agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
niedziela, 29 lipca 2007
(7.MFF ENH) Szóstka


Lekką ręką rozdaję w tym roku konkursowe piątki, ciężką - szóstki. Ale dzisiaj... był ten dzień. Obejrzałam austriacki “Import Export” autora głośnych “Upałów” - Ulricha Seidla i po raz pierwszy w tegorocznym konkursie postawiłam szóstkę.

Obie historie, które toczą się równolegle i właściwie w warstwie fabularnej nie przenikają się, są dosyć banalne. Jednak chłód, z jakim Seidl pozwala im spokojnie się rozwijać, przenika na wskroś. Ten charakterystyczny dla niego brak skrupułów w pokazywaniu ludzkiej małości, budowanie sytuacji, w których człowiek pozbawiony zostaje godności – naprawdę boli. Seidl pozbawia złudzeń swoich młodych bohaterów, a są nimi ukraińska pielęgniarka, która wyjedzie do pracy w Austrii i chłopak, który trafi na Ukrainę, do jej rodzinnego miasta, ale nie niszczy, tkwiącej w nich zwykłej przyzwoitości, która – mówi reżyser – jest dzisiaj towarem prawdziwie deficytowym. Dlatego finał obu wątków wydaje się pozytywny, choć nie spektakularny.

Obraz współczesnej Ukrainy jest tylko pozornie przeciwieństwem obrazu współczesnej Austrii, oba te miejsca są dosyć piekielnym pomysłem na życie. Olga mieszka w typowym wschodnioeuropejskim blokowisku, zimowa aura dodaje mu surowości. Mieszka z matką i ze swoim małym dzieckiem w mieszkaniu z odpadającymi tapetami, bez bieżącej wody, jak w jakimś squocie, pracuje w szpitalu na oddziale noworodków, zarabiając grosze. Próbuje dorabiać w seks-video-telefonie, ale nie daje rady, nie potrafi dobrze spełnić wymagań klientów. Wreszcie dawna przyjaciółka załatwia jej pracę w Austrii. Ten obsesyjnie uporządkowany kraj wydaje się Mekką dla sprzątaczek. I rzeczywiście Olga nie ma kłopotu ze zdobyciem zajęcia, choć ciągle zmienia pracodawców. Do konfliktów dochodzi wtedy, gdy zdarzy jej się - na przekór zimie - ogrzać nieco atmosferę wzajemnych relacji. Tak będzie w jednym z prywatnych domów, gdzie najpierw nauczy się, jak czyścić zęby wypchanym lisom, potem zaprzyjaźni się z dziećmi właścicieli, dlatego będzie musiała odejść bez słowa wyjaśnienia. Wreszcie znajdzie stałą pracę w domu starców. Jednak mimo swoich kwalifikacji będzie tam tylko sprzątaczką.

U Seidla podoba mi się to, że mimo powagi unika fajerwerków. Pokazuje zwykłe, codzienne sytuacje i to one właśnie w jego filmach pracują na wrażenie absurdalności. Pokazuje staruszków w ich łóżkach, personel, spełniający swoje obowiązki zgodnie z regulaminem. Nic wielkiego. Kiedy Olga zechce komuś pomóc, zostanie upomniana, że to nie należy do jej obowiązków. W nowej pracy mężczyźni będą się nią interesować, kobiety ją znienawidzą. Znajdzie sprzyjającego sobie pielęgniarza i zazdrosną pielęgniarkę, która w chwili utraty kontroli po prostu się na nią “rzuci z pazurami”. Zaprzyjaźni się ze staruszkiem, gotowym z nią zamieszkać i ożenić się, by mogła zostać w Austrii. Pytanie tylko, czy Olga zechce pozostać, czy ma inne wyjście.

Młody Pauli, bohater drugiej historii bierze udział w szkoleniu na ochroniarza, jego trener posługuje się prawdziwie faszystowskimi metodami. Sprawność fizyczna nie uchroni chłopaka od przemocy i upokorzenia, jakiego dozna w pracy. Ochraniając centrum handlowe, zostanie zaatakowany przez grupę wyrostków i jako ofiara napadu pracę straci. Pauli jest jak wulkan tuż przed erupcją, nie ma pojęcia co zrobić ze swoim życiem, nie wie, w którą stronę pójść. Zagłusza myśli, boksując. Wciąż zadłużony, żeby zdobyć trochę grosza, jedzie ze swoim ojczymem na Wschód, do Słowacji, na Ukrainę, ustawiać po miasteczkach flipery. Przejeżdżają przez cygańskie osiedla, wreszcie trafiają do hotelu, w którym rozrywkowy ojczym Pauliego zechce się zabawić, udowodnić chłopakowi, którego uważa za mięczaka z zasadami, jaka jest siła pieniądza. Pozwoli sobie na wiele. W końcu Pauli od niego ucieknie, weźmie torbę z rzeczami i ruszy na Wschód w poszukiwaniu jakiegoś sensu.

Może Olga i Pauli powinni się spotkać, może znaleźliby w sobie coś bliskiego, wspólnego. Jednak dryfują wciąż po przeciwnych stronach barykady, mimo, że są tak do siebie podobni, dlatego, że są tak różni. Próbują się dopasować do świata, a zostają sobą. Każde z nich wyraża to na swój sposób w jedynych chyba scenach o nieco wyższej niż reszta amplitudzie: Olga - kiedy potajemnie dzwoni do rodzinnego domu ze szpitalnego telefonu i śpiewa swojemu dziecku zamiast kołysanki słynny stary szlagier “Serce” i głos jej z tęsknoty cichnie, cichnie, aż traci go zupełnie, Pauli - kiedy tańczy sam na parkiecie hotelowej knajpy gdzieś w środku nocy i w środku Ukrainy, w rytm jakiegoś dyskotekowego rosyjskiego przeboju, wygląda pięknie i śmiesznie zarazem w tych okolicznościach, jak przybysz z innego czasu, pozostawiony samemu sobie. Może właśnie wtedy podejmuje decyzję, by odejść.



"Import Export"




sobota, 28 lipca 2007
(7.MFF ENH) wstrząśnięci światem


Nie może dziwić, że film Jonasa Mekasa “Kiedy szedłem przed siebie, widziałem króciutkie mgnienia piękna” (As I was Moving Ahed Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty, 2000) robi wrażenie, a nawet potrafi wstrząsnąć, a nawet zmienia czyjeś życie, inspiruje, zachwyca. Każdy, kto oglądał ten film podczas pierwszej edycji Festiwalu (wtedy jeszcze) Nowe Horyzonty w Sanoku, w kinie Pokój, powodowany był prawdziwą miłością do kina – film trwał 5 godzin, a nieklimatyzowane stare kino roztapiało się jak kostka lodu w letnich bieszczadzkich upałach. To było pod każdym względem niezwykłe przeżycie. Swoiste katharsis. Jestem pewna, że Amerykanka i dokumentalistka Sarah Payton widziała go w lepszych warunkach. Czy to coś zmienia? W przypadku tego filmu chyba nie.

Wstrząśnięta “Kiedy szedłem przed siebie...” - celuloidowym pamiętnikiem, kolażem obrazów, myśli, fragmentów wyjętych z życia nowojorskiej bohemy, efektu nieustannego filmowania świata, na jakie Mekas zapadł po przyjeździe do Ameryki z rodzinnej Litwy - razem z Chrisem Teerink postanowiła nakręcić dokument o Mekasie. Oczywiście nie mógł być to film klasyczny, dlatego właściwie bez konkretnego pomysłu, czy scenariusza Sarah i Chris pojechali do Nowego Jorku (na co dzień pracują w Amsterdamie) odwiedzić Mekasa w miejscu pracy, słynnym archiwum z filmami amerykańskiej awangardy. Spędzili tam 6 tygodni, zaprzyjaźnili się z Mekasem i jego współpracownikami, nagrali wielogodzinny materiał filmowy i w skupieniu usiedli przy stole montażowym, by stworzyć z tego “W cieniu światła” – zupełnie jak Mekas. Z tej składanki dyskusji, opowieści, sytuacji oficjalnych i nieoficjalnych, wizyt, wystaw, projekcji, poszukiwań, wspólnej pracy, rozmów telefonicznych, spotkań z przyjaciółmi przy winie, powstał portret ściśle ze sobą związanych, na zawsze do siebie przypisanych: miejsca i człowieka.

