agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
wtorek, 30 sierpnia 2005
czekając na jesień, oglądamy Amelię

DALSZE LOSY NINO

To było jedno z tych sennych, zapomnianych przez Boga i ludzi, nadmorskich miasteczek, w których życie zamiera wraz z końcem sezonu. To był po prostu deszcz, który zaznaczył się setką drobnych kropelek na bordowej opończy Teresy Raquin, kiedy ta wysiadła z pociągu na małej stacyjce, rozglądając się niepewnie w poszukiwaniu wskazówek. Wskazówki dworcowego zegara były ułamane. Czas się tu zatrzymał i to stwierdzenie nie miało w sobie nic z metafory. Po chwili dostrzegła człowieka, drzemiącego chwiejnie na ławce. Jego kolejarska czapka z daszkiem mogła dostarczyć Teresie Raquin pewnych informacji. >Zoppotto alateo<, przeczytała wytarty napis na czapce, od momentu połączenia wszystkie kraje Unii obowiązywał nakaz używania w oficjalnym nazewnictwie języka esperanto. Dziewczyna wyjęła z kieszeni płaszcza miniaturowy dyktafon i naciskając jeden z wypukłych, gumowych guziczków, wyszeptała: jestem tu. Teresa Raquin lubiła dotykać gumowych guziczków swojego dyktafonu serdecznym palcem prawej ręki i szeptem zaznaczać swoją obecność w nowym miejscu. Nie zostało jej wiele czasu. O czwartej sekretarz pana N.Qu. miał na nią czekać w hallu słynnego niegdyś Grand Hotelu. Ruszyła więc przed siebie z nadzieją, że w mieście, w którym znalazła się na wyraźne polecenie redaktora, prowadzącego środowy kącik z gwiazdą, dworzec położony jest w centrum, tuż obok komisariatu policji, ratusza, kościoła i gościnnego, graniczącego z plażą Hotelu Grand. Intuicja, raczkującej dopiero w branży, młodej dziennikarki tym razem jej nie zawiodła. Czerwony dach hotelu zobaczyła z daleka. Omijając kałuże, żeby nie zabrudzić swoich roboczych pantofli z wężowej skórki (redaktor, prowadzący środowy kącik z gwiazdą, uważał, że buty to w pracy dziennikarza połowa sukcesu), dotarła do celu.

Zgodnie z umową sekretarz pana N.Qu. czekał na Teresę Raquin w hallu słynnego niegdyś Grand Hotelu. Usiedli na chwilę w hotelowej restauracji, skąd rozciągał się widok na wychodzące w morze, puste molo. Poważny, młody człowiek oficjalnym tonem poinstruował dziennikarkę, jak ma się zachowywać w towarzystwie, udzielającego nielicznych wywiadów, artysty. Sekretarz pana N.Qu. nie omieszkał przy tym delikatnie dotknąć swoim kolanem kolana Teresy Raquin, ponieważ bardzo lubił dźwięk, jaki wydaje nylon kobiecych pończoch, pocierany flanelą. I nie muszę pani chyba przypominać, rzekł, unosząc brwi, jakby te miały mu zaraz z twarzy odlecieć, że nie należy mistrzowi zadawać pytań o charakterze osobistym. To zabronione, w innym wypadku może pani stracić cały wywiad. Teresa Raquin kiwnęła obiecująco głową i udała się na najwyższe piętro budynku, do apartamentu, w którym kiedyś zatrzymywał się nawet sam Adolf, a który teraz, od kilkunastu sezonów należał wyłącznie do pana N.Qu.

