agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
czwartek, 30 czerwca 2005
o Exils

kiedy oglądałam pierwszy raz, myślałam nie tyle, a przynajmniej nie tak dużo o obcości kulturowej, ile o... fizycznej? biologicznej? o tej wylewającej się z Naimy, bezmyślnej, wrażeniowej, nieobliczalnej, rozbuchanej kobiecości, o tym jej strasznym śmiechu, przypominającym śmiech starej kobiety i o jej niemal fioletowych dziąsłach
a po wczorajszej projekcji wyjaśniła się sprawa butów Zano, bo K twierdziła, że nosił wciąż te same, mimo, że je wcześniej stracił. Okazało się, że buty zdekompletowane przez psa miały cholewy, a następne były w stylu wczesnego Jarmuscha (podobne nosili John Lurie, Tom Waits i inni wykolejeńcy albo artyści z jego filmów), czarne półbuty, wsuwane, z długimi nosami
jednak cały czas zastanawia mnie wielkość toreb podróżnych, jak oni do tego wora, wcale nie wypchanego, zmieścili wszystkie ciuchy, które nosili w trakcie filmu, łącznie z jej sandałkami na wysokich obcasach?
ale chyba nie warto zastanawiać się nad takimi drobiazgami, pewnie dlatego, że tego filmu nie da się traktować do końca poważnie, mimo realnego napięcia, jakie generuje, mam wrażenie, że to jest opowieść o marzeniu, marzeniem pisana
bo to jest pieśń
pieśń nie musi być prawdziwa, ta pieśń jest nie za długa, dosyć jasna i malownicza jak malownicze potrafią być prześwietlone słońcem ruiny
Herta M pisze:
w obliczu brutalności każde piękno traci charakter, przekształca się w swoje przeciwieństwo, razi obscenicznością. Tak jest z pięknymi ludźmi, którzy poniewierają innymi, z pięknymi krajobrazami, w których zadomowiła się nędza.
Gatlif rezygnuje z brutalności, żeby swoją wizję świata uczynić niezaprzeczalnie piękną. Zła przeszłość, która stoi za Naimą i Zano, jest jak wilk narysowany na papierze dziecięcą ręką, podobnie wręcz upozowana nędza Algierczyków, czy sytuacja algierskich emigrantów. Kiedy oglądam ten film, jestem zachwycona i wychodzę z kina tupiąc nogą, trzymając się prosto, śmiało patrząc ludziom w twarze, z taką bezczelnością, na jaką tylko mnie stać, ale wiem, że to będzie trwało, dopóki nie wybrzmi pieśń. I trochę mi żal, że za tym dźwiękiem nie stoi już nic, co mogłoby pozostawić mnie nieruchomą, a jednak przejętą.
Pan T.

Jest wcześnie rano, nie śpię już od kilku godzin, niebo wspaniale pochmurne, mam nadzieję - zaraz spadnie czerwcowy jeszcze deszcz. Szarość deszczu jest elegancka - pisze Tabucchi - słońce przytłacza, jest wulgarne. Zgadzam się, choć ciało zapamiętało wczorajszą pogodę - chłodny, dziki wiatr, skłębione cumulusy, plamy słońca, które po południu wydawało się tak ciepłe, że aż słodkie. Przysypiałam na leżaku, dziś mam gorącą skórę. Zaczynam pisać. Dzięki Tabucchiemu, tuż przed postawieniem pierwszego słowa, czuję łaskotanie w żołądku. Czy on ma się podobnie, siedząc rano w jednej ze sieneńskich kafeterii, marząc o innym niebie, bardziej szorstkim, surowym, pachnącym wędzonymi sardynkami? Pozdrawiam Pana. Od dziś na zawsze.

poniedziałek, 13 czerwca 2005
zielone

Kiedy pada letni już prawie, ciepły deszcz, tak delikatnie jak zwykł to robić tylko w czerwcu, jadąc przez las, widzę, że zieleń schodzi z drzew zieloną mgiełką. Dziwię się i nie mogę oderwać od niej oczu. Mgła stoi w miejscu, a autobus w nią wjeżdża, niczego nie psując. W dole trzęsą się jasnozielone liście sałaty, szczypior, botwina, siatki załadowane warzywami rzuciłam sobie niedbale pod nogi. Koło mnie stoi chłopak w ciemnozielonej kurtce. Ma czarne włosy, czasami dotyka mnie ramieniem i mimochodem przygląda się mojej twarzy. Podróż przedłuża się z powodu popołudniowego korka. W autobusie robi się duszno. Podnoszę głowę i wciągam w płuca świeże, wilgotne powietrze, wpadające do środka uchylonym lufcikiem. Jestem jak ptak, który pije drugiemu wprost z dzioba zieloną mgłę.

piątek, 10 czerwca 2005
proza bezwzględna
Niektóre książki wywołują u mnie trudne do zniesienia odczucia. Jednak wszystko, co mogłabym o nich powiedzieć, z pewnością wyda się banalne. To po prostu bardzo dobra proza, która potrafi dotykać. Herta Müller ma na nią swoją nazwę, doskonale oddającą sedno sprawy – „proza bezwzględna” w odróżnieniu od „płytkiej”. Siedzę zatem na leżaku, owinięta niemal po sam czubek głowy kocem. Nade mną suną nisko skłębione chmury. Od czasu do czasu spada mi z tych chmur na twarz kilka zimnych kropel, jakby ktoś tam wysoko rozpylał perfumy. Wiatr szarpie gałęziami brzóz. Siedzę na leżaku z książką i ołówkiem w dłoni, zdarza się - coś w niej podkreślam. Są chwile, kiedy ręka z ołówkiem opada bezradnie, mogłabym przecież podkreślić wszystko. Czytam szybko, zachłannie, a chciałabym wolno. Chciałabym móc każde słowo najpierw poobracać w ustach, zanim rozgryzę. Dlatego podkreślam, żeby pod pretekstem ważności tego czy innego zdania jeszcze wrócić do przeczytanego. Siedzę i czuję, jak słowa mnie wypełniają. Jestem nimi ciężka, napuchnięta, zarażona, chora na nie. Zrywam się w końcu z leżaka, biegnę na łąkę, chcę je z siebie wytrząsnąć, bo wydaje mi się, że za chwilę pęknę jak cienki balon. Pies biegnie za mną. Uważam, żeby nie przebił patykiem, który trzyma w zębach, mojej naciągniętej słowami skóry. Mam dość, powietrze z sykiem wychodzi mi z płuc, rzucam się wściekle na wybujałe, obsypane dmuchawcami mlecze, dawno miałam skrócić je o głowę. Potem jednym susem przeskakuję rabatkę z kwiatami i już jestem w domu, już piekę ciasto, zmywam naczynia, rozpalam ogień w kominku. Matka Herty Müller mawiała: „Jeśli czujesz, że już dłużej nie wytrzymasz, posprzątaj w szafie”. Czy powinnam raczej wrócić do lektury? A może coś napisać, chociaż list? "Czytanie, czy nawet pisanie książek, nie zaradzi temu. - pisze Herta Müller w zbiorze esejów „Król kłania się i zabija” - Jeżeli miałabym wyjaśnić, dlaczego według mnie jedna książka jest bezwzględna a inna płytka, mogę odesłać jedynie do gęstości miejsc, które wywołują amok w głowie i natychmiast ciągną moje myśli tam, gdzie nie mogą przebywać żadne słowa. Im gęściej występują te miejsca w tekście, tym jest on bezwzględniejszy, im rzadziej - tym płytszy. Istniało dla mnie zawsze tylko jedno kryterium jakości tekstu: czy wywołuje on w głowie niemy amok, czy nie". W książkach Herty Müller - obojętnie o czym pisze - wyczuwam ciężar, wagę spraw. Wyjaśnia to tak: "Pisząc, muszę przebywać tam, gdzie jestem wewnętrznie najbardziej zraniona, w przeciwnym razie w ogóle nie musiałabym pisać". Dlatego wracam na swój pasiasty leżak i ocierając z czoła chłodne krople, czytam: "(...) słysząc zwrot >pod wolnym niebem<, musiałam w głowie natychmiast poprawiać na >pod gołym niebem<. We wsi nigdy nie mówiono o wolnym niebie. Każda praca była na zewnątrz, żadna nie wyswabadzała, praca była ciężka. O niebie nad wsią wypowiadano praktyczne zdania, stwierdzenia odnoszące się do pogody. Kiedy słyszy się te słowa, są piękne, ale piękne nie z zamierzenia, lecz zupełnie bezwiednie: niebo biegnie. Niebo obraca się. Niebo się kurczy. Niebo uwiera. Niebo wzburza się. Niebo jest spragnione. >Pod wolnym niebem< mówiono tylko w mieście. Ale ono ani przez jeden dzień nie było wolne, ono było jedynie gołe. Do dzisiaj mówię >pod gołym niebem<".
poniedziałek, 06 czerwca 2005
spacerek przez K


