agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
czwartek, 26 czerwca 2008
Questa storia


Biegły w sztuce i sztuczkach. Dostawca przyjemności. Mam wrażenie, że czytałam gdzieś o nim i o muzyce, albo o muzykologii. To by do niego pasowało. Z Air nagrał płytę, na której czyta w oryginale „City”, bardzo chciałam usłyszeć jego głos. Usłyszałam, po włosku. Dla mnie każda jego książka jest przygodą i baśnią. Precyzyjnie skomponowaną symfonią. Wiekim porządkiem. Ale przede wszystkim przygodą i baśnią, choć nie taką, jak te modne ostatnio opowieści ze smokami i rycerzami. Prawdziwa powieść. Magicznie realistyczna. Posiada konstrukcję wyścigowego toru. Ma swoje proste, zakręty, wybrzuszenia, do tego dochodzi prędkość i pętle. Rytm. Może jako muzyk byłby minimalistą. Bardzo lubię „Ocean morze”. Lubię „Jedwab”. „Ta historia” jest właśnie takim pustym torem wyścigowym, ideą drogi raczej niż samą drogą, ideą powieści?

Alessandro Baricco w nocie na końcu książki pisze o swoim auratycznym pisaniu:

Kiedy pisałem 'Jedwab' wymyśliłem sobie nazwę miejscowości, w której mieszkają bohaterowie, łącząc dwie nazwy znalezione w atlasie. Wyszło z tego Lavilledieu. Po kilku latach napisał do mnie burmistrz małego miasteczka z południa Francji. Miasteczko nazywa się Lavilledieu. W liście burmistrz tłumaczył mi, że w XIX wieku, w tych okolicach ludzie żyli z hodowli jedwabników. (...) Innym razem zdarzyło mi się, że pewna moja czytelniczka z Anglii w jednej postaci 'Oceanu morza' rozpoznała swoją siostrę, która przepadła bez wieści. Była przekonana, że ja ją znałem i opisałem w książce jej historię. Pytała, czy mógłbym jej pomóc w odszukaniu jej. Pisanie odpowiedzi w takich wypadkach – to zadanie, które może potrwać całe tygodnie”.

Nie bez powodu „Ta historia” ma konstrukcję wyścigowego toru o 18 zakrętach. Jej bohaterem, jednym z bohaterów, tym najbardziej widocznym ze względu na tzw. „złoty cień”, jest Ultimo Parri, chuderlawy chłopak z zapadłej włoskiej wsi, którego życiową ideą fix był właśnie ten tor. Niepozorny, a jednak widoczny na tyle, że nikt nie mógł nie zatrzymać na nim wzroku. Jakby świecił złotym światłem. Baricco życie swoich bohaterów wplątuje w historię rozwoju motoryzacji, szaleństwa, które zapanowało u progu XX wieku i trwało kawał czasu, dopóki nie wylądowało na śmietniku Historii, nie przeszło w nudę codzienności. Akcja powieści rozciąga się na przestrzeni 70-ciu lat. Narodzinom motoryzacji towarzyszyły niezwykłe wydarzenia i emocje, które wstrząsnęły życiem ludzi, naznaczyły je nieodwracalnie.

Nie chcę opowiadać „Tej historii”. Ma w sobie zbyt wiele zaskoczeń, by ujawniać poszarpaną fabułę i psuć komuś, kto po nią sięgnie, tę chwilami perwersyjną przyjemność. Jest różnorodna. Wielogłosowa. Raz gęsta, trudna, innym razem prosta jak kronika, jest też trochę pamiętnikiem, ale nie prawdziwym, tylko wymyślonym. Wymyślonym wielokrotnie. Jest grą, oczywiście jest też grą, w której życie ludzkie Baricco tasuje jak karty, chcąc pokazać to mijanie się, szukanie, wątpienie, wspominanie, które tak dobrze wszyscy znamy, a które tak ładnie wygląda z lotu ptaka. No właśnie - kiedy o nim myślę, o jego muzykalności, o skłonności do muzycznego minimalizmu, którego uosobieniem jest forma, ale i pojawiający się w treści ideał drogi, przypomina mi się film „Spacerek przez H” Petera Greenawaya z muzyką Nymana, mam go teraz przed oczami. Pętla i droga, muzyka i los. Bardzo do niego pasuje.


Alessandro Baricco, „Ta historia”, Czytelnik Warszawa 2007


A Walk Through H, reż. Peter Greenaway (1976-78)



środa, 25 czerwca 2008
kierunek: Neapol


Jednak najprzyjemniejsze w grach losowych jest wymyślanie powodów, dla których się gra. To siedzenie nad kubkiem rozpuszczalnej kawy w słoneczne wtorkowe, czwartkowe czy sobotnie przedpołudnie i przeliczanie milionów złotych polskich na inne waluty, na ilość kilometrów, które dzięki nim można by pokonać, na ilość dni, które można by roztrwonić, obserwując cudze „prawdziwe życie”. Inwestycje w czas, którego nie trzeba by popychać nie wiadomo w jakim kierunku. Inwestycje w kierunek - na jaki tylko przyjdzie ochota. Turcja, Budapeszt, Argentyna, Albania, Morze Czarne, Japonia. I choć podobno pieniądze szczęścia nie dają, być szczęśliwym z powodu pieniędzy.

Do tej pory moje wygrane były mizerne. Ale w końcu były, o wiele bardziej były, niż można by się spodziewać. Plecak Campusa, kilka przewodników turystycznych, tysiąc złotych, dwa bilety lotnicze, cała kolekcja biletów do kina. Nigdy Nic Poważnego. Kilka lat temu jedną z kratek kuponu dużego lotka wypełniałam zawsze tak samo, wierząc, że liczby mają jednak magiczną moc i że ta usilna chęć ich połączenia – także w życiu, nie tylko na papierze - w wiele znaczącą jedność, właśnie tych, a nie innych, da oczekiwany rezultat. Ale nic się nie stało, nigdzie, w rezultacie to był dobry znak. Daleko idąca ochrona. Dziś za każdym razem we wszystkie kratki kuponu wpisuję liczby przypadkowe, takie, do których nie jestem przywiązana, z którymi nic mnie nie łączy, chcąc im pokazać, jak bardzo mi nie zależy, choć przecież zależy mi bardzo.