Zapukała. Nikt nie odpowiedział. Powoli nacisnęła klamkę. Po przestąpieniu progu apartamentu od razu poczuła drażniącą nozdrza mieszaninę zapachów: kurzu, perfumowanego papieru, kurczaka z rożna, tytoniu i jednorazowych, nasączonych kremem chusteczek dla niemowlaków. Pan N.Qu., zamiast majestatycznie spoczywać w fotelu, pykając fajeczkę, mył właśnie zęby na środku pokoju, a podłogę wokół niego znaczyły kupki różowej piany. Muussmano, wykasłał na widok dziewczyny, prychając pianą, co miało znaczyć po prostu - mów mi Nino. Onieśmielona takim wstępem, Teresa Raquin szepnęła tylko do koniuszków swoich roboczych pantofli z wężowej skórki, dzień dobry, Nino i wpadła w fotel, ten sam, w którym spodziewała się ujrzeć, majestatycznie pykającego fajeczkę, pana N.Qu. Nie przejmuj się, smyku, tym smutnym człowiekiem z dołu, pocieszył ją Nino. Teraz na pewno sączy porto, marząc o jakiejś kobiecie w nylonach. No cóż, o taką tutaj trudno, jesień, złotko, idzie jesień, w radiu zapowiadali sztorm, a morze płaskie jak moja landrynka. Teresa Raquin, zwykle roztargniona, słuchając narzekań pana N.Qu. na jesienne szarugi, uświadomiła sobie nagle, że nie wzięła ze sobą notesu. Uświadomiła sobie także konsekwencje podobnego braku profesjonalizmu. Przed oczami miała już minę redaktora prowadzącego środowy kącik z gwiazdą i jego rękę uniesioną, wskazującą na lawendę, kwitnącą w doniczce na biurku, co nigdy dobrze nie wróżyło. Dlatego po plecach Teresy Raquin przeszedł dreszcz. Spojrzała dokoła, może dyskretnie skorzysta z papierów, należących do jej rozmówcy. Wystarczyłby skrawek, zwitek, wystarczyłby papieros. Ojciec Teresy Raquin, przebywający nader często w zakładach penitencjarnych, nauczył ją przecież trudnej sztuki preparowania grypsów. Kiedy Nino, gubiąc po drodze brudne skarpetki, które najpierw starał się wepchnąć do kieszeni szlafroka, zniknął w łazience, dziewczyna zaczęła przeczesywać wzrokiem ciemne o tej porze wnętrze pokoju. Ze zdziwieniem stwierdziła, że wszystkie jego ściany pokryte są regałami pełnymi szuflad. Otworzyła pierwszą z brzegu. W środku tej i następnej, i jeszcze następnej, i wielu innych znajdowały się widokówki z różnych stron świata, wypełnione zawsze tym samym, drobnym pismem, za każdym razem podpisane - „A”. To dziwne, pomyślała, z początku podejrzewając pana N. Qu. o manię kolekcjonerską. Niestety, mimo, że Teresa Raquin była szczerze zaintrygowana swoim odkryciem, nadal nie znajdowała się w posiadaniu kawałka papieru, zastępującego notes. Widokówki wypełnione były pismem niemal w każdym calu, nie mogłaby ich wykorzystać. W kieszeni płaszcza wymacała swój miniaturowy dyktafon. Nie ma innego wyjścia, musi się nim posłużyć, chociaż przyrzekła sekretarzowi pana N.Qu. pod żadnym pozorem nie włączać w obecności mistrza urządzeń nowej generacji. Niech pani uważa, ostrzegam, brwi sekretarza pana N.Qu. znalazły się nagle tuż przy linii jego przyciętej na jeża grzywki, może pani wszystko stracić. To naprawdę zabrzmiało jak groźba. Na pytanie - dlaczego? - dziennikarka nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Życie pana N.Qu. od dawna owiane było tajemnicą, niczym zapachem perfum nieznanego pochodzenia. Właściwie nikt nie wiedział, czym się zajmował Nino, zanim został wielkim, popularnym w środowisku paryskich kolekcjonerów malarzem na wazonach. Jedno było pewne - jego wazony od lat osiągały niebotyczne wprost ceny na rynku dzieł sztuki. Zarówno przez paryską bohemę, jak i przez szlachetne grono światowych koneserów Nino został uznany za największego malarza na wazonach od czasów Charbonniera młodszego.

