agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
piątek, 25 czerwca 2010
ale kiedy, kiedy?!


jeszcze w tym roku...

Ewa Rewers: Miasto w sztuce, sztuka miasta (Universitas)


środa, 23 czerwca 2010
śmierć dzikiego domu

Kiedy jestem w Orłowie, w tym miłym, zacisznym Orłowie, w jego części domowej, willowej, w gąszczu cichych, tonących w zieleni uliczek dla ludzi, którzy mieszkają tam od lat, a nie tylko chwilowo w swoich apartamentowcach z portierem, no więc kiedy tam jestem, tak swój spacer układam, żeby się spotkać z dzikim domem. Dziki dom odstaje od reszty swoją dzikością i dziwnością. Jest duży, stary, powleczony szarym tynkiem odpadającym tu i tam, nieco mroczny, ale przede wszystkim inny. Drzwi od frontu otwierają się wprost na masywne trzy kolumny, a właściwie centralnie na jedną, która te drzwi zasłania. Po bokach długie balkony wsparte są na jednej kolumnie, trochę to wszystko stoi na głowie, dalej narożnik ozdobiony jest wykuszem z małymi okienkami. Eklektyzm. Ten dom to jeden z pierwszych orłowskich pensjonatów, nazywał się Gryf, wybudowano go w 1930 roku na niemal pustej orłowskiej łące. Właściwie to był „domem architekta” i poety - Maksymiliana Zuske (1890 – 1939, pseudo Zdzierz).

Przez lata zrobiło się wokół niego gęsto. Planowaliśmy kiedyś z Dominikiem Lejmanem, który mieszkał nieopodal, że go na spółkę kupimy i zrobimy w nim pracownie dla artystów. Że go zachowamy takim pięknym jak jest, że go obronimy, ochronimy. No ale musielibyśmy chyba wygrać przedwojenną fortunę w totolotka. Nie wygraliśmy, wygrał ktoś i dom kupił i sprzedaje teraz apartamenty. Smutek i żal, bo dom zostanie „odnowiony”, wypudrowany, odmalowany, straci swój surowy dziki i dziwny klimat, czyli to, co nas w nim pociągało. Jesteśmy nienormalni? Nie podobają nam się ładne domki? To jest wielki problem, problem, który nas ciągle dotyka. No, nie podobają nam się.

Gryf na zdjęciach kiedyś i dziś >>

Gryf po nieudanej operacji na otwartym sercu >>


poniedziałek, 21 czerwca 2010
no ile można czekać?!

ciągle w zapowiedziach
(premiera w lipcu, okładka krytyczna dosyć)



fragment >>


niedziela, 13 czerwca 2010
ale to nie wszystko (album)

To oczywiście jeszcze nie był koniec, przy całej tej rozgrzewce emocjonalnej, którą zafundował Mekas kilkuosobowej grupie publiczności, wracającej każdego popołudnia do kina Ars Reduta. „Scenes from Life of Andy Warhol” (1990) – Warhol nie rozstający się ze swoim polaroidem, „Happy Birthday to John” (1990) – Lennon i Yoko Ono jedzący pierogi Maciunasa, „This Side of Paradise” (1999) – film poświęcony letnim wakacjom w nadmorskim Montauk i Lee, siostrze Jackie Kennedy, młodości, „Zefiro Torna: Scenes from the Life of George Maciunas” (1992) – umierający na raka Maciunas, założyciel Fluxusu, którego znał od czasów dzieciństwa, przejmujący portret delikatnego, twórczego człowieka, który stworzył też Soho, „Walden” (1969) - wszystko, „As I Was Moving Ahead Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty” (2000) – jeszcze więcej. (opuściłam „The Brig”). Złożone z zarejestrowanych realnych, „prawdziwych” chwil, trudne dla oka, abstrakcyjnie pulsujące, pełne rys, zepsucia, pełne koloru, szczególnie „Walden”, z piękną sekwencją zimowych wakacji w drewnianym domku, spędzonych z rodziną Stana Brakhage'a i z kucykami, to zobowiązuje. Afirmacja, powtarzam, najprostsze i pełne jakiejś tajemniczej aury momenty, jakaś miłość, kwiaty, twarze ludzi, miasta, koty, rogaliki w Marsylii, parkiet ze słonecznymi plamami, jakieś zabawne podróże jesienią do New Jersey z filmowcami z Niemiec, pokażcie nam, jak się robi amerykański film awangardowy. No dużo. Dużo poezji, którą trudno opowiedzieć, bo przecież to jest poezja bez rymów. Opowiedzieć wiersz? Pozostaje tylko może metafizyczne łaskotanie w okolicy żołądka.