Doskonałe połączenie kierunku i liczb odkryła w swoim dokumencie Anna Maria Bucchetti. Kierunek: Neapol. Liczby: które mówią. Czas: poza czasem. „Dreaming by Numbers” (2005) to jest film czarno-biały. Ja wolałabym zobaczyć Neapol w kolorze. Jak sobie przypominam, jest szary, może nawet grafitowy (zielonkawy? omszały), dosyć mroczny, wąski, wypełniony nikomu niepotrzebnymi przedmiotami. Ale rozumiem tę czarno-białą aurę, która z miasta czyni trochę sen, jakąś ożywioną ludzkimi marzeniami marę, przypudrowaną starym, pachnącym pudrem. W centrum tego magicznego świata znajduje się kolektura neapolitańskiej loterii. Na jednej z wąskich, zlanych wodą, grafitowych uliczek, za niewielką witryną, w niewielkim oświetlonym jarzeniówkami pokoiku, który pamięta dawne czasy, siedzą dwie panie w okularach, trzymając w dłoniach ludzki los. Z odwiedzającymi kolekturę klientami rozmawiają o snach, zaglądając do starych ksiąg. Im starsza księga, tym lepiej. Można w nich znaleźć znaczenie liczb, bo każda liczba ma swoje znaczenie, swój kolor i temperaturę. Ojciec, niosący wiadro wody to: 81, 53, 39 i 4. Czasami i księgi są bezsilne wobec mocy wyobraźni – trudno przełożyć na liczby widok kulawego karalucha, albo kurczaka o trzech łapkach. Nie należy obstawiać wypadków, tragicznych zdarzeń o złej energii.

Ktoś obstawia numery, wybrane przez zmarłą matkę, chcąc zachować o niej pamięć, ktoś inny – daty urodzenia zmarłych dzieci. Liczby są jakby przepustką do - wydaje się - zamkniętych przestrzeni, nitką łączącą ludzi z każdą formą niewiadomego i nieprzewidywalnego. Ktoś szuka liczb na starych fotografiach, albo jadąc samochodem, obstawia swoje zdziwienia. Liczby są wszędzie, a wiedza o nich daje możliwość wglądu pod podszewkę rzeczywistości. Ta numerologiczna interpretacja życia jest znana od wieków, ma swoją tradycję u Pitagorejczyków, w kabale. Film Anny Marii Bucchetti poprzez historie ludzi opowiada historię miasta, dla którego loteria jest z jednej strony czystą fantazją, z drugiej - koniecznością, pozwalającą przetrwać liczne „trudne czasy”. Otwiera go i zamyka scena rytuału losowania, które odbywa się ręcznie - niewinną ręką niepokalanego dziewczęcia. Za barierką, oddzielającą komisję losującą i ażurowy bęben od publiczności, stoją w napięciu kobiety. Jedna z nich po każdym losowaniu wykrzykuje znaczenie liczby. Jest jak szamanka, która obleka w ciało znaki losu, wieszczy miastu jego przyszłość.



„Dreaming by Numbers”


czwartek, 19 czerwca 2008
depresja i historia

Najsmutniejszy film pod słońcem, oprócz tych, w których giną zwierzęta, nakręcił w 1992 roku
ISTVÁN SZABÓ.

Opowiadając o dwóch młodych nauczycielkach rosyjskiego w „Édes Emma, drága Böbe - vázlatok, aktok” (Kochana Emmo, droga Böbe) doskonale połączył depresję z historią. Swoją opowieść przypieczętował klasycznie po węgiersku – samobójstwem jednej z bohaterek. Fabułą tego filmu rządzi podszyta lękiem bezradność wobec zmian początku lat 90., które nie tylko podcinają ludziom skrzydła, ale i gardła. Przemoc, której nie można złapać za rękę, bo mało spektakularnej zbrodni dopuszcza się nieuchwytna ręka losu. W epoce oczekiwanych przemian politycznych ludzie tacy jak Emma i Böbe przestają być potrzebni, ale też spada na nich symboliczna kara za niezawinione, bo cudze grzechy.

Varga pisze o tym filmie, przechadzając się późnym wieczorem po budapeszteńskiej ulicy Váci, na której skubie się turystów m.in. serwując im zupę rybacką. Kiedy pisałam o węgierskich zwierzętach, zapomniałam o karpiu. Może dlatego, że go nie lubię i nigdy nie jem, nawet podczas wigilijnej kolacji, czym rokrocznie narażam się na ciężką chorobę, bo wiadomo – jak się nie zje chociaż po kawałeczku każdej z wigilijnych potraw, choroba murowana, dlatego choruję rok w rok, co rok to prorok, choruję jakoś tak cały czas. „Karp – pisze Varga - to trzecie obok turula i cudownego jelenia, który według mitologii przyprowadził Węgrów na ich ziemie, święte zwierzę, wół roboczy madziarskiej kuchni, poświęcający swoje tłuste, błotniste ciało na słynną zupę rybacką, o którą proszą zagraniczni turyści, zerkając na kulinarne strony swoich przewodników”. Zerkają na ulicy Váci.

Wieczorami Váci „Staje się bardzo prowincjonalna, jak jakieś przygraniczne miasto, w którym późnym wieczorem czynny jest już tylko McDonald i klub z tańcem na stole. Kurwy są nieśmiałe, skromnie ubrane. Nie noszą futer, szpilek, nie mają ostrego makijażu, wyglądają jak ekspedientki, które w drodze do domu postanowiły powłóczyć się po Váci. Szukają obcokrajowców, często zagadują, czy zna się angielski, a uzyskawszy twierdzacą odpowiedź, zadają pytanie-test, na przykład o ulicę Régi posta, którą zna każdy budapeszteńczyk i żaden obcokrajowiec. Przypominają bohaterki filmu Istvána Szabó „Kochana Emmo, droga Böbe” - młode nauczycielki rosyjskiego, dla których po 1990 roku zabrakło nagle pracy; Emma próbowała uczyć angielskiego, choć nie miała w tym zakresie podstawowej wiedzy, Böbe chciała iść na skróty – zaczęła wysiadywać w kawiarni „Anna” na Váci utca i łowić obcokrajowców. Żadnej się nie udało: Emma kończy w przejściu podziemnym, sprzedajac gazetę „Mai Nap”, a Böbe - na dziedzińcu akademika, z którego okna skacze, by popełnić samobójstwo. „Mai Nap” oznacza „dzisiejszy dzień”, nazwa gazety jest jawnie symboliczna – dzisiejszy dzień wczesnokapitalistycznych Węgier w filmie Szabó oznacza niesprawiedliwe ukaranie ludzi, którzy przypadkiem mogli zostać uznani za beneficjentów minionego systemu, skoro uczyli znienawidzonego języka sowieckich okupantów. Dzisiejsze Emma i Böbe wyglądają na o wiele mniej zdesperowane. Jest w nich amatorszczyzna, ale nie ma napięcia. Zagadują tak, jakby wcale nie potrzebowały pieniędzy, a uprawiane przez nie kurewstwo wynikało z miłosierdzia. Tak wielu mężczyzn potrzebuje przecież pocieszenia w długie, samotne, jesienne wieczory. Kurwy z ulicy Váci nie są zblazowane, nie wpadły jeszcze w rutynę, ich puszczalstwo jest nieco wstydliwe i dzięki temu sympatyczne”.


