agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
środa, 30 lipca 2008
Wrocław city cd. - chodząc sobie (...a muzom)

















the end

wtorek, 29 lipca 2008
Wrocław city cd. - cmentarnie














Wrocław city cd. - centralnie









Wrocław city cd. - Ołbin












poniedziałek, 28 lipca 2008
nogi, nogi roztańczone... czyli Wrocław city












cdn.


8.ENH Wrocław_8

końcówki



Nie będę udawać, że festiwal trwa, a ja tu wklejam pisane na bieżąco wrażenia. Zapłacę za swoje opóźnienie sprawiajacą mi niejaką przykrość konstatacją, że oto festiwal się skończył, definitywnie. I chociaż ja nadal jestem we Wrocławiu, w moim argentyńskim lokum wśród sosen, igieł na piasku, grzyba w łazience i innych łazienkowych kłopotów, dziś pierwszy dzień niefestiwalowy. Zmęczenie oczywiście zgina mi kark, ale bez przesady. Dzisiejszej nocy pomyślałam, że sięgnęło zenitu – przed oczami nie biegały mi co prawda białe myszki, ale jedna mała biała myszka zwinnie zeskoczyła z lodówki, by dać nura za komodę. Przetarłam oczy, sprawdzając z jakiego rodzaju wizją mam do czynienia i po krótkim aaaa... zasnęłam z nadzieją, że winowajczyni za komodą pozostanie. No może i tam zasnęła, ale z pewnością nie snem sprawiedliwego. Gania teraz po domu i chrobocze. Wieczorem od właścicieli mam dostać specjalną nieinwazyjną pułapkę na myszy, która nie zabija, a tylko łapie. Za dużo już było niewinnych śmierci zwierzęcych, których się naoglądałam w ciągu ostatnich 10 dni. Nie chcę przykładać ręki do kolejnej. Na marginesie tych wszystkich zdarzeń zastanawiam się, czym mnie jeszcze zechce zaskoczyć to miejsce.

Tymczasem na miasto spadł upał i od kilku dni roztapia jego asfalty. Dobrze było ukryć się w kinie, nawet jeżeli był to Helios-termos. Jeżdżę po tym Wrocławiu tramwajami i obserwuję to, co dzieje się na ulicach, jak marna, jak okropna jest wrocławska współczesna architektura. W porównaniu lepiej wypadają nawet bloki z lat 60. znaczące centrum swoją szlachetną klockowatością i szarością betonu. Ale o mieście mam nadzieję napisać coś później, kiedy je sobie trochę uważniej obejrzę.


Festiwal zakończył się w dobrym stylu „Milczeniem Lorny” (2008), nowym filmem braci Dardenne. Podobał mi się o wiele bardziej, niż obejrzane kiedyś w Cieszynie „Dziecko”. Lorna jest emigrantką z Albanii. Współpracuje z mafią, która aranżuje fikcyjne małżeństwa. Sama zapłaciła Belgowi, żeby się z nią ożenił, właśnie dostała belgijskie obywatelstwo. Mieszka z mężem. Pracuje w sklepie jako prasowaczka, ale marzy o własnym interesie – niewielkim lokaliku z fastfoodem. By swoje marzenia zrealizować, planuje kolejne małżeństwo, tym razem już jako Belgijka dostanie pieniądze od Rosjanina, który jest w takiej samej sytuacji jak ona kiedyś. Lorna jest silną, odważną kobietą, która wie, czego chce i nie zawaha się, żeby to osiągnąć. Widzimy ją wciąż w biegu, ani na chwilę nie przystaje. Biega z miejsca na miejsce, ciągle coś załatwia, z kimś się spotyka, wypełnia obowiązki. Wszystko po to, by móc wreszcie zacząć nowe życie. Lorna jest też zakochana, nowe życie chce sobie ułożyć ze swoim albańskim narzeczonym. Niczego jednak nie da się przyspieszyć, dlatego musi znosić pracę w sklepie i dzielenie mieszkania z belgijskim mężem, który na dodatek jest narkomanem (w tej roli Jérémie Renier).

Belg został wybrany z rozmysłem. Lorna wie, dlaczego Claudy okazał się świetnym kandydatem na męża. Wyrok na niego został już wydany, po jakimś czasie zostanie bez podejrzeń usunięty, rzekomo przedawkuje narkotyki. W przypadku takich mieszanych małżeństw szybkie rozwody są podejrzane. Podobnie kolejny szybki ślub. Lorna powinna zostać wdową. Problem w tym, że Claudy nagle nabrał ochoty, żeby zerwać z nałogiem. Nie wiadomo, co go do tego skłoniło. Od żony oczekuje pomocy, niemal ją zamęcza. Ona go odgania od siebie jak natrętną muchę, jest bezwzględna, dopiero później okaże się dlaczego. Przecież Claudy już jest trupem, okazywanie mu jakichkolwiek ludzkich uczuć może się dla Lorny źle skończyć. Ona to wie, nie jest głupia.

Kiedy odwiezie Claudy'ego na głodzie do szpitala, coś w niej delikatnie pęknie, jakaś żyłka współczucia. Nie od razu, może nie w pełni świadomie, ale zacznie się zastanawiać, co zrobić, żeby go uratować. Wymyśli sposób – będzie chciała uzyskać rozwód pod pretekstem przemocy w rodzinie. Najpierw nieźle się posiniaczy i pójdzie z tym na policję, potem w szpitalu poprosi Claudy'ego, żeby ją zbił przy świadkach, a kiedy on zaskoczony nie będzie potrafił jej uderzyć, sama rozbije sobie głowę o ścianę. Nagle pojawi się w niej wielka determinacja, jakby walczyła nie o życie Claudy'ego, ale o swoje. A może tak jest w istocie, Lorna przeczuwa, że jej nowe życie nie poradzi sobie z bagażem cudzej śmierci na sumieniu. Szef początkowo nie chce zaakceptować jej planów, potem się zgadza, wszystko idzie po myśli Lorny.

Bracia Dardenne przez lata wypracowali charakterystyczny styl – naturalistyczny, oszczędny, pełen prostoty, bez patosu, bez wielkich słów dotykający najbardziej podstawowych wartości, które rządzą ludzkim życiem. Nie są pesymistami, wierzą w ludzi, ale nie są też marzycielami, twardo stąpają po ziemi. Lorna uratuje Claudy'ego. Kiedy wróci do domu i zastanie w nim narkotykowego dilera, będzie walczyć z mężem na pięści. Przecież obiecała, że go uratuje. Spędzi z nim noc, żeby przestał myśleć o narkotykach. Sprawi, że Claudy uwierzy w swoje zwycięstwo. Obrót spraw jest tak gwałtowny... Nic tego nie zapowiada, nic nie świadczy o już zaistniałej tragedii. Żadnych zmian uczuciowej amplitudy. Ujęcie, w którym mąż Lorny szczęśliwy z odzyskanej nadziei jedzie na rowerze, zastąpi ujęcie, w którym Lorna pakuje swoje rzeczy, wynosi się z mieszkania Claudy'ego, który już nie żyje, przedawkował, wszystko zgodnie z planem. Przecież Lorna nie jest małą dziewczynką, powinna wiedzieć, że szczęśliwe zakończenia zdarzają się tylko w powieściach. Jej mąż został zabity i nikt się nie domyśli, dlaczego tak się stało. Milcząca Lorna. Jest bezsilna.

