaźnia Gdańsk, czwartek ( 31.05 ) o godz.18
 
Można dzisiaj mówić o przynajmniej trzech rodzajach relacji między miastem a sztuką: 1) Miasto ujmuje się jako społeczne dzieło sztuki; 2) Miasto jest uprzywilejowanym przedmiotem kultury artystycznej, przede wszystkim literatury, sztuk plastycznych, fotografii, filmu, widowiska, teatru co sprawia, że na ich gruncie formowane są obrazy miast, funkcjonujące następnie - niejako wtórnie - w świadomości społecznej; 3) Różne dziedziny sztuki wytwarzają własne - najczęściej krytyczne w stosunku do realnych przestrzeni miejskich i strategii życia ich mieszkańców - wizje miasta, miejskości, kultur miejskich, formułując postulaty adresowane do wszystkich użytkowników przestrzeni miejskich i zmieniając hierarchie zastanych tam  kultur.


piątek, 11 maja 2007
pierwsze njusy o 8.FFLa

w programie 8. festiwalu filmów latynoamerykańskich

(Warszawa i in. 14-30 czerwca 2007)
znajdą się m.in.:


"O CÉU DE SUELY" Karim Aïnouz (Brazylia)
"LA SAGRADA FAMILIA"
Sebastián Campos (Chile)
"EN LA CAMA"
Matías Bize (Chile)
"EL OTRO"
Ariel Rotter (Argentyna)
"EL CUSTODIO"
Rodrigo Moreno (Argentyna)

szczegóły: Mañana

ps. tym razem również w Gdańsku...


środa, 09 maja 2007
anons

architektura+dialog. podyplomowe studium projektowania. akademia sztuk pięknych w gdańsku
chlebnicka 13/16 gdańsk | tel. +48.502.92.82.16 |
http://diaade.org/ardi.html http://www.asp.gda.pl
w sobotę, 12 maja 2007, o godzinie 18 zapraszamy na spotkanie laboratorium badawczego ar+di



laboratoriumbadawcze05:

agnieszka qla majkowska [CHINY]
Chińskie dialogi

agnieszka szeffel [CHINY]
20 kilometrów od Fenyang

monika zawadzka [UKRAINA]
fast Odessian research

NASTĘPNE SPOTKANIE W ar+di | 26.MAJA.07: LABORATORIUM.FILMOWE.06 | SZCZEGÓŁY WKRÓTCE.
WSTĘP WOLNY. ZAPRASZAMY.


poniedziałek, 07 maja 2007
gdański patosik


Przypominam sobie scenę z niedocenionej zupełnie, bo dosyć wiernej wobec niedocenionego oryginału, filmowej adaptacji powieści Güntera Grassa “Wróżby kumaka” w reżyserii Roberta Glińskiego (2005, film pod tym samym tytułem co książka, kiedyś już o nim wspominałam). Cała historia rozgrywa się w Gdańsku tuż po 1989 i dotyczy problemu niemiecko-polskiego pojednania, w tle mając miłość dwojga dojrzałych historyków sztuki i ideę stworzenia sieci cmentarzy dla “wypędzonych” nie tylko w Gdańsku, ale też w Wilnie. Obie wersje – groteskowe w duchu – są doskonałą wizualizacją “stylu gdańskiego”. Na jego powierzchni znajdziemy gruby kożuch wywołujących napięcia stereotypów, a pod spodem – licho wie co, może jakieś niewidzialne miasto. Styl ów - o wiele bardziej niż z realnej - utkany jest z rzeczywistości symbolicznej.