Zaraz po „Lost, Lost, Lost” trzeba się było przenieść do sali czerwonej Kina pod Baranami i tam w ciepły sobotni wieczór (na rynku śpiewała Kora), obejrzałam „A Letter from Greenpoint” (2002), zdradę Bolexa, pierwszy film zrealizowany kamerą wideo. Kolejna trudność, bo jak się przestawić na płaski, smutny obraz z cyfrówki po tamtym wielowymiarowym, ziarnistym. Mekas w wywiadzie opowiadał kiedyś, że opanowanie Bolexa zajęło mu 15 lat. 15 lat i zaczął działać tak, jak tego chciał, dopasował się do ręki, głowy. Po cóż saksofonista jazzowy, który wreszcie posiadł swój instrument, miałby go zmieniać? Tylko dlatego, że wymyślono nowy? A jednak zmienił. Ale to nie wszystko.

Po pierwsze opuszcza mieszkanie w Soho. To jest bardzo długie ujęcie, kiedy staruszek trzyma kamerkę blisko siebie, a ona nieudolnie zapisuje jego wzruszenie, zupełnie niewidoczne. Ono jest w naszym oku, pamiętającym te wszystkie sceny pełne życia i światła. Bo przecież znamy każdy milimetr tego mieszkania z poprzednich filmów. Ono jest w jego nieprzerwanym przemierzaniu otwartej, pustej już przestrzeni loftu, od drzwi do okna, od okna, za którym nowojorska zima i oświetlone okna kamienic, wieczór, do drzwi. On chodzi w tę i z powrotem, trochę się śmieje, trochę jakby płacze, a z pewnością nie dowierza, mimo że dotyka, widzi, echo jego głosu rozchodzi się w pustce. Potem mieszka „na kartonach”, wychodzi z domu przy estakadzie w lodowate, ołowiane popołudnie, w sklepie kupuje gazety, ogórki, zjada obiad obserwując wiewiórkę, upija się winem z młodymi filmowcami, nie może spać, w środku nocy słucha radia, nie może spać, bo zachwyca go jakaś piosenka, jest sam, śpiewa sam do siebie. Trzęsącą się ręką Mekas rejestruje swoją starość, jest rozczarowany światem, nie znajduje w nim już ukojenia. Będzie kontynuował ten nastrój w projekcie „A Selection from 365” realizowanym w 2007 roku.

* * *

Mekas: „To były niewiarygodne czasy. Po co to wszystko filmowałem? Nie znam prawdziwej odpowiedzi. Myślę, że robiłem to, bo byłem bardzo wstydliwy. Kamera pozwalała mi uczestniczyć w życiu, które działo się tuż obok. Moje filmowe dzienniki nie są przy tym podobne do dzienników Anais Nin. Anais, którą znałem, cierpiała z powodu przeżyć psychicznych. W moim przypadku było odwrotnie, cokolwiek by to miało znaczyć. Mój Bolex chronił mnie, dając możliwość podglądania i skupienia się na rzeczach, które działy się tuż obok. Nadal nie uważam, że moje filmy opowiadają o innych albo o tym, co widziałem; są o mnie samym, są rozmową z samym sobą.

(...)

Mam teorię mówiącą o pojawieniu się form pamiętnikarskich po drugiej wojnie światowej. Wszyscy jesteśmy już zmęczeni zmyślonymi historiami. Okropieństwo lat 1933 – 1944 zniszczyło nasze historie albo, jak mówi Adorno, poezję. Wszystko, co powinniśmy zrobić to powrócić do rzeczywistości, do życia, które toczy się tuż obok, spróbować zrozumieć, co jest prawdziwego w naszej własnej historii. Wszystko inne wydaje się bez sensu, wydaje się ucieczką od życia. Oto dlaczego wybrałem formę dziennika. Moja własna historia była nawet jeszcze bardziej skomplikowana przez fakt, że wkrótce po przybyciu do Nowego Jorku zaangażowałem się mocno w wiele przedsięwzięć awangardowego, niezależnego filmu i zostawiłem sobie niewiele czasu na własne działania. Dziennik wydaje się wymarzoną formą w sytuacji, kiedy brakuje ci czasu. Robisz po prostu krótkie notatki, to wszystko. I tak właśnie robiłem”.



pierwszy polaroid

cdn.
sobota, 12 czerwca 2010
równość ponad podziałami

Dziś w Babilonie (tvn24) gościem programu była m.in. żona kandydata na prezydenta Janusza Korwina-Mikkego - Małgorzata, matka sześciorga dzieci, gospodyni domowa. Zgodziła się z poglądami męża, że feministki to nie kobiety. Na pytanie Magdaleny Środy: czy wobec tego ja według pani nie jestem kobietą? - odpowiedziała (cytuję z pamięci): Nie znam pani na tyle dobrze, żeby się wypowiadać w tej kwestii. Natomiast Monika Płatek, wymachując konstytucją, pogratulowała pani Małgorzacie: Pani mąż jest prawdziwym feministą - opowiada się za równością kobiet i mężczyzn wobec prawa, co jest zapisane w konstytucji. O nie, nie! niemal krzyczała do mikrofonu pani Małgorzata, prostując: Mój mąż nie jest feministą, jest mężczyzną, pani się myli! Wyjaśniła też, że równość kobiet i mężczyzn polega na tym, że mają możliwość spełniania się w przypisanych swojej płci rolach. 
Obecnym w studiu kobietom oczy otwierały się coraz szerzej.  

Tagi: babilon
18:35, pravdan , kobiety
Link Komentarze (8) »
wtorek, 08 czerwca 2010
znaki na niebie i na ziemi

Rozbawił mnie artykuł we wczorajszej GW, cytujący tekst o. Stanisława Tomonia ze strony internetowej biura prasowego Jasnej Góry na temat tajemniczych samolotów, latających w polskiej przestrzeni powietrznej, pozostawiających podejrzane smugi niekondensacyjne, które – kto wie – czy nie powodują wzmożonych opadów deszczu, a od deszczu do powodzi droga krótka. Takie fakty już w historii państwa polskiego przecież zaistniały, że wspomnę stonkę, zrzucaną na polskie pola przez imperialistów. Trzeba tym zainteresować opinię publiczną, rząd powinien odpowiedzieć na kilka dociekliwych pytań.

Pytania z Jasnej Góry. Czy powodzie w Polsce powodują tajemnicze samoloty? >>

Na odpowiedź eksperta od chmur nie czekaliśmy zbyt długo.

Uff...

Profesor do zakonnika: Nikt nie bruździ na polskim niebie >>



poniedziałek, 07 czerwca 2010
Kobieta z wody i miodu

Dzisiejsza GW:

"Ponad 80 tys. pielgrzymów przyjechało w sobotę na XV Ogólnopolskie Spotkanie Młodych na Lednicy. 

Przyjechali z Polski, Czech, Francji, Portugalii, Białorusi, Ukrainy. Czuwanie modlitewne odbywało się pod hasłem "Kobieta - dar i tajemnica". Ojcowie dominikanie żartowali, że to nowoczesna promocja kobiety w polskim kościele. (...)

Przy wejściu rozdawano słoiki z miodem. - Kobieta jest słodka jak miód. Cóż lepiej może wyrazić istotę, słodycz i misterium kobiety niż właśnie miód z polskiej pasieki? - wyjaśniał pomysł o. Jan Góra, twórca lednickich spotkań. Miód wręczano tylko mężczyznom.

Młodzi przez cały dzień modlili się, śpiewali, tańczyli, a także oklaskiwali skoczków spadochronowych, którzy - jak zapowiedział o. Jan Góra - skoczyli, żeby uczcić pamięć ofiar pod Smoleńskiem. Na zakończenie spotkania wszyscy przeszli przez bramę w kształcie ryby".

Lednica, miód i tajemnica kobiet >>


(to jest czysty zbieg okoliczności, że nie cierpię miodu)



sobota, 05 czerwca 2010
Byliśmy pijani przyjaźnią w Vermont... (album)


Ostatnio ustaliłam, że jak dotąd największym, nie do zniesienia arcydziełem filmowania jest "Kiedy szedłem przed siebie, widziałem króciutkie mgnienia piękna" (2000). Dziś Jonas Mekas wprawił mnie w wielką, wielką, wielką konsternację. Jego "Lost, Lost, Lost" (1976) jest arcydziełem jeszcze większym, zupełnie nie wiem, jak sobie z jego zniesieniem poradzić.

Mekas ponownie sięga wstecz, z perspektywy lat 70. opowiadając swoją najwcześniejszą nowojorską historię, począwszy od późnych lat 40., kiedy z bratem Adolfasem wyszedł na nowojorski brzeg. Wcześniej chcieli jechać do Izraela, sądząc, że tak młode państwo potrzebuje artystów. Niestety limit Litwinów, mogących wejść na statek do Izraela się wyczerpał, a limit Litwinów mogących wejść na statek do Ameryki - nie (byli wtedy w obozie przejściowym w Monachium). Pierwsze co zrobili po przyjeździe, to kupili za pożyczone pieniądze Bolexa. I tak już zostało. Zostali z Bolexem na Brooklynie.

Nasz nieśmiały, osamotniony (nigdy tak samotny jak wtedy) protagonista spędzał czas na ulicach miasta, więc proszę sobie wyobrazić oczywiście czarno-biały Nowy Jork w latach 50. Proszę sobie dalej wyobrażać: protagonista wyglądał jak połączenie Harveya Keitela z Piotrem Fronczewskim, był bardzo chudy, ponieważ żywił się tylko kiepskimi kanapkami i paskudną, psującą mu żołądek kawą. Ale to nic, filmował i pisał (na maszynie, nie mogąc już utrzymać ołówka w stwardniałych od pracy w fabryce palcach), ponieważ obaj z Adolfasem postanowili zostać pisarzami. Jonas został poetą.

Filmował życie Litwinów w Nowym Jorku, ich śluby, chrzciny, emigranckie spotkania, demonstracje w sprawie wyzwolenia Litwy, ich amerykańskie wakacje, które - mieli nadzieję - niebawem się skończą i będą mogli powrócić do swoich domów, a potem filmował ich utratę złudzeń.

Tymczasem porzucił sentymenty i został Orfeuszem. Nie oglądając się już wstecz, zaczął nowe życie w Kooperatywie. Razem z innymi młodymi ludźmi dołączył do mnichów w klasztorze kina. Poprawiał swoje oko, trenował swoje oko, jeździł na wycieczki, w lecie - do Vermont, przyjaźnił się, założył alternatywną rodzinę, nigdy nie czuł się już samotny.

Wzruszył mnie. Szczęście to piękno - było tam wiele pięknych zdjęć, wiele mistrzowskich chwil. Wiele radości, mało rozpaczy, trochę smutku i pijaństwa. Byliśmy pijani latem, przyjaźnią, wiatrem, jesienią, wieczorami, rzeką, dzieciństwem, śniegiem - powtarzał. Śnieg to błoto z Lourdes.


  

 cdn.

piątek, 04 czerwca 2010
Tymczasem na obrzeżach miasta... (album)


To było ostatnie takie ćwiczenie mijającego tysiąclecia. Mekas, zwykle po północy, siadał w małym pokoiku montażowym w swoim ulubionym mieście, które już spało i sklejał, sklejał, sklejał... Skleił dwadzieścia kilka lat w 320 minut, minuty podzielił na rozdziały. To nie jest film – mówił – a ja nie jestem filmowcem, mam tylko obsesję na punkcie filmowania, filmowanie mnie zachwyca jak nic innego. Po co robić filmy, skoro można filmować? Filmowanie Mekasa jest czystą afirmacją życia. Nie pamiętam już, czym mnie tak zachwyciło bez mała dekadę temu. Teraz jego efektu nie oglądam już tak niewinnie.

Ale nadal wchodzę razem z Mekasem do małego pokoiku montażowego w jego ulubionym mieście i z niecierpliwością czekam, aż się odezwie. Aż zaśpiewa tym swoim dziwnym, śpiewnym głosem, aż lekki uśmiech zniekształci jego słowa. Kino jest niewinne – powie – to ludzie nie są niewinni, nie są niewinni. I tak się dzisiaj czuję. Dziś jestem przygnębiona tym brakiem.

No więc nawet jeżeli nie mogę filmować (nie mogę?), postanawiam więcej patrzeć, więcej być, tu i teraz. Stworzyć arcydzieło niczego. Jak Mekas. Zawsze szukamy bardzo ważnych rzeczy, a tu nic nie ma, nic się nie dzieje, ciągle więcej tego samego.




cdn.

20:03, pravdan , album
Link Komentarze (1) »