Niewielki budynek archiwum, filmowany zimą w lekko prószącym śniegu, jest niczym worek bez dna, albo czarna dziura, która potrafi zmieścić absolutnie wszystkie dowody artystycznej działalności ludzi, kochających kino. Wewnątrz piętrzą się szpule ze starymi filmami, kartony z pamiątkami, stosy książek, notatek, magazynów, całe wielkie archiwum magazynu filmowego Film Culture, założonego m.in. przez Mekasa, który w sposób poważny traktował kino, jako sztukę. A między tym wszystkim poruszają się ludzie, termity w kopcu owej sztuki. Mekas zajmuje w nim pozycję niekoronowanego króla i robi wszystko, żeby nim nie być. Wspaniała atmosfera przenika mury, promieniuje ciepłem. Właśnie przyjechał z Włoch student, który poszukuje materiałów do swojej pracy dyplomowej, zostanie otoczony opieką, Mekas odpowie na każde jego pytanie, a on nie będzie się wahał, żeby je zadać. Zwiedzi archiwa i będzie oszołomiony, zostanie w rodzinie, nie zapomni tego pobytu w Stanach. Mekas w swoim kapeluszu, karmiący ulubioną kotkę Maxi. Mekas i joga gazetowa, czyli kartkowanie gazet, które oczyszcza umysł z wszelkich myśli, przygotowując go do poważniejszych zadań. Mekas - delikatny staruszek grubo po 80-tce, niemal ciągle uśmiechnięty, skory do żartów oprowadza po Anthology. Kiedy jako młody mężczyzna patrzy wprost w obiektyw Bolexa (jeden Bolex starczał na 10 lat) ta delikatność w jego spojrzeniu jest tak samo intensywna. Jej odbicie przeniesione na taśmę zamienia się w poezję. Właściwie zbędnym zdaje się pytanie o piękno, czym jest, jak je rozpoznać. Ono jest i jest prawdziwe, przegląda się w oczach Mekasa.

Jonas Mekas

Dlatego nie zaskakuje obecność w nowohoryzontowym konkursie innego filmu-dziennika - izraelskiego “Potosi: czas podróży” Rona Havilio. To bardzo ciekawy film, bardzo odważny – jest autobiograficznym dokumentem i trwa cztery godziny. Ale siła “Potosi...” jest ukryta. Akt odwagi, jakim stał się ten film – nieoczywisty, przesłonięty atrakcją. Atrakcją jest tu Boliwia, przesłania sugestywnie, nie można od niej oderwać oczu.

Reżyser zaangażował w realizację filmu całą swoją rodzinę i o niej jej rękami postanowił opowiedzieć. Dwudziestoletni Ron i jego żona Jacqueline poznali się w Jerozolimie, rodzinnym mieście Rona, a pobrali w latach 70. w Buenos Aires, dokąd rodzina Jacqueline wyemigrowała z Paryża, a wcześniej z Polski. Po ślubie wyruszyli w wielką podróż poślubną po Ameryce, a ich celem miało być Cuzco. Zatrzymali się jednak w Potosi, dawnej metropolii, która słynęła z bogatych złóż srebra. To miejsce nimi wstrząsnęło, absolutnie nimi zawładnęło. Z podróży przywieźli setki czarno-białych zdjęć i wrażenie, że ich życie zostało tym doświadczeniem przemienione, że znalazło się w innym niż dotychczas punkcie. Po 30 latach postanowili tę podróż powtórzyć, tym razem zabierając ze sobą swoje dorosłe już, dwudziestoletnie córki. Trasa podróży jest niemal taka sama, wypełniona wspomnieniami i fotografiami, dawnymi uczuciami, które przypomina prowadzony przez młodą Jacqueline dziennik. Fotografie, a często fotograficzne reportaże są doskonałe, miejsca surowe i fascynujące, a ludzie piękni w sposób jedyny w swoim rodzaju, piękni, smutni i biedni jak muzyka, która im towarzyszy. Celem drugiej podróży do Potosi jest odnalezienie znaczenia, wyjaśnienia historii, które zostały zatrzymane na fotografiach, ludzi, którzy w nich uczestniczyli, pokazanie córkom tego wszystkiego, co kiedyś tak dotknęło sobą ich rodziców.

Podróż pod wieloma względami nie jest łatwa. Choroba wysokościowa daje się we znaki, odzywają się rodzinne napięcia, dziecięce bunty. Trudno to wszystko opisać, bo jest dobrze ukryte. Kluczowym zdaje się wrażenie, że każdy z jego bohaterów jest – mimo wzajemnej miłości, która przenika każdy kadr – tak bardzo osobną wyspą. Niektórzy niepotrzebnie wciąż walczą o swój osobny status, zbyt młodzi, żeby zrozumieć, że to poczucie jeszcze im kiedyś zaciąży, że to wyważanie otwartych drzwi, inni – przerażeni nagłą konfrontacją z samymi sobą, są tak słabi, tak bezbronni, że - wydaje się – nie już ma dla nich ratunku. Dla każdego z podróżników ta podróż jest czymś w rodzaju rytu przejścia, choć u każdego ów proces przebiega inaczej. Nie wiem, jak Ronowi udało się namówić swoją rodzinę – żonę i trzy córki – na ten eksperyment, pretekstem była oczywiście Boliwia. I na niej skupia się większa część filmu – na folklorze, na historii, na biedzie, trudnych warunkach życia, w oddaleniu od świata, na swoistym wygnaniu, gdzie życie człowieka kończy się szybciej, niż mógłby się tego spodziewać i jest trudniejsze niż gdzie indziej. Ale dla mnie ten film jest jak rana, która powoli zastyga, wypełniony cierpieniem, które – być może – zainicjuje jakieś lepsze życie po powrocie, cierpieniem, które musi się wypełnić, rytualnym czasem, który musi zajść, pochłonąć nas i wypluć. Oby każda podróż była tak owocna.


czwartek, 26 lipca 2007
(7.MFF ENH) Daleko stąd

Do Wrocławia przyjeżdżam też po to, by oglądać odległe miejsca na Ziemi, Turcję, Gruzję, Chiny, argentyńską Patagonię, Boliwię, kino daje taką szansę, wywołuje iluzję podróżniczej przygody. Daleko stąd jest inaczej. Pod każdym względem. Inne krajobrazy otaczają innych ludzi, inaczej komunikujących się ze światem. Staram się ich zrozumieć na tyle, na ile pozwala mniej lub bardziej hermetyczna, artystyczna wizja.

Najprościej o takich różnicach opowiada niewielki film gruziński “Dziedzictwo” Temura Babulani i Geli Babulani. Jedna z bohaterek – Francuzka dostaje w spadku ruiny zamku gdzieś w samym środku Gruzji, jedzie tam wraz z przyjaciółmi. Podróż od samego początku nie zapowiada się spokojnie. W opanowanej przez mafię dawnej radzieckiej republice łatwo można stać się ofiarą kradzieży, oszustwa, czy wyłudzenia. Zagubieni, poturbowani Francuzi wraz z lokalnym tłumaczem wsiadają jednak do autobusu, gotowi na dwudniowy rajd po krętych gruzińskich drogach i na wszelkie egzotyczne atrakcje, które zamierzają sfilmować. Do autobusu wsiadają też dwaj mężczyźni, wiozący ze sobą trumnę. Młodszy, znający francuski wyjaśnia, że jadą do górskiej wioski, gdzie mieszka wrogi ich rodzinie klan, z którym walczą od lat. Zawieszenie broni może nastąpić jedynie wtedy, gdy rachunki zostaną wyrównane - gdy zginie ktoś z ich rodziny. Wytypowali najstarszego, teraz wnuk odwozi dziadka na miejsce kaźni, a trumna przeznaczona jest dla niego. Zaskoczeni barbarzyństwem Gruzinów, Francuzi postanawiają pojechać do wioski razem ze współtowarzyszami podróży, może pomóc, choć do końca nie wiadomo w czym, na pewno, żeby sfilmować ów tragiczny finał wendetty. Nie przypuszczają, że ich przypadkowa obecność tak wiele zmieni w życiu tych ludzi. Kiedy dziadek, pogodzony ze śmiercią, wejdzie na most, na którym ma zostać zastrzelony, dostaje zawału serca i umiera. Wystarczyłoby zatem, gdyby strzelec z opozycyjnego klanu ugodził kulą jego martwe ciało, ale ów nie może tego zrobić, bo wraz z wnukiem do ciała dobiegli Francuzi i... zasłonili je. Atmosfera zaczyna gęstnieć i w rezultacie zamiast dziadka zginie w akcie wendetty zdezorientowany wnuk, którego postrzelą podczas ucieczki. A że umowa nie została dotrzymana, a wnuk był zbyt młody, krwawa wendetta będzie trwać nadal.


"Dziedzictwo" reż. Temur Babulani i Gela Babulani

Zupełnie osobnym zjawiskiem w tym zestawie “dalekich filmów” jest chiński “Betelowy orzech”. Kiedy go oglądałam, przypomniałam sobie pewien wiosenny, pochmurny i dżdżysty dzień, kiedy wysiadłam z zadymionego autobusu pod murami Pingyao w północnej prowincji Shanxi. Mur z szarego kamienia, za którym rozsypywało się zabytkowe, turystyczne miasteczko, otaczało kręgiem miasto zewnętrzne, błotniste, jakby przysypane węglowym pyłem, który pokrywał całą okolicę. Weszłam w ulicę knajp i hoteli i z jednej z nich wypadło kilku młodych Chińczyków, na oko nastoletnich, lekko pijanych, z papierosami przyklejonymi w kącikach ust. Szli w grupie, wspierając się na ramionach kolegów. Pamiętam ich zaczepne spojrzenia, brak zdziwienia, lęku, dystansu, gotowość do skoku. Ta scena jak żywa stanęła mi przed oczami, kiedy oglądałam “Betelowy orzech” niezależnej reżyserki szóstego pokolenia Yang Heng, kiepski technicznie, prawdziwa chałupnicza robota (szczególnie dźwięk), ale – myślę - wart dwóch godzin, wyjętych z mojego europejskiego życia.

Sześciopokoleniowi reżyserzy chińscy to wielcy naturaliści. Świat na nich patrzy, a tę uwagę zawdzięczają Jia Zhang-ke, którego filmy odnoszą sukcesy na międzynarodowych festiwalach. U Yang Heng śledzimy z dokumentalną precyzją przygody dwóch młodych chłopców z Północy, mieszkających w prowincjonalnym mieście nad rzeką, zawierających swoje pierwsze przyjaźnie z dziewczynami, utrzymujących się z drobnych kradzieży. Radykalizm formalny - statyczne kadry, wątła fabuła, absolutnie żadnych atrakcji to cechy młodego kina chińskiego. Przy okazji zaś jest to kino w serii niby nic nie znaczących epizodów doskonale portretujące życie w tym kraju. Yang Heng – reżyserka i fotografka - każe przyglądać się szczupłym sylwetkom ludzi, pogubionych na tle rozległych, surowych krajobrazów. Młodzi bohaterowie w upalne dni odwiedzają kafejki internetowe o wymyślnych nazwach np.: “Chłodna bryza”, jeżdżą na zdezelowanych skuterach, żują betel, nieustannie palą papierosy, upijają się w barach karaoke, zewsząd dobiega charakterystyczny odgłos silników pyrkoczących ciężarówek, na zmianę z przebojami gwiazd chińskiego popu. Oto Chiny właśnie. Takie są. W kilku rozmowach, za pomocą kilku gestów, na jakie sobie pozwalają bohaterowie, w kilku sytuacjach, widać, jak bardzo jest to odległa od europejskiej kultura, jak trudno odczytać jej znaki, te codzienne, najbliższe. Zdaje się, że są one dla nas zupełnie nie do odczytania. Możemy się jedynie przyglądać i do nich przyzwyczajać, by jakoś poradzić sobie z obcością.

Podobne problemy pewnie mielibyśmy i na tureckiej prowincji, o której opowiada “Jajko” Semiha Kaplanoglu. Być może mieliby je sami Turcy z Istambułu. To – jak widać – palący problem tego kraju, ów wewnętrzny podział, którego źródłem jest historia, rozdarcie pomiędzy Europą a Azją, brak porozumienia. Znamy go dobrze z filmów Nuri Bilge Ceylana, przeniknął także do filmu Kaplanoglu. Bohaterem “Jajka” jest poeta, właściciel niewielkiego antykwariatu w Istambule, który dostaje wiadomość o śmierci matki. Jedzie do rodzinnego miasteczka na pogrzeb. Matka mieszkała z daleką krewną, która się nią opiekowała, młodziutką dziewczyną. Poeta odwiedza stare kąty, spotyka się z dawno nie widzianymi znajomymi, razem z nim przyglądamy się prowincjonalnej rzeczywistości, której nigdy nie lubił, nie akceptował, od której uciekł. Stary dom matki ma wysokie sufity, otacza go kamienny mur, każda roślina w doniczce upamiętnia zmarłego krewnego. Rano mały chłopiec rozwozi na swoim wózku mleko, mężczyzna na podwórku ręcznie skręca sznurek, na polach pasą się owce. Dziewczyna właśnie kończy szkołę i wybiera się na studia, będzie musiała wyjechać, zostawić zakochanego w niej chłopaka o ciemnym spojrzeniu. Ale ona – zdaje się – jest zakochana w poecie. Łączy ich jakaś więź, ujawniająca się w przebłyskach, w spojrzeniach, nieśmiałych codziennych gestach, w uwadze, jaką mu poświęca, w opiece, jaką go otacza, bardzo ciepła więź rodzinna, ale spod niej ulatnia się jak delikatny, ledwo wyczuwalny zapach coś więcej. Być może zmarła matka coś podejrzewała, coś planowała, może w tej intencji obiecała złożyć ofiarę z barana. Teraz obowiązek spełnienia obietnicy spada na jej syna. I chociaż ten się broni, nie jest religijny, obce mu są prowincjonalne zabobony i obrządki, kupi od pasterzy barana, zawiezie go do rytualnego miejsca i razem z dziewczyną złoży ofiarę, a oprawca zrobi krwawy znak na jego czole. Mimo, że poeta zmyje krew z czoła, ten symboliczny znak z nim zostanie. Ta cząstka przeszłości, związku z miejscem pochodzenia, naderwana nitka być może powinna zostać odbudowana w jego sercu. Nie wiadomo jak, za czyim pośrednictwem. Kaplanoglu mimo wyważenia, prostoty i realizmu przedstawienia pokazuje tę mistyczną więź. Kiedy poeta będzie wracał do Istambułu, zatrzyma się, by spojrzeć na pola, ginące w zapadającym zmierzchu. Pilnujący owiec wielki, biały pies nie pozwoli mu ruszyć się z miejsca, spędzi noc, leżąc w trawie i ponownie wróci do rodzinnego domu.


“Jajko” Semiha Kaplanoglu


poniedziałek, 23 lipca 2007
(7.MFF ENH) Tarr Béla bez kompromisu

Jaki jest Béla Tarr, wszyscy wiedzą. A przynajmniej ci, którzy z poświęceniem oglądali jego długie filmy podczas nowohoryzontowej retrospektywy w Cieszynie. Jaki jest Béla Tarr? Bezkompromisowy. To artysta bez względu na okoliczności i czas. Kto od razu nie zaakceptuje sposobu, w jaki kreuje swoje charakterystyczne światy, kto nie zatrzyma się, nie spowolni, nie ma tu szans na cokolwiek. “Człowiek z Londynu”, nowy film Tarra - jak poprzednie czarno-biały, pełen długich, powolnych ujęć, o niezwykłej dyscyplinie formalnej, wypełniony starociami, dryfującymi gdzieś poza czasem, w jakimś zapomnianym nadmorskim mieście, pełen dziwnych, udramatyzowanych ludzkich typów i ludzkich słabości – takich szans również nie daje.

Ale kiedy już się Tarra kocha, a ten afekt pojawia się znienacka, sprowokowany nie tyle jakimś ujęciem, twarzą, czy przygodą, ale hipnotyzującą atmosferą, która tak dalece odrywa od wszystkiego, co pozostawiliśmy za drzwiami kina, a jednocześnie niesie w sobie coś bliskiego, cokolwiek Tarr zrobi, odnajdziemy się w tym. “Człowiek z Londynu” jest opowieścią o stróżu, który nocą pilnuje portowego nabrzeża. Jest świadkiem szarpaniny pomiędzy dwoma mężczyznami. Z wysokości swojej oszklonej budki obserwuje, jak jeden z nich, trzymając w zaciśniętych dłoniach walizkę, wpada do wody i tonie, a drugi odchodzi z pustymi rękoma. Stróż wyławia walizkę, trupa pozostawiając w odmętach. Walizka wypełniona jest pieniędzmi. Kryminalna zagadka nie będzie się przed nami odsłaniać powoli, nie będzie nas uwodzić pytaniami, co dalej, kto zabił, kto za to poniesie karę, co się właściwie stało i dlaczego, bo nie o zagadkę tutaj chodzi. Prostego wyjaśnienia udzieli stary inspektor policji, opowiadając o tym, że pieniądze zostały skradzione właścicielowi kina, który właśnie finalizował jego sprzedaż, a ukradł je jeden z jego współpracowników, szamoczący się ze swoim wspólnikiem na nabrzeżu. Ale nie o zagadkę tutaj chodzi.

Stróż jest tylko człowiekiem, ani specjalnie złym, ani dobrym. Zaplątany w tę historię o chciwości, będzie się bał. Sparaliżowany strachem, będzie próbował z gestem odmienić życie najbliższych, wyrwać się z rutyny i bezsensu codzienności. Nie pozwoli córce pracować w sklepie, gdzie była źle traktowana, kupi jej upragniony kołnierz z lisiego futra. Wszystko na nic, zastygły przez lata w jednej pozycji niczym pomnik, los nie daje się odmienić łatwo, nawet za pomocą walizki pieniędzy. Walizka jest jedynie katalizatorem jakichkolwiek nowych myśli czy uczuć. W portowej knajpie jak zwykle pije się wódkę, gra w szachy, brzdąka na akordeonie. Starzy bywalcy wykonają dla nas taniec z kulą bilardową i krzesłem. Zadziwiające ludzkie figury. Miasto się kruszy, oplecione siateczką z rur. Ekspresjonistycznie oświetlone nocą, za dnia pod niebem zawsze zakrytym chmurami. Wąskie ulice, domy z odpadającym tynkiem, pustka wyciętych ze świata i zlepionych ze sobą ręką reżysera kawałków. Dramat niemal pozbawiony słów, tragedia, którą wyłowić możemy jedynie z oczu bohaterów zatoczy krąg, by powrócić na utarte tory.


niedziela, 22 lipca 2007
(7.MFF ENH) słodkie lata osiemdziesiąte czyli wczesny Hal Hartley

Mamy dziś drugi dzień. Odkąd projekcje filmów Hala Hartleya ruszyły pełną parą. A więc już dziś, drugiego dnia projekcji nie można się było dostać do kina. Jak widać poczta pantoflowa zadziałała bez zarzutu. Tu takie informacje rozchodzą się w try-mi-ga... Zarażeni na dobre ironiczną wizją Ameryki, w której rozsmakowali się, oglądając dwa pierwsze filmy niezależnego Nowojorczyka - “Niezwykłą prawdę” i “Zaufanie”, karnetowicze stali dziś w długiej kolejce, by zobaczyć “Prostych facetów”. W tłumie słychać było jęki: a może jednak, chociaż schody, wpuszczą, nie wpuszczą, co teraz, może lepiej kupić bilet (na projekcję wchodzi 70% karnetów, 30% biletów)... itede, itepe. Tłum mruczał, pocił się, rozpaczał, a wszystko na nic, choć będzie jeszcze szansa jutro, pojutrze etc. Wielka retrospektywa wielbiciela Godarda - Hala Hartleya, który jest specjalnym gościem festiwalu, trwa.


Adrienne Shelly (pośrodku) w "Zaufaniu"

Hartleyowskie lata osiemdziesiąte są więcej niż szalone. Kolorowe, różowe, podkreślone mocnym makijażem. Jego ówczesna muza – Adrienne Shelly – w obu filmach wcieliła się w rolę amerykańskiej nastolatki z problemami. Znajduje się u progu życia, bezskutecznie chcąc wybrać najodpowiedniejszą dla siebie rolę w rodzinie i społeczeństwie. Albo jest zbuntowaną egzystencjalistką, recytującą zimnowojenne opisy choroby popromiennej, albo jest w ciąży i wywołuje u swojego ojca śmiertelny zawał serca, by pokutować za to u boku nie mniej szalonej matki. Adrienne partnerują kolejni ulubieńcy Hartleya, podobni w typie, starsi od niej: Robert John Burke jako powracający z więzienia w rodzinne strony po odbytej karze za morderstwo, którego nie popełnił, Josh w “Niezwykłej prawdzie” i Martin Donovan jako maltretowany przez ojca Matthew w “Zaufaniu” (to pierwsza jego rola w filmie). Obaj są intelektualistami, w dodatku niezwykle utalentowanymi mechanikami, którzy mają za sobą raczej ciemną przeszłość, w opinii sąsiadów są niebezpieczni, a tak w ogóle raczej dobrzy i szczerzy. Muza, nieco nierozgarnięta, prócz urody dysponuje zaś spontanicznością i dobrym sercem oraz ognistym temperamentem, działającym jak lep na te wyposzczone pacholęta, zajęte silnikami albo innymi maszynami. Obie historie opowiadają o nagłym zetknięciu nie przystających zupełnie do siebie charakterów i są specyficzną wersją romantycznej komedii, która z kamienną twarzą dowcipkuje z przywar amerykańskiej klasy średniej, zamieszkującej przedmieścia Nowego Jorku. W obu filmach ważną rolę pełnią błyskotliwe, często absurdalne dialogi i zabawne w swojej wzmożonej przewidywalności zwroty akcji. To kino przekłuwa balon patosu, wypełniony ponadto rodzinnymi powinnościami, show-biznesem, tragediami, frazesami, prowincjonalnym smrodkiem, przesądami, nadzieją, przekłuwa go wielką igłą ironii i wdzięku, z jakim po ekranie poruszają się główni bohaterowie, za sprawą fantastycznych kreacji aktorskich i nie mniej silnych osobowości, które znalazły się i pozostały na dłużej w zespole Hartleya.



Martin Donovan w "Zaufaniu"

piątek, 20 lipca 2007
(7.MFF ENH) śmiertelne manewry czyli o filmach dla dorosłych

Powtarzamy tu, że bogata oferta festiwalowa stwarza sytuację, w której każdy ma swój festiwal, podobnie - każdy ma swój dzień. Dzisiejszy “rozkład zajęć” przy odrobinie szczęścia, dzięki wyćwiczonym przez lata w Sanoku, Cieszynie i Wrocławiu zdolnościom logistycznym, mógł okazać się dniem monotematycznym i dzięki temu absolutnie wyjątkowym.

Po obejrzeniu czterech filmów z dzisiejszego programu, nie miałam wątpliwości, że współczesne kino zastępuje nam dziś religię, mitologię, że pozwala “utrzymać się w pionie”, mówiąc o rzeczach najważniejszych, najbliższych i że się z nimi zmaga w tak fenomenalnie różnorodny sposób. Zobaczyłam w kolejności: japoński “Las w żałobie” Naomi Kawase, rosyjską “Aleksandrę” Aleksandra Sokurowa, rumuńskie “4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni” Cristiana Mungiu i hiszpańską “Samotność” Jaime Rosalesa.

Na szczególne wyróżnienie w tym zestawie moim zdaniem zasłużył Sokurow, który – przy zachowaniu swojego rozpoznawalnego już stylu - odszedł od tak charakterystycznego dla siebie zagmatwania i niedopowiedzeń fabularnych w stronę prostej historii. Tytułowa Aleksandra jest babką młodego kapitana wojsk rosyjskich, walczących w Czeczenii. Po siedmiu latach niewidzenia przyjeżdża odwiedzić wnuka, stacjonującego w bazie na okupowanych terenach. Mimo, że mamy do czynienia z realistyczną scenerią, jak zwykle u Sokurowa jest ona tak przetworzona, że forma zdaje się ten realizm neutralizować. Upał rozżółca i rozbrązowia krajobraz, dzięki filtrom dzień udaje noc, powtarzają się niby to nic nie znaczące ujęcia, bohaterowie jak zwykle mamroczą wciąż pod nosem, a ich głosy zdają się do nich nie należeć, jakby stanowiły kolejną - niby przezroczystą, a jednak nie do końca przepuszczalną - warstwę, nałożoną na ten wielowarstwowy świat. Poza zabiegami formalnymi znajdziemy tu wiele wątków ze stałego repertuaru Sokurowa – kontemplację ludzkich twarzy i cielesności, niezwykle bliskie relacje rodzinne, wątłą fabułę, która hipnotyzuje i obezwładnia swoim powolnym rytmem.

"Aleksandra"

Po spotkaniu z wnukiem Aleksandra spaceruje po koszarach, rozmawia z żołnierzami, potem wychodzi do miasta i zaprzyjaźnia się z czeczeńskimi kobietami, które razem z nią będą próbowały odpowiedzieć sobie na pytanie – po co to wszystko. Pojawienie się Aleksandry w bazie zdaje się zmieniać o wiele więcej, niż byśmy podejrzewali. Młodzi dwudziestoletni żołnierze, codziennie walczący z przemocą, ze zmęczeniem, z własnym strachem, daleko od rodzin, widzą w niej kogoś więcej niż tylko starą, obcą kobietę. Aleksandra w ich oczach staje się esencją matczynej miłości i ciepła, czegoś bliskiego i utraconego, za czym bezgranicznie tęsknią. Ona widzi tę tęsknotę w ich młodzieńczych oczach, wyczuwa ją w ich zachowaniu, w tym, jak do niej lgną niczym wygłodniałe, spragnione pieszczot szczenięta, jak się nią opiekują, udając szorstkich i nieprzystępnych, jak na nią patrzą. Jest w tych spojrzeniach siła, jest napięcie porównywalne z napięciem erotycznym, jakie mogłoby tu wywołać pojawienie się innej, młodej, pięknej kobiety. Aleksandra przyjmuje na swoje barki tę rolę symbolu, mimo, że ani nie jest do niej stworzona, ani jej ona nie odpowiada. Nie robi tego z litości, dobroci, czy z przyzwyczajenia. Aleksandra wcale nie jest dobra, mimo, że za taką uchodzi. Ta więź, ta wspólnota zawiązująca się między nią a żołnierzami, między nią a wnukiem inne ma źródło. Aleksandra podobnie jak i oni stoi u progu śmierci. Chce żyć, jej dusza jest na życie gotowa, jej ciało odmawia posłuszeństwa. W przypadku żołnierzy posłuszeństwa odmawiają okoliczności.