I tak to się tu dzieje, a wracając do sceny, która pojawiła mi się przed oczami dzisiaj po porannej lekturze gazety: otóż w rolę głównej bohaterki Grassa wcieliła się u Glińskiego Krystyna Janda, reprezentująca żywioł polskości. Wybór aktorki nie był oczywiście przypadkowy, Wajdowska buntowniczka między wierszami symbolizuje wartości walczącego, niepokornego i odradzającego się kraju, a także Wschodu (bohaterka urodziła się w Wilnie). Pali papierosy, nie zapina pasów bezpieczeństwa w samochodzie, jest sentymentalna, szanuje tradycję, jest niepraktykującą katoliczką, przeklina, krzyczy i kocha, a nawet bez namysłu zdobywa się na najbardziej obrazoburczy gest odpalania papierosa od znicza przy pomniku poległych stoczniowców (to właśnie ta scena) - jest jak widać nieobliczalna. To ona wprowadza Niemca Alexandra Reschke w symboliczny świat polskości w Gdańsku, w “polski patosik” z mitem walecznego proletariatu na czele, a także w polski raczkujący kapitalizm.

A gdyby tak - myślę - nakręcić albo napisać dzisiaj sequel tej historii? Nikt by się tego nie podjął, bo pierwsza część nie odniosła zadawalającego sukcesu, ale gdyby tak jednak nakręcić, hipotetycznie... Czy bohaterowie Grassa/Glińskiego, cudem uratowani z tragicznego wypadku samochodowego, po rekonwalescencji na włoskiej ziemi nie poszliby po rozum do głowy i w kilkanaście lat po klęsce swojego cmentarnego projektu nie weszliby raczej w inny interes? No na przykład mogliby stać się właścicielami butiku w jednym z centrów handlowych, jak grzyby po deszczu wyrastających w Młodym Mieście (dziś teren stoczni gdańskiej). Zważywszy na ich siłę przebicia, dobre pomysły, sentyment do Gdańska, a także zdrową dozę idealizmu, o środkach finansowych nie wspominając, być może na siedzibę swojego butiku wybraliby centrum handlowe o najwyższej randze – to znajdujące się w miejscu pamiętnej bramy nr 2, która rozebrana, zostałaby przeniesiona i złożona tak, by każdy bez wyjątku mógł przez nią przejść, a nawet przeskoczyć w wybudowanym niedaleko Europejskim Centrum Solidarności (ECS), którego budynek - drugi po chińskim murze - byłby widoczny z kosmosu, układając się w charakterystyczny znak wolności...

I nie są to wcale czcze mrzonki, czy szalone fantazje, bo w dzisiejszej gazecie przeczytałam m.in.:

W miejscu bramy Stoczni Gdańskiej, gdzie 31 sierpnia 1980 r. Lech Wałęsa ogłosił podpisanie Porozumień Sierpniowych, jesienią 2009 r. powstanie gigantyczne centrum handlowe Sierpień '80. Brama nr 2 Stoczni Gdańskiej, choć wtedy zamknięta, to nie dzieliła, ale łączyła ludzi. To przy niej odbywały się gorączkowe rozmowy o strachu i o nadziei. Żony wymieniały uściski dłoni ze strajkującymi mężami, dzieci patrzyły na ojców stoczniowców. (...) To przed bramą nr 2 stanęły Trzy Krzyże - pomnik Poległych Stoczniowców, upamiętniający ofiary Grudnia '70, w tym i te , które pod bramą zginęły od milicyjnych kul. (...)

Kilka lat temu tereny po byłej Stoczni Gdańskiej przejęła spółka Synergia 99. Z czasem część terenu przylegającą do pomnika Poległych Stoczniowców kupił duński deweloper Baltic Propert Trust (BPT), który podpisywał umowy z kolejnymi inwestorami. Ostatecznie 4,5 ha sąsiadujące z pomnikiem trafiło do TK Development. To również duńska firma inwestująca w nieruchomości.
TK Development na tych 4,5 ha chce postawić gigantyczną galerię handlową, nad którą będą dominowały kilkunastopiętrowe wieże - mieszkalna i biurowa (patrz wizualizacja).