Krzyk, który być może mógłby wyrwać się z jej ust, ląduje gdzie indziej, zasiewa się, zapuszcza w niej korzenie, mimo że nic o tym nie świadczy, nic się nie dzieje – na zewnątrz. A w środku szaleją trąby powietrzne, nie bardzo wiadomo, czy bardziej szaleją w głowie, czy w macicy. Lorna ogłasza, że jest w ciąży ze swoim zmarłym mężem, choć badania tego nie potwierdzają. Przez szefa uznana za niebezpieczną, ma być wysłana do Albanii, wszystkie jej plany rozsypują się jak domek z kart, traci pieniądze, narzeczonego, może stracić i życie. Z takiej sieci trudno się wyplątać. To niemal niemożliwe. A jednak Lornie się udaje, choć jej zabiegi wydają się absurdalne, tak jak dziecko, które – jest przekonana – w sobie nosi. Zrobi wszystko, żeby je uratować. Właściwie do końca nie wiadomo, czym jest ten obłęd. Ucieczką, wyzwoleniem, prawdą, nowym życiem, sensem wszystkiego? Z tymi pytaniami zostawiają widza Dardenne'owie. Lornę zostawiają w małej chatce, w środku lasu, gdzie się ukryła, uciekając z samochodu, który miał ją zawieść do Albanii, albo w miejsce wykonania na niej wyroku. Zostawiają ją, grzejącą się w cieple rozpalonego ognia, szepczącą słowa pocieszenia, skierowane do prawdziwego bądź wyobrażonego dziecka, które w sobie nosi.



Milczenie Lorny reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne


sobota, 26 lipca 2008
8.ENH Wrocław_7

dojrzewanie



Och, zbliżają się te okropne dni. Choć oglądanie filmów stało się codziennością, weszło w krew, a ciało już się dopasowało do sytuacji: głowa umie poradzić sobie z nadmiarem, z planowaniem, nogi - z bieganiem od kina do kina i staniem w kolejkach, żołądek – z mającymi zagłuszyć jego jęki substytutami, to nieuchronnie zbliża się finał i pofestiwalowa depresja. W tym roku z rytmu pisania wybiły mnie częste odwiedziny na festiwalowym forum, które zjadały czas oraz radio. Zmieniłam zdanie w kwestii mikrofonów. Mikrofony zaczęły mnie przerażać, wywoływać lekki dreszcz i obawę, czy aby zdołam dogonić mój pędzący głos. Halo! halo! drogi głosie, nie uciekaj, nie grzęźnij, nie drżyj, nie potykaj się... co zrobić, uparty. Mój głos. Może by się przyzwyczaił? Pierwszy raz było strasznie, zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, co mówiłam do mikrofonu, ale z jakąś dziwnie proroczą pewnością przeczuwam, że mówiłam same głupoty. Z pewnością mogę stwierdzić, że nie mówiłam tego, co powiedzieć chciałam, co sobie planowałam. Na szczęście spotkałam się z wyrozumiałością i sympatią radia, dlatego potem poszło mi nieco lepiej.

Tymczasem przez brak skupienia, wywołany myślami o mikrofonach, narobiłam sobie niezłych zaległości. Będę je uzupełniać po kawałku jak górnik na przodku. Wobec tego dziś opowiem o Vincencie Wardzie, który przyjechał do Wrocławia kilka dni temu i rozpoczął swoją retrospektywę „Dojrzewaniem” (Virgil, 1984).

Właściwie nie wiem, dlaczego zajął się dojrzewaniem dziewczęcym, może przez jego większą spektakularność. Ma ono klasyczny szkielet. Rozpoczyna je zmiana, śmierć, proces przejścia ze stanu w stan, płynność, a potem zmiana się pogłębia. Ale to, czym Ward wypełnia ów szkielet, sprawia, że film mam ciągle w jakimś zakamarku pod powiekami. Nastoletnia aktorka, grająca główną bohaterkę Toss, została wybrana po długich poszukiwaniach. Podobno wyglądała niemal identycznie jak Ward w jej wieku. Dziewczynka dojrzewa na oddalonej od cywilizacji farmie. Mieszka z rodzicami i dziadkiem, opętanym myślą o poszukiwaniu ropy. Ojciec zajmuje się hodowlą owiec. W obliczu dojrzewania, w przestrzeni dojrzewania każda rzecz, każdy element krajobrazu zyskuje znaczenie. Niepewność i niebezpieczeństwo uosabia grząski grunt, w tym otoczonym zielonymi pagórkami i skalistymi przełęczami miejscu po prostu tonie się w błocie. Błoto jest gęste i głębokie, grafitowe. Błoto wszystko oblepia, wyrywając ludzi z przynależności do jakiegoś konkretnego czasu. Ta historia dzięki charakterystycznemu krajobrazowi Nowej Zelandii została właściwie umieszczona poza czasem. Każdy rytuał przejścia tego wymaga. Kiedy w nie do końca jasnych okolicznościach umiera ojciec dziewczynki, pojawia się Obcy – kłusownik Ethan, który zostanie na farmie.

Toss po śmierci ojca zakłada jego pelerynę, niemal nie zdejmuje z głowy wełnianej czapki-kominiarki, jak ojciec po okolicy chodzi z pokręconym kosturem, przypomina średniowieczną rycerkę. Rozpacza, tropiąc jego ślady, sadzi drzewo, pojąc je krwią owiec, składa ofiarę z owczego mięsa, zakopując ją w błocie. Inni bohaterowie również wyglądem przypominają ludzi nie z tego świata, ich ubłocone ubrania, kaptury, chroniące przed wciąż padającym deszczem podkreślają to wrażenie. W kontaktach Ethana z matką Toss i z samą Toss jest wiele napięć. Obcy próbuje każdą z nich przeciągnąć na swoją stronę. Udaje mu się oczarować dziewczynkę, z pozoru chodzi o magicznne sztuczki i opowieści o polowaniu, ale w gruncie rzeczy zawiązuje się między nimi komitywa szczególnego rodzaju, oparta na akceptacji, na podobieństwie, związek ni to pokrewieństwa, ni fascynacji, o który matka Toss jest zazdrosna. Matka wciąż opowiada Toss o mieście i o lekcjach baletu. Zakłada jej tiulową spódniczkę i każe ćwiczyć, na siłę wkłada ją w mundurek zgrabnej, wątłej kobiecości. Ale Toss się temu opiera. Dochodzi do rywalizacji pomiędzy dwoma kobietami o względy Ethana. W rezultacie Ethan i matka Toss zostają parą, ale nie na długo, farma zostanie sprzedana. Namacalne szaleństwo ich związku, tak niezrozumiałe i przerażające dla Toss, wypchnie ją z dzieciństwa, ujawni reguły kulturowej gry. Toss, odchodząc z farmy, założy sukienkę. Rozpocznie się nowy etap w jej życiu.




Dojrzewanie, reż. Vincent Ward



czwartek, 24 lipca 2008
8.ENH Wrocław_6

thriller rodzinny



Tamten dzień był naznaczony jakimś szaleństwem. Ciągłe pomyłki, bieganie w kółko, niespodziewana przerwa w środku, niespodziewana zmiana planów, trochę miasta, śmiechu, dużo jedzenia, jakieś puchary lodów, chińszczyzna, niepotrzebne zakupy, od takiego nadmiaru już się odzwyczaiłam, na spokojny posiłek zwykle brakuje czasu. No i film, który musiał być tego wszystkiego przyczyną, taka to dziwna panuje tutaj relacja fikcji z rzeczywistością. W kinie rzadko zdarza mi się kręcić w foteliku, w desperacji zakrywać sobie oczy, szeptać nie! nie! nerwowo przebierać nogami. Rzadko w kinie oglądam wciskające w fotel thrillery.

Tajemnica ziarna” w reżyserii Abdellatifa Kechiche (La graine et le mulet, 2007) to taki właśnie thriller z... kuskusem w roli głównej. Tak, choć zabrzmi to dziwacznie, kuskus buduje tu napięcie nie do wytrzymania, a raczej kuskusu brak. Abdellatif Kechiche jak zwykle opowiada o środowisku algierskich emigrantów we Francji. W centrum wydarzeń znajduje się liczna rodzina Slimana, starzejącego się robotnika portowego, którego właśnie zwalniają z pracy. Swoją odprawę Sliman postanawia przeznaczyć na remont kutra, który chce zamienić w restaurację, serwującą gotowany przez jego byłą żonę, wyśmienity kuskus z rybami. „Tajemnica ziarna” to film „gadany” i może przez tę, nasyconą zawsze emocjami, gadaninę tak dynamiczny. Kechiche portretuje algierską rodzinę w serii widowiskowych scen spotkań i rozmów, w których prym wiodą kobiety – ruchliwe, duże, niezwykłej urody. Naturalność tych scen, którą film zawdzięcza aktorom, a szczególnie aktorkom, jest zachwycająca, je się rękami, oblizując palce. Z początku reżyser skupia się bardziej na problemach prywatnych, wewnętrznych opisywanej przez siebie rodziny, ale w końcu dotknie też i emigranckiego statusu swoich bohaterów, ich miejsca w skodyfikowanym systemie państwa. Niechęć, odczuwana przez „prawdziwych” Francuzów i skrywana pogarda dla asymilowanej ludności drugiej kategorii odezwie się pełnym głosem w momencie, w którym wykaże ona inicjatywę, zechce zbudować jakąś swoją, niezależną wartość. Tę wartość uosabia knajpa na kutrze. Żeby zdobyć wszystkie urzędowe pozwolenia i poparcie lokalnych władz, rodzina Slimana wpada na pomysł próbnej prezentacji. Zaprasza całe to nadęte francuskie środowisko na wielką inauguracyjną kolację. Zaproszeni goście są zachwyceni, choć to nie zmieni ich decyzji. Wydaje się, że całe przedsięwzięcie z góry skazane jest na klęskę i ta klęska jest Slimanowi za jego plecami nieustannie przepowiadana. Do głosu dochodzi ksenofobia. Jednak przyjęcie trwa nadal, w czasie niemal rzeczywistym.

Splot nieszczęśliwych wypadków powoduje zniknięcie garnka z przygotowanym na tę niezwykłą okazję kuskusem. Zaczynają się rozpaczliwe poszukiwania i próby odwrócenia uwagi reastauracyjnych gości od katastrofy. Mnożą się przeciwności. Mimo realistycznego przekonania, które reżyser sugeruje, że i tak nic z tego nie będzie, rodzina walczy do końca już nie o sukces, ale o twarz. Ta napięta bieganina zachowuje klasyczne cechy gatunku. Każda z postaci podejmuje wyzwanie na własną miarę i w pewnym momencie osiągnięcie celu przestaje mieć znaczenie, liczą się gesty pomocy, troski, współodpowiedzialności. Rodzina Slimana wygrywa tę wojnę, choć zakończenia potyczki nie poznamy. Kechiche zostawia nas z otwartymi ustami, pełnych oczekiwania, doprowadzonych do drżenia – co stanie się dalej, jak to się skończy??! A więc to jednak nie klasyczny thriller.




Tajemnica ziarna reż. Abdellatif Kechiche


wtorek, 22 lipca 2008
8.ENH Wrocław_5

Węgrzy w natarciu?




A teraz obiecany Węgier – film „Delta” (2008) Kornéla Mundruczó.

Kiedy myślę o tym filmie z perspektywy dwóch dni, to nadal doceniając, zaczynam podejrzewać go o jakąś taką niedobrą prostotę – fabularnych, formalnych czy scenograficznych rozwiązań. To wszystko razem zagrało na tyle przekonująco, że dałam „Delcie” pierwszą szóstkę. Inspiracja faktycznie niesamowitym krajobrazem delty i wymyślonej pod jej wpływem historii zaowocowała sposobem widzenia świata, który nazywam fakturowym i kiedyś tu nawet go trenowałam, fotografując różne naturalne faktury. Ten sposób pokazuje płaszczyzny w całości wypełnione tymi samymi, lub podobnymi elementami. Drewno, żaby na trawie, szuwary, złowione ryby, rzeka z łodziami żałobników, ale też twarze ludzi – takie nagromadzenie podobieństw. Wszyscy komentatorzy zwracają więc uwagę na wychodzącą na wierzch „materialność” filmu, nie tylko w sferze obrazów, ale i dźwięków. Wśród tych faktur pojawia się nagle element całkowicie inny i niepowtarzalny – do rodzinnej wioski wraca odszczepieniec. Nie wiadomo w jakich okolicznościach z niej wyjechał, wiadomo, że pracował w zoo, że miał tu ojca, a matka mieszka w wiosce nadal, razem z córką i nowym mężczyzną, wspólnie prowadzą typową węgierską prowincjonalną knajpę. Jej klienci pochodzą zapewne z filmów Tarra, stąd te podziękowania, które pojawiają się w napisach końcowych. Jednak „Delta” Mundruczó nie ma nic wspólnego ze stylem, czy klimatem twórczości Tarra.

