agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
sobota, 31 maja 2008
Rose Hotel

wcale nie w Stambule
(do kliknięcia)

piątek, 30 maja 2008
oni potwierdzą

że dobrze jej w różowym na Manuel Rodriguez
(do kliknięcia)



po drodze, Chiloe, Chile


czwartek, 29 maja 2008
odbicia

Prasa kobieca nie ma u mnie niestety dobrej prasy, ale szczerze zwabiona... nie - szczerze połknąwszy wabik, kupiłam sobie pismo kobiece i je kartkuję, kartkuję, kartkuję... I co z tego kartkowania wynika? Wynika mi miłość po prostu. Spójrzcie na tego pana. Czy w nim się nie można zakochać? Absolutnie. No właśnie, od tego wpatrywania, zakochania skleiły mi się strony. Całkiem rozsądnie mi się skleiły, bo wyobrażam sobie, że ludzie (tam) są wcale nie trochę, nawet bardzo jak krajobrazy, a krajobrazy - jak ludzie. Że jednak się do siebie dopasowujemy. Że jednak siebie nawzajem na różne sposoby kopiujemy. Jeżeli to nie jest zbyt prosta estetyzacja. Może.


Zwierciadło nr 6/1940 z czerwca 2008, fotografie nie wiadomo czyjego autorstwa, bo nie podano, str. 80/81, Justyna Rychlewska-Susko "Kraj silnego światła"

Ponieważ Nowa Zelandia jest dzisiaj na topie - szczególnie we Wrocławiu (8.MFF ENH), a ten pan to Maorys, więc cytuję artystę, który już tam był. Ignacy Jan Paderewski w 1904 roku, przy okazji serii koncertów w Australii, odwiedził także Nową Zelandię. We wspomnieniach pisał tak:


'Plemię Maorysów nadzwyczaj mnie interesowało. Ludzie ci mieli brązową cerę, byli bardzo przystojni. Podobno przybyli z Tahiti. Przybyli co najmniej półtora tysiąca kilometrów, zanim osiedlili się w Nowej Zelandii, mówiono mi, że przypłynęli w łodziach zrobionych z pojedynczych pni drzewnych. Jak już mówiłem, Maorysi są rośli i przystojni, natomiast ich kobiety, gdy tylko wyjdą za mąż, stają się okropne, natychmiast bowiem poddają się wstrętnemu tatuażowi brody. Okropny widok. Dopóki są dziewczętami, miło na nie patrzeć, takie są ładne, po wyjściu za mąż stają się wprost szkaradne. Maorysi mają też różne ciekawe obyczaje. Głównym sportem mężczyzn jest pokazywanie języka w celu odstraszenia nieprzyjaciela. Języki mają bardzo duże i potrafią wysuwać je bardzo daleko. Okropnie to wygląda. Pan Nelson zapewniał mnie, że są bardzo inteligentni. "Proszę zapytać któregokolwiek z Maorysów o jego przodków - mówił - potrafi on wymienić panu imiona trzydziestu dwóch pokoleń, i to nie tylko tych, którzy założyli tutejszą kolonię, ale wszystkich ludzi należących do tego samego szczepu, a nawet o każdym opowie panu różne szczegóły, na przykład w jakim wieku zmarł itd."

Poznałem paru wyjątkowo wykształconych Maorysów, jeden z nich był członkiem rządu Nowej Zelandii, i księżnę Yorku w czasie ich wizyty na tej wyspie. Wygłosił na cześć gości wspaniałą mowę, a później towarzyszył im w objeździe obwodu Rotoruy, skąd pochodził. Następnie, by zaakcentować swą dzielność, wziął udział w tańcu wojennym odtańczonym przed królewskimi gośćmi. W końcu, w trakcie wspaniałego finału, starał się przestraszyć ich, wysuwając język prawie do pępka! W czasie tego tańca miał naturalnie specjalny strój, który zmieniał jego wygląd. Po tańcu przemówił kilka słów w narzeczu maoryskim, co wywołało olbrzymie wrażenie. Później, już na wieczornym przyjęciu, gdy znalazł się przy stole w towarzystwie znamienitych gości, książę Yorku zwrócił się do niego z zapytaniem: "Niech mi pan powie, kim był ów niezwykły tancerz, który tak pięknie po tańcu przemawiał, a tańczył z tak bardzo wysuniętym językiem?" Członek rządu odpowiedział: "To byłem ja, jak pan wie, jestem Maorysem, a przy tym dobrym tancerzem"'.