Po chwili szamotaniny, dochodzącej z głębi apartamentu, pan N.Qu. z cygarem w zębach wszedł do pokoju, w którym zdezorientowana Teresa Raquin obmyślała swój niecny plan. Usiadł naprzeciwko i utonął zaraz w chmurze dymu. Będąc mężczyzną bez mała po siedemdziesiątce, trzymał się nieźle i patrzył wciąż z przyjemnością na coraz młodsze, kobiece nogi. Dlaczego nie wyjedzie pan z tego miasta? zapytała dziewczyna, chcąc ukryć swoje zakłopotanie uważnym spojrzeniem artysty i swoją rękę, gmerającą przy dyktafonie, schowanym w kieszeni. Przecież tu jest dobrze, odpowiedział łagodnie pan N.Qu. A potem nagle zaniepokojony podniósł się z fotela - dziecko, czy aby wszystko z tobą w porządku? Zrozpaczona Teresa Raquin, nie mogąc dosięgnąć dyktafonu, wiła się i kręciła na swoim miejscu, jakby ją pchły gryzły, wreszcie, nie chcąc już zwlekać, postawiła młode życie i karierę na jedną kartę. Zamaszystym ruchem odgięła poły prochowca i wydobywszy dyktafon z czeluści dziury w podszewce, jaka jej została na pamiątkę ostatniego Sylwestra, podstawiła go pod sam nos pana N.Qu. i zagryzając drżące wargi, nacisnęła guziczek z napisem >rec<.

W jednej chwili twarz Nino zmieniła się nie do poznania. Najpierw ogarnął go smutek, a następnie dzika furia. Biegał po pokoju jak oszalały i wyrzucał zawartość szuflad na podłogę, tak, że w końcu podłoga wyglądała jak Central Park zimą, tylko zamiast śniegu pokrywał ją kolorowy puch pocztowych kartek. Po jakimś czasie zmęczony usiadł na środku pobojowiska i wyznał, że w takich jak ten momentach, kiedy wspomnienia wracają, zwykle traci panowanie nad sobą. Delikatny dźwięk włączanego dyktafonu jak pstryknięcie polaroidu, wibracje, w jakie urządzenie wprawiło drobinki powietrza, przypomniały mu młodość i chwile szczęścia, spędzone z ukochaną. Co się z nią stało? zapytała Teresa Raquin, nie kryjąc wzruszenia, które - gdyby nie elastyczne, antyperspiracyjne szkła kontaktowe - wycisnęłoby z jej oczu niejedną łzę. Wyjechała, wyszeptał Nino. Wyjeżdżała. Wielokrotnie. I wciąż dalej. Została stewardesą. Nie może być! Teresa Raquin współczująco wydęła wargi, ale dlaczego? Sam chciałbym to wiedzieć, Nino przetarł zaczerwienione oczy. Miała w sobie nieodpartą potrzebę bycia nieobecną. Wystarczyło, że pisze do mnie, że opisuje mi to, co widzi, że o mnie myśli i pamięta. To ona przysłała te wszystkie kartki, podpisane przez „A”, „A” czyli Amelia... Dlaczego jej nie zatrzymałeś? chciała zapytać Teresa Raquin, ale ich rozmowa została gwałtownie przerwana, właśnie ktoś zapukał do drzwi. Po chwili pojawił się w nich mężczyzna w kolejarskiej czapce z napisem >Zoppotto alateo<. W miasteczku pełnił również funkcję listonosza. Jak na sygnał oboje rzucili się w jego kierunku. Mężczyzna, leniwie miętosząc w palcach każdą tkwiącą w torbie kopertę, niby to droczył się z nimi, niby specjalnie opóźniał moment, w którym kolejna kartka dostanie się do rąk prawowitego adresata. Z pocztówki ze zdjęciem genewskiego nabrzeża Amelia donosiła:

>Skrzyżowanie Route de Malagnou, Boulevard des Tranchées i Rue Ferdinand - Hodler, którego obrazy właśnie oglądałam, niedaleko muzeum zegarów. Mała, dzielnicowa kafeteria. Co mnie obchodzi w tym mieście? Zegary i czas, i czekolada - czekoladowe sztabki złota, czekoladowe cygara na wystawach. Kilka osób pije kawę, czytając gazety w wolne od pracy południe. Roznosi się zapach cynamonowych ciastek. Można by sfotografować roześmianą kelnereczkę, można by nagrać, jak nuci pod nosem hiszpańską piosenkę. Trzy słowa w kółko. Zapisuję, choć to w ogóle pozbawione jest sensu - za kilka godzin zgubię te notatki razem z mapą, w parku przy murze reformatorów, gapiąc się na faceta, ćwiczącego tai-chi. I nagrać dźwięk, jaki wydaje filiżanka, stawiana na ebonitowym blacie, słyszałam taki dźwięk chyba tylko w jednym, starym filmie.<

Teresa Raquin powoli opuściła stopę i ugrzęzła w mokrym, nadmorskim piachu. Jeszcze raz, naciskając serdