agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
środa, 27 czerwca 2007
Powroty


Wracało się ciężko. Do spraw nie załatwionych, nie napisanych, wprost w objęcia von Triera, którego nie lubię. Przed wyjazdem do stolicy czyhał na mnie termin oddania tekstu o Trierowym “Królestwie”. Reklama serialu była tak sugestywna, że nigdy nie zdarzyło mi się go oglądać z powodu lęków metafizycznych, na które czasami cierpię. Termin, termin, termin... Czegóż to ja nie robiłam, żeby odsunąć od siebie ten kielich. Chciałam tekst komuś sprzedać, a raczej komuś go wetknąć, wcisnąć i uciec. Ale nikt nie chciał. No więc przed wyjazdem do stolicy w mękach poszłam i wypożyczyłam kilka kaset wideo, przerażona (jakby przerażenia było mało), że tego jest tak dużo, że będę musiała to oglądać w pustym domu, bo nawet R – choć męczyła go alergia – wyjechał na Kaszuby. Nocami miałam już sny z rodzaju tych. Śni mi się, że śpię. Śpię, ciemno, nic nie widzę. Ale wiem, że oto u wezgłowia łóżka pojawiły się już dwie wielkie kogucie łapy, które mnie łapią za ręce, a raczej ja je łapię, bo pewnie muszę je złapać, i ciągną. Dwie niewidzialne kogucie łapy są mocne. I chociaż żadnych konsekwencji to trzymanie, wyciąganie z łóżka nie ma, dwie niewidzialne kogucie łapy po prostu są i chcą, żebym o tym wiedziała. A kasety? Jeszcze ich nawet nie wyjęłam z woreczka, nie otworzyłam pudełka, nie wsunęłam w kieszeń magnetowidu, a już – o czym jestem święcie przekonana – leżąc na kuchennym stole, zamieniają mi kuchnię w kłębowisko mgły. W końcu udaje mi się przesunąć jakoś termin oddania tekstu i niefrasobliwie wyjeżdżam do stolicy, mając nadzieję, że zyskam właściwy dystans i do kaset, i do Triera, i do dwóch niewidzialnych kogucich łap.

W stolicy – wiadomo – nic ciekawego. Chodzenie, oglądanie, pisanie, picie, spanie. Problemy, problemy, zbyt grzeczną jestem dziewczynką. Meksykanki pięknie śpiewają i są mocne, chciałabym być taka mocna jak Meksykanki i kogucie łapy. Choć odrobinę też są chwiejne – nie tylko po mezcalu. Był jeszcze jeden film meksykański, o którym nie pisałam - “Dziewczyna na kamieniu” (La niña en la piedra, 2006) Marisy Sistach, reżyserki “Fiołkowych perfum”. Mały, bardzo dobry film, też – jak sądzę – bardzo meksykański. O przemocy wśród nastolatków w małej wiosce, w której wszyscy się znają. O bardzo kruchej granicy pomiędzy miłością, uwielbieniem, namiętnością, a nienawiścią, przemocą i złem. Film rozpoczyna scena, w której pracujący w polu ojciec i nastoletni syn znajdują w ziemi kamień z wizerunkiem bogini – Pani Kukurydzy. Boją się klątwy, dlatego wrzucają go do zapadliska. Ten kamień uratuje później życie dziewczynie, którą koledzy – między innymi zakochany w niej Gabino – będą maltretować, a przerażeni uznawszy ją za martwą wrzucą do zapadliska w tym samym miejscu. Dziewczyna oprze nogi na kamieniu i chwiejąc się to w jedną, to w drugą stronę, sięgnie tafli wody, będzie mogła oddychać. Mocna, już nie niewinna, choć po tej przygodzie ucieknie w obłęd.


La niña en la piedra

Kobiecość u Latynosów to teraz wielki temat. Coraz więcej reżyserek staje za kamerą, coraz więcej kobiecych postaci zmaga się z przeciwnościami losu albo los prowokuje. Nie lubię bohaterki chilijskiej “Świętej rodziny” (La sagrada familia, 2005), nie lubię tego filmu, jest emocjonalnie dosyć drastyczny. Wzorowa rodzina w katolickim Chile zostaje zdegradowana, odbrązowiona, rozszyfrowana. Rywalizują tu ze sobą dwa przeciwstawne typy kobiecości – ekspansywna, pogodzona ze sobą, spektakularna manipulatorka obok milczącej, słabej, prawie przezroczystej, wydelikaconej dziewczyńskości. Niby wygrywa ta druga, ale w końcu – dlaczego? Nie znoszę tej pierwszej, ale ta druga też jest mi obca. Żadnej równowagi, taki jest ten film, oparty na irytujących kontrastach. Tymczasem chilijskie “W łóżku” (En la cama) Matiasa Bize z pruderią nie ma nic wspólnego. Bardzo miły pomysł na niskobudżetową psychodramę. Para młodych ludzi o nienagannych kształtach i makijażu spotyka się w motelu. Wcześniej spotkali się na imprezie u znajomych i postanowili spędzić ze sobą noc. Ale w założeniu tylko jedną. I spędzają ją aktywnie, no ale w tzw. międzyczasie trzeba jeszcze coś ze sobą zrobić. U nas takim “tematem” zająłby się pewnie teatr telewizji, znajdując być może nawet ciekawszy scenariusz. Tu: jest dosyć gładko, mimo wymyślnych historii, jakimi dzielą się ze sobą bohaterowie, przekonani, że nigdy więcej już się nie spotkają. Ładny film, dosyć błyszczący, zadry w nim – mimo usilnych prób - żadnej, nawet malutkiej, nawet mała drzazga w palcu nie zostaje, jeżeli oczywiście tego oczekuje się od kina.