więcej tu >>>>


zawsze modny róż

dieta w różowym kolorze
(Roman, kliknij, aby powiększyć)


środa, 28 maja 2008
grzeczny pies

prosto od fryzjera zawsze grzeczna
(do kliknięcia)



Achao, Chiloe, Chile


wtorek, 27 maja 2008
niewyraźny pies

taka będę jutro, w słońcu, muszę
(do kliknięcia)



Castro, Chiloe, Chile

poniedziałek, 26 maja 2008
ziewający pies

lubię go, utożsamiam się
(do kliknięcia)



Castro, Chiloe, Chile


niedziela, 25 maja 2008
smutek tropików




Gdańsk Zaspa



czwartek, 22 maja 2008
liderka zmian wciąż w offie

Na politechnice oprócz fragmentów „Kapryśnej chmury”, albo „Lights in the Dusk” Akiego Kaurismakiego pokazywałam scenę z „Hana-bi” Takeshiego Kitano. Słynną scenę zabójstwa w białym samochodzie, w śniegu, niedaleko małego górskiego pensjonatu, gdzie Kitano spędza czas ze swoją umierającą żoną. Scenę poprzedza ujęcie brzegu strumyka nocą. W ruchliwym strumyku odbija się, migocze światło lamp. Ujęcie przechodzi w obraz malarski, którego autorem jest przyjaciel, dawny partner policjanta. Autorem obrazów, użytych w filmie, jest sam Takeshi Kitano. Przyjaciel ranny w czasie akcji został kaleką, poruszającym się na wózku inwalidzkim. Teraz maluje historię uciekinierów, byłego policjanta Kitano i jego żony. Znajduje się w drugim planie, a jednak swoimi wizjami przepowiada niejako kolejne sceny.

Kamera pokazuje obraz kawałek po kawałku - w zbliżeniu, by wreszcie się od niego oddalić. Jak u piktorialistów i tu wszystko składa się z tysiąca niewielkich elementów, choć to nie kropki - to słowa (znaki). Na czarnym kartonie malarz namalował białe, spadające z nieba słowa 'śnieg' i trochę żółtych słów 'światło'. Słowa 'śnieg' układają się w białe pryzmy. Słowa 'światło' delikatnie spod śniegu przebijają. Znaki zyskują formę nie tylko same w sobie, razem tworzą graficzną opowieść o śnieżno-świetlnej przestrzeni. W jej środku malarz umieścił czerwone słowo 'samobójstwo', które przypomina trochę samochód i ślady krwi na śniegu. Potem dochodzi do zabójstwa gangsterów, którzy przyjechali odzyskać swoje pieniądze. Kitano pięknie potraktował słowa. I w obrazie filmowym, i w malarskim zaangażował je w tyle ról.



Takeshi Kitano


Kilka godzin wcześniej dyskutowałam na temat formy słów. Pytałam, dlaczego forma jakiegoś słowa miałaby być pozbawiona możliwości mówienia czegoś więcej, niż to, czym słowo jest, co znaczy w słowniku i nie mam tu na myśli metafory.

Pisałam ostatnio o architekturze offu, o 'pet architecture', którą Japończycy z Atelier Bow-Wow znaleźli i skatalogowali w Tokio. Da-me - skundlona, niedobra, inna. Prawdziwy pet wciska się w dziurę, zajmuje kawałek niechcianej przestrzeni, angażuje, moglibyśmy rozmontować go w kilka minut i nie byłoby nam żal, a jednak tego nie robimy. Pet kpi sobie i ze swojej nijakości, i z jakichkolwiek estetycznych kategorii, które mówią coś o pięknie, subtelności, albo o sile i władzy, w ogóle go to nie dotyczy. Jest nastawiony na ruch, na przepływ, także emocji, które nie muszą mieć zródła w nim samym.