(parafraza: „Spacerek przez H”, w podtytule „Reinkarnacja ornitologa” 1978, reż. Peter Greenaway, symboliczna podróż śladem ptasiego lotu, ruchoma kamera podąża za czerwoną linią na zmieniających się wciąż mapach (namalowanych własnoręcznie przez Greenawaya), oto tajemniczy ptasi świat, istniejący jako nieskończony plan wędrówki, składający się w rzeczywistości z serii niewielkich obrazków, wystawionych w galerii – ramie filmu, którego niewidoczni bohaterowie uwikłani są dodatkowo w intrygę kryminalną, narracja z offu, muzyka – Michael Nyman)

„1027. Postanowiłam napisać powieść, jaką – dokładnie nie wiadomo. Przyczyną tego wszystkiego jest brak ruchu – powiedział Grga przy kawie. Odwiedziła mnie Snjeżana i pytała, o czym to będę pisać. Chciałabym pisać o poruszaniu się w kółko, które nie jest bardziej bezsensowne niż poruszanie się w jakimś kierunku – powiedziałam niezbyt jasno. – To na pewno będzie nudne – orzekła Snjeżana”.

(Dubravka Ugresić „Forsowanie powieści rzeki”, Wołowiec 2005, s.288)

I tak też się stało - chodząc w kółko, napisałam nudną (o)powieść, mimo, że to zdanie z patronującej mojej podróży książki padło na jednej z ostatnich stron i przeczytane zostało już po powrocie do domu. Doskonałe podsumowanie, pomyślałam, wpatrując się z uporem w zdjęcie widoku z okna mojego tymczasowego mieszkania w Krakowie. Zdjęcie, na którym oprócz kilku barwnych plam, poprzecinanych kilkoma liniami, nie było nic wartego uwagi. Choć - być może - gdybym je powiększyła, dostrzegłabym grupę ludzi skupioną w prawym górnym rogu tuż obok policyjnego samochodu. Co się tam wydarzyło? zapytałabym. I ta historia zyskałaby jakiś początek.

(patrz: „Powiększenie” 1967, reż. Michelangelo Antonioni)

Tymczasem nic nie zauważyłam, schowałam aparat i pojechałam do miasta, licząc jeżeli nie na objawienie, to na pewno na pojawienie się oczekiwanego znaku. Znak natarł na mnie wcale nie niespodziewanie, ale z pełną mocą. Wieczorem kreśliłam naprędce pozdrowienia z tego miasta, na pocztówkach umieszczając fragment wiersza Jurija Andruchowycza, będący odpowiedzią na objawione pytanie: "Co ja tu właściwie robię?".

"tenis (...)
wizyty w spelunach ze stripteasem,
mieszanie koktajli,
czekanie na coś".