En la cama

Brazylia też oczywiście jest kobietą, choć dosyć dziwną, wynaturzoną, dosyć chaotyczną, jakby tu powiedzieć... postmodernistyczną. Miesza i miesza. Reżyser “Intruza” Beto Brant w “Zbrodni intymnej” (Crime delicado, 2005) naprawdę mnie zaskoczył. Jego film do połowy strasznie irytujący teatralnymi wstawkami w najgorszym statycznym stylu (główny bohater jest krytykiem teatralnym), sztuczność, sztuczność, sztuczność... od połowy w ogóle zmienia głównego bohatera i robi się interesująco. Ów Antonio-krytyk poznaje w barze dziewczynę, dosyć na pierwszy rzut oka swobodną, bo pijaną. Idzie z nią do jakiegoś mieszkania, które ona zajmuje pokątnie. On się w niej niby zakochuje, coś tam przeżywa, głównie na papierze, ona tymczasem jest modelką pewnego ekscentrycznego malarza i w dodatku kaleką, ma amputowaną nogę. Od połowy reżyser miesza konwencje, część scen to relacje dokumentalne – malarz opowiada do kamery o filozofii swojej sztuki, i to jest przejmujące, część jest czarno-biała, część kolorowa, część przypomina dramat sądowy – Antonio w przypływie namiętności zgwałcił dziewczynę w jej mieszkaniu, wcześniej zarzucając jej opiekunowi – malarzowi, że wykorzystuje w pracy jej kalectwo, że ją od siebie uzależnia emocjonalnie, że nią manipuluje itede i że powinna od niego odejść najpewniej do Antonia, który robiłby to samo. Ale dziewczyna swój rozum ma. A rzecz faktycznie dotyczy swego rodzaju uzależnienia. Otóż ona nie czuje się tylko modelką malarza, ale współtwórczynią jego płócien, zresztą szalenie ekspresyjnych. Równie ważny jest tu ostateczny proces powstawania dzieła, jak i jego początek. Modelka pozuje nago, malarz też jest rozebrany. Najpierw szkicuje, potem przenosi na płótno powiększone szkice. Podczas szkicowania pozostaje w bardzo bliskiej fizycznej i psychicznej relacji z modelką, ich ciała splatają się na różne sposoby i on to przenosi na papier. W tak intymnej sytuacji erotyka jest całkowicie skanalizowana, nie rozproszona, jest samą sztuką. Dziewczyna ma w sobie wielką siłę, fizyczną – ciało nie raz odmawia posłuszeństwa podczas długotrwałych wygięć i napięć oraz psychiczną – ta intymność, to obnażenie, dodatkowo podsycone wstydem kalectwa wydaje się trudne do zniesienia. Ona też ma wątpliwości. Ale przezwycięża je, staje się – dla siebie samej - prawdziwą artystką.


Crime delicado



środa, 20 czerwca 2007
Trunek meksykański, bardzo lokalny - “Mezcal"
Piotr Kobus, pytany o kryteria doboru filmów festiwalowych (8.FFLA), odpowiada zwykle, że są różne. Z jednej strony chce na swoim festiwalu pokazywać polskiej publiczności filmy latynoskie, o których mówi się na innych, tych wielkich, światowych festiwalach, reprezentatywne dla danego regionu, a zrozumiałe dla zagranicznej publiczności, dobrze przyjmowane, które opowiadają historie uniwersalne, w czym specjalizują się podczas tegorocznej edycji Argentyńczycy.

Akcja "Innego" (El otro) Ariela Rottera,"Cienia" (El custodio) Rodrigo Moreno czy "Kiedy mijają godziny" (Cómo pasan las horas) Inés de Oliveira Cézar mogłaby mieć miejsce gdziekolwiek. To, że rozgrywa się w akurat Argentynie, gwarantuje filmowi doskonałą jakość, bo kino argentyńskie dzisiaj osiągnęło wysoki poziom artystyczny. Z drugiej strony na festiwal latynoski z rozmysłem trafiają filmy “lokalne", takie, które zdobyły uznanie w kraju pochodzenia, nie mając jednak ambicji, ani tym bardziej siły przebicia, by przekraczać oceany. Te ostatnie są tu szczególnie hołubione.

Takim filmem "lokalnym" jest z pewnością "Mezcal" Ignacio Ortíza, którego scenariusz powstał na podstawie "Pod wulkanem" Malcolma Lowry'ego. Jak mówią - bardzo meksykański, "Mezcal" dzięki scenografii, swobodnie wplecionym w akcję retrospekcjom i aurze przypomina nieco brazylijską "Złą godzinę". Jednak mniejszy nacisk niż u Guerry położony jest tu na kreację, na stworzenie rygorystycznej konstrukcji. Film Ignacio Ortíza kołysze się niczym upojony mezcalem pijaczyna to w jedną, to w drugą stronę, ku przeszłości i ku teraźniejszości, w kadr wpuszczając to tych, to innych bohaterów. Jednocześnie Ortíz niezwykle starannie buduje ich dramatyczne historie, za pomocą epizodów, a jednak dotyka głęboko, zagląda swoim postaciom w oczy, nie pozwala sobie na uniki. Pomagają mu w tym wyśmienici aktorzy, szczególnie grający rolę Antonia, wiecznie pijanego pisarza - Dagoberto Gama (znamy go z roli kapitana w "Skrzypcach" (El violin) Francisco Vargasa).

W odsuniętej od świata, zapomnianej wiosce spotykają się w jedynym - zdawałoby się - żywym miejscu, choć uśpionym jak reszta okolicy, okoliczni wielbiciele mezcala. Grupa śmiesznych staruszków, którzy zmierzając nie wiadomo gdzie gubią konia i wciąż go szukają, wciąż wracają, by wypić kieliszek na rozgrzewkę. Mieszkający obok Indianin z córką, otumaniony, cichy, upijany przez nią po to, by opowiadał dziwne historie, jakie widzi w swoich pijackich czy mistycznych wizjach. Kobieta z małą, białą trumienką w ramionach. Grabarz. Wreszcie Antonio, pisarz obsesyjnie poszukujący miejsca, którego nie ma. Jego żona Rosjanka, wychowana w Meksyku przez ojca artystę, który popełnił samobójstwo. Żona, uciekająca przed mezcalem i Antoniem do Europy, bezskutecznie. W to wszystko Ortíz wplata piękną i mroczną historię vendetty pomiędzy rodzinami dwóch sióstr. Akcja filmu plącze się, upada, podnosi, wraca. Prawda złożona z kawałków, odprysków nie wychodzi na jaw. W piekącym słońcu i w ulewnym deszczu.

Jest taka scena, w której Antonio pokazuje żonie figurę Matki Boskiej. Ukryta w dawnym kościele? Raczej w jego ruinach, pomiędzy ścianami bez dachu, w załomie muru siedzi figura kobiety. Szaty ma zwykłe, bosko-matczyne, ale jest inna niż te, jakie znamy z kościołów. Jej twarz jest ciemna, przybrudzona, ręce splecione ciasno na kolanach, napięte palce, usta wydęte jakby w grymasie. Matka Boska pijaków. Antonio próbuje przekonać żonę, żeby została, przekonuje bez przekonania, skazany na porażkę. Potem ona uklęknie na kamieniu, modląc się do Matki Boskiej pijaków, będzie w ulewie próbowała za wszelką cenę ochronić pełgające przy figurze światło świecy. Bezskutecznie. Świat Ortíza skazany jest na trwanie i na jego wieczną udrękę, nie można z niego uciec, chyba tylko umierając.

w "Mezcal" mezcal w dłoni Dagoberta Gamy



dawni i obecni idole

Ciągle - okazuje się - wracam do idoli. Idole tu, idole tam, od idoli odczepić się - jak widać - nie sposób. Piotr Dumała był kiedyś moim idolem, teraz moim idolem jest Carlos Marrodan. Taka zmiana. Obu mogłam obejrzeć na żywo. W stolicy wszystko, ale to wszystko jest możliwe. Z Dumałą oglądałam argentyńskie animacje, z Marrodanem mijały mi minuty w "Złej godzinie". Oj, ten Marrodan... jak on mówi... pięknie. Poniżej relacje chłodniejsze i cieplejsze, na dwoje babka wróżyła.

-------------------------------------------------------------------------------------
Upalne niedzielne popołudnie to dobry czas, by ukryć się w kinie. Przed słońcem, w którym miękną warszawskie asfalty i przed codziennością. Dlatego daliśmy nura w absurdalny świat argentyńskiej animacji. Tym przyjemniejsze było to zetknięcie z kinem w soczewce, że mieliśmy doskonałego przewodnika. Był nim jeden z najciekawszych twórców animacji w Polsce - PIOTR DUMAŁA, z którym spotkaliśmy się w Kino.Labie w ramach cyklu Cine Fórum.

Piotr Kobus zaproponował nieco inną niż zwykle formułę spotkania, która sprawdziła się znakomicie, zamieniając Cine Fórum w swobodną wymianę wrażeń, będącą jednocześnie lekcją oglądania filmów. Podzielił projekcję na kilka bloków, po każdym z nich na bieżąco wspólnie z Piotrem Dumałą omawialiśmy pokazane animacje. Najwięcej entuzjazmu wzbudził czarno-biały film Juana Pabla Zaramelli "Rękawica" (El guante), historia mężczyzny, który dostaje w prezencie niezwykłą rękawiczkę - po jej założeniu traci kontrolę nad własnym ciałem, to rękawiczka zaczyna nim rządzić. Ciągnie ona niby bezwładne ciało aktora, najpierw po mieszkaniu, potem po ulicy. Kiedy mężczyzna próbuje stawiać opór, rękawica poddaje go wymyślnym torturom.

Zaramella ma duże poczucie humoru, doskonale wykorzystuje sytuację, mnożąc gagi w burleskowym stylu. Piotr Dumała widział w nim następcę wielkich komików kina niemego, zwracał uwagę na doskonałe pomysły, sprawność ich realizacji, a także wyczucie materii filmowej. Rzecz w tym, żeby powstał film, który opowiada obrazem, by pozbawić go protez w postaci innego typu komentarza, czy to objaśniającego głosu z offu, czy przypisów. "Rękawica" w zabawny sposób oddaje też poglądy młodego pokolenia Argentyńczyków na temat sytuacji społeczno-politycznej ich kraju. Bohater Zaramelli w jednej z wizji z woli rękawiczki zostaje dyrektorem wielkiej korporacji, której symbolem jest wciąż rosnący drapacz chmur, tym wyższy, im więcej wyrasta wokół niego małych domków z blachy i tektury.

Innymi dyskutowanymi filmami były animacje grupy Juana Antína, reżysera "Marsjanina Mercano". Piotr Kobus opowiadał o swoich argentyńskich przyjaciołach, którzy gdzieś na peryferiach Buenos Aires stworzyli niezwykłe niezależne studio animacji. Oglądaliśmy sześciominutowy zwiastun przygotowywanej przez nich w tej chwili pełnometrażowej produkcji "Blaszani bogowie" (Los dioses de lata), opowiadającej o czasach konkwisty. Autorzy kładą nacisk na skontrastowanie świata rdzennych mieszkańców Ameryki, który jest trójwymiarowy, organiczny, w części ulepiony z plasteliny, o wielkiej intensywności koloru oraz świata jej najeźdźców. Ten ostatni ma być płaski i monochromatyczny, ale i intrygujący - na przykład twarze Europejczyków są nienaturalnie rozciągniętymi twarzami z czarno-białych fotografii, przerażają i zachwycają jednocześnie. Piotr Kobus opowiadał o nieprzeciętnym entuzjazmie argentyńskich twórców, o ich wielkiej energii i pomysłowości, o ciągłym parciu ku realizacji nowych projektów, nawet jeżeli nie są one w pełni doskonałe - trwa praca, powstają filmy.

Nie uniknęliśmy porównań argentyńskiej produkcji z tym, co dzieje się teraz w Polsce, a nie słychać, by działo się za wiele. Piotr Dumała był gościem ostatniego BAFICI w Buenos Aires, gdzie pokazano retrospektywę jego twórczości. To była jego pierwsza wizyta w Argentynie i w Ameryce Południowej. Wrócił zachwycony. Nie tylko spotkaniami z bardzo dobrze przygotowaną, świadomą publicznością, ale i samą ulicą argentyńską, ludzką żywiołowością, światłem, krajobrazami. My tutaj jesteśmy po prostu inni - mówił - czy gorsi? Najważniejsze, żeby nikogo nie kopiować, żeby szukać inspiracji w sobie. Jest tyle dziwnych, pięknych krajów, kontynentów. Właśnie wrócił z Nowego Jorku, gdzie - jak twierdzi - ulicami chodzą afrykańskie rzeźby. Ale nie przeceniajmy szerokiego świata. Tu również, na każdym niemal kroku zdarzają się niby wyjęte z filmu sytuacje. Absurdalne, zabawne, wzruszające. Grunt, żeby je dostrzec, docenić ich dramaturgię, nie zamykać oczu.

-----------------------------------------------------------------------------------

Kolejnym gościem Cine Fórum był CARLOS MARRODAN - wybitny tłumacz, człowiek, który o literaturze latynoamerykańskiej wie wszystko i potrafi o niej opowiadać. Po projekcji "Złej godziny" (O veneno da madrugada), filmu nestora kina brazylijskiego, przedstawiciela nurtu cinema novo, który ma na swoim koncie kilka adaptacji prozy Gabriela Garcí Márqueza - Ruy'a Guerry - zastanawialiśmy się, czy można sfilmować realizm magiczny.

Carlos Marrodan przekonywał, jak bardzo trudne jest to zadanie, zważywszy fakt, że pojęcie "realizmu magicznego" nie ma jednej definicji, co więcej, istnieje podejrzenie, że zostało wymyślone w połowie lat 60. XX wieku raczej w celach marketingowych, niż teoretyczno-literackich. Swoim zasięgiem obejmowało nurt literatury iberoamerykańskiej, która powstawała w tym czasie i mając znamiona realizmu XIX-wiecznego, nakładała na realny świat przedstawiony elementy świata fantastycznego, mitologii, sennych wizji, celowo zacierając między nimi granice.

Siła rzekomego "realizmu magicznego" leżała w atmosferze niedopowiedzenia i magii, rozpoznawalne piętno odciskał on w samej materii literackiej, w poetyce frazy, zdania, słowa. Jak mogłoby poradzić sobie z podobnym przekładem kino, które - dążąc do doskonałości - oczyszcza się z werbalnych komentarzy, operując obrazem? W historii kina poczyniono wiele takich prób. Zdaje się, że w ogóle nie sposób ocenić, czy były to próby udane. Bo jakie kryteria towarzyszyłyby takiej ocenie? Adaptacyjna wierność względem oryginału? Oryginalność reżyserskiej wizji w interpretacji tekstu? Oddanie ducha literackiego pierwowzoru? Ale czymże w końcu ów duch jest?

Carlos Marrodan przyznał się do marzenia, które już się niestety nie spełni - chciałby obejrzeć adaptację prozy Gabriela Garcí Márqueza w reżyserii Federico Felliniego. To jego zdaniem twórca odpowiedni, żeby się z tym zadaniem zmierzyć. Kandydatem na reżysera, wyczuwającego atmosferę realizmu magicznego, uczynił też Jana Jakuba Kolskiego. Podkreślał walory oryginalnej adaptacji niezbyt popularnego opowiadania Julio Cortazara "Babie lato", którą Michelangelo Antonioni w "Powiększeniu" zachwycił świat. Za doskonałą adaptację uznał też film, który obejrzymy na zakończenie 8.FFLA - "Macunaimę" Joaquima Pedro de Andrade wg. powieści Mário de Andrade o tym samym tytule. Sam Márquez jest autorem wielu scenariuszy filmowych, powszechnie znane jest jego umiłowanie kina. Dlatego coraz częściej wyraża ostatnio zgodę na filmowanie swoich książek. Reżyserią jednej z takich adaptacji ma się zająć Emir Kusturica.

Co do "Złej godziny" Ruy'a Guerry - zdaniem Carlosa Marrodana trudno tu mówić o adaptacji powieści z nurtu realizmu magicznego. “Zła godzina", napisana w 1961 roku, nie nosi jego znamion. Márquez doskonale oddaje w niej duchotę małego prowincjonalnego miasteczka, skłóconego i opanowanego przez liczne lęki. To raczej sam Ruy Guerra nakłada na swój film elementy, które czynią go adaptacją realistyczno-magiczną powieści, która z realizmem magicznym nic nie ma wspólnego... Czy mógłby zatem w kinie powstać taki nurt, zupełnie niezależny od literatury? Oto jest pytanie. Guerra tworzy w "Złej godzinie" niezwykle sugestywną wizję zamkniętej przestrzeni, odciętej od świata przez nieustannie padający deszcz, o atmosferze napiętej jak struna, tuż przed katastrofą. Opanowały ją ciemności nie tylko metaforyczne, w dodatku coś dziwnego dzieje się tam z czasem. Reżyser z wyczuciem dozuje niby nieważne informacje, które zataczają kręgi, stając się kluczowymi. Zabawa formą? Jeżeli tak - w realistyczno-magicznym filmie Guerry znajduje ona o wiele bardziej wiarygodne uzasadnienie niż podobne zabiegi choćby u Alejandro Gonzáleza Iñárritu.

"Zła godzina"


Serce moje...

Czasami - przyznaję - zdarza mi się przeglądać tzw. magazyny dla pań. Kolorowe, z obrazkami, patrzą z okładek panie. A nawet czytać... poniekąd. W stolicy panie - i owszem - zdarza mi się widywać na ulicach. Wiem, że tu mieszkają, dowiedziałam się z pism. Czasami nawet myślę o sobie... choć zupełnie nie w tym kontekście. A dzisiaj... to była prawdziwa uczta kobiecości. Kobiecość jako przystawka, zupa, na drugie danie, kobiecość - deser, o karcie win nie wspomiając. Aż łza się w oku kręci. Bo taka inna to kobiecość od tej, jaką nas karmią, do jakiej przekonują, każą się upodabniać.

Publiczność popołudniowego seansu "Do ostatniego kieliszka... Serce moje" - muzycznego dokumentu Beto Gómeza o meksykańskich pieśniarkach, przyjęła film długimi brawami. A to nie zdarza się często. Film rzeczywiście cudowny - pełen koloru i muzyki, ale przede wszystkim pełen żywiołowej, mądrej kobiecości. Może faktycznie jesteśmy inne - powie jedna z bohaterek Gómeza - my kobiety z Latynoameryki, my Meksykanki, musimy walczyć. Naznaczone trudnym dzieciństwem w męskim świecie jak diwa Chavela Vargas, która nie chce wspominać, pochodzą z kraju największego machizmo na kontynencie. A jednak sobie poradziły. Mówią o postępujących zmianach w świadomości ludzi, ale i o trudnych sytuacjach rodzinnych. Kiedy zmarł ojciec Lili Downs, sąsiedzi przestali odzywać się do wdowy i osieroconych córek, nie było szacunku dla kobiet bez mężczyzny.