Jest w filmie Sokurowa kilka niezwykłych scen, zbudowanych na tym przedśmiertnym napięciu. Mniejszych i większych, czasem to dotknięcie, czasem tylko spojrzenie. Do historii kina powinna przejść scena, w której Aleksandra zwierza się wnukowi ze swojej samotności, tęsknoty, niczym kochankowi wyznaje mu miłość, a on niczym kochankę bierze ją w ramiona, a potem zaplata warkocz z jej długich, siwych włosów. Autentyczność tej sceny zdaje się nie mieć sobie równych. Ból i miłość splatają się w palcach mężczyzny, zakończonych krótkimi, brudnymi paznokciami, cała niesprawiedliwość i głupota świata zostaje wpleciona w ten dziewczęcy warkocz.

Każdy z tych filmów ma w sobie moc. Mungiu jest naturalistą, relacjonuje wydarzenia chłodno, w czasie rzeczywistym, nie oszczędza szczegółów, by za chwilę wszystko podporządkować oddechowi dziewczyny, która szuka miejsca, gdzie mogłaby wyrzucić niechciany płód, efekt pokątnej aborcji w Rumunii lat 80. Kawase z religijnym niemal nabożeństwem wplata ludzkie losy w rytm Natury, kolekcjonując piękne, pełne melancholii, a czasem i grozy ujęcia lasu, ogrodu, otoczenia domu spokojnej starości, którego pensjonariusze przygotowują się na spokojną śmierć. Ale zdarza się przecież często, a może jest tak zawsze, że śmierć nie jest wcale spokojna. Przekonują się o tym bohaterowie hiszpańskiej “Samotności”. Śmierć jest zaskakująca. Czy to w madryckim autobusie, w którym ktoś podłożył bombę, czy we własnym mieszkaniu. Jest przerażająca i w tym ciągłym przerażeniu, chcemy tego czy nie, toczy się nasze życie.



“Las w żałobie” Naomi Kawase

ps. nad Wrocławiem właśnie rozszalała się burza...


(7.MFF ENH) o kobiecie, która odnalazła swój kształt



Wczorajszy wieczór upłynął nam spokojnie i bez zakłóceń, w podgrzanej aurą atmosferze, w towarzystwie rock-and-rollowej divy Marianne Faithfull, która dała kameralny koncert na wrocławskiej Wyspie Słodowej i po raz pierwszy w swojej filmowej karierze zagrała główną rolę - u Sama Garbarskiego w “Irinie Palm”.

Film jest dosyć jasną, żeby nie powiedzieć - sympatyczną wizją seks-biznesu. Mieszkająca na przedmieściach, starzejąca się wdowa musi zdobyć pieniądze na leczenie umierającego wnuka. Ponieważ nic nie zostało już ze sprzedaży domu, a jedyny ratunek dla chłopca to wyjazd do Australii, Maggie opuszcza partyjki brydża z przyjaciółkami i wyrusza na poszukiwanie pracy. Z marnym efektem, w jej wieku, bez kwalifikacji praca jest marzeniem ściętej głowy. Przez przypadek trafia jednak do jednego z londyńskich seks-klubów. Zajęcie, które proponuje jej właściciel (w tej roli doskonały aktor Kusturicy – Miki Manojlovic), początkowo wywołuje w niej sprzeciw, jednak przynętą pozostają duże zarobki. Maggie zostaje etatową męską masturbatorką, “obciągającą wdową” - jak o sobie mówi. Jej delikatne dłonie okazują się skarbem, o istnieniu którego nie miała pojęcia. Przyjmuje egzotyczny pseudonim – Irina Palm i w nowym środowisku staje się kimś cennym, o jej względy zabiegają inni właściciele klubów. W krótkim czasie odbiera klientów pozostałym dziewczynom. Mimo zawartych przyjaźni musi przyjąć do wiadomości, że światem rządzą twarde prawa rynku. Nie do końca zdaje się godzić z tak ukształtowaną rzeczywistością. Zyskując sławę, nabiera pewności siebie. Zaczyna dostrzegać, że nie jest jedynie bezwolną istotą w rękach losu, ale że to właśnie ona może kształtować swoje życie “własnymi rękoma”, tak jak zechce, nie wyrzekając się przy tym swoich mieszczańskich, ale opartych na szczerości i szacunku dla bliźnich zasad. Ta dotąd bezbarwna osobowość z jednej strony nabiera skandalizujących dla swojego dotychczasowego otoczenia rumieńców, z drugiej – odnajduje siłę i wolę, by iść przez życie z podniesioną głową. W seks-klubie znajdzie nie tylko szacunek i perspektywy, ale i miłość. Idylliczna wizja przemiany bezkształtnej Maggie w świadomą swojej dojrzałej kobiecości Irinę jest może nieco naiwna i baśniowa, ale kojąca. Świat, którego nie podejrzewalibyśmy o sentymenty, który wysoko stawia poprzeczkę, w którym młodość i atrakcyjny wygląd zdają się kluczowe, okazuje się o wiele bardziej ludzki i przyjazny od tego, który rzekomo przyjmuje do wiadomości istnienie starości i śmierci. Reżyserowi udało się w bardzo subtelny sposób oddać przemianę bohaterki. Nieraz w krótkich ujęciach, zaledwie sugerujących myśli, czy rodzące się uczucia. Widać, że kamera polubiła Marianne Faithfull. Mimo wieku i zmian, jakie zaznaczył na jej twarzy, czy w sylwetce, ta twarz, delikatny obrys ust, oczy, zachrypnięty, niski głos, wyprostowana, pełna gracji postać nie przestaje uwodzić.




Marianne Faithfull na Wyspie Słodowej


czwartek, 19 lipca 2007
na wojnie


Wrocławska noc, jak to wrocławska noc – ciepła, mimo, że gdzie niegdzie pozostawiła po sobie ślady ulewa. W pokoju hotelowym o klasie wysoko turystycznej pot cieknie zaś strużką. Oj, zmieniła się pogoda. Z rozrzewnieniem będę wspominać kaszubskie deszcze, brodząc w roztapiających się, miejskich asfaltach. Ale nie narzekam, bo względna cisza pieści moje ucho (pokój od podwórka, na najwyższym piętrze), co we Wrocławiu nie jest częstą okolicznością. Tylko niekiedy ktoś wyrzuca do podwórkowego śmietnika całe naręcze łatwo tłukących się butelek.

Podróż przebyta. W towarzystwie dwóch pracowników norweskich budów, wracających po latach do rodzinnych domów (poczułam się jak w Chinach). Spodobał mi się szczególnie ostatni, nastrajający refleksyjnie, etap podróży. Zapadający zmierzch oświetlał ładnie płaski, minimalistyczny krajobraz, w którym pola - po lub w trakcie żniw - usiane już były spakowaną w bele słomą. Potem były zapomniane przez bogów i ludzi, opustoszałe stacje kolejowe w nie mniej opustoszałych miasteczkach. Leszno, Rawicz, Żmigród, Oborniki Śląskie. Elektroniczne zegary pełgały w tej ciszy i pustce czerwonym okiem godzin. Budynki dworcowe niczym drożdże w ciągłym procesie pączkowania otaczały się przybudówkami, szalecikami, portierniami, magazynami, a dróżnicy wiernie trwali na posterunku w swoich zaokrąglonych wieżach.

Potem wjechaliśmy we mgłę, w słuchawkach wciąż słyszałam Mulatu Astatke, więc niemal uwierzyłam w to, że oto – jak Bill Murray w “Broken Flowers” Jarmuscha - udaję się w nieznane, z misją, wyjawioną mi pokątnie z użyciem różowej papeterii. Czyżbym udawała się na wojnę? Co mogły sugerować pająki, znalezione rano w różnych punktach mieszkania. Ale ich niekorzystny wpływ został przecież zneutralizowany podobnymi znaleziskami wieczornymi (pająk rano – nieszczęście, pająk wieczorem – szczęście). I nie były to te same pająki. Kolejna sugestia to fakt, że poprzedzającej wyjazd nocy do mojego snu przeniknął, oglądany w telewizji z równą uwagą co pająki w mieszkaniu, były minister obrony. We śnie byłam szpiegiem, ukrywającym się pod postacią operatorki maszyny do szycia w zakładzie krawieckim. On zaś również był szpiegiem, ukrywającym się pod postacią ministra obrony (bo przecież ministrem obrony już nie jest). Kiedy w rozmowach z pracownikami zakładu krawieckiego wyraźnie mnie pomijał, zrozumiałam, że on coś wie. Udaliśmy się w ustronne miejsce i faktycznie, wyznał mi prawdę. Powiedział jeszcze, że jest to jedyny moment, odpowiedni, żebym go pocałowała. Ale... jako ministra? zapytałam głupio i nie pamiętam ani odpowiedzi, ani co wydarzyło się dalej.

Moje sny – jak widać - zbierają z rzeczywistości wszystko, co popadnie. Z ekranu mojego komputera patrzy w końcu Julio Chávez w roli ochroniarza ministra w “El custodio” Rodrigo Moreno. A wracając do Jarmuscha - widziałam ostatnio po raz pierwszy “Nie wracaj w te strony” Wendersa, film, który powstał mniej więcej w tym samym czasie, co Jarmuschowe “Broken Flowers” i był do niego porównywany ze względu na podobny wątek fabularny z ojcem, wyruszającym w podróż w poszukiwaniu dorosłego syna, o którego istnieniu dotąd nie wiedział. No i co? Jarmusch jest super, Wenders do domu!


poniedziałek, 16 lipca 2007
odpływ (odlot)... niebawem

7.MFF ENH
Wrocław >>>>

19-29.07.07



piątek, 13 lipca 2007
przypływ


Przypłynął. Wyłowiłam. List w butelce. Z fakturami. Pięknymi, egzotycznymi, do mojej kolekcji faktur. Publikuję, bo w butelce nie znalazłam zakazu publikacji. Swoją drogą - żadnej instrukcji. Teraz należą do mnie, ale co znaczą...








(foto: TO)


czwartek, 12 lipca 2007
mięso i światło


Obudził mnie dzisiaj sen, w którym kupowałam dwie papierowe torebki w śliczny bordowo-szary wzór. Obudził mnie mój własny śmiech. To było w chińskim sklepie: mała chińska sprzedawczyni z poważną miną podała mi cenę – 93 iłany za jedną papierową torebkę. Demonstracyjnie zgięłam się w pół, złapałam za brzuch i zaczęłam się głośno śmiać, zaciskając powieki, by nie płakać ze śmiechu otwarcie. W końcu jakoś opanowałam skurcze przepony i wydusiłam z siebie, że dam najwyżej 10 iłanów za dwie papierowe torebki. Wtedy mała chińska sprzedawczyni odwróciła się obrażona i znikła.

Wesołość poranka płynnie przeszła w melancholię przedpołudnia, bo niezmiennie padał deszcz. Jakby woda, która od dwóch dni otaczała mnie w poziomie, postanowiła zaznaczyć swoją obecność namacalniej i na stałe przejść do pionu. Nigdy nie jest przecież tak, że rzeczywistość przechodzi w sztukę, a sztuka w rzeczywistość w skali jeden do jeden. Jednak tuż przed południem pojawił się wiatr i zaczął mozolnie popychać deszczowe chmury na Wschód. Wtedy postanowiłam uważniej przeczytać wywiad Nataszy Goerke z Felicitas Hoppe (WO z 30.06.2007). Do moich ulubionych należą fragmenty o dystansie, który wszystko potrafi przeobrazić, o potrzebie uważnego obserwowania, którego uczy “Pigafetta”, bo wprowadza w nieznane i o napięciu, na które trzeba być czułym, a nie wypatrywać tego, co namacalnie toporne.

Po nitce do kłębka próbuję dojść, gdzie napięcie zostawiło na “Pigafetcie” niemal niedostrzegalne ślady. Może rzecz dotyczy samego Pigafetty i admirała, pięknego jak słońce, dumnego jak kogut, ubranego jak biskup, który jednak nikogo nie kochał. Może siostry Pigafetty i piekarza, który w końcu zajmie miejsce Pigafetty przy rodzinnym stole, bo jak twierdziła siostra, która przestała marzyć o admirale: “Mnie wystarczą małe łódki, wiosłuje się po jeziorach, drugi brzeg w zasięgu wzroku, wiatr nie wyrwie ci od razu parasolki, nie trzeba wrzeszczeć, za to rozumie się własne słowa i można zajrzeć wioślarzowi w oczy, spojrzeć na usta. Wiosło jest piękne, pewne, wielka drewniana łyżka, którą piekarz wyjmuje z pieca chleb, człowiek siada do stołu”.

Może chodzi o wciąż spiętego angielskiego geografa, o maklerskie małżeństwo Happolatich, o Nobella – mechanika pokładowego, Canossę, przesiadującego w maszynowni, francuskiego hydraulika, który ich nie odstępował, o hodowcę brzoskwiń z Georgii. Żadnych wątków miłosnych, no chyba, że... kapitan. “Kapitan był młody, miał krótkie spodnie i jasnoszare oczy, którymi spoglądał albo na pokład, albo w dal. Z daleka już rozpoznawał, co marynarze mają w kieszeniach. Nigdy nie patrzył im w twarz, jego czoło było chmurne – myśl albo pogoda – ale jadł z apetytem i miał kindersztubę, nie mówił przy jedzeniu”. Doskonale. “Usiadłam na krześle geografa – napisze Felicitas – i po raz pierwszy od wielu tygodni na własne oczy zobaczyłam morze, horyzont i ślady, jakie na szybach zostawiła twarz pani Happolati. Nie czułam już na plecach wzroku kapitana, tylko patrzyłam mu w twarz, kiedy hodowca brzoskwiń siąkał nos, nie używając ani chusteczki do nosa, ani serwetki. Od teraz to ja ustanawiam tu reguły i o czym się rozmawia. Ogłaszam najnowsze wiadomości i że wrócił do nas hydraulik, że ciągle pada i że kapitan zdecydował się nas opuścić”. Kapitan zdecydował się na "manewr przedostatniej chwili", opuszczając statek przed pierwszym szczurem, by zostać morskim pilotem. No, ale trochę napięcia po sobie pozostawił. Wielbicielom “Lorda Jima” polecam.


Z wielką wdzięcznością za “Pigafettę”, którego dostałam w prezencie od pani, wyruszającej dzisiaj w daleką podróż, gdyby zdecydowała się po drodze w aborygeńskie knieje zejść jednak z pokładu, mam ważną wskazówkę Nobella – pokładowego mechanika, dotyczącą wizerunku:

... przypływamy do miasta połyskliwego jedwabiu i kwitnących ogrodów. Zwijające się dywany, latające schody, lecznicze plastry, śmierdzące owoce i krótkie procesy wszystkich, którzy plują i przechodzą przez ulice na ukos. To Lion City, Singa Pura, wielki port, najpiękniejsze dźwigi, najzręczniejsi robotnicy i najchłodniejsze taksówki na najpewniejszych, najczystszych ulicach świata. Wie pani, jak się pani ośmiesza od wielu tygodni, niech pani w końcu założy sukienkę, w przeciwnym razie panią złapią i powieszą na najbliższym drzewie, obok ogrodu botanicznego, który, jak słyszałem, jest bardzo piękny”.



wtorek, 10 lipca 2007
dzień Pigafetty


Natrętny komar wygonił mnie z leżaka, na którym przycupnęłam pod ołowianym niebem, w przerwie między kolejnymi falami deszczu. Zdejmuję kalosze, które R z szybkością torpedy wynosi na trawę przed domem, niech mokną. Pozbawiona takim sposobem obu łodzi ratunkowych, wracam do łóżka – na kołyszący się lekko pokład mojego frachtowca. Wiatr ustał zupełnie, nawet drżenie nie poruszy czubkami brzóz. Pogoda od rana pod psem. Dżdżyście. Pies uspokojony, że wszystkie przedmioty znalazły swoje miejsce i przeznaczenie, usnął przy prawej burcie, tam, gdzie oddaje się ostatnie honory bez zbytniego potrząsania dłońmi.

Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby nauczyć się szybko czytać. To musi być pomocne, zyskuje się sporo czasu, lepiej rozumie, o tym przynajmniej przekonują ulotki z reklamami kursów, porozrzucane tu i tam w kolejce skm. Zastanawiam się, czy ludzie, którzy nauczyli się szybko czytać, tracą zdolność zwykłego, wolnego czytania, albo czy – zdobywszy umiejętność regulowania szybkości w przód – potrafią też regulować ją w przeciwnym kierunku. Mnie na przykład - mimo, że czytam wolno - wciąż wydaje się, że czytam za szybko. Zdecydowanie za szybko przeczytałam “Pigafettę” Felicitas Hoppe. Po skończeniu książki miałam ochotę od razu zacząć ją czytać na nowo, od początku, wolniej, znacznie wolniej.

Ów Antonio, tytułowy Pigafetta, który kiedyś opłynął Ziemię na statku Magellana, a potem jako jedyny wyszedł cało z opresyjnej wyprawy, pisząc w dodatku dziennik pokładowy, jest całkiem miłym młodzieńcem. Choć – trzeba przyznać – dosyć niewyraźnym. Pigafetta to duch. Siedzi pod zegarem w kajucie Felicitas i uśmiecha się. Zaprawiony w bojach wilk morski też przecież kiedyś wszedł na pokład po raz pierwszy. Felicitas chyba nie jest damą, w każdym razie nie nosi sukienek, jest typową lądową szczurzycą, a jednak w finale zostaje kapitanką. Nie, nie zdradzam zakończenia, zakończenie jest zupełnie inne. Zaczęłam czytać rano. To dziwne, bo w nocy śnił mi się szczur.

Jestem ciekawa, co by się stało, gdybym “Pigafettę” przeczytała kiedyś, nie tak dawno, ale gdyby została przetłumaczona i wydana wcześniej, przed moim jedynym w życiu spotkaniem z prawdziwym marynarzem. No cóż, może wyglądałoby inaczej. Umówiliśmy się zimą, w lokalu o pomarańczowym kolorze. A – teraz to wiem - powinniśmy byli umówić się w lokalu niebieskim. Jak zwykle muzyka nie dawała dojść do słowa. Irytujący melanż koloru i dźwięku wzmógł moją niecierpliwość. Marynarz nie był w stanie zapalić nawet małej lampki na brzegu, i tak bym jej nie zobaczyła. Wtedy, a i dziś przecież – przyznaję, docierały(ją) do mnie tylko wielkie światła, rozpisane na chór latarń sygnały. Tępa jak tępy nóż wrażliwość. Wtedy - wciąż jeszcze zaciekawiona - pytałam, gdzie był i co widział. Był już w kilku miejscach na świecie, ale – zdawało się – albo podczas postoju statku w porcie w ogóle nie schodził z pokładu, albo ląd tak go onieśmielał, że nic nie mógł na nim zobaczyć. Marynarz nie miał o czym opowiadać, zbyt młody, zbyt krótko na morzu, by dojrzeć do opowiadania o niczym. Zbyt onieśmielony moimi nic nie wartymi, od niechcenia sypanymi z rękawa anegdotami o każdym z niewidzialnych dla niego miejsc. To pewnie było smutne, albo nudne. Oprócz pomarańczowych ścian, foteli i stolików, odbijających się w naszych oczach, na nic już w nich nie starczyło miejsca.

Pamiętajmy jednak, że Felicitas miała czas. Podróżowała dookoła świata statkiem, przewożącym kontenery o niewiadomej zawartości, z postojami w 20 portach średnio po 12 godzin. Ściany kajut z pewnością nie były pomalowane na pomarańczowo, a zdezelowane radio dała komuś w prezencie. Miała czas, by rozmawiać z pasażerami, pić z marynarzami i kupować im sznurowadła, by uczyć nowych stewardów czesania dywanów, wchodzić na maszt, nie patrząc w dół, czytać zakurzone magazyny i książki, ułożone w rozpadający się stosik w mesie, a także, by obserwować życie, które nie nadaje się do tego, żeby o nim opowiadać.

Ostatnio pływałam statkiem w Szanghaju. Statek był wycieczkowy, a podróż trwała 3 godziny. Płynęliśmy prosto, ku delcie rzeki i z powrotem, zostawiając za sobą metropolitarny Bund i pseudo-nowoczesny Pudong, po drodze mijając port, most, wielkie, puste blokowiska i udomowione barki. Było cudownie. Szanghaj to cudowne miasto, kolejny europejski sen. Rano wychodziłam z hotelu wprost w objęcia sprzedawczyni bananów, małych, obficie nakrapianych, ale pysznych, ułożonych w kopiec na przyczepce, doczepionej do roweru. Ulice w centrum są bardzo europejskie, wąskie, z wysokimi kamienicami, oplecionymi plątaniną kabli i girlandami suszącego się prania. Centrum dzięki ekspresyjnemu modernizmowi z lat 20, 30. przypomina Metropolis Langa. Moja ulica, jak pewnie i inne, od rana tętniła zwykłym, chińskim życiem. Wokoło parowały piramidy wyplatanych sitek z pierożkami.

W dniu, w którym wybrałyśmy się w ten rejs, kupiłyśmy sobie wielkie okulary przeciwsłoneczne. Byłyśmy jedynymi białymi na dolnym pokładzie, bo miałyśmy jak Chińczycy tańszy bilet. Ponieważ nie obce nam były podróże statkami, czy wodolotami po zatoce, od razu zajęłyśmy strategiczne miejsce pod gołym niebem na skrzynce z linami. Siedziałyśmy na swojej skrzynce, z uśmiechem obserwując białasów z górnego pokładu. Na zachętę dostali butelkę wody mineralnej i mogli wygodnie rozsiąść się na miękkich krzesełkach, ustawionych w słonecznych promieniach. W połowie drogi na naszą, odkrytą część pokładu wylegli Chińczycy. Zakochana para, pan w tyrolskim kapelusiku, wielopokoleniowa rodzina z prowincji, wszyscy mali, w zniszczonych skórzanych butach, z papierosami przyklejonymi do kącików ust. W drodze powrotnej górny pokład opanował cień. Białasów wymiotło pod dach, a Chińczykom pozwolono wejść na górę. Dumnie zajęli miękkie krzesełka, ćmiąc swoje śmierdzące papierosy. Zrobiło się chłodno, weszłyśmy do środka, K zasnęła z głową opartą na stole, a ja obserwowałam życie statku.


chiński Pigafetta po latach (foto: aszeffel)


poniedziałek, 09 lipca 2007
czytanie i podróżowanie


Jak wiało, tak wieje. Lubię te kaszubskie wiatry - okropne, wariackie, głośne, szarpiące ramionami namiotu, ustawionego tu nie wiadomo po co. Cały tydzień namiot mókł w deszczu, potem sechł na wietrze i omal nie odfrunął. Pod namiotem nie siadam, bo wolę siadać pod drzewami, co nie mniej poszarpane, dają głos o wiele bardziej wyrazisty, nieustanny, kołyszący zupełnie jak morze. Brzozy, stare jabłonie, młode wiśnie. Taki zestaw. I choć zawsze istnieje ryzyko, że coś, ktoś spadnie mi na głowę, odważnie je podejmuję. Pierwszy dzisiaj od wielu dni dzień słoneczny, choć wiatr po niebie goni rozlane w białą mgiełkę chmury. Aż chce się usiąść pod drzewem, poczytać, popisać, popodróżować, pomarzyć o podróżach.

Bardzo ciekawe sobotnie spotkania iberyjskie, zakończyły się uciążliwym jak zwykle momentem, kiedy to po długim niewidzeniu trzeba zdawać relację z jakiegoś ciągu zdarzeń bieżących, bądź przeszłych i wszyscy robią to z ochotą. Nudzę się wtedy, zaczynam się wiercić, myślę tylko, kiedy to się skończy. Nie obchodzą mnie projekty dywanów, ani mieszkania w starym Wrzeszczu, ani cegielnia koło Rzucewa, jeżeli nic nie wynika dla mnie z ich istnienia. Nudzi mnie strata czasu. Ktoś obok, najpewniej i w moim imieniu, przytomnie, jak mantrę powtarza, że świetnie i że gratuluje, a ja zamiast tych niepotrzebnych, cudzych, bo nie do mnie skierowanych, gratulacji wolałabym posłuchać o Rosji. I to jest błąd, we wszystkim powinnam wszak węszyć temat. Następnego dnia strząsam z siebie depresyjny nastrój końca, jak łaknącego mojej krwi kleszcza, hodującego w treści żołądkowej czy innej wirusa boreliozy, i planuję, planuję, robię notatki, zarzucam wędki, które mają mnie podźwignąć z finansowego dołka.

Ale w końcu nieiberyjska Rosja to też ciekawy temat, wart beletrystycznego opisu, do którego - mam nadzieję - dojdzie. Dwie początkujące w pisaniu ikon panie zadebiutowały zimą. Napisały w sumie trzy ikony z zamiarem wywiezienia ich w głąb Rosji i umieszczenia w zabytkowej, a pustej kapliczce, którą odwiedzają opatulone chustkami babuszki. Żeby miały się do czego pomodlić. Skończone ikony, po święceniach we wrzeszczańskiej cerkwi i tygodniowych przemodleniach, panie umocowały na dachu starej łady i pojechały na Wschód. Jechały cztery dni niemal bez snu, przedzierając się przez czyhające na cudzoziemców, policyjne kordony, ustawione na rogatkach każdego z głęboko rosyjskich miast. Wreszcie przesiadły się w wodolot i dotarły na miejsce. Na miejscu okazało się, że umieszczenie ikon w kapliczce mimo wcześniejszych ustaleń jest niemożliwe. Prawda, że to temat, może i na powieść? Bohaterki powieści nie dadzą jednak za wygraną, nie dla porażki pokonały taki szmat drogi. Będą, każda na własną rękę, szukać możliwości. Jedna z nich – od zawsze zachwycona obrządkiem – najpierw pobiegnie do cerkwi i wpadnie tam na pewien pomysł. Łamanym rosyjskim zwierzy się ze swoich kłopotów popowi. Ów pop – piękny mężczyzna, brodaty, czterdziestoletni, niegdyś doskonała partia – ze spokojem perfekcyjną angielszczyzną odpowie, że możliwości istnieją, a nawet że istnieje ich wiele. Zaprosi nasze bohaterki do swojego wielkiego drewnianego domu, w którym mieszka z żoną, dziećmi i kilkunastoosobową kobiecą świtą. Opowie o swoich studiach w Paryżu i Nowym Jorku, o swoim pozłacanym życiu w biednym raju Karelii. I tak dalej, i tak dalej, dywany, mieszkania, cegielnie, dwie dziurki w nosie, jedna w pończosze, skończyło się, wracamy na Zachód.