Z jednej strony fakturowość, z drugiej – bardzo wyrazisty element odmienności, tak silny kontrast, tak wyraźny podział zawsze będzie się wiązał z uproszczeniem. Ze zbudowanego powierzchniowo wizerunku dowiemy się, kto jest tym złym, zdolnym do zbrodni, a kto jest dobry i nic tego nie zmieni. Wydaje się, że moralność w filmie Mundruczó ukrywa się w zmarszczkach na twarzy bohaterów, w ich ciemnych zgięciach i bruzdach. Im więcej zmarszczek na spalonych słońcem, uszytych na jakąś potworną miarę twarzach rybaków, tym więcej złych myśli ukrywa się w zakamarkach ich głów. Odszczepieniec o gładkiej, nietypowej twarzy razem z siostrą wybuduje dom na jeziorze. Rodzeństwu, które zechce w nim zamieszkać, nie przyjdzie do głowy, że z tą swoją odmiennością na twarzach i z odmiennością miłosnego związku, w który weszli brat z siostrą, znajdują się w niebezpieczeństwie. A przecież jest to oczywiste, wystarczy spojrzeć na wioskowych ludzi, którzy zaproszeni przyjeżdżają uczcić pierwszy pomyślny połów. Wszystko, co się później wydarzy, jest jak składanie ofiary z niewiniątek na ołtarzu jakiegoś okrutnego boga.





Delta reż. Kornél Mundruczó

I na tym tle o wiele bardziej podobał mi się malutki chilijski film Jose Luisa Torresa Leivy „Niebo, ziemia i deszcz” (El cielo, la tierra y la lluvia, 2008), którego akcja toczyła się w podobnie oddalonym od centrum czegokolwiek miejscu, na jednej z chilijskich wysp, jesienią. I który jak żaden inny trudny jest do opowiedzenia, wygląda z pozoru bardzo nieatrakcyjnie. I może to była Chiloe, a może jakaś inna wyspa. Leiva pokazuje kilka mieszkających tam postaci, związanych ze sobą delikatnymi nitkami. Główną bohaterką jest Ana, opiekująca się chorą matką, sprzątająca w domu samotnego Torro. Reżyser w swoim skromnym filmie, w serii scen nie składających się na typową fabułę, za pomocą kilku chwytów dotyka samej esencji życia. Jest ono utkane ze zdarzeń nie mających spektakularnego finału, nie mających jakiegokolwiek finału. Niewiele wiemy też o ludziach, biorących w nich udział. To jakby rozpocząć zdanie i go nie skończyć, i nie czuć z tego powodu zażenowania, tak po prostu jest, nie wszystkie zdania mogą, muszą być zakończone.

Ana chodzi ścieżkami, zasłanymi liśćmi, płynie promem, moknie w ciągle padającym deszczu. Kamera ją śledzi, ona jej umyka. Kamera wolnym ruchem podąża jej śladem, ale po drodze niczego znaczącego nie znajduje. Wciąż przygotowuje na coś, coś sugeruje, ale nic się nie zmienia. Jest kilka sytuacji, które mogłyby popchnąć akcję w jakimś kierunku, ale reżyser robi wciąż uniki. Dlatego pozostaje cieszyć się drobiazgami, mate wypitą pod jabłonkami pełnymi owoców. Wyjazdem z przyjaciółką, piknikiem na szarej plaży. Spacerem. Przypadkowym spotkaniem z młodym bokserem. Jakimś popołudniem spędzonym na progu domu. Oczywiście są tu i dramaty – cicha śmierć matki, równie cicha rozpacz po niej, jakieś niezrozumiałe uczucia, wstrząsające ciałem i duszą dziewczyny, niepoukładane. Mimo to, można się do tego filmu zbliżyć, można poczuć jego zapach z całkiem bliska, nawet jeżeli zechcielibyśmy w pewnej chwili odskoczyć, unikając dotknięcia, to się wydaje prawie niemożliwe.



Niebo, ziemia i deszcz reż. Jose Luis Torres Leiva


poniedziałek, 21 lipca 2008
8.ENH Wrocław_4_2

przerwa na sen



Węgierska "Delta" Kornela Mundruczó, francuska "Granica świtu" Philippe'a Garrela, "Pomóż, Erosie" Lee Kang-shenga z Tajwanu, "Niebo, ziemia i deszcz" Jose Luisa Torresa Leivy - Chile, Chiloe? na której bezustannie pada deszcz, poznałam po grubych, plecionych derkach, pod którymi się śpi, po domach krytych kolorowym gontem, po szarych plażach, ale pewności nie mam, brazylijskie "Deserto Feliz" Paulo Caldasa, włoska "Gomora" Matteo Garrone. Skaczą z okna, zabijają się nawzajem, topią, zabierają ze sobą, odsyłają, kochają, palą, nienawidzą. Tyle tego i kompletnie do siebie nie dopasowane. Bardzo chce mi się spać...

cdn.


8.ENH Wrocław_4_1

miejskie manewry



José Luis Guerín oczywiście nie jest Węgrem, tylko Hiszpanem, a chciałam pisać dzisiaj o Węgrach, ale nim do nich dojdę, poświęcę mu kilka zdań. W konkursie prezentowany jest jego film „W mieście Sylwii” (2007). Piszę o nim z pewną nieśmiałością, może nawet z lekkim zawstydzeniem. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, dziewczyna z rzędu obok niemal krzyknęła - co za gniot! - i zaczęła komentować, zapewne trafnie wskazując wady tego filmu, że bohater taki romantyczny, piękny, delikatny, że One też... to wszystko prawie nie do zniesienia, i ta kreacja. Zdjęcia do filmu były kręcone w centrum Strasburga, a więc w centrum typowego zachodnioeuropejskiego miasta, o które się dba, pozbawionego reklam, z uprzywilejowanym ruchem pieszym, z tramwajami, z brukowanymi, wąskimi uliczkami. To taka ikona doskonałej, uporządkowanej miejskiej przestrzeni, nie pozbawionej atmosfery lokalności, wypełnionej zabytkową miejską tkanką. Ikona świadoma własnej wygody i urody, zbudowana na ludzką skalę. Jest tak doskonała, że widzimy w niej raczej makietę miasta, niż miasto prawdziwe, że odczuwamy ją jako coś wykreowanego na potrzeby filmu. Szczególnie, że sposób, w jaki Guerín miasto pokazuje, tę statyczność podkreśla. Reżyser chce uchwycić proces powolnego orientowania się w obcej przestrzeni. Wybiera więc oznakowane specjalnie miejsca, stawia kamerę, każe kilku statystom wchodzić w kadr, a potem powtarza ujęcia tak, żebyśmy się nie zgubili. Czeka aż, mając do dyspozycji kilka punktów i przeczucie łączących je linii, wykreślimy sobie w głowie mentalną mapę tego kawałka miasta. Że dopowiemy, zgodnie z naszymi percepcyjnymi zdolnościami, jego brakujące elementy. To ciekawe. Guerín w filmie projektuje nam podstawową trasę wędrówki, ale wypełnimy ją każdy na własny sposób.

Tak, to film o patrzeniu i rozpoznawaniu, albo o iluzji rozpoznawania. Miejsc i ludzi. O budowaniu map mentalnych, o wypełnianiu luk, w które częściej niż rzeczywistość wchodzą marzenia czy wyobrażenia o niej. To trzy dni z życia chłopaka, który przyjechał do miasta może jako turysta, ale przede wszystkim – o czym dowiemy się potem - z misją odnalezienia Sylwii, dziewczyny, którą spotkał tu 6 lat temu, o której nic nie wie, nawet dobrze jej nie pamięta, ale z jakiegoś powodu bardzo chce ją odnaleźć. Siada więc przy kawiarnianym stoliku i obserwuje ludzi wokół, a szczególnie kobiety. Szkicuje ich sylwetki w notesie, robi notatki, przypomina po prostu młodego artystę z nieco uwznioślonym wyrazem twarzy, z twarzą jak z jakiegoś obrazu, albo z reklamy perfum. Ale taki jest ten świat. Takie tu można zobaczyć twarze, piękne w swojej naturalności, doskonałe, delikatne, wygładzone, młode. Może film Guerína dla niego samego jest takim snem o młodości, o jej pięknie i egzaltacji, która sprawia, że bohater biega po mieście, szukając Sylwii, że przygląda się kobietom pod różnymi pretekstami, aż wreszcie decyduje się śledzić jedną z nich. To w ogóle – nawet jeżeli zużyta – szalenie pociągająca sytuacja: być przez kogoś prowadzonym ulicami nieznanego miasta, przez kogoś, kto nie jest świadomy tego, że nas prowadzi. Albo jest świadomy. Może to nawet zabawniejsze? Mój sentyment do tego filmu ma całkiem proste źródło – zdarza mi się tak patrzeć na miasto. Obce albo swoje. Takie patrzenie jest jedną ze strategii poznawania jego zakamarków, ale przecież nie tylko o to chodzi. Całkiem niedawno miałam ochotę na podobny spacer, tu, we Wrocławiu, w sobotę. Miałam ochotę iść za głosem, którego wcześniej słuchałam, zresztą nie tylko ja, głos używał mikrofonu. W końcu zrezygnowałam z braku czasu. Czas na festiwalu jest szczególnie deficytowym towarem. I teraz chyba odrobinę żałuję.




En la ciudad de Sylvia reż. José Luis Guerín

cdn.

niedziela, 20 lipca 2008
8.ENH Wrocław_3

eksperymenty




Nadszedł czas eksperymentów. Mniej lub bardziej interesujących. Poważniejszych i tych mniej poważnych. Jeden z nich - film Petera Geyera „Jezus Chrystus zbawiciel” (2008) wywołał poruszenie na ostatnim Berlinale. We Wrocławiu odmieniany przez wszystkie przypadki na długo przed festiwalem, zgromadził dużą widownię. Kiedy wybrałam się na ostatnią wrocławską projekcję, zostałam zatrzymana przed wejściem do sali kinowej. Ekran komputera mówił – nie ma wolnych miejsc. Oczywiście trochę oszukiwał, co oznaczało, że wyczerpał się limit miejsc przeznaczonych dla karnetowiczów i trzeba było czekać, aż wejdą bilety. Miałam ochotę potraktować to zdarzenie jako znak i się wycofać, ale rozsądek zwyciężył, jako że byłam pierwsza w kolejce do ewentualnego wpuszczenia na salę.

Film budzi różne odczucia. I choć nie podzielam entuzjazmu jego wielbicieli, odnotuję, że powstał i jest przyjmowany z entuzjazmem. Zaskakujące jest to – jak przyznał sam reżyser - że „jego” film znalazł się w ogóle w konkursie, tak osobną stanowi kategorię. Geyer zmontował materiał, zarejestrowany podczas berlińskiego występu Klausa Kinskiego w 1971 roku. Kiedy się na niego przypadkowo natknął, postanowił, że ocali go od zapomnienia. Napisany przez Kinskiego monolog Chrystusa, wygłoszony przed 5-tysięcznym tłumem, wciąż się rwał. Kinski w furii rzucał w publiczność mikrofonem, schodził ze sceny, pozwalał bądź nie pozwalał jej mówić, obrażany obrażał. Nie bardzo poruszyła mnie aktualność głoszonych rewolucyjnych prawd, które 2000 czy 30 lat temu, czy dzisiaj zachowują aktualność. Aktorska charyzma Kinskiego jest nie do przecenienia. Ale to był krzyk, krzyk w pustkę, wciąż czekałam na jakieś ważne przełamanie tego krzyku. W pewnym sensie nastąpiło. Najbardziej interesująca w całym tym performance była relacja między aktorem, który nie mógł otrząsnąć się ze swojego pozaaktorskiego wizerunku, a widzami, którzy widzieli w nim raz Kinskiego, innym razem Chrystusa. Nieustannie zarzucali mu, że w życiu nie postępuje zgodnie z głoszonymi w monologu zasadami. I choć to wydaje się nieco absurdalne, bo Kinski realnie jest przecież sobą, aktorem, nie Chrystusem, tak właśnie było. Na taki odbiór musiała wpłynąć sugestywność wystąpienia.

Przypomina mi się zaraz słynna sprawa z cięciem szablą wystawy „Naziści” Piotra Uklańskiego, przypomina mi się wiele podobnych przypadków sztuki, która doprowadza ludzi do bardzo żywych, zaskakujących reakcji. Mimo że wkroczenie w jej obszar oznacza zaburzenie porządku, albo stworzenie innego, nie bardzo wiemy, jak się wobec takiego „zaburzenia” zachowywać, jak ze sztuką rozmawiać, jak ją rozumieć. Kinski w pewnym momencie ogłasza definitywny koniec przedstawienia, a po chwili schodzi ze sceny, by wśród niedobitków publiczności dokończyć swój monolog. Przeszkadzają mu rozmowy. Wydaje się bardzo zmęczony. Mówi, żeby byli cicho, bo człowiek, który musi z pamięci wygłosić 30-stronicowy tekst, potrzebuje ciszy i skupienia, i czy oni naprawdę tego nie rozumieją? Pokazuje, jak bardzo jest „robotnikiem” sztuki. Ile realnego, fizycznego trudu ona od niego wymaga. A więc z jednej strony poruszające wydało mi się to ciągłe przechodzenie ze stanu w stan, przenikanie realności i sztuczności i tego przenikania konsekwencje. Kinski jest postacią wprost stworzoną do wyrażenia ambiwalencji, jest stworzony do wyrażenia każdej ambiwalencji, jaka przyjdzie nam do głowy. Rozpięty między komercją a sztuką wysoką, między normalnością a szaleństwem, charyzmą a upadkiem. Z drugiej – traktowanie pracy artysty jednocześnie z patosem i z pogardą. Artysta na postumencie sztuki wydaje się postacią uwzniośloną, a jednocześnie jest darmozjadem, który nie ma nic wspólnego z pracą, z wysiłkiem, z potem. To mnie w tym filmie dotyka. Od podszewki znam podobny problem z niepoliczalną wagą intelektualnej pracy, która nie daje jednoznacznego, policzalnego efektu. Kinski wyciska z siebie i pot i łzy. Jego kreacja naznaczona jest wysiłkiem, choć efekt tego wysiłku wydaje się ulotny. To nie dom z cegieł, ale dym z papierosa.