Bohaterki filmu były prekursorkami w życiu i w sztuce. Chavela na swój pierwszy występ włożyła indiańskie spodnie - niebywałe! Czarna Graciana nie ma męża, tylko przyjaciela i gromadkę dzieci, ma zamiar wybudować dom, marzy nie o miłości, a o ziemi, na której mogłaby osiąść, jest jak matriarchalna bogini - o ciemnej skórze i obfitych kształtach, śpiewa i gra na harfie, otoczona rodziną. Lila Downs to prawdziwe zjawisko. Uderzająco podobna do Fridy Kahlo, na scenie wygląda jak indiańska figurka, albo naskalny rysunek, obwiedziony zdecydowaną kreską przez światło reflektorów. Delikatna Eugenia León... Każda z nich opowiada o dzieciństwie, Meksyku (z ziemi, z krwi i żył), codzienności, o śmierci i miłości. Te opowieści budzą śmiech, który ożywia zmarszczki na ich twarzach, a za chwilę patrzą w kamerę oczami pełnymi łez. To nie tylko film o muzyce, ale przede wszystkim o... o życiu.


Lila Downs

trailer



wtorek, 19 czerwca 2007
i jeszcze jedna, podróż


Mały film z Ekwadoru. Mały, malutki. O podróży. Ekwador po raz pierwszy na festiwalu latynoskim w Polsce.

”Podróż za horyzont” Tani Hermidy: dwie młode dziewczyny Tristeza i Esperanza spotykają się w autobusie. Tristeza, a właściwie Teresa, ekwadorska studentka musi jak najszybciej dotrzeć do Cuenco na ślub swojego byłego chłopaka. Zdeterminowana chce przeszkodzić w uroczystości. Jednak autobus zatrzymuje się z powodu strajków i blokady dróg. Dziewczyny będą dalej podróżowały piechotą, albo autostopem. Po drodze spotkają Jesusa, próbującego zdążyć do Cuenco na pogrzeb babci, której prochy niesie ze sobą w urnie, bo mieszkająca w Quito babcia chciała być pochowana w rodzinnym mieście, a nie znosiła podróżować samolotami.

Esperanza – Hiszpanka na wakacjach - jest typową turystką. Z włączoną kamerą zbiera wrażenia, wcześniej opisane w przewodniku. Reżyserka stosuje zabawny zabieg – każdą postać, którą wprowadza w akcję, każde miejsce opisuje komentarzem z offu w stylu popularnych przewodników turystycznych. Od razu zauważamy płaskość i nieadekwatność takiego opisu, który – podając fakty zgodne z rzeczywistością – nic istotnego o niej nie mówi. Film Hermidy ma w sobie pełną wdzięku prostotę i wielką delikatność. Jakbyśmy na nowo odkrywali sens podróży, wcale nie ten wielki SENS wewnętrznej przemiany, ale nieznaczną zmianę perspektywy, którą w pewnych okolicznościach dają spotkania z innymi ludźmi. Takie spotkania, które zmuszają, by poświęcić im czas, by zrobić coś razem, by się o coś postarać, zrywając ze zwykłą, codzienną, oddzielającą nas od świata obojętnością. Dla takiego niewielkiego przesunięcia perspektywy warto było przyjechać do Ekwadoru, który zagrał w filmie rolę zamglonego tła. Kamera bardziej skupia się na detalach, akcja filmu utkana jest z drobnych, ale sugestywnych epizodów.

Jaki Ekwador pokazuje Tania Hermida? Z pewnością niezbyt zaludniony, żeby nie powiedzieć pusty. Puste są zablokowane drogi, po blokadach pozostały jedynie nadpalone pnie, żadnych strajkujących, trudno tu złapać jakiś transport, puste są też górskie ścieżki. Dlatego każde pojawienie się czegokolwiek, czy kogokolwiek na drodze podróżników zyskuje od razu inne znaczenie, skupia na sobie uwagę, wzrok przestaje być rozproszony. Puste są mijane przez nich miasteczka. Jasne, niby wyciosane ze skał, opylone, z wcinającymi się w zabudowę starymi torami kolejowymi, po których pociągi zdają się nie jeździć. Za to Indianie jeżdżą tu na motocyklach, dzieci pracują, sprzedając słodycze na dworcach, a w głębi kraju wypasają owce. W tle pozostają problemy społeczne i etniczne kraju, w które zaangażowana Tristeza stara się wprowadzać swoją hiszpańską przyjaciółkę. Czy Esperanzie podczas tej podróży uda się poznać prawdziwy Ekwador? Ta podróż sprawi, że przestanie się o to tak usilnie starać i wyłączy kamerę.

"Qué tan lejos", reż. Tania Hermida


sobota, 16 czerwca 2007
Podróż służbowa

Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się podróżować w tak męskim towarzystwie. Czterech panów w przedziale, ja jedna jedyna (nie licząc gitary). Nikt nie umarł. Nie musiałam przejmować niczyjej tożsamości, zresztą trudno byłoby... Klimatyzowany w upał pociąg nie był złym rozwiązaniem. Zamknięcie oczu powodowało złudzenie, że oto znajduję się na pokładzie samolotu z Monachium do Hongkongu. Lekki szum i lekkie zaledwie kołysanie. Czy taka podróż mogłaby zmienić czyjeś życie? Jeden pan wyglądał na Szweda, pachniał, miał ufarbowane na blond włosy (Szwed posiwiały), patrzył zza miniaturowych szkieł okularów do czytania, nosił eleganckie buty kremowo-brązowe. Dwaj panowie byli muzykami, jechali na koncert (stąd gitara). Ten drugi, znać było - z żoną, dziećmi i psem, wyglądał jak były minister obrony, ten pierwszy przypominał Dominika Lejmana i potrafił tak szeptać do słuchawki telefonu, że jego szept był słyszalnym także w każdym zakątku przedziału, taki wyraźny szept.