W tytule jednego z podrozdziałów umieściłam zwrot: 'pet-dizajn', prosząc redaktora prowadzącego, żeby – zważywszy offowy charakter tekstu – zachował oryginalną, moją pisownię słowa dizajn (nie design). Najpierw się zgodził, jednak tuż przed publikacją stwierdził, że w zapisie 'pet-dizajn' znajduje się jeden człon angielski i jeden polski, nie mogą zatem opublikować takiego zapisu, nawet z adnotacją, że na prośbę autorki zachowali oryginalną pisownię.

A może, zastanawiałam się, 'pet' to jest spolszczony angielski 'pet', który w liczbie mnogiej brzmi 'pety' a nie 'pets'. Ponieważ architektura petów, jej forma niesie ze sobą przekaz na temat określonego sposobu myślenia, dlaczego forma słów miałaby być takiego prawa pozbawiona? Pisząc 'dizajn' a nie 'design', popieram inicjatywę polskich dizajnerów, skupionych wokół czasopisma 2+3D, w którym to słowo w takiej formie oficjalnie się pojawiło, promujących w nazwie polski dizajn w Polsce, oni są oczywiście off, no i ja jak widać też.

"'Pet' w języku polskim – odpowiada redaktor - ma tylko jedno znaczenie, to papieros, o niego Pani przecież nie chodziło. Forma plastyczna petów nie ma odpowiednika w systemie znaków i nie musi. Tak jak nie trzeba dekonstruować słów, aby pisać np.: o architekturze dekonstruktywistycznej. A polski design nie będzie bardziej polski pisany 'dizajn'. Przykładanie wagi do formalnej strony języka w Pani przypadku jest niepotrzebne, gdyż na poziomie treści świetnie Pani obrazuje offowość tematu".

Cieszę się, że redaktor docenia mój styl. Ale chyba nie do końca mnie rozumie. Nie zgadzam się. Kiedy Adam Budak mówi o 'architekturach', nie ma na myśli 'architektury', kiedy ja piszę o 'marginesach', które mi redaktor zmienił w moim tekście na 'margines', nie mam na myśli 'marginesu', drobne różnice, a jednak są. Słowa to nie tylko narzędzia, podobnie jak geometria w projektowaniu architektury nie jest li tylko narzędziem, podążającym za funkcją. Kiedy wreszcie przestaniemy myśleć tak o geomertrii? Kiedy przestaniemy myśleć tak o słowach? Pocieszam się, że w końcu każdy off staje się mainstreamem. Czasy się zmieniają, wciąż i jest ich wiele.

Postanowiłam pozostać liderką zmiany, choć na razie – off. Spowodować, że kolokwialne pety odejdą do lamusa, a na plan pierwszy wysunie się architektura petów i wszystko będzie jasne, o dizajnie nawet nie wspominając. A co do dywersyjnych tekstów - skoro o architekturze dywersyjnie nie można, to może można o filmie, o sztuce. A skąd! Skąd innąd nadeszła informacja, że w moich tekstach jest za wiele emocji, że są za mało bezosobowe. Masz ci los! Emocje to prawdziwy sabotaż. A co na to słowa?



obraz Takeshiego Kitano z Hana-bi



środa, 21 maja 2008
rozmówki arch.filmowe

Dosyć skonana prowadzący ma nadzieję, że wszyscy wyjechali już na długi weekend i nie będzie musiała wykładać, że będzie mogła w niewielkim gronie, korzystając z przygotowanego na tę okazję sprzętu, obejrzeć na dużym ekranie "Kapryśną chmurę" (jedną ze struktur kinematycznych) Tsai Ming-lianga, co - zważywszy patetyczny charakter miejsca projekcji (Politechnika Gdańska) - byłoby dosyć... wywrotowe.




sobota, 10 maja 2008
nad Balatonem


Spotkania autorskie
Kiedyś się mówiło: skaranie boskie! Skaranie boskie z tymi spotkaniami autorskimi. Tak myśli pewnie każdy Autor, zmuszony przez machinę promocyjną do wędrówek po kraju, picia niezliczonej ilości wody mineralnej, lecząc zaschnięte z nerwów i od gadania gardło. Zmuszony do odpowiedzi na głupie, albo zbyt intymne pytania, zadawane przez obcych ludzi, przywykły do pracy w zaciszu własnej skorupy. Tymczasem - powtarzam to za każdym razem - los czytelnika w gruncie rzeczy jest nie mniej traumatyczny od losu Autora. Czy Autor zdaje sobie z tego w ogóle sprawę?! Co prawda czytelnik ma wybór, może na spotkanie autorskie nie przyjść (faktycznie może nie przyjść? nieee...), albo wyjść w trakcie, ale jak już zostanie, ominąć formułę z zadawaniem głupich, albo zbyt intymnych pytań nie bardzo się da.

Krzysztof Varga - ów na pół przecięty, pęknięty swoją po ojcu węgierskością, po matce polskością (i jeszcze kawałkiem słowackości we krwi) Autor - to jest po prostu uroczy człowiek. Szczególnie uroczość ta dotyka, gdy jego twarz otwiera się w szerokim uśmiechu, zaraźliwym. Rzec można – w uśmiechu pełną wargą. I jest to gaduła, a może nawet gawędziara, bo „gawędziarz” brzmi trochę, jakby miał wąsy, a nie ma. W jasnych tenisówkach, w ciemnej marynarce „przybył do nas – jak zaanonsowała go Prowadząca spotkanie – prosto z Warszawy”. Z samego centrum świata. Opowiedzieć o swojej nowej książce – zbiorze esejów, poświęconych Węgrom i węgierskości. Choć właściwie to spotkanie miało być poświęcone (bardzo polskiemu) „Nagrobkowi z lastryko”, no ale zdarzył się i (bardzo węgierski) „Gulasz z turula”. Dwa jedyne dostępne, świeże „Gulasze...”, przywiezione razem z Autorem prosto ze stolicy, zostały natychmiast rozdrapane. Autorka tych słów znajduje się w posiadaniu jednego z nich, bez autografu.

No więc co z tymi Węgrami?
Przede wszystkim było o węgierskich traumach. O nizinnej depresji i podziałach oraz o „zajęciu ojczyzny” - kluczu do węgierskiej melancholii. O inności, wyjatkowości i lęku, podtapianym przez morze słowiańszczyzny. I oczywiście o samobójstwach.

Pierwsza data w historii Węgier wiąże się właśnie z owym „zajęciem ojczyzny”. W IX, X wieku plemiona węgierskich nomadów najeżdżały nizinę Basenu Karpackiego i stamtąd wyruszały na dalsze podboje. Barbarzyńscy Węgrzy byli Azjatami z krwi i kości. Z czasem osiedli, zadomowili się, przestali być nomadami. Na XIX wiecznych historycznych rycinach przedstawiani są jako mali skośnoocy jeźdźcy na niewielkich konikach. Według węgierskiej mitologii, której strategią – jak twierdzi Varga – jest wypieranie niechcianych, kłopotliwych treści, Węgrów na nizinę przywiodły nie wojenne zamiary a święte zwierzęta – święty jeleń i turul. Ta opowieść znalazła swoje miejsce w jednym z parków pamięci narodowej, gdzie jurty pełnią rolę pawilonów ekspozycyjnych. A więc zadomowieni w Europie Środkowej Węgrzy kultywują pamięć o swoich prapoczątkach, a także przekonanie, że nadal są przybyszami, obcymi, innymi. Topos węgierskiej twierdzy oblężonej morzem słowiańszczyzny tworzy być może aurę ciągłego zagrożenia, a także swoistego męczeństwa, klęski i rozpadu, potwierdzonych, kiedy wielkie królestwo korony św. Stefana utraciło 2/3 terytorium. Klęska i strata stały się częścią mitologii. Dziś w centrum węgierskich miast ulice nazywane są nazwiskami męczenników - bohaterów narodowych. Melancholia, którą wywołuje poczucie wyjątkowości, ale też niezrozumienia, przytłacza Węgrów na tyle, że mimo bardzo mobilnych korzeni stali się jednym z najmniej ruchliwych narodów. Niemożność wyjazdu, ucieczki, także mentalnego rozstania się z nizinną ojczyzną jest kolejnym stygmatem węgierskości. Stąd być może te samobójstwa, a także ich społeczna akceptacja, żeby nie powiedzieć gloryfikacja. Samobójstwa na Węgrzech niemal gremialnie popełniają gwiazdy kultury masowej.

Węgierskość właśnie taka, o jakiej mówi Varga, jest obecna w jego książkach na każdym kroku i wcale nie wprost. Podczas spotkania Varga zaskoczony odkrywa, że nieudana ucieczka do Krakowa jednego z bohaterów Nagrobka z lastryko - Piotra Pawła jest wypisz wymaluj ucieczką bohatera Portugalii Zoltána Egressyego. Przed wyjściem z domu przypomniałam sobie kilka pierwszych stron z „Bildungsroman”, kiedy narrator, alter ego Vargi wjeżdża pociągiem na peron dworca Keleti w Budapeszcie. Miasto od razu zaludnia się trupami, a on sam w szalonej onirycznej wizji zostaje szkieletem, nadającym się do schrupania niczym chipsy. Przypominają mi się też fragmenty „Karoliny” - mojej ulubionej książki Vargi – opowiadające o młodych kobietach, które znikają z miasta w niewyjaśnionych okolicznościach, jakby to była węgierska wersja „Pikniku pod wiszącą skałą”. Mnie z węgierskością będzie się zatem kojarzyć oprócz melancholii także tajemnica. Szczególnie, że bohater „Gościa życia” Szemzö – bohater narodowy, językoznawca Csoma w Tybecie również przepada bez wieści. A z kolei Varga wciąż, wspominając o swojej rodzinie, mówi o rozwiązywaniu zagadek i odkrywaniu tajemnic. Niedawno dowiedział się, że ma przyrodniego brata, że jego ojciec był nieślubnym dzieckiem, a dziadkami faktycznie byli pradziadkowie... Co więcej, Tadeusz Sobolewski doniósł ostatnio Vardze, że ten posiada w Estonii sobowtóra. Bardzo tajemnicza sprawa. Finowie i Estończycy, połączeni z Węgrami genetycznym związkiem, popełniają samobójstwa równie ochoczo.

Polskość bolesna
Ale nie zdradzam się z tym pomysłem o tajemnicy. Varga po godzinie gadania zaczyna raz po raz zapalać zapalniczkę. Gestykulacja się pogłębia, pocieranie nosa, ucha i oczu, czuć emocjonalne zmęczenie materiału. Po kolejnych dwudziestu minutach pospiesznie kończy spotkanie i wychodzi na papierosa. Jestem pewna, że ma lodowate dłonie. Następuje część nieoficjalna. Nim jednak wąska ścieżyna między wejściem do dworku Sierakowskich w Sopocie, a ogrodzeniem wypełni się ludźmi, udaje mi się zapytać, pisanie której z książek sprawiło mu największą frajdę. Łapczywie połyka dym, wstrząsany wciąż lekkim dreszczem zdenerwowania. Między jednym a drugim machem wypluwa z siebie „nagrobek”. Tak podejrzewałam, bo czuje się tę radość, czytając „Nagrobek z lastryko”, a jednocześnie to jedna z najbardziej bolesnych książek, jakie ostatnio czytałam. Śmieszy, zachwyca pomysłami i boli nieznośnie. To jest taka cała bezwzględna prawda o nas, przebrana w kostium przyszłości, w ironię, bardzo bezwzględna i krzykliwa. To trochę osobiste, indywidualne, trochę plemienne wycie. Z tym pomysłem również się nie zdradzam, szczególnie, że dziewczyna z irokezem, dwójką małych dzieci w zielonych traperskich kapeluszach i chłopakiem w skórze zabiera mi Vargę. I robi to w sposób po prostu okropny... Mówi, że jej ulubioną książką jest „Karolina” (sic!), odciąga go na bok, bierze autograf, fotografuje się z Vargą jak z krupówkowym misiem, no coś podobnego...

Kiedy wraca, nie patrzy nam w oczy, nie zna Tibora Szemzö, a „opera filmowa” wydaje mu się szalenie wątpliwym przedsięwzięciem, chociaż tłumaczę, że to tylko - być może niefortunna - nazwa. I choć Węgry mają wielką tradycję operową, Vardze nie przypadła do gustu współczesna opera filmowa „Joanna” (2005) Kornela Mundruczó. Kiedy polecam wszystkim ściśniętym w wąskiej ścieżynie między wejściem do dworku Sierakowskich w Sopocie, a ogrodzeniem operę filmową „Csoma” latem we Wrocławiu, patrzą już na mnie co najmniej podejrzliwie lub z dobrotliwym uśmiechem na twarzach. Dlatego wysuwam się delikatnie spomiędzy tłumu, mijam ściskajacego kolejne dłonie Autora i znikam, triumfalnie w dłoni ściskając Gulasz....


(Krzysztof Varga, Gulasz z turula, Wołowiec 2008)

kolejne spotkania autorskie Vargi:

WARSZAWA
13 maja

POZNAŃ
19 maja

LESZNO
20 maja

ŁÓDŹ
21 maja

OPOLE
26 maja

info: Czarne >>>>



czwartek, 08 maja 2008
jestem bardzo Szemzö


Wiem, że Tibor Szemzö jest dzisiaj we Wrocławiu. Ogląda Operę Wrocławską, w której w lipcu da koncert. Wielki, wspaniały koncert. Wspaniały Tibor Szemzö. Buddysta? Dużo mam w głowie przez niego ostatnio węgierskości, będę pytać Vargę o węgierskość. Że nostalgia? Coś słyszłam – węgierskość: dobra kawa ze starych dobrych ekspresów. Z węgierskością w tle polecam Budapeszt Kuli, która – kiedy się ostatnio widziałyśmy – powiedziała, że w październiku pojedziemy do tureckiego Babadag, co oznacza, że w październiku pojedziemy też do Stambułu... Taki plan. To ją linkuję - voila! - Kulę i jej Budapeszt, między innymi:

część 1 >>>> i część 2 >>>>


foto: Agnieszka Qla Majkowska


zjeść turula


Varga pisze, jak zjeść turula:


(...) grunt, żeby była jakaś nostalgia, bo to ona konstytuuje węgierskie życie.

(...) Najbardziej nostalgiczne są jednak turule, mityczne węgierskie ptaki, które gdy się rozejrzeć, można znaleźć wszędzie. Na pomnikach, kamienicach, tablicach, emblematach wojskowych, plecakach nacjonalistycznie zorientowanej młodzieży i na płaskich piersiach dziewczyny sprzedającej kanapki i robiącej kawę w piekarni „Brunch” na Retek utca przy placu Moskwy. Turul, dziwne skrzyżowanie orła z gęsią, jest połączoną personifikacją węgierskich marzeń i kompleksów.

W całym Budapeszcie ma tylko jedną ulicę i jeden zaułek. I ulica, i zaułek znajdują się na krańcach II dzielnicy, tuż przy granicy miasta, z dala od centrum. Dzielnica IIA, w której znajduje się Turul utca, to właściwie małe miasteczko, do którego dociera co prawda stołeczna komunikacja, ale ulice i domy przypominają rozrośniętą wieś z pretensjami. Siedząc w ogrodzie gospody „Náncsi néni” przy Ördögárok utca, można poczuć się jak na dawno minionych wakacjach, gdzieś daleko od Budapesztu, na pewno w lepszej przeszłości, może przedwojennej, i jedząc gęsie udo, popaść w obowiązkową nostalgię.

O ile jednak do „Cioci Náncsi” budapeszteńczycy i obcokrajowcy przyjeżdżają na świetne, i owszem, całkiem drogie, jedzenie, to kto pojedzie oglądać pobliską ulicę Turula, na której jest tylko przystanek autobusowy i parę domów?

Budapeszcie, podzielonym na dwadzieścia trzy jednostki administracyjne, każda nazwa ulicy może występować w każdej dzielnicy. Teoretycznie więc mogłyby być dwadzieścia trzy ulice turula, tak jak mnóstwo jest ulic i placów Jánosa Aranya, Atilli, Batthyányego, Bema, Kossutha, Petőfiego, Rákócziego, czy Vörösmartyego. Tymczasem ulica Turula jest tylko jedna. A mimo to na każdym węgierskim kroku natykam się na ślady tego ptaka.

Turulem zainteresowałem się dopiero wtedy, gdy w górniczym mieście Tatabánya, jakieś sześćdziesiąt kilometrów na zachód od Budapesztu, zobaczyłem na wzgórzu dumną replikę ptaka stojącego na Zamku w Budzie. Ptak z zamkowych murów znany jest wszystkim, którzy do węgierskiej stolicy przyjechali turystycznie, i wszystkim mieszkańcom, bo rozpościera swoje wielkie skrzydła w najbardziej obleganym przez turystystów miejscu. Pamiętam go od zawsze i nigdy nie wzbudzał we mnie żadnych emocji, wszak orły masowo wzbijają się w powietrze na pomnikach, zamkach i grobach całej Europy, wznoszą też dumnie dzioby i ostrzą pazury w Ameryce Południowej i Afryce. Jaka to sensacja z powodu jednego więcej?

Ano taka, że turul nie jest zwykłym orłem, tylko orłem wymyślonym. To nie rzeczywiste zwierzę żyjące w przyrodzie, o jakim można zrobić film dokumentalny dla kanału Animal Planet, w którym to filmie turul pikowałby nad pusztą i polował na myszy. To zupełnie osobna węgierska wersja drapieżnego ptaka, niby podobna do orła, ale jakoś nie do końca...”

(fragm. "Gulaszu z turula" spisany ze strony Czarnego)


środa, 07 maja 2008
hurrrraa.....!

SOPOT

9 maja (piątek), godz. 19:00
Dworek Sierakowskich, ul. Czyżewskiego 12
spotkanie z Vargą z okazji premiery jego nowej książki


GULASZ Z TURULA
seria: Sulina
196 stron



piątek, 02 maja 2008
oplatanie


Spodobała mi się myśl, że kino jest sztuką pamięci. Ale od razu dodałam do tego, że może być sztuką pamięci nie bezpośrednio, nie w sposób oczywisty. Kino – dotykając - wcale nie musi odwoływać się do wydarzeń z naszego życia, powtarzać nastroje, przypominać myśli. Może być też sztuką swoistej anamnezy, odwołując się do jakiś naszych żyć potencjalnych, tych nie wybranych, uśpionych, czekających na przebudzenie, albo z góry skazanych na wieczny uwiąd. To się nazywa pełnia doświadczenia. Przypomniałam sobie ostatnio jeden z esejów Jacka Dominiczaka z cyklu Miasto dialogiczne (architektura czasu), w którym wspomina analogię, jakiej używał Merleau-Ponty, tłumacząc różnicę pomiędzy widzeniem a percepcją – do tego celu wykorzystywał fotografię i film. Film i percepcja według fenomenologa prowokują pełnię doświadczenia. Percypowane przedmioty nas oplatają, widziane pozostawiają w pewnym dystansie. Kino potrafi oplatać na różne sposoby. Kiedy myślę o pełni doświadczenia, chcę poczuć się „jak w filmie”. Świat, który zdarza mi się oglądać w realności, zostaje naznaczony wcześniej widzianymi w kinie obrazami. Sama świadomość, że oto zbliżamy się TU, czy TAM, prowokuje wrażenie przekraczania granicy, gdzie nic już nie jest po prostu sobą. I te obce/widziane miejsca są od razu nasze, a my w nich - być może - jesteśmy kimś jeszcze, kimś więcej.

Tak było w Hongkongu, Patagonii, Stambule, czy Shanxi.

W tegorocznym konkursie w Cannes znajdą się dwa filmy, których jestem ciekawa. No może nie tylko dwa, ale te dwa szczególnie - „24 City” Jia Zhang-ke i Üç maymun” Nuri Bilge Ceylana. Jia jak zwykle waży ciężar chińskiej transformacji, uwagę poświęcając całym pułkom znikających i niepotrzebnych. Tym razem akcję swojego filmu umieszcza w Chengdu w Syczuanie. Chengdu to jedno z wielu podobnych do siebie, chińskich miast, stolica prowincji. W centrum znajduje się oczywiście gigantyczny budynek dworca kolejowego, miejsce być może w ogóle najważniejsze, dziś ważniejsze od innego, równie charakterystycznego dla każdego chińskiego miasta – ogromnego placu z pomnikiem Mao i budynkami administracji państwowej. Chengdu to też przecinająca miasto rzeka. W skromnym pasie nadrzecznej zieleni spacerowicze klaszczą w dłonie, to taka gimnastyka. Na spacer wyprowadzane są ptaszki w klatkach, które dają nieprawdopodobne koncerty. Chengdu to parki z płatnym jak w całych Chinach wstępem, w których pija się jaśminową herbatę, wielokrotnie zalewaną wodą z wielkiego termosu. To ostra syczuańska kuchnia, knajpy wypełnione stolikami z wbudowanym w nie, bulgoczącym kociołkiem, do którego wrzuca się kawałki mięsa, ryby, kiełki, kapustę, grzyby i galaretowate, czerwone płaty czegoś, przypominającego surową wątrobę, co podobno jest ściętą krwią. Na ulicach sprzedaje się słodkie, „rzeźbione” ananasy, gotowe do zjedzenia. Chengdu to też dzielnica tybetańska, wypełniona sklepikami z biżuterią i mnisimi kaftanami. To żółte w marcu pola rzepaku.

Jia Zhang-ke w Chengdu znalazł jedno z charakterystycznych dla Chin miejsc - „Fabrykę240” kiedyś produkującą specjalistyczne części do bojowych samolotów. Pracujący w fabryce robotnicy w „dawnych” Chinach, sprzed transformacji byli jednymi z najbardziej uprzywilejowanych członków chińskiego kolektywu, stałe pensje zapewniały im życie na wysokim jak na chińskie warunki poziomie oraz szacunek ogółu. Ekonomiczne zmiany, trwające od końca lat 80., pozbawiły ich nie tylko pracy, pensji, ale i znaczenia, upadli na samo dno. Wykupiona od państwa przez prywatną firmę fabryka została zamknięta, na jej terenie jest w tej chwili budowane wielkie osiedle mieszkaniowe - „24 City” z luksusowymi apartamentami, przeznaczonymi dla coraz lepiej prosperującej klasy chińskich yappies. Tymczasem robotnicy z zamkniętej fabryki wciąż mieszkają w jej obrębie. Próbują dalej żyć, tak, jakby nic się nie stało, jakby nie było teraźniejszości, jakby nie czekała ich przerażająca przyszłość, kiedy i ten kawałek przestrzeni zostanie im odebrany. Grają w madżonga, popijając herbatę. W „24 City” jak zwykle zagrała aktorska muza Zhang-ke - Tao Zhao.


moje zdjęcia z Chengdu >>>>


O ile nie boję się o Jia, wiem, że każdy jego film będzie... no właśnie, jaki? Dobry? Każdy kolejny jego film będzie mnie oplatał, jak te poprzednie, odwołując się po wielokroć do pełni doświadczenia. O tyle o Ceylana – oglądając zwiastuny jego nowego filmu - boję się odrobinę. W scenariuszu rodzinnej tragedii, jak podają serwisy, maczała palce żona Ceylana – Ebru i tajemniczy doktor Ercan Kesal, który zagrał w filmie jedną z ról. W roli głównej wystąpił aktor i popularny turecki piosenkarz Yavuz Bingöl. Mam nadzieję, że te fakty nie pozbawią „Üç maymun” obecnej zawsze u Ceylana surowej prostoty w budowaniu melancholijnych nastrojów i przenikliwości w cierpliwym odkrywaniu ludzkich charakterów. Nie zniosłabym Ceylana nazbyt dramatycznego, z makijażem rozpaczy raczej, zwielokrotnionego kolorem, wyretuszowanego, jak jego niektóre zdjęcia, poddane obróbce. Dzięki niemu chcę się znaleźć w Stambule. Zdjęcia do filmu były kręcone w czasie długiego, gorącego lata w najdalej na południe wysuniętej, peryferyjnej dzielnicy Yedikule, w europejskiej części Stambułu nad Morzem Marmara.

zwiastun >>>>