(Jurij Andruchowycz, Old soldier is very drunk, w: “Piosenki dla martwego koguta”, Wrocław 2005, s.36)

Robiłam dużo i nic jednocześnie. Nie spieszyłam się. Wolno jadłam śniadanie. Wolno przy śniadaniu czytałam. Wypijałam herbatę o smaku owocu liczi. Bo nie było tam kawy, mimo, że wszystkie filiżanki w szafce miały na sobie kalkomanię z obrazkiem brązowych ziarenek i stosowny napis. Potem, nie spiesząc się, wyruszałam do miasta. Tramwajem, pokonującym trasę, wyznaczoną zielonymi już żywopłotami, albo autobusem, ale zawsze bez planu. Wysiadałam z autobusu, zanim przekroczył rzekę. Dzięki temu zatrzymywałam się i od razu trafiałam wzrokiem na dwa miejsca, które w Krakowie stały się moimi ulubionymi - na budynek Mangghi po lewej stronie mostu i na opustoszały hotel Forum po prawej. Obserwowałam, jak oba budynki w zasadniczo inny sposób sadowią się na brzegu.

Manggha - niemal niewidoczna wśród zarośli, kobieca, delikatna, opływowa, falująca, jasna, błękitnooka - gdy tylko zaświeciło słońce i skrawek nieba odbił się w szklanym oku fasady, wychodzącym na taras, obojętnie omijana przez nadrzeczne, asfaltowe ścieżki.

Oraz hotel - ten mężczyzna z przeszłością, z papierosem w ustach, o płucach zszarganych betonową szarością, przyczepiony do zielonego nabrzeża niczym wielkie ptaszysko do gałęzi drzewa, ze swoimi wysokimi łapami, z wygiętą szyją, pokryty piórami przypominającymi raczej łuski prehistorycznego gada, żałosną, nikomu niepotrzebną promenadą schodzący ku rzece, straszny i smutny kolos. Patrzyłam na nich oddzielonych od siebie mostem i trasą szybkiego ruchu. Podejrzewałam, że ich spojrzenia się krzyżują. Być może nawet krzyżowały się dokładnie w punkcie, w którym stałam. Wtedy. Na moście. I ta historia też się pewnie jeszcze toczy.

Nadal chodziłam w kółko. Bez planu. Uderzający wydawał mi się fakt owej niezmienności, trwania w krążeniu, przyciągania ciał przez jak najbardziej istniejące centrum. Systematycznie, symetrycznie pulsujące energią i zabierające ją moim nogom. Obojętnie gdzie bym się nie znalazła, zawsze - chcąc nie chcąc – w końcu trafiałam na wypełniony ludźmi rynek. Ludzkie strumyki wlewały się weń niczym w lejek, by wypłynąć drugim końcem.

Po drodze raz po raz łowiona byłam przez uliczne księgarnie, wabiące tytułami, których nigdy wcześniej nie widziałam. Jednak wrażenie niezmienności mnie nie opuszczało. Na wystawie kawiarni Randolfi przy rynku, kiedy ją mijałam po raz kolejny kolejnego z rzędu dnia tracąc orientację, niezmiennie siedział Krzysztof Pieczyński z niezmiennie poetycko - melancholijnym welonem na twarzy. O godzinie 17.39 spod Mostu Grunwaldzkiego wychodził podpalany owczarek niemiecki ze swoim panem. Jednego dnia prawie się z nimi zderzyłam, innego obserwowałam tę scenę z drugiego brzegu rzeki. Na Rynku Kleparskim codziennie sprzedawano chleb cygański. Na św.Tomasza u Polakowskiego codziennie podawano krokiet z mięsem i buraczkami, w środku było gorąco, na półkach pokrywających ściany od góry do dołu leżały plastikowe warzywa, a kelnerki nosiły słomkowe kapelusze. Nawet w chłodne jeszcze przedpołudnia na Placu Nowym wystawiano na chodnik stare drewniane krzesła i niewielkie stoliki, zaś w sklepie naprzeciwko sprzedawano używane automatyczne pralki. W obrębie tego zaklętego kręgu niezmiennie od rana do wieczora rozgrywał się spektakl wymiany spojrzeń. Na Plantach siedzący na ławkach obserwowali spacerujących, a spacerujący siedzących. Na podwyższonych wystawach kawiarń, rozsianych po bocznych od rynku uliczkach, siedzieli obserwatorzy, przyglądając się przechodniom, zaś przechodnie z ciekawością popatrywali na siedzących za szybą obserwatorów niby na manekiny w desusach. Ludzkie rytuały niezmienności. Wielokrotnie, idąc ulicą, można było skronią dotknąć parapetu okna na parterze. A na starym japońskim drzeworycie "Most Ōhashi i Atake" niezmiennie padał deszcz.