Krzysztof Varga, „Gulasz z turula”, Wołowiec 2008, str. 101-102



Istvána Szabó „ Kochana Emmo, droga Böbe”


wtorek, 17 czerwca 2008
przegląd depresyjnego kina węgierskiego


Ponieważ coraz bardziej pada deszcz, a w oddali przetaczają się czerwcowe burze, warto wspomnieć o najbardziej depresyjnym z depresyjnych reżyserze węgierskim, który pojawia się i u Vargi, a jest nim BÉLA TARR w duecie ze swoim scenarzystą i przyjacielem pisarzem László Krasznahorkai'em. Ja już dawno oddałam mu duszę. Varga pisze, że Tarr idzie tak bardzo w poprzek współczesnego kina, że nie można oderwać od niego oczu. Zgadzam się. Wymienia „Szatańskie tango” ( Sátántangó, 1994) i „Harmonie Werckmeistera” (Werckmeister harmóniák, 2000), czyżby nie widział doskonałego „Potępienia” (Kárhozat, 1987) i ostatniego „Człowieka z Londynu” (2007)?

Co ciekawe, rodzinnym miastem Tarra jest Pecz, co wcześniej nie zwróciło mojej uwagi. Pecz jedno z ulubionych miast Vargi, coś w rodzaju powiewu śródziemnomorskiej bryzy w zastygłym, nizinnym powietrzu. Najmniej – jak pisze – depresyjne węgierskie miasto, może w ogóle najmniej węgierskie. Tymczasem światu Tarra bliżej do Węgier Wschodnich – tych zza Cisy, gdzie nie ma już winnic, gdzie nie pije się wina, do tych prawdziwszych. I nawet jeżeli te Węgry jak w „Człowieku z Londynu” mają dostęp do morza, u Tarra przypominają te zza Cisy, są równie depresyjne. Varga filmy Tarra nazywa „lewatywą ze stężonego wywaru węgierskości. Tej węgierskości wegetującej z dala od budapeszteńskich mód, zupy gulaszowej w czardzie dla turystów, hucznych obchodów narodowych świąt. Książki Krasznahorkaia pokazują świat lat osiemdziesiątych, świat sprzed unijnych dotacji i promocji w hipermarketach. To planeta błota i beznadziei, a nie kolorowa Europa reklam. Ale ten świat wciąż podskórnie istnieje, jak czarne liczby ukryte pod kolorową zdrapką”.


Kárhozat, reż. Béla Tarr

Varga pisze o atmosferze filmów Tarra, rozpoczynając rozdział o węgierskiej depresji (Pörkölt z Bulascú i Lehela), która nie prowadzi do łez – jak chciał Cioran: "Wegier znajduje szczęście w swoim płaczu" – ale do przewlekłej rozpaczy, której rezultatem prędzej czy później będzie samobójstwo. I opowiada historię słynnej piosenki „Szomorú Vasárnap” (Smutna niedziela) z 1933 roku i jej autora, pianisty żydowskiego pochodzenia Rezső Seressa oraz filmu pod tym samym tytułem (1999, Niemcy/Węgry, reż. Rolf Schubel) ze zjawiskową jego zdaniem Eriką Marozsán w roli Ilony i nie mniej zjawiskową Dorką Gryllus. Ta hipnotyczna piosenka, zakazana na Węgrzech po wojnie przez 25 lat, nazwana hymnem samobójców, miała powodować tysiące zgonów z własnej ręki.


poniedziałek, 16 czerwca 2008
przegląd kina węgierskiego


Pierwszy w kolejności u Vargi pojawia się ZOLTÁN HUSZÁRIK (1931-81) reżyser dwóch filmów pełnometrażowych, jak twierdzą niektórzy (choć chyba nie Varga) - prawdziwych arcydzieł, filmów „Szindbád” (Sindbad, 1971) i „Csontvary” (1980) oraz krótkometrażówek i dokumentów, „Játék” (Gra, 1959), „Groteszk” (Groteska, 1964),Elégia” (Elegia, 1965), „Amerigo Tot” (1969), „Capriccio” (1969), „Tisztelet az öregasszonyoknak” (Hołd dla starych kobiet, 1972), „A Piacere” (1976). Huszárik obok Vardy i Paradżanowa miał dwa lata temu pełną retrospektywę we Wrocławiu (6.MFF ENH). Gościem festiwalu była wtedy córka reżysera, węgierska aktorka Kata Huszárik. U Vargi Huszárik pojawia się już w pierwszym rozdziale książki (Paprykarz z Kádára), poświęconym węgierskim rytuałom kulinarnym. Varga opisuje posiłek głównego bohatera „Szindbáda”, widząc ścisły związek pomiędzy jedzeniem a cechami węgierskiego charakteru, melancholią węgierską i węgierską skłonnością do snucia refleksji o przemijaniu i śmierci, w którym Huszárik zdaje się być mistrzem.

- - -

W filmie Zoltána Huszárika „Szindbád” na podstawie opowiadań Gyuli Krúdyego, naczelnego sybaryty węgierskiej literatury, jest scena, która podoba mi się do dziś. Pozostałe sekwencje tego słynnego obrazu z początku lat siedemdziesiątych – taniec w ogrodzie, pocałunki na cmentarzu, kobiety tarzajace się po śniegu – smakują jak pokruszona guma donald odnaleziona w piórniku z podstawówki.