Jezus Chrystus Zbawiciel reż. Peter Geyer

Kolejnym eksperymentem był zdecydowanie lżejszy film Kanadyjczyka Guy'a Maddina „Moje Winnipeg” (2007). Reżyser korzysta w nim z arsenału swojego rozpoznawalnego, bardzo widowiskowego stylu, nieco surrealistycznego, odwołującego się do historii kina i własnej biografii. W serii onirycznych, czarno-białych, wystylizowanych obrazów opowiada o rodzinnym mieście. Jest wciąż obecnym narratorem i jednocześnie pasażerem uśpionego pociągu, mknącego ulicami Winnipeg, przez czas i wspomnienia. Maddin próbuje uciec z miasta, co jest równoznaczne z ucieczką we własną, nieskrępowaną zależnościami przyszłość. Cały czas zastanawia się, jak tego dokonać, uwięziony w pociągu-widmie, w swoim ciasnym życiu, w nieustannie zaśnieżonym, skutym lodem Winnipeg. Miasto w jego filmie raz jest ekspresjonistycznym, niesamowitym, wypełnionym dziwnymi historiami, lunatykami i somnambulikami potworem, innym razem przestrzenią utkaną z miejsc, pulsujących autentycznym ciepłem niczym małe, rozżarzone węgielki. Maddin tworzy wizerunek miasta z dokumentalnych kronik, prywatnych zdjęć, z gazetowych wycinków, z mgły i śniegu. Opowieść o mieście składa z faktów i zmyśleń. Zastanawia się, co by było gdyby... Przeprowadza eksperyment, wraz z matką przenosi się do ich pierwszego, rodzinnego domu i odtwarza domowe rytuały, sytuacje z przeszłości, tworzy film – psychoanalityczny seans o swojej rodzinie z udziałem profesjonalnych aktorów. To niezwykły kolaż, zachowujący dynamiczne tempo, tempo przepływu wielu myśli naraz, które powracają, tworzą pętle, węzły, zrywają się, blakną. Sen o mieście. Seans spirytystyczny, w którym z zaświatów wywołana została przeszłość.



Moje Winnipeg reż. Guy Maddin


sobota, 19 lipca 2008
8.ENH Wrocław_2

podróże sentymentalne



Wracam pod moje sosny, ściskając w dłoni klucz. A jeżeli wybiegnie ktoś nagle z gęstej czerni ogrodu? Krzycząc coś o rekinach? Tylko wiatr jest realny (wiatr znad Bosforu?). Kiedy ściskasz go w dłoni, zawracając swoją perską armię, reszta to złudzenie – podpowiada bajkowy uczony węgierski Csoma. Więc znowu na obrzeżach. Zakreślam kółkiem w festiwalowym programie same hity, a potem i tak, siedząc gdzieś nad kawą, na rynku, obserwując cygańskie dzieci kradnące winogrona, zmieniam zdanie, wybieram się w sentymentalne podróże. I tak już chyba zostanie.

Od rana nie mogę więc ominąć najpiękniejszego, najbardziej sentymentalnego kierunku – w „Betonowej poduszce” (Taş yastik, 2007), debiucie Fatiha Haciosmonoğlu reżyser wciela się w rolę tureckiego emigranta, który w Chicago sprzedaje używane książki. Pod wpływem impulsu postanawia wrócić do rodzinnego Stambułu. Tam czeka na niego rodzina, a jak wiadomo w Turcji rodzina dla każdego stambulskiego kosmopolity to same kłopoty. Lodos zastaje wszystko w dawnym porządku, czy też w dawnym bałaganie. Bosfor w słoneczny dzień ma oszałamiajaco błękitny kolor, herbata - cierpki smak, dywany są miękkie, a koty siadają na kolanach, biały meczet w Ortaköy świeci w ciemnościach na drugim brzegu tuż przy Bosforskim moście. Znajome miejsca. Brat Lodosa – Poyraz ma już rodzinę, żonę i dwie córki. Razem z ojcem prowadzi zakład introligatorski, oprawia książki, które – zdarza się – mają i po 400 lat. Ale obaj są poetami – Lodos i Poyraz, który przypomina mi pewnego Erkana, szefującego w jednej z knajp w okolicy Hagia Sofia. Tak Erkan musiał wyglądać w młodości.

Kiedy bracia wypływają łodziami na ciemne nocą wody Bosforu, żeby czytać i recytować wiersze, czuję zapach bułki z rybą i cebulą, widzę parę unoszącą się nad kramami ulicznych sprzedawców kanapek, którzy kręcą się po nabrzeżu. Stambuł w filmie Haciosmonoğlu to zaledwie kilka miejsc – Bosfor, typowy stambulski drewniany dom rodziców, kawiarnia w Beyoğlu, gdzie pracuje bratowa Lodosa i piękna cudzoziemka Roxana, sklep introligatorski, kilka składów z książkami. Teatralna scena i taki jest też ten film. Składanka poetyckich póz Lodosa/Fatiha. Nieco absurdalna, groteskowa gra na słowa i obrazy, które raz są aż nazbyt statyczne, innym razem porwane, nieostre jak domowe wideo. Trochę mi to przypomina Hala Hartleya, ale jest bardziej eklektyczne w stylu. Artysta w domu to prawdziwe przekleństwo, w Stambule – zdaje się – wszyscy są artystami, a życie toczy się wokół książek. Mimo to Lodos jest odszczepieńcem, popijającym wino na łodzi. To nie stambulska melancholia hüzün, ale jakaś wewnętrzna niemoc nie pozwala mu się ustatkować, zdecydować na coś, być wiernym tradycji (brzmi jednak jak hüzün). No i wyjść cało z tej chwilami mocno nadszarpniętej formalną zabawą realności. Podobał mi się ten film, był całkiem niepoważny.



Betonowa poduszka reż. Fatih Haciosmonoğlu

W kolejną sentymentalną podróż zabiera Steven Sebrig, który przez ok. 10 lat filmował w różnych sytuacjach prywatnych i koncertowych Patti Smith. W „Patti Smith: Dream of Life” (2008) miksuje je niczym sprawny didżej. Jeżdżąc po świecie z artystką, podsłuchuje rozmowy, zbiera miny, jest wytrawnym szpiegiem śledzącym każdy jej krok, każdy wiersz. I znowu tyle poezji. I w słowach i w obrazie, czarno-białym, gdzie niegdzie zepsutym, zamglonym, prześwietlonym słońcem, bez perfekcji. Dużo mocnych uderzeń, jakieś rewolucje, ale też bardzo często groby. Wydaje się, że Patti podróżuje od grobu do grobu, gdzie się nie pojawi ma zawsze jakiś grób do odwiedzenia. Czy to będzie grób męża, przyjaciela, idola. O niej samej i o jej historii dowiadujemy się nie tyle z tradycyjnego opowiadania, ile oglądając jej otoczenie. Zdjęcia przyklejone taśmą do ściany, zdjęcia, które bezustannie robi, obrazy, filmy, pamiątki ważnych wydarzeń, ulubiona dziecięca sukienka, odrobina prochów Mapplethorpe'a w starej urnie ze Wschodu, jakieś książki z pogniecionymi od zużycia okładkami. Dla mnie ten film jest chyba bardziej filmem o dizajnie i modzie, niż o muzyce, o sposobie tworzenia rozpoznawalnego, a jednak autentycznego w swojej istocie stylu, który stworzył ikonę rocka. Jej niesforne włosy opadające na twarz, włosy kloszardki? szczupła, męska sylwetka, charakterystyczna twarz nie tknięta makijażem, twarz Indianki? ostre rysy, delikatny uśmiech, wielkie marynarki, kapelusze, wąskie spodnie wsuniete w kozaki albo glany, sposób poruszania się – płynność, jakby wciąż na lekko ugiętych nogach, naturalność. No i te mieszkania. Żadnej surowości i taka bogata prostota, każdy przedmiot nosi na sobie rysy, bo jest związany z konkretnym człowiekiem, sytuacją, fragmentem życia, o każdym można by opowiedzieć.