Wtedy w tle mojego dookolnego marszu pojawił się patron tej podróży – Walter Benjamin – pisarz, melancholijny myśliciel, berliński, londyński i paryski włóczęga, wyznawca? nosiciel? flânerii, na którą – zdaje się - zdążyłam natychmiast zapaść, wielbiciel Baudelaire’a, wspominający opiewane przez poetę „kręte fałdy starych stolic”, „osaczony geniusz – jak pisze o nim Marek Bieńczyk – zmarły samobójczą śmiercią w Pirenejach, gdzie miał przekroczyć granicę, by ratować życie”. W miejscu tak niezmiennym spotkałam tego, który ubolewał nad zmianą. Więc – przyznam - zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem raczej świadkiem niezmienności po zmianie, czy aby nie jestem w swoim krążeniu osaczona jak i mój znakomity patron w Pirenejach, czy chodząc po tym mieście nie znalazłam się wewnątrz chytrej dekoracji, która mnie prowadzi - w trójwymiarze - czerwoną linią śladu jakiegoś ptaka, czy człowieka, podającego się za ornitologa. Następnie dotarłam do sceny, wielkiego plateau i przez chwilę zagubiona, rozpoczęłam swoją wędrówkę od nowa.

piątek, 03 czerwca 2005
Herta M. cytuje Ciorana dla Mo.

Ostatnio rozmawiałyśmy z Mo. o tym dziecięcym lęku przed światem, który w miarę upływu lat zmienia się i zamyka człowieka jak w więzieniu w kręgu izolacji. Pozwalamy mu na to i przyzwyczajamy się do mniejszych lub większych wycofań, wierząc, że tak musi być, że ten proces zatapiania się we własnym świecie jest czymś nieuniknionym, że przynależy naszemu charakterowi i że jest nam z nim dobrze. Zawsze wydawało mi się, że nie żyję, a udaję życie, powiedziała Mo. I ta obsesyjna myśl była nie do zniesienia. Dlatego postanowiłam walczyć z moim wewnętrznym światem, kopałam nogą w mur, który odgradzał mnie od rzeczywistości innych ludzi. Wiedziałam, że jeżeli nie zracjonalizuję mojego lęku, który kiedy dorosłam przybrał postać melancholii, pozostanę z nim sama na zawsze. Bo ludzie nie są na tyle uważni, żeby nie pozwolić mi odejść. Zaakceptują mój wybór i zajmą się swoimi sprawami. Ceną, jaką za to płacę, jest brak spontaniczności. Przy każdej okazji zmuszam się do działania, wychodzę przed szereg, rozmawiam z ludźmi, chcę ich dotknąć, być blisko. Nie zabiegam w ten sposób o ich sympatię, raczej walczę o siebie.