To nie będzie zwykłe centrum handlowe - mówi Tomasz Tromer z BPT. - Chcemy, aby powstało tam centrum, w którym się bywa. Mamy nadzieję, że poprzez niebanalną architekturę i rewelacyjne położenie stworzymy nowy symbol miasta. (...)

Galeria będzie częścią tzw. Młodego Miasta, na które będą składać się apartamentowce, hotele i biurowce. Miejsce, w którym rozpoczęło się burzenie komunizmu, zniknie. Pamięć o tych wydarzeniach ma podtrzymywać Europejskie Centrum Solidarności (ECS). Ma ono stanąć vis-a-vis galerii Duńczyków. ECS ma połączyć kilka funkcji - kulturalną, edukacyjną i konferencyjną. Znajdą się tam m.in.: muzeum upamiętniające najnowszą historię Polski (1944-89) oraz archiwum zawierające dokumentację związaną z tym okresem, stała ekspozycja poświęcona "S", kaplica, sala kinowo-teatralna, ośrodek naukowo-badawczy.

To prawdopodobnie do ECS przeniesiona zostanie słynna brama nr 2.

(...) - Cóż, walczyliśmy w końcu o wolny rynek - mówi Jerzy Borowczak, jeden z trzech inicjatorów sierpniowego strajku z 1980 roku. - A plan zagospodarowania przestrzennego zatwierdzony przez radnych przewiduje budowę tego centrum handlowego. Widziałem wstępny projekt i powiem, że wygląda nieźle. Niestety, podejrzewam, że to centrum Duńczyków powstanie szybciej niż nasze Centrum S”.

(źródło: Gazeta Wyborcza)

Rzecz - jak przypuszczam - w tym, że brama podobnie jak i całe tereny postoczniowe wygląda dosyć siermiężnie, ot, kawał żelastwa, nie mającego nic wspólnego ze współczesnym szklano-aluminiowym dizajnem. Nie pasowałaby po prostu do Młodego Miasta, bo jest stara, a że ciężka znaczeniem... cóż, przeszłość należy jeżeli nie dekonstruować, to przynajmniej upamiętniać, a nawet trzeba ją rekonstruować w najwyższej klasy multimedialnych muzeach, to nasz patriotyczny obowiązek. Przeszłość tak samo jak przyszłość musi znać swoje miejsce.


Krystyna Janda i
Matthias Habich i brama we "Wróżbach kumaka"


środa, 02 maja 2007
ja chcę do Krakowa!

05.05. – 03.06.2007
wystawa w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie

pojawianie się / znikanie - niemiecki album
ERSCHEINEN / VERSCHWINDEN – EIN DEUTSCHES ALBUM

 
fotografia z Nadrenii Północnej-Westfalii, kurator: Michael Staab

Fotografie aus Nordrhein-Westfalen, Kurator: Michael Staab

wernisaż 04.05., godz. 19.00 / Vernissage am 04.05. um 19.00 Uhr
Bunkier Sztuki
, pl. Szczepański 3a, Kraków, PL

 

Bernd i Hilla Becher, Laurenz Berges, Anja Bohnhof
Daniel Gustav Cramer, Natalie Czech, Bernhard Fuchs
Thomas Neumann, Simone Nieweg

 
Czysto dokumentalne - a nie tylko eksperymentalne - formy obrazowania są w dziedzinie fotografii artystycznej od dawna już traktowane jako samoistne dzieła sztuki. Fotograficy z Nadrenii Północnej-Westfalii są całkowicie świadomi tej tradycji, przy czym ich orientacja treściowa stanowi pewne novum. Artyści ci sami posługują się narracją lub też pobudzają odbiorcę do wymyślania historyjek i snucia opowieści. Fotografia może być czymś więcej niż tylko dokumentem w procesie historyzacji - może również znakomicie pobudzać wyobraźnię.

 
5 maja o godz. 11.00 w Bunkrze Sztuki będzie miała miejsce dyskusja z kuratorem Michaelem Saabem.