Potem już świeciły same oryginalne gwiazdy. Roman Gutek spoglądał wdzięcznie ze swojej loży w foyer kina Muranów, a Ariel Rotter wystąpił jako taper.
Na jedną z pierwszych projekcji 8.FFLA czekałam niecierpliwie, a potem było spotkanie.

"Inny" zbierał dotąd dobre recenzje. W sekcji konkursowej Berlinale 2007 został uhonorowany dwoma Srebrnymi Niedźwiedziami: reżyser otrzymał Grand Prix Jury, odtwórca głównej roli Julio Chávez - nagrodę za najlepszą rolę męską. Dało się jednak słyszeć i głosy krytyki (patrz nasze Kino nr 4/2007, relacja Jerzego Płażewskiego). Komentatorzy porównując "Innego" do filmu Antonioniego "Zawód reporter" kręcili nosem, że "Argentyńczyk" to jedynie echo arcydzieła - bez tajemnicy, bez głębi. Skąd w ogóle wzięło się to porównanie i jak Ariel Rotter na nie reaguje? Zadałam mu wczoraj to pytanie.

Winę za porównania z Antonionim ponosi podobny w zarysie wątek fabularny, z którego skorzystał Rotter. Jego bohater, prawnik Juan Desouza w podróży służbowej jest świadkiem nagłej śmierci nieznajomego mężczyzny, który w autobusie zajął miejsce obok niego. Potem w recepcji hotelu, w którym się zatrzyma, poda dane zmarłego zamiast swoich. Ale to nie jedyna tożsamość, jaką przejmie podczas swojej małej ucieczki od życia. "Inny" jest - rzeczywiście - innym filmem i poza zbieżnością z opisanym wątkiem, nic go z Antonionim nie łączy. Nic poza szacunkiem reżysera dla dzieła włoskiego mistrza i faktem, że w centrum swojego zainteresowania Ariel Rotter stawia zagadnienie czasu, choć zainteresowanie czasem nie skłania go do podobnych jak u Antonioniego eksperymentów formalnych.


"Inny" wpisuje się w popularny dziś w Argentynie nurt naturalizmu poetyckiego. Daleki od radykalnych filmowych wizji Lisandro Alonso, czy drapieżności wczesnych filmów Lucrecii Martel, "Innym" zbliża się Rotter raczej do Any Poliak, Santiago Lozy czy Rodrigo Moreno. Podobieństwo z tymi ostatnimi narzuca się też dzięki kreacji Julio Cháveza, wystąpił także w filmach Lozy i Moreno. Silna aktorska osobowość Cháveza jest dla nich znaczącą inspiracją i bodźcem fabularnych i formalnych rozwiązań. Jednak w przeciwieństwie do Rodrigo Moreno, który czekał kilka lat na to, by Chávez mógł zagrać w jego filmie "Cień" (El custodio), Ariel Rotter nie pisał scenariusza “Innego" z myślą właśnie o nim.


Julio Chávez w "El otro"

Jak przekonywał wczoraj Rotter - to nie jest film o typowym "kryzysie wieku średniego". Podkreślał wagę jego warstwy autobiograficznej (Rotter należy do pokolenia trzydziestolatków). Mówił o przeniesieniu i przekształceniu swoich osobistych doświadczeń w materię filmową. O tym, że nie jest to łatwe. Są sceny, które go dziś bolą, których nie chce oglądać. Dlaczego? Bo są niepoważne. Konieczne, by rozładować napięcia dramaturgiczne, ale... Trudno znieść ten komizm w sytuacji, gdy przeżywa się coś głęboko i chce się przekazać innym swój dramat. Ariel Rotter jest profesjonalistą i dał tego dowód, uniwersalizując swoje emocje, panując nad każdym elementem kreacji, tak, by nie popaść w sentymentalizm, czy grafomanię. Reżyser opisuje w "Innym" historię mężczyzny, który nagle stanął wobec dwóch potężnych lęków. Z jednej strony, opiekując się swoim niedołężnym, starym ojcem, coraz intensywniej odczuwa upływ czasu i bliskość śmierci, z drugiej - wizja własnego rychłego ojcostwa, narodzin nowego życia jest dla niego nie mniej przerażająca. W żelaznym uścisku tych dwóch podskórnych lęków Desouza wybiera ucieczkę.

Bohater działa instynktownie, niczego nie planuje. Wydaje mu się, że chwilowa zmiana tożsamości uchroni go przed lękiem, ale właściwie każde jego działanie jest nim podyktowane. Ucieka z autobusu, zorientowawszy się, że nieznajomy nie żyje. Podszywa się pod zmarłego właściciela domu, którego sprzedażą zajmuje się jego firma. Staruszek, załamany po śmierci żony, umarł kilka tygodni po niej. Desouza odwiedza ten opuszczony, choć jakby nawiedzony miłością dom, dotyka zakurzonych sprzętów, czyta pozostawione przez małżonków liściki. Ma ochotę zabrać ze sobą tę niepotrzebną już nikomu drobinę spokoju.

Doprawdy drży na całym ciele, kiedy rezygnując z wieczoru w knajpie, do której przywiózł go współpracownik, po prostu odejdzie. Będzie wracał wzdłuż szosy, w ciemności, przejęty każdym leśnym szelestem. Będzie się sobie długo przyglądał w lustrze, zauważając pierwsze oznaki utraty fizycznej atrakcyjności. Dlatego - znowu - ze strachu przeżyje krótki romans ze spotkaną w miasteczku kobietą. Kumulacją zachowań lękowych Desouzy okaże się próba ucieczki z hotelu. Podając się za lekarza, nie przypuszczał, że znajdzie sią ktoś potrzebujący jego natychmiastowej pomocy. Zostaje sam na sam ze starszą kobietą, która straciła przytomność. Mierzy się ze swoim lękiem, nieudolnie próbując ją ratować. To - jak twierdzi reżyser - jedna z najważniejszych scen filmu. Łatwo przeoczyć jej wagę.

Ariel Rotter nie chce zdradzać swoich planów na przyszłość. Nie chce, a nawet nie może. Kręcenie filmów w Argentynie nie jest rzeczą prostą. Doprowadzenie do realizacji takiego projektu jak "Inny" może potrwać kilka lat. Co wydarzy się przez ten czas, jakie doświadczenia życiowe wpłyną na ostateczną wersję dziś objawionego pomysłu, trudno powiedzieć. Jedno jest pewne - że wpłyną. Według Ariela Rottera zadaniem, jeżeli nie misją kina jest przede wszystkim opowiadanie o ludzkich uczuciach, w swojej pracy próbuje znaleźć odpowiednią dla tego opowiadania formułę.

Podobał mi się film, reżyser, a najbardziej
Chávez... po Tony'm Leungu to kolejna ikona nie tylo smutku.

Piotr Kobus i Ariel Rotter podczas Cine Fórum

(foto: a.szeffel)


wtorek, 12 czerwca 2007
jak ryby w wodzie


Drogi Pamiętniku, jestem taka zmęczonannnaa... i że R jest na Kaszubach – chciałam powiedzieć - daleko i smutno mi bez niego, kupiłam mu różową chusteczkę w rumianki na przeprosiny, bo znowu mnie nie będzie... stolica, ryba pod poduszką itede. Może zacytuję jakiegoś mądrego pana albo panią, zaraz... Jest gorąco, wieczory już ciepłe. Lato, letnie lody dla ochłody, oddajmy głos Panu Rybie:

Bez wątpienia rzeki są błogosławieństwem tego świata – pisze Pan Ryba – Albo powiedzmy mogłyby się nim stać, gdybyśmy obchodzili się ze światem znacznie bardziej ostrożnie. Jak wszystkie zodiakalne Ryby daję się zahipnotyzować rzecznej wodzie, zwłaszcza latem. Tak, jeziora też mają wiele zalet, jeziora też są piękne. Ale teraz chodzi mi o nurt, o jego plastyczność i elastyczność, o możliwe przemieszczania się w ślad za wodą i z wodą, nie mówiąc o innej, tak samo kuszącej możliwości pokonywania jego tj. Nurtu, sprzeciwu. Przepraszam, jeżeli to ostatnie uznacie za metaforę”.

(Jurij Andruchowycz, Jak ryby w wodzie. 29 rzecznych piosenek. /w:/ Diabeł tkwi w serze)


pomost-ek, Kaszuby, czerwiec 2007


sobota, 09 czerwca 2007
puzdro pana Fana


Przypomniałam sobie wczoraj film, bardzo a' propos. “Miłość i śmierć na Long Island” (1997), wierną ekranizację kameralnej powieści Gilberta Adaira pod tym samym tytułem, debiut Anglika Richarda Kwietniewskiego. Film ma już 10 lat i mam nadzieję, że Jason Priestley – gwiazda serialu “Beverly Hills 90210”, który zagrał tu jedną z głównych ról, w rzeczywistości wreszcie dorósł, choć przecież nastolatkiem pozostanie na zawsze. Obsada świetna, doskonale dopasowana do ról, w parze z Priestley'em wystąpił John Hurt. Jako, że historia ta – jak mówią – jest współczesną wersją “Śmierci w Wenecji”, Hurt zagrał starzejącego się, owdowiałego pisarza w kryzysie, zakochanego w młodym amerykańskim aktorze (Priestley'u bardzo w stylu Priestley'a czyli wrażliwym, nieskomplikowanym, z pozycją młodzieżowej gwiazdy w amerykańskim show-biznesie, niewyrośniętym, młodzieńczym i niebieskookim).

Napisałam “w parze”, choć w parze zupełnie nie do pary. Nie dość, że rozdzieloną oceanem, “parę” dzieli właściwie wszystko: wiek, kultura, język, wartości, preferencje. A jednak jest to opowieść o miłości w pewnym sensie spełnionej. Obsesyjny afekt został tu uwznioślony przez artystę – pisarza Gilesa De' ATH (Hurt). U jego podstaw leży idea “poszukiwania piękna tam, gdzie nikt go nie szukał”, czyli w popkulturze. Zakochany De' ATH jako neofita w świecie popkultury zachwyca się nią szczerze i niewinnie, jakby mimo woli odkrywa w niej wcale nie karykaturę, ale równorzędnego partnera. Zaślepiony? Najpewniej. Woal spadł mu na oczy owego pochmurnego popołudnia w Londynie, kiedy wybierając się do kina na ekranizację którejś z książek Forstera, przez przypadek trafił na amerykański film klasy B “Napalone małolaty 2”. Już podnosił się z fotela, żeby zażądać zwrotu pieniędzy za bilet, a tu spadł na niego grom, zupełnie niespodziewany, niewytłumaczalny, grom w postaci Ronnie'ego Bostocka (Priestley). De' ATH został w oszołomieniu do końca seansu, został fanem.

Choć czuł, że jego fascynacja jest jakby nie na miejscu i ją ukrywał, choć już nie przed samym sobą, przy pierwszej nadarzającej się okazji wyjechał na urlop do Ameryki, zamieszkał w przydrożnym motelu na Long Island i beznadziejnie krążył niemiejskimi ulicami tamtejszych, nanizanych na autostrady dzielnic, by... spotkać swojego idola? Być blisko niego? Zobaczyć go na własne oczy? Trudno powiedzieć. Czego w końcu chce fan w takiej sytuacji? Może jakiejś pamiątki, którą mógłby złożyć na ołtarzu swego uwielbienia. Rzeczy, dotknięcia, emocji.


De' ATH w Ameryce wygląda jak postać z komiksu, jak Jacques Tati przeniesiony z paryskiej dzielnicy starych kamienic do modernistycznej kuchni nowoczesnej housewife, obowiązkowo w prochowcu i kapeluszu. Etykieta “fan” w ogóle do Gilesa nie pasuje, dlatego nikt nie podejrzewa, że w szufladzie londyńskiego biurka ukrywa gruby zeszyt, wypełniony fotografiami Bostocka, że zna wszystkie fakty z jego życia, opisane w kolorowej prasie dla dziewcząt. A przecież status fana jest ambiwalentny. Kiedy pisarz dowie się wreszcie, gdzie mieszka idol, kiedy wkradnie się w łaski jego dziewczyny i zagra samego siebie, do żywego dotknie go ta ambiwalencja. Mój Boże, to żenujące – powie, nie dowierzając jeszcze, że oto myje ręce w łazience Bostocka. To żenujące, żadnego ukojenia.

Spędzi z Bostockiem trochę czasu, podszywając się pod przyjaciela domu, piszącego akurat scenariusz z doskonałą rolą dla utalentowanego młodego człowieka. Na jego oczach zbuduje wizję oszałamiającej kariery aktora w Europie. Ostatecznie wyzna mu miłość i wszystko się skończy. Ale nie wyjedzie do Londynu z pustymi rękami. Opisze dla niego swoją historię i jeszcze przed wyjazdem prześle ją idolowi faxem (Ronnie, leżąc na kanapie pod zwojami białego papieru, powtórzy ów gest ze starego obrazu, który tak spodobał się Giles'owi). Nie będzie miał pewności, czy ten przeczyta list, czy wzbudzi w nim - poza odrazą - odrobinę wzruszenia, na które zasłużył niespełniony kochanek. Tę odrobinę cudzego wzruszenia włoży De' ATH do puzdra, składając na ołtarzu, uśmiechnie się przy tym niczym nowonarodzony. Widocznie było ono warte śmierci, jaką zadał swojej niemożliwej miłości, która z nim pozostanie.


* * *

Karolina Południowa donosi zaś znad mórz południowych, w których co wieczór Afrodyta moczy boskie ciało, że mój zapomniany idol po odtańczeniu swoich sól odjechał. Przyjdzie jej więc pozostać w spiekocie, nostalgicznym uniesieniu i – jak pisze – tęsknocie za niezwykłymi. Spędzony wspólnie dzień zakończyli kolacją w podgórskiej wiosce. Kolacja pozwoliła Karolinie Południowej uwolnić swoje wyobrażenia, które dotąd na temat idola – nie bez mojego udziału - miała. Prywatnie uśmiechnięty, wyluzowany, potargany, pijący uzo ziwanije sketo, śmiejący się z siebie, nie atakujący, pozwalający na docinki, kochający Paryż i siebie. Słońce zachodziło jak zwykle złociście. Powietrze pachniało solą...


niedziela, 03 czerwca 2007
łagodnie szalone/eni


Tatuaż. Ten film poucinał nam głowy, jednym bardziej, innym mniej. Swoją uciętą głowę trzymałam sponiewieraną na kolanach, krew we włosach i dotykałam jej z... Rozkoszą i ironią. Co się może teraz wydarzyć? Gdzie pójdzie Jane Campion? Po wczorajszym wieczorze, który skończył się późno, gdzieś przed jedenastą, zaczęliśmy czekać na jej nowy film zupełnie inaczej. Zaczęłyśmy - my dwie, z entuzjazmem wymachujące, wykrzykujące. Albo ja. Dziewczyny.

A potem usłyszałam nagrane na cd kamlenia szamana z Tuwy i kazałam natychmiast wyłączyć. Lęk podciął mi nogi. Przypomniałam sobie wakacyjne zimy na wsi, w której moja ciotka była dentystką. Mieszkała w budynku protestanckiej kiedyś plebanii, przerobionej na wiejski ośrodek zdrowia, otoczonej ogrodem. Łazienka sąsiadowała z ciemnym strychem, na którym podobno powiesił się mieszkający tu pastor, a ja miałam może z 10 lat. Kiedyś łazienkę i strych dzieliło okno. To okno zostało zabudowane płytą, a na niej umieszczono lustro z dwoma kinkietami po bokach. Wtedy do północy grywałyśmy w karty, w remika albo garibaldkę i słuchałyśmy radia. Nie musiałam chodzić spać z kurami jak mój młodszy kuzyn, oddając się hazardowi o tak późnej porze, czułam się niemal dorosła. W radiu o północy zwykle biły dzwony, dwanaście razy, a mój fotel stał tyłem do drzwi pokoju. Dalej był korytarz i łazienka. Kiedy dzwony biły, wtulałam się w fotel, kurczyłam się, chowałam głowę przed niewiadomym, które mogłoby spaść na nią z góry. Za nic w świecie nie poszłabym do łazienki, za żadne skarby nie spojrzałabym w lustro.

Chyba nie powinnyśmy tego słuchać, powiedziała wesoło. Ale szaman nie miał głosu Toma Waitsa, żadnej chrypy, dźwięki wydobywały się z jego ust płynnie, jakby bez oddechu. Nie powinnyśmy tego słuchać po tym ćwiartowaniu ciał i dusz, które wciąż miałyśmy przed oczami. Wróciłam do domu i szybko włączyłam telewizor, w którym jakiś pan opowiadał o kubkach niekapkach, a jakaś pani uczyła, jak uszyć koc piknikowy. Poszłam spać w środku nocy, obudziłam się skoro świt z głową co prawda na swoim miejscu, ale jakby opuchniętą, szurającą słowami jak kraciastymi kapciami po parkiecie. Jakie to wszystko smutne, jakie straszne, pomyślałam.

Ów Tatuaż, główny sprawca moich mąk, został przez nas rozłożony na stole niczym jakiś żabi preparat. Trochę wstrętny, trochę pociągający. Odkrywaliśmy go warstwa po warstwie, odkładając na bok pretekstową fabułę, bełkotliwą formę, plamy czerwieni w każdym niemal kadrze, skupiając się na kobiecej, a i męskiej też indywiduacji, zbierając wszystkie porozrzucane tu z wielką intensywnością, wytarte psychoanalityczne symbole. Groteskowa demaskacja mitu romantycznej miłości... rozkoszna opowieść o jedynie możliwym dzisiaj rycie przejścia... o duszy, która martwa, odcięta nie tylko od życia, źródła, ale też od cierpienia, tkwi w przedłużającym się dziecięctwie i gotowa jest trwać w nim do końca, za wszelką cenę, w obawie... Tak, nie bez emocji, decydowaliśmy się myśleć o Tatuażu.

"Tatuaż" [In The Cut], reż.: Jane Campion, prod.: Australia, USA 2003