Herta Muller pisze: "Nie byłam bardziej bojaźliwa niż inni, miałam jedynie, prawdopodobnie tak jaki oni, wiele bezpodstawnych powodów, aby się bać - powodów stworzonych w głowie, wymyślonych. Jednakże ten wymyślony strach nie jest jedynie urojeniem, istnieje, skoro trzeba się z nim borykać, jest tak rzeczywisty jak strach uzasadniony zewnętrznie. Można by go nazwać strachem bezgłowym właśnie dlatego, że budowany jest w głowie. Bezgłowy, ponieważ nie zna dokładnej przyczyny ani środka zaradczego. Emile M. Cioran powiedział, że chwile bezpodstawnego strachu są najbliższe egzastencji. Nagłe poszukiwanie sensu, gorączka nerwów, zimny dreszcz przenikający umysł przy retorycznym pytaniu: Cóż warte jest moje życie?"

Jestem zadowolona. Pada deszcz.


"gdy nocą latarnia śnieży w oku
oddech nie różni się od skoku
jakby leżał ktoś skochany
rankiem w psiego brzucha mroku"

(wyklejanka Herty Muller)

Ona jest piękna, choć mam wrażenie, że jej zdania do siebie nie pasują, w każdym razie nie tworzą jednorodnego nurtu, ciągłości, jedno stoi obok drugiego osobno, pomiędzy nimi przepaść, w którą się wpada. Jak u Alexandru Vona, którego cytuje: "Kto pragnie doświadczyć prawdy, musi między słowami, które nas nic nie obchodzą, odnaleźć te istotne, które się wśród nich schowały". Co więcej mam wrażenie, że kiedy zamykam książkę zdania zamieniają się miejscami, rozpraszają po tekście. Otwierając ją ponownie, nie mogę ich odnaleźć, albo znajduję zupełnie nie tam, gdzie się spodziewałam. Ona jest piękna i dziwna, w jej twarzy o bardzo mocnych, wyraźnych rysach tkwią szare, pozbawione łagodności oczy. Jednak mi pomaga. W trudnym momencie mi pomogła. Czytając ją, przypomniałam sobie, co to znaczy uciec w słowa, schować się wśród nich, odetchnąć, pozwolić sobie na rozluźniony uśmiech. Jakby nic poza nimi nie miało znaczenia, ci wszyscy głupi ludzie.

"Lilia, crin, jest w rumuńskim rodzaju męskiego. TA lilia spogląda na człowieka na pewno inaczej niż TEN lilia. Po niemiecku mamy do czynienia z liliową damą, po rumuńsku z panem. Gdy zna się oba spojrzenia, następuje w głowie ich połączenie. żeńskie i męskie spojrzenie jest przełamane, w lilii wkołysują się w siebie kobieta i mężczyzna. W przedmiocie, który przestaje być sam dla siebie oczywisty, trwa mały spektakl. Czym stanie się lilia w dwóch równocześnie opowiadających językach? Kobiecym nosem w męskiej twarzy, zielonkawym długim podniebieniem, białą rękawiczką czy kołnierzykiem? Czy pachnie przychodzeniem i odchodzeniem, czy też pozostaniem ponad czas? Z ukończonej lilii obu języków powstało poprzez spotkanie dwóch poglądów na nią zagadkowe, nigdy nie kończące się zdarzenie. Lilia o podwójnym dnie ma zawsze niespokojną głowę i dlatego nieustannie mówi coś nieoczekiwanego o sobie i o świecie. Widać w niej więcej niż w jednojęzycznej lilii.
(...)
Coraz częściej odkrywałam, że język rumuński miał słowa bardziej zmysłowe, bardziej pasujące do mojego odczuwania, niż mój język macierzysty. Nie zrezygnowałabym za nic z tego szpagatu przemian. Ani w mówieniu, ani w pisaniu. W moich książkach nie napisałam jeszcze ani jednego zdania po rumuńsku. Ale język ten pisze razem ze mną, ponieważ wrósł mi w spojrzenie".
(Herta Muller, "Król kłania się i zabija")

Herta Muller mieszka w Berlinie, urodziła się w rumuńskim Banacie, na terenach zamieszkiwanych przez mniejszość niemiecką, jej książki objęte były w Rumunii zakazem publikacji, czytam wydany właśnie w Polsce zbiór esejów "Król kłania się i zabija". Jestem zadowolona. Pada deszcz.