Scena będąca kwintesencją filozofii Krúdyego i stylu życia jego bohatera to posiłek Szindbáda w karczmie i rozmowa z kelnerem, którego Szindbád pyta, czy ma żonę, i dostaje odpowiedź, że kelner miał, ale już nie ma. Czy umarła? Nie, odeszła – odpowiada kelner, odeszła do innego. Świat, w którym porusza się Szindbád, to zaświaty, a w zaświatach wszystkie czyjeś byłe kobiety należą do kogoś innego. Świat składający się wyłącznie z ludzi porzuconych. Szindbád - melancholijny playboy z czasów belle époque – najpierw zamawia rosół, do którego za pomocą małego nożyka wkrawa ostrą suszoną paprykę i wsypuje garść nasion, potem wyciąga z wazy wielką kość wołową i wytrząsa z niej galaretowaty szpik, rozsmarowuje go na kromce chleba, doprawia papryką i zjada, a na jego twarzy pojawia się sybarycka rozkosz. Z pewnością jest to najwybitniejsza w światowej kinematografii scena pokazująca jedzenie rosołu. Następnie zamawia bażanta pieczonego z kasztanami i pyta, czy to kasztany włoskie czy węgierskie. Dla mnie, którego mdły smak pieczonych kasztanów pozostawia obojętnym na te kwestie, jest to sprawa trzeciorzędna. Dla bohatera Krúdyego – nie. Być może najlepsze kasztany są na Oktogonie, a może na Nyugati, gdzie sprzedają je z ulicznych piecyków po dwieście forintów za dziesięć sztuk. Kiedy na ulicach Budapesztu pojawiają się pieczone kasztany to znak, że właśnie przyszła prawdziwa jesień, ze swoimi przedwczesnymi zmierzchami, całodziennymi szarugami, siąpiącym denerwująco kapuśniakiem, że oto budapeszteński spleen wchodzi w kolejną fazę.

Zwieńczeniem uczty Szindbáda jest gotowana wołowina i półlitrowa karafka wina. W trakcie rozmowy z kelnerem dowiadujemy się, że to właśnie Szindbád był drugim mężem żony kelnera. I że ta – niepewna jego uczuć? zawiedziona w swojej miłości? - rzuciła się do rzeki. To niejedyna kobieta, która odebrała sobie życie z powodu Szindbáda; ma on na sumieniu także kwiaciarkę, która wyskoczyła z okna, a być może jeszcze więcej kobiet, bo chcąc żyć, sprzedaje im swój popęd ku śmierci. Jak policjant na skrzyżowaniu ulic życia wskazuje im drogę prowadzącą w nicość. Jest wampirem emocjonalnym wysysającym z ich serc i umysłów, jak szpik z wołowej kości, pożywkę dla swego przetrwania. To taka gra w nieśmiertelność na tle pogrzebowych dekoracji. Szindbád w powierzchownych miłostkach szuka ukojenia swego weltschmerzu, w jedzeniu znajduje chwilowe zaspokojenie głodu uczuć, w ciągłej podróży chce znaleźć ucieczkę przed śmiercią. Nie lubi „dzisiejszych czasów” i żyje wyłącznie wspomnieniem przeszłości, nie zgadzając się na przemijanie. Sentymentalne wspomnienie dawnych czasów, przywoływanie kobiet, które odeszły, które zostały porzucone, które się utopiły, rzuciły z okna, które w posiadanie wzięli nie mężczyźni, ale czerwie, jest niczym więcej jak tylko szczepionką przeciwko śmierci, w świadomość wstrzykuje się w niewielkich ilościach wirusa śmierci, aby nas na prawdziwą śmierć uodpornił”.


Krzysztof Varga, „Gulasz z turula”, Wołowiec 2008, str. 26-28


scena posiłku Szindbáda >>>>



niedziela, 15 czerwca 2008
z folwarku


Oblężeni niczym w twierdzy przez zdradliwe zastępy kleszczy-ludojadów, smagani wiatrami i ostatnio drobnym deszczem, który nie chce wsiąkać w wysuszoną na amen ziemię, siejąc widmo klęsk, tak sobie trwamy w żółci, różu i zieleni, i w odrobinie błękitu, który wyziera zza chmur. Póki możemy (póki żyjemy).

Zza płotu dochodzi porykiwanie krów, które przypomina porykiwanie słoni na sawannie. Jedna z nich jest z pewnością węgierska, bo szara. Nad głowami przelatują nam bociany, wrzeszczące głosem znanym może tylko z filmów o odciętym od świata parku jurajskim. Ha! Natura. Kaszubska. R cierpi z powodu alergii, ma zakaz wchodzenia do oczka. Coś tam się czai w zamulonej wodzie. Żaby zadowolone, w geście triumfu wystawiają w jego stronę długie języki. W radiu, jak nakręcone jakimś kluczykiem, spikerki zastanawiają się nad życiem intymnym pająków. Bez przekwitł definitywnie, piwonie zwieszają ciężkie głowy już bez wigoru, dzikie róże pachną bułgarskim olejkiem. No i zaczęłm czytać Vargę, no i zaczął padać deszcz.

U Vargi też oczywiście pełno zwierza, choć - mam wrażenie – jakoś spokojniej. Chyba dlatego, że większość zwierząt spogląda z cokołu pomnika albo z talerza. Turule, święte jelenie wskazujące drogę, wielkie, owłosione świnie mangalice i szare krowy, żyjące w puszcie. Szürke marha przypomina afrykańską antylopę i podobno jest absolutnie odporna na chorobę wściekłych krów, nieodporna zaś na zwykłą, węgierską melancholię.

Ale czytając „Gulasz z turula”, w melancholię nie popadłam. Może uratowała mnie dieta – makaron (serotonina) z czosnkiem (ekscytant), może przekonanie, że to jednak nie o mnie ta książka. Mimo to przeczytałam ją z wielką przyjemnością, mimo, że nic mnie nie łączy z Węgrami. No może wspomnienie mojej biednej mamy, która raz się wybrała do Budapesztu z koleżanką i zapasami perfum „Być może” oraz kremu „Nivea”. Wróciła przekonana, że w branży handlowej miejsca nie zagrzeje. Mój równie biedny tato wspominał z kolei słodkie węgierskie torty, których nie mógł zjeść w knajpie na dworcu Keleti podczas wymiany zakładowej Warsu z bratnią firmą... nie pamiętam nazwy, z węgierskim Warsem i przywiózł mi z Budapesztu tornister. Bardzo dziwny tornister, bardzo zielony i prostokątny, ale prostokątny inaczej niż wszystkie polskie tornistry, dopasowany do dziecięcych pleców, dziś bym powiedziała – naprawdę ergonomiczny. Czułam się w nim trochę jak na owe siermiężne czasy ekskluzywnie, a trochę jak jakiś dziwak. W wieku siedmiu lat rozkosz osobności walczyła we mnie z chęcią wmieszania się w tłum. Rację miał też Jeż Węgierski co do fanatyzmu, cokolwiek Varga napisze, mnie się spodoba (oprócz „Tequili”, z której przeczytałam zaledwie kilka pierwszych zdań i odłożyłam na półkę).

A co mi się podoba? Vargi wielokrotne ucieczki przed realizmem, w absurd, w książce, która nie jest oczywiście przewodnikiem, alternatywnym przewodnikiem, czy zbiorem reportaży, ale bierze na swoje barki tę przyciężką odpowiedzialność za „próbę przybliżenia polskiemu czytelnikowi węgierskiej kultury”. I przybliża, ale inaczej. W końcu Varga jest pisarzem, do czego nigdy się nie przyznaje w towarzystwie, chyba że w towarzystwie Eriki Marozsán, grającej smutną Ilonę w filmie „Szomorú Vasárnap” (Smutna niedziela, 1999, Niemcy/Węgry) Rolfa Schubela. Podoba mi się też to, że Varga pisze tyle o węgierskim kinie.

Pisze o kamiennych butach Stalina w Szoborparku, gdzie zgromadzono socrealistyczne rzeźby. To jedyna pozostałość po pomniku. I wyobraża sobie, że z tych butów coś wyrasta, że wyrasta z nich cały Stalin, po kawałku, a potem niczym potwór ze starego filmu grozy wcale nie symbolicznie zieje ogniem, dmucha zatrutym powietrzem. Albo kiedy trafia w Keceskemét do małego muzeum fotografii, ogląda zdjęcia Andre Kertésza z Sabaudii, na których „stare kobiety (...) wyglądają jak ubogie Indianki idące na targ do Limy”. Potem natyka się na kilka ślubów, ale widzi tylko weselników, snujących się po mieście, nigdzie nie ma par młodych, wszystkie mijane kościoły są zamknięte. Kiedy jeździ z wioski do wioski przez morze żółci - pola rzepaku na Wielkiej Nizinie Alföld, albo trafia na październikowe przedmieścia Budapesztu, gdzie nie trafia już nikt oprócz mgły, gdzie niedzielnie szczekają psy, a „U 'Cioci Stefci' wino i piwo są ponad dwa razy tańsze niż w centrum miasta, więc bierzemy podwójne. W szwabskiej karczmie koło cmentarza jest już drożej, ale też karmią zaskakująco dobrze, choć pustka wielkiej sali nastawiła nas wyjątkowo ostrożnie. Asekuracyjnie zamawiamy jókai bableves i bográcsgulyás, i trochę żałujemy, że nie wzięliśmy czegoś poważniejszego, bo zupy dowiodły, że sąsiedztwo cmentarza jest czysto przypadkowe”. Kiedy w listopadzie odwiedza wybrzeża Balatonu. Świetny, zatopiony w absurdzie jak skwarki w smalcu jest też „Smalec z Kossutha”, rozdział poświęcony wypalajacej się nowej węgierskiej rewolucji 2006 roku – oczami Vargi to wielki, smutny piknik, narodowy bal przebierańców.

Podoba mi się to, że pisze i o rzeczach, które mu się podobają – jak cmentarz Kerepesi, budapeszteńskie podwórka, bazary – szczególnie Bosnyák ter tuż przed zagładą, knajpy z brzydkimi lamperiami, w których zatrzymał się czas i sklep mięsny na rogu Moszkva tér i Dékán utca z idealnie wysmażoną hurką, wyobrażenie raju, w którym wyznaje: „Chciałbym, aby ten sklep istniał wiecznie – oto mój skromny pomysł na nieśmiertelność. Czas się nie wypełnia, nie mija, śmierć nie nadchodzi, ja wchodzę do sklepu na rogu Dékán i Moszkva, zamawiam hurkę z musztardą, papryką, korniszonem i chlebem, i trwam. Nie wiadomo, który jest rok, nie trzeba o tym myśleć, nie należy się nigdzie spieszyć, przyszłość nie ma najmniejszego znaczenia, niech autobus czterdzieści dziewięć przejeżdża za oknem nieustannie. Jeśli jednak któregoś dnia ten sklep mięsny zniknie, to teraz pisząc o nim, chciałbym go ocalić od zapomnienia”. To jest książka napisana przeciwko znikaniu, którego jest coraz więcej, także w Budapeszcie, w mieście przeszłości, przypominającym zasuszony bukiet w wazonie, z którego wyparowała woda. Ale pisze też o rzeczach, które mu się nie podobają, wzbudzając jednocześnie rodzaj chorobliwej fascynacji, jak najbrzydszy w Budapeszcie plac Moszkva tér, ulica Váci, Dolina Pięknej Panny z winnicami dla turystów, czy kopia Santorini nad Balatonem. Jest przekonany o tym, że bycie Węgrem jest rodzajem przekleństwa, z którego zdaje dokładną relację, choć pewnie każda podobna temu, malownicza przynależność jest przekleństwem, o którym warto napisać.

No i podoba mi się też to, że Varga pisze tyle o węgierskim kinie...


niedziela, 08 czerwca 2008
myślący pies

Rozbawił mnie tekst we wczorajszej Gazecie Wyborczej:

"Historię Donnie'ego, psiego "geniusza" z amerykańskiego stanu Maryland opisano po raz pierwszy po koniec grudnia 2007 w "Ann Arbor News" na dzień przed emisją na popularno-naukowym kanale telewizyjnym National Geographic Channel poświęconego mu filmu dokumentalnego.

Ann Arbor jest siedzibą znanej uczelni University of Michigan, na której badania swe prowadzi m.in. ekolog behawioralny (w tłumaczeniu na język potoczny psycholog zwierząt) Barbara Smuts. Jakiś czas temu do prof. Smuts zadzwoniła właścicielka dobermana pinczera z nieprawdopodobną opowieścią. Twierdziła, że jej Donnie, który jak wiele amerykańskich psów wiedzie komfortowe życie mieszkańca przedmieść - mając do swej dyspozycji ogromny ogród i około 80 pluszowych zabawek - zabawia się w ogródku, układając z owych zabawek geometryczne figury, kręgi, trójkąty lub równoległe linie.

Smuts wykrzyknęła z niedowierzaniem: - Chyba mu pani pomaga. Albo sąsiedzi stroją sobie z pani żarty! Dopiero wobec stanowczości swej rozmówczyni zdecydowała się polecieć do Marylandu i osobiście przyjrzeć dziwnemu zwierzęciu.

Smuts to badaczka zachowań psów, delfinów i szympansów. W przypadku psów bardziej interesują ją ich relacje z innymi psami niż z ludźmi. Przez wiele lat, obserwując psy bawiące się na jej podwórku, Smuts opracowała "słownik ich języka ciała" pozwalający rozpoznać intencje i stan ducha psa na podstawie jego zachowania.

Wizyty w Marylandzie przekonały ją, że Donnie nie korzysta z niczyjej pomocy przy konstrukcji swych "instalacji". Początkowo pies był zbyt zainteresowany nowym gościem, by od razu zabrać się do twórczej pracy i Smuts zdecydowała się zainstalować w obejściu kilka kamer telewizyjnych, które będą rejestrować twórczą działalność Donniego bez odwracania jego uwagi. Po kilku dniach miała dość nagrań, by wyzbyć się wszelkich wątpliwości.

Donnie nie miał "szczęśliwego szczenięctwa", ponieważ zanim trafił do swego domu w Marylandzie, spędził półtora roku w klatce w sklepie sprzedającym zwierzęta. Miał dużo czasu na rozmyślania i stał się szczeniakiem bardzo refleksyjnym. Kiedy wreszcie znalazł się w miłym środowisku, w którym okazywano mu sympatię, przez długi czas nie dowierzał zmianie swego losu i nie pozwalał się nikomu pogłaskać. W końcu odprężył się, przełamał psychiczne zahamowania i zgodził na okazaną mu przez nową właścicielkę czułość.

W dniu kiedy po raz pierwszy udało jej się go uściskać, znalazła na trawniku parę obejmujących się czule zabawek - pluszową małpkę w objęciach pluszowej ośmiornicy. Początkowo uznała to za przypadek, ale później wielokrotnie obserwowała Donniego, kiedy komponował ze swych pluszaków "sceny towarzyskie". Czasem były to dwie żabki otaczające pieska, czasem czwórka trzymających się za ręce zwierzątek rozmaitych gatunków.

Naukowcy są zbyt ostrożni, by na podstawie jednego przypadku konstruować śmiałe hipotezy, i prof. Smuts kilka miesięcy temu zwróciła się z publicznym apelem do właścicieli psów, by dali jej znać, jeśli wiedzą o jakimś innym czworonogu zachowującym się podobnie do Donniego. Na wyniki tego apelu musimy jeszcze poczekać".

Krzysztof Szymborski Na psi rozum” >>>>


(do kliknięcia)

Czuję, że od wczoraj R ma mi za złe, że nie dysponuje 80-cioma pluszakami, by układać z nich do woli sceny towarzystkie, a jedynie dwoma patykami i gałęzią, którą sam sobie przywlókł z lasu. Co z tego można ułożyć? Po rozgryzieniu na drobne chyba jedynie napis

h e l p...



piątek, 06 czerwca 2008
nieczystych realizmów ciąg dalszy


Pingyao, marzec 2007

Nie wiem, jak to jest być we dwie. Taka siostrzana podwójność u progu życia musi być i łatwiejsza i trudniejsza zarazem, od pojedynczości. W podwójności można się schować, można się na różne sposoby z niej wychylać, wypróbowywać. A i tak podwójność, wychylona w tę czy w tamtą stronę, będzie postrzegana jako jedność. Przynajmniej do pewnego czasu. W tej jedności cecha, dobitniej ujawniona, zostaje zaraz uzupełniona cechą o przeciwnym znaku. Tylko w ten intuicyjny sposób jedność w podwójności może utrzymać równowagę w tym dziwnym świecie, w jaki wkracza razem. Plus i minus zawsze obok siebie. Walka i komitywa. Wymiana ról.

Pojedynczość jest jakby na tym tle uboższa. Bardziej samodzielna, przynajmniej w teorii. Częściej zdolna się cofać, ale kiedy już zrobi krok w którąś ze stron, poniesie pełną odpowiedzialność, przyjmie jedyny w swoim rodzaju kształt. Wbrew stereotypom nie jest egoistyczna, jednak od początku uczy się własnej osobności i unikalności. Ta unikalność własna przenosi się na sposób widzenia świata, wartościowania jego elementów. Zawsze te unikalne i jedyne będą najwartościowsze. Albo: jedynie wartościowe będą te jedyne i unikalne. Relacje ze światem.

Ktoś powie, że w wielości i w powtarzalności również tkwi urok, no i jest go więcej, więcej radości, więc czemu nie?



Pingyao, marzec 2007


No, więc będzie o hiszpańskim „Duchu roju” (El espíritu de la colmena, 1973) Victora Erice'a. Jeżeli faktycznie – jak chce Merleau-Ponty – przedmioty mogą oplatać, to ja się czuję od wczoraj opleciona tym filmem jak siecią z małymi oczkami. Jego urodą, kolorem, delikatnością i powagą. Oglądając, myślałam, że kiedyś kino naprawdę było świętem. Szkoda, że dziś często pozostaje jedynie przyjemnością. Unikalne, jedyne w swoim rodzaju. Może właśnie tak. Kiedy po raz pierwszy w kadrze pojawiły się ule pełne pszczół, do domu wpadł bzyczący głośno, chyba pijany, bo ledwo trzymał się na nogach, bąk. Z dreszczem na plecach złapałam w szklankę i wyrzuciłam w piwonie ten prawie diegetyczny efekt specjalny.

W filmie jedną z głównych ról zagrała odkryta przez Erice'a, fenomenalna dziecięca muza kina hiszpańskiego tamtych lat – Ana Torrent, znana głównie z niepokojącego filmu Carlosa Saury „Nakarmić kruki” (Cría cuervos, 1976). W obu filmach granym przez siebie postaciom odstąpiła prawdziwe imię – Ana. Dziś jako dorosłą kobietę i aktorkę można ją zobaczyć w roli Katarzyny Aragońskiej w „Kochanicach króla” Justina Chadwicka, które wchodzą właśnie do kin. Nie wybieram się, ale może w jakimś trailerze mignie. U Erice'a Ana ma siedem lat, wielkie czarne oczy i jest dzieckiem, które dotyka tajemnicy.

Nie na niej jednak koniec. Drugą z pary, drugi biegun - siostrę Any, Isabel zagrała równie naturalnie i przekonująco Isabel Tellería. Niemal milczących, oddalonych od siebie rodziców – Teresa Gimpera (jako Teresa) i Fernando Fernán Gómez (jako Fernando). Ta zabawa z imionami... Akcja filmu rozgrywa się w 1940 roku (to rok urodzenia Erice'a), w autentycznej kastylijskiej wiosce, w której pewnie niewiele się zmieniło od tamtego czasu. W drugoplanowych rolach wystąpili naturszczycy. W jednej z pierwszych scen w stodole, służącej m.in. jako budynek kina, kiedy objazdowe kino dotrze do wioski, będzie można do woli napatrzeć się na te wszystkie nie ociosane wielkomiejską cywilizacją twarze. W filmie wystąpią także autentyczne zdjęcia aktorów z młodości, wyjęte z ich prywatnych albumów, wklejone do albumu z fotografiami rodziny Any i Isabel. A więc jednak realizm, jak najbardziej.

Ale dalej, jak chcą niektórzy, realizm będzie już magiczny. Nie ma to jednak nic wspólnego z zawartością kotła, którą upichcił Guillermo del Toro w „Labiryncie fauna”, bo przy okazji tego filmu wartości magiczno-realistyczne w kinie pojawiły się na językach. A skąd, a kysz! U Erice'a realistyczny świat przyjmuje magiczną postać, choć tylko w jednej scenie pojawia się duch - przeniesiony z kinowego ekranu Frankenstein, uosobienie śmierci. Ale zapomniałam o jeszcze jednym aktorze tego filmu, wcześniej nie wymienionym, to krajobraz. Płaski, pusty, jesienny, skąpany w brązach, z niebem przykrytym chmurami. I jeszcze precyzyjnie budowana przestrzeń – wielkie źródło magiczności. Kamienne, osypujące się domy we wsi, klepisko dróg, błoto, poprzecinane gdzie niegdzie strużkami wody. Jezuicka surowość domu, ocieplona drobiazgami – szyby w oknach są nieprzezroczyste, żółte, z szybkami jak plaster miodu, podłogi drewniane, wezgłowia łóżek mają fantazyjny kształt, a na szklance z wodą zastyga tańcu, wygrawerowana w szkle panienka.

No więc do wsi przyjeżdża objazdowe kino z filmem o Frankensteinie. Odtąd obie dziewczynki, każda na swój sposób będą się chciały dowiedzieć czegoś o śmierci, bo w filmie z ręki potwora ginie dziecko. Ana, bez przerwy będzie myślała o duchu, o którym dla żartu opowie jej Isabel, pokazując opuszczony dom za wsią. Podczas zbierania grzybów Ana dowie się, że niektóre z nich są śmiertelnie trujące. Stanie na torach, zahipnotyzowana widokiem zbliżającego się, pędzącego pociągu. Isabel ją oszuka, udając martwą, a Ana uwierzy, że zabił ją potwór (choć wciąż nie poznała odpowiedzi na swoje pytanie – dlaczego zabił?). Isabel spróbuje udusić kota. Siostry będą się zbliżać do tajemnicy, ryzykując. Każda inaczej, z innego powodu. Isabel w szaleństwie zabawy, Ana, by wreszcie poczuć się kimś wyjątkowym, osobnym. Ana zacznie się wymykać do tej pory dominującej Isabel. W końcu znajdzie swojego ducha, przekroczy granicę, dowie się czegoś o śmierci. W roli ducha wystąpi zraniony w nogę żołnierz, uciekinier, ukrywający się przed Frankistami w opuszczonym domu. Ana zaoferuje mu swoją pomoc, przyniesie jedzenie i ubranie ojca. Nie zdąży go uratować, kryjówka zostanie odkryta, żołnierz zabity.

U starych, dobrych mistrzów z tamtych lat często się zdarza, że i treść jest ważka i sposób organizacji tej treści intrygujący, fabuła to nie jak dzisiaj pretekst dla wyrafinowanej formy, istnieje tu jakaś mistrzowska równowaga. Paradoksalna, jak w makijażu. Jakby i oczy i usta były pomalowane wyraziście (każdy wizażysta powie, że to błąd). A przy tym twarz nie przechodzi w maskę, można się zachwycić jej naturalnością, wydobytą w ten sposób prawdą, czytać z niej, można się w takiej twarzy zakochać. Film jak twarz wielokrotnie oglądana, a nie nudna, nie spowszedniała. Trudno go kadr po kadrze opowiedzieć, choć może i chciałoby się. Każdy jest wart opowiedzenia. Film do wielokrotnego oglądania.

Ojciec Any i Isabel zostanie wezwany na policję, przy zabitym znajdą przecież jego ubranie, buty i charakterystyczny zegarek z pozytywką. Ojciec domyśli się, że pomógł mu ktoś z rodziny, podczas porannego picia kawy wyjmie zegarek z kieszeni, obserwując reakcję dziewczynek. Potem spotka Anę w opuszczonym domu, w którym na ścianie znalazła ślady krwi. Dziewczynka ucieknie, nie wróci na noc do domu, zrozumie, co się stało. W tym filmie panuje cisza, wszystko dzieje się w obrazie, na twarzach aktorów, w ich gestach, jak to możliwe, że siedmioletnia Ana Torrent gra tak doskonale... Po obejrzeniu filmu Erice'a przychodzi ochota, żeby cofnąć się w czasie w poszukiwaniu takich ważnych, trudnych momentów w swoim dziedziństwie, które przecież nie było nigdy tak wyraźne i fotogeniczne, które z czasem się jakoś zapadło, więc ten powrót wydaje się prawie niemożliwy. Tym bardziej żal. Żal może też dzieciństwa tak magicznego, niepokojącego, trudnego, ale i pobudzającego wyobraźnie. A może dzieciństwo zawsze jest takie? Takie ważne. Nie pamiętam.




Ana Torrent, Isabel Tellería

środa, 04 czerwca 2008
piękna i straszna

Jestem ciekawa „Leonery” (2008), nowego filmu Pabla Trapero, pokazanego w tegorocznym canneńskim konkursie, historii kobiety, która odsiadując karę w więzieniu dla matek z dziećmi, za kratkami rodzi i wychowuje swojego syna. Czy Trapero podniósł się po ostatnich niepowodzeniach? Czy wpadł jeszcze głębiej w czarną dziurę, na skraju której znalazł się, realizujac Narodzonego i wychowanego” (Nacido y criado, 2006)? Czuję, że jak wielu nowych argentyńskich realistów jest ryzykantem. Podejmuje tematy stereotypowe, a potem na swój sposób próbuje temu stereotypowi uciec. Ucieczka powiodła się z całą pewnością w jego drugim filmie - El bonaerense” (2002).

W eseju „Autorzy rzeczywistości” (Nowe kino argentyńskie, Warszawa 2006) Diego Trerotola cytuje argentyńskiego reżysera Fernando Birriego: „W Argentynie ludzie mają zawsze z jednej strony wspaniałe uczucie posiadania kraju niezwykłego, gdzie wszystko może się zdarzyć, ale gdzie - z drugiej strony - także może zdarzyć się najgorsze. To połączenie Galeana i Carpentiera, który jako pierwszy ustalił wzorzec magicznego realizmu wLo maravilloso cotidiano”. Galeano dodał do niego 'przerażającą codzienność'. Kto nie uczyni wysiłku, by zrozumieć naszą rzeczywistość, z jej cudowną, ale zarazem przerażającą codziennością, które są faktem, będzie zawsze zdezorientowany”.

Pisząc o nowych realistach - Raúlu Perrone, Adriánie Israelu Caetano, Bruno Stagnaro, Lucrecii Martel, Pablu Trapero, Lisandro Alonso, Ulissesie Rossel, Rodrigo Moreno, Albertinie Carri, Inés de Oliveira Cézar – Trerotola podkreśla, że w bezpośredniej relacji z rzeczywistością twórcy realistycznego przewrotu lat 90. w swoich filmach opowiadali właśnie o tym, co cudowne i tym, co przerażające w społeczeństwie argentyńskim, ale bez odwoływania się do magicznych realizmów, czy latynoamerykańskiej nędzy. Źródłem nowego argentyńskiego realizmu (nie-czystego) jest nie tyle niezaangażowana obserwacja i opis, ile autorski sposób opowiadania i uczestnictwo. W konsekwencji przemieszane zostały wartości, kiedyś opozycyjne, reprezentowane przez formalizm i (czysty) realizm. Cytuję Trerotolę nie dlatego, że mi się jego tekst podoba, bo mi się nie podoba - dosyć topornie napisany (albo przetłumaczony) - w „rozważaniach ogólnych” daje jednak trafną analizę zjawiska nowego realizmu.

Pablo Trapero od debiutanckiego „Mundo grúa” (1999) pokazuje ów argentyński świat, jak chciał Birri, i cudowny i trudny. W skromnym czarno-białym debiucie cudowność przejawia się przede wszystkim w relacjach międzyludzkich, w codziennych rytuałach życia, w jego porządku, w drobnych przyjemnościach. Trudna jest samotność głównego bohatera El Rulo, kiedy tych drobiazgów zostanie pozbawiony, szukając pracy na Południu, trudna jest jego walka o zachowanie godności w rzeczywistości, która chce go odrzucić. Trudne jest napięcie. Trapero buduje je mimochodem, nadmuchuje jak balon ciągłe przeczucie katastrofy, która nie następuje, ale lęk – obudzony nawet bardziej w widzu, niż w świadomości samej postaci – to wielka niewygoda. W „El bonaerense” argentyński świat jest i cudowniejszy i bardziej przerażający.

Bohater filmu, 32-letni Zapa mieszka w rodzinnym miasteczku gdzieś w argentyńskim interiorze, pracuje w warsztacie, jest ślusarzem, świetnie radzi sobie z otwieraniem zamkniętych zamków. Kiedyś szef zleca mu otwarcie sejfu, za które trafi do lokalnego aresztu. Wyciągnie go stamtąd wuj, wyśle do Buenos Aires do swoich przyjaciół. Dzięki protekcji Zapa zostanie zatrudniony na posterunku policji w peryferyjnej dzielnicy, skończy policyjny kurs, zostanie gliniarzem, el bonaerense.

Choć to zabrzmi dosyć patetycznie, Zapa jest jak Argentyna, własnie taki. Biedny jak mysz kościelna, przywiązany do rodziny, do miejsca, w którym żyje, pogodzony z losem. Wydaje się absolutnie bezwolny, przyjmuje to, co się wydarza bez słowa sprzeciwu. Obojętnie, czy to dobre czy złe zdarzenia, bolesne czy szczęśliwe. Potrafi doskonale dopasować się do świata, reagować na zmianę, dobrą albo złą, uczciwą czy nie, a jednocześnie zachować niewinność, która pozostaje w nim do końca. Właściwie to konformista, ale motorem jego działań jest chęć przetrwania, nie czerpie z życia zysków, oprócz tego jednego, żeby jakoś być. Sprzeciw Zapy, jeżeli już się pojawi w ekstremalnej sytuacji, jest niemy. Swoim milczeniem mówi – przeżyję, przeżyję ich wszystkich. W roli Zapy wystąpił Jorge Román (ostatnio widziałam go w „La León” Santiago Otheguy'a), nie wyobrażam sobie kogoś innego na jego miejscu. Dziwny facet, przypomina trochę własnego ducha. Charakterystyczna twarz prawie pozbawiona mimiki, mówi się o takiej - dobra, nieruchome spojrzenie pod czarnymi brwiami. Trapero pokazuje tę Argentynę pięknie.

Argentynę pokazuje słoneczną, ciepłą, rozżółconą. I te ciepłe kolory dotykają, oświetlają Zapę, nawet w nocy, kiedy wsiądzie do autobusu, by dotrzeć do Buenos Aires. I są z nim jeszcze przez chwilę, kiedy będzie szedł pogrążonymi we śnie ulicami i zdrzemnie się na ławce. Potem obetną mu włosy, założą błękitną koszulę, Buenos to białe miasto. Ale wielkomiejskości Trapero nie pokaże, jedynie street, samochody, jakieś zaułki, niewiarygodnie ciasne, poplątane wnętrze komisariatu, albo małej budki strażniczej, jakieś małe mieszkania, smutne korytarze i ludzi, na których patrzymy z Zapą jak na szaleńców, jakby w świecie nie było żadnej równowagi, jakby wszystko było odchylone od normy, choć realistyczne, żadnych sztuczek. Zapa na komisariacie zaczyna od sprzątacza, kończy karierę jako ściągający haracze, zaufany pomocnik komisarza. Komisarz bezwzględnie go wykorzysta, raniąc i odsyłając do domu. To potwierdzenie dla życiowej strategii Zapy. Świat jest naprawdę straszny, ale w końcu powrót oznacza szczęście w tym nieszczęściu, spokój, który jak wszystko ma swoją cenę. Być może dopiero wtedy, idąc drogą wzdłuż płaskich jak talerz pastwisk, Zapa pozwoli sobie na zdziwienie.




poniedziałek, 02 czerwca 2008
raport z peryferiów

w pełnym słońcu nawet różowe pęka



Kaszuby, now...