Patti Smith: Dream of Life reż. Steven Sebrig

A potem kolejna zmiana planów – Tibor Szemzö i przegląd jego eksperymentalnych fotograficzno-muzycznych filmowych albumów, jak sam o nich mówi. Mała salka numer 2 w kinie Warszawa bez trudu pomieściła nieliczną publiczność. Byli Węgrzy. Mnie zwabiło spotkanie z reżyserem po filmach, miałam ochotę zadać mu kilka pytań. W podnieceniu oglądał razem z nami, nigdy wcześniej nie widział tych krótkometrażówek razem. To był pretekst do stworzenia jakiejś definicji tego kina, jakiegoś wspólnego dla całości języka, może rozmowy o metodzie. Myślę, że to się udało. Widzom jest łatwiej wyłapać takie połączenia, także – paradoksalnie – dzięki niewiedzy, dyletanctwu, niemożności rozpoznania skomplikowanej struktury muzycznej, która stanowi tu podstawę i buduje różnorodność, bo Szemzö jest przede wszystkim kompozytorem muzyki. Widzieć wszystkie dźwięki - oto metoda. I w tym też kontekście opowiadał o swoich filmach, które – szczególnie ten pierwszy „Uszkodzenie czaszki” z 1987 roku - wymykają się spod kontroli. Ale w tym wypadku to nie jest zarzut, to nie jest błąd, a raczej to jest błąd, z którego artysta na różne sposoby korzysta. Przypadek i błędy są dla niego życiodajne.

Widać tę metodę w późniejszych eksperymentach, kiedy Szemzö wchodzi w różne, także miejskie przestrzenie – na Kubie (Cuba, 1993), w Japonii (The Other Shore, 1998), w Budapeszcie (What There Is, 2005), czy w Tybecie (Gość życia, 2006). Te jego wizerunki miejsc bardzo często posługują się „estetyką powierzchni”, o której kiedyś pisała Ewa Mazierska w odniesieniu do wczesnych filmów Kar-waia. Treść filmu zbudowana jest z kompozycji kadru, z przypadkowego ekranowego ruchu, z dopasowywania struktury montażu do struktury muzycznej. Poszczególne elementy świata odbierane wrażeniowo tracą swoje pierwotne sensy. To mi bardzo przypomina fenomenologiczny sposób obserwowania miasta, które jest definiowane nie przez historyczne fakty, ważne miejsca czy budynki, ale przez fenomeny niemal niezauważalne, wydobywane z tej miejskiej szarady bardziej zmysłowymi preferencjami oglądającego, niż jakąś intelektualną zasadą. Bardzo często kamera jest statyczna, po prostu stawia się ją w miejscu i obserwuje upływ czasu. Ważnym komponentem zdaje się być właśnie ten brak spektakularnych zwrotów akcji, wymuszonych jakimś scenariuszem. To przepływ obrazów i dźwięków. Nie bez powodu podczas rozmowy padło więc nazwisko Jonasa Mekasa, to bliskie mu kino, podobna wrażliwość. A węgierskość? No cóż. Tibor Szemzö mieszka w języku, w języku węgierskim. I tyle na temat węgierskości.



Tibor Szemző

piątek, 18 lipca 2008
8.ENH Wrocław_1

archeologia Tibora Szemzö



Prowadziłam ostatnio jakieś głupie rozmowy o ginących drzewach. Wydawało mi się, że ginące drzewa same w sobie nie muszą prowokować głupich rozmów. A jednak. Dlatego udzielił mi się nieco depresyny nastrój „Wielkanocy z tygrysem” i dialog, przypominający te moje rozmowy. Ale czy o drzewach zawsze tak trzeba? Przed oknem mojego tymczasowego wrocławskiego mieszkania rosną sosny. Zamiast równo przyciętych trawników, na szarym piasku rozsypały się sosnowe igły. Czuję się tu trochę jak w Argentynie. A drzwi wejściowe są drewniane, cudownie rzeźbione, surowe, mam wrażenie, że jeszcze pachną lasem, mimo że mają już swoje lata. Dom jest zamaskowany zielenią, starą zielenią, jak wszystkie w okolicy. Stare domy w wybujałych ogrodach. Piękne, spokojne, tajemnicze i ogrody, i domy. Drzewa uginają się od dojrzałych czereśni i niedojrzałych jabłek. Trochę daleko od centrum - to Biskupin, ale atmosfera niepowtarzalna.

Tymczasem w centrum życie obraca się wokół własnej osi, szybko, nietajemniczo, ale ciekawie. Odwiedziłam dzisiaj Centrum Sztuki WRO, które zajęło lokal w Mediatece, nad centrum festiwalowym. W trzech dużych salach znajduje się Czytelnia Mediów, galeria i laboratorium. W dwóch pierwszych panuje lekki mrok, ostatnia szklaną płaszczyzną wychodzi na Teatr Lalek. Strop podtrzymują drewniane belki, to bardzo ładny budynek, warto się tam wybrać, z różnych powodów.

Kiedy tam trafiłam, przypomniał mi się zeszłoroczny dokumentalny esej Sarah Payton i Chrisa Teerinka „W cieniu światła”, poświęcony Jonasowi Mekasowi i jego nowojorskiemu archiwum. Budynek Anthology jest niczym worek bez dna, potrafi zmieścić absolutnie wszystkie dowody artystycznej działalności ludzi, kochających kino. Wewnątrz piętrzą się szpule ze starymi filmami, kartony z pamiątkami, stosy książek, notatek, magazynów. Wspaniała atmosfera przenika mury, promieniuje ciepłem. Centrum Sztuki WRO również dysponuje bogatą kolekcją, jednak cyfrowe nośniki zajmują zdecydowanie mniej miejsca. To jeden z najbardziej kosmopolitycznych punktów na mapie Wrocławia. Zespół WRO, składający się z krytyków, kulturoznawców, wykładowców artystycznych uczelni i artystów, oprócz organizacji międzynarodowego biennale sztuki mediów zajmuje się projektami artystycznymi i edukacyjnymi, pokazuje je w galerii, wydaje książki i płyty, w Czytelni Mediów udostępnia swoje materiały. Popularyzuje wiedzę z pogranicza różnych dziedzin. Jesienią wyjdzie pierwszy numer magazynu-podręcznika z papierowej serii WRO Reader, poświęcony związkom sztuki mediów z kinem (Od kina absolutnego do kina przyszłości).

Z Tiborem Szemzö WRO współpracuje od lat 90. Razem z Pawłem Janickim (Pablem) z laboratorium WRO w galeryjnej przestrzeni Szemzö stworzył multimedialną, interaktywną strukturę. Wykorzystał w niej unikatowe, stare projektory, wyprodukowane w byłej Czechosłowacji, które w krajach bloku wschodniego służyły do wyświetlania filmów edukacyjnych. Ów niestandardowy relikt jak na owe czasy musiał być bardzo nowoczesny. Autorzy filmów o tematyce sportowej czy przyrodniczej byli prawdziwymi profesjonalistami. Funkcjonalistyczny program nie kolidował z pełną artystycznego wyczucia formą. Oglądając wystawę, zakładamy słuchawki. Usłyszymy w nich literackie teksty na nowo dziś odkrywanego, dysydenckiego węgierskiego filozofa Béli Hamvasa, do których Szemzö napisał w latach 1996-2000 muzykę – „Siedem szkiców na zespół mieszany, wydaną następnie pod tytułem „Niewidzialna historia”. W najnowszym projekcie znajdą się utwory w dotąd nie prezentowanych aranżacjach. Przetłumaczone na język polski, teksty recytują specjalnie wybrane, nieaktorskie głosy. Głęboko metafizyczne kwestie, dotyczące istoty bytu zostały wplecione w akcję filmów, od podstaw tłumaczących funkcjonowanie świata. Widz instalacji uruchamia ją swoją obecnością. Projekcje są niewielkie, towarzyszy im punktowe światło, które wydobywa z ciemności uaktywniony projektor. Charakterystyczna dla wszystkich prac Szemzö atmosfera kameralności i bliskości, melancholii i uniwersalizmu, jest doświadczeniem z niczym nie porównywalnym. To nie tyle sentymentalne wspominanie przeszłości, ile próba zobaczenia jej na nowo, wydobycia z podporządkowanego codziennej rutynie mechanizmu piękna, o które nigdy go nie podejrzewaliśmy.

Wernisaż wystawy odbędzie się 19 lipca. Dziś wystawa jeszcze nie istnieje. Zostałam oprowadzona po nieistniejącej wystawie zatytułowanej „Niewidzialna historia”. Wyobraziłam ją sobie i opisałam. Bardzo mi się spodobała. Spodobało mi się miejsce i ludzie. Czuje się tkwiący w nich potencjał, który tylko szuka ujścia.

Wieczorem nastąpiło zaś wielkie otwarcie festiwalu w węgierskim stylu – opera filmowa Csoma została wystawiona po raz pierwszy w Operze Wrocławskiej. Kameralna scena zmieściła kilkunastu artystów z Gordiusi Čomó pod batutą Tibora Szemzö. Swoim zmysłowo szorstkim głosem w narratorkę, opowiadającą baśnie o Sándorze Csomie Körösim, wcieliła się Krystyna Janda. Pisałam tu już o „Gościu życia”. Znowu mogłam go obejrzeć na dużym ekranie i się nim zachwycić. Szemzö penetruje światy, które mi odpowiadają, dalekie od zgiełku, zużyte, niepotrzebne, nieistniejące albo skazane na zagładę. Jest z nimi blisko. Zastanawiam się nad jego węgierskością, która nie wydaje się czymś oczywistym i jednoznacznym. W latach 80. Szemzö wyemigrował do Japonii, myśląc, że nigdy już na Węgry nie wróci. Wrócił, choć pozostał wielkim kosmopolitą.








czwartek, 17 lipca 2008
8.ENH Wrocław_prolog

Rządowi RP udaje się w końcu wybudować miasteczko filmowe i zaludnić je aktywnymi zawodowo filmowcami. Rząd RP chce także po raz kolejny przenieść na ekran Lalkę Bolesława Prusa, bo naród coraz chętniej chodzi do kina na nowe ekranizacje lektur szkolnych. Z kolejki do roli Izabeli Łęckiej wypada najpoważniejsza kandydatka. Rząd RP nie wie, kto wyprawił ją na casting w niebiesiech. Są jednak tacy, co wiedzą...”

Na okładce „Wielkanocy z tygrysem” Darek Foks przeciera bez zdziwienia nieco zmęczone oczy. Jego książka jest pisanym na oczach czytelnika scenariuszem telenoweli. Stąd pewnie to zmęczenie, albo brak zdziwienia. W Bergmanowie nad rzeką Staw dojdzie do zagadkowego morderstwa. Ofiarą będzie kobieta. Jak wszystkim wiadomo, kino nie jest kobietą, ale... Trochę śmiertelnej żółci Foks wleje i w jego/jej gardło.

- Posłuchaj Mamto, a więc twierdzisz, że kino nie istnieje, tak? Adam Rapacki urwał, nastało męczące oczekiwanie na odpowiedź. Mamto niepewnie kiwnął głową. - Cóż więc dzieje się z filmem, gdy go oglądamy? Znika? - Nie. Znowu cisza. Adam stłumił westchnienie, nie chciał bowiem pokazać, co myśli o zasobie wiedzy tego słuchacza kursu filmowego, gdyż długonogi chudzielec w środkowym rzędzie, syn serialowego dilera narkotyków Mamto, reprezentował wpływową warstwę społeczną. (...) - No – ponaglił Adam – co się dzieje z tym filmem? - Jan Mamto tylko nieco szybciej zaczął obracać długopis między palcami. - Z filmem, Mamto, nic się nie dzieje. Pozostaje nienaruszony. Może Cegielsky zechce podpowiedzieć. Dziewczęta zachichotały. Jan poruszył się niespokojnie, a Cegielsky powiedział: - Raczej znika. Jedna z dziewcząt niemal krzyknęła: - A ja kocham kino! - po czym poczerwieniała, wytaźnie wyczerpana głębią swej wypowiedzi. Mamto odwrócił się i zripostował: - Kochaj sobie, ale film jednak znika. - Właśnie, że nie znika – pochyliła się ku niemu rozgniewana. - Nic nie może zwyczajnie zniknąć. - Znika, znika. Nieduży okrągły chłopak wtrącił się do dyskusji. - Popatrz na takie rośliny. Jedne znikają, inne nie znikają. Janek Mamto parsknął śmiechem. Adam uderzył w stół. - Dość już tego. (...)

Oddalając się w korytarzu, usłyszał jeszcze głos Mamto - Kino znika i już, a ty, pindo...”.

(Darek Foks, „Wielkanoc z tygrysem”, Wołowiec 2008, str. 21)



 
1 , 2