A na Zachodzie wcale nie bez zmian. Na Zachodzie też tli się życie. A przynajmniej w najdalszych jego zakątkach. Na pustych portugalskich stacjach kolejowych, w romańskich klasztorach przemianowanych na domy pogodnej starości, w przygranicznych, bądź nadrzecznych miastach, w nie pasujących do reszty małych dzielnicach wielkich metropolii... Skojarzenia mam tu poukładane jak książki na półce. Zrobiło się zimno, wiatr napędził całe niebo grubych, bezbarwnych chmur. Przeniosłam się do domu. Jego ciszę łagodzi miarowe tykanie zegara z dzikiem na drewnianym cyferblacie. To prawdziwe trofeum, wygrałam je w konkursie literackim magazynu łowieckiego “Myśliwiec”. Rozpalam ogień w kominku, by poczuć się jedną z Amand Gris, w ostatniej scenie “Kwiatu mego sekretu” Almodóvara popijających czerwone wino.

Trzy książki leżą teraz na mojej kaszubskiej półce. Nie wiem od której zacząć, więc pewnie będę czytać wszystkie naraz. O jednej właściwie nic nie wiem, bo dostałam ją w sobotę w prezencie, ale przypuszczam, że będzie mi się podobać. Ma niebieską okładkę, a ja zgadzam się w kwestii niebieskich okładek z Dubravką Ugresić. Zachwycona “Pigafettą” Natasza Goerke pisała ostatnio: “Piękna, piękna książka, w której Felicitas Hoppe przemierza kosmiczne przestrzenie, i to nie w kabinie Sojuza, ale na pokładzie swojej wyobraźni. A wyobraźnia jej, tak jak kosmos, nie ma granic. Żeby załapać się na pokład wyobraźni Felicitas, nie trzeba być wcale milionerem. Wystarczy wsiąść wraz z nią w Sewilli na statek i zwyczajnym szlakiem Magellana wypłynąć w niezwykłą podróż dookoła Ziemi”. “Pigafetta” autorstwa Felicitas Hoppe jest wersją dziennika pokładowego Antonia Pigafetty, który z Magellanem opłynął Ziemię, chcąc na skróty dotrzeć do Wysp Korzennych, wzorowaną na własnych przeżyciach autorki, która profity ze sprzedaży swoich debiutanckich opowiadań o fryzjerach przeznaczyła na podróż statkiem szlakiem dawnych podróżników. Nic poza tym nie wiem o tej książce, jeszcze nie weszłam na pokład. Od razu przypomina mi się oddalona bardzo w czasie lektura “Wielkich wygranych” Cortazara, lepki upał argentyńskiego lata, ale też coś bardzo świeżego, jeden z pierwszych rozdziałów kolejnej książki z kaszubskiej półki, którą ledwie napoczęłam - “Drogi do Santiago” Ceesa Nootebooma. Ten zakochany w Hiszpanii Holender od lat spędza lato na hiszpańskich wyspach. Dziś na jednej z nich wsiada na statek do Barcelony, by jechać dalej samochodem, do Santiago de Compostella. “Pomiędzy pokładem a nabrzeżem pozostał jeden łącznik – pisze – rolki papieru toaletowego, umocowane przy barierkach statku. Końce papierowych taśm furkocą na brzegu. Podczas oddalania się okrętu od nabrzeża rolki będą powoli rozwijane, aż ostatnie, najsłabsze więzy z pozostałymi na lądzie, biegnącymi, póki się da, wzdłuż kei, zostaną przerwane i cienkie, przezroczyste girlandy utoną w czarnej wodzie”.

Trzecią książkę znam od dawna, to “Zaginiona głowa Damascena Monteira” Antonio Tabucchiego, powieść z wątkiem kryminalnym, której akcja toczy się w Porto. Wystarczyło kilka zdjęć z tego miasta nad rzeką Duero, by się w nim zakochać. Kamienice, kamienice, kamienice. Gęstość kamienic. Bordo, brąz, granat. Zadziwiające dobudówki na dachach kamiennych budynków – niczym drugie miasto na wyższym poziomie, ale z potoczną miejską hierarchią: im wyżej, tym lepiej, mało mające wspólnego. Wysokie miasto zbudowane jest z drewna i blachy, połatane niczym południowoamerykańskie favele. Porto – oczywiście portowe i mroczne. Latem wypełnione wilgotnym upałem, zimą – nadrzecznymi mgłami. Zrozumiałam, dlaczego Tabucchi właśnie tam umieścił swoją historię z trupem z odciętą głową w tle. Lizboński dziennikarz postara się wyjaśnić zagadkę tego morderstwa.

Porto jest jednym z miast, które Monika Zawadzka poddaje oglądowi, badając kamieniczny język, kamieniczne dialogi. Dedykuję jej prezentacji “Vespę” - pierwszą część “Dziennika intymnego” Nanniego Morettiego i balet rzymskich kamienic. Kiedy myślę o sposobie, w jaki Moretti pokazuje Rzym, myślę o łatwości, z jaką przyznamy mu rangę miejskiego portrecisty. W ujęciach Morettiego puste, poranne, letnie ulice miasta doskonale ujawniają swój charakter, swoją przestrzenność. Niewielka i niezmienna postać reżysera, widziana od tyłu, czarna z białym punkcikiem kasku, ani tego obrazu nie zakłóca, ani nie kształtuje. Potem znika zupełnie, pozostają same budynki. U Almodóvara, którego słusznie Ewa Mazierska nazywa madryckim kronikarzem, Madryt jest tak trudny do uchwycenia, bo wypełniają go postaci zdecydowanie inne, skupiające na sobie uwagę, soczyste, połyskliwe. Ów “miękki” Madryt, modelowa przestrzeń postmodernistyczna, właśnie przez nie i poprzez nie jest lepiony na ich własne podobieństwo.

Łatwość Włoch i trudność Hiszpanii. Z chęcią przeczytam o podróży Holendra w głąb Sorii, którą rok temu oglądałam w pięknym filmie Mercedes Alvares “Niebo obraca się”. Rozczarowała Hiszpania Holendra przywykłego do włoskich zachwytów: “Pod tym samym śródziemnomorskim niebem język wydawał się twardy – napisze – ziemia jałowa, życie prostackie. Wszystko szło nie tak, było nieprzyjemne, w uparty sposób stare i niedostępne, wymagało zdobywania. Dziś nie potrafię już tak myśleć. (...) Hiszpania jest brutalna, anarchistyczna, egocentryczna, okrutna. Hiszpania jest gotowa za głupstwo założyć sobie stryczek na szyję. Jest chaotyczna, marzycielska; jest irracjonalna. Zdobyła świat i nie wiedziała, co z tym począć; tkwi w swojej średniowiecznej, arabskiej, żydowskiej i chrześcijańskiej przeszłości, rozłożona wraz ze swymi upartymi miastami wśród niekończących się pustych przestrzeni jak kontynent, który jest złączony z Europą, a Europą nie jest”.



Felicitas Hoppe, "Pigafetta", Czarne, Wołowiec 2007

Cees Nooteboom, "Drogi do Santiago", WAB seria terra incognita, Warszawa 2007

Antonio Tabucchi, "Zaginiona głowa Damascena Monteira", Czytelnik, Warszawa 1999

Ewa Mazierska, "Słoneczne kino Pedra Almodóvara", słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2007




czwartek, 05 lipca 2007
anons

architektura+dialog
. podyplomowe studium projektowania. akademia sztuk pięknych w gdańsku
chlebnicka 13/16 gdańsk | tel. +48.502.92.82.16 | http://diaade.org/ardi.html http://www.asp.gda.pl
7 lipca o godzinie 16 zapraszamy na ostatnie spotkanie laboratorium badawczego ar+di 2006|07

architektura+dialog. z motywów iberyjskich.

laboratoriumbadawcze06 :
iwona cała
barcelona - clot. spacer po śladzie
jacek dominiczak
pustki, tęsknoty i niespełnienia
michał rybak
gaudi, inny
agnieszka kinga szeffel
miękki madryt pedra almodóvara
mo.nika zawadzka
rozmowy kamienic: lisbona | salamanka | porto
WSTĘP WOLNY. ZAPRASZAMY.
NASTĘPNE SPOTKANIE ar+di PO LECIE. DOBREGO LATA!



wtorek, 03 lipca 2007
fakturologia stosowana
..













Kaszuby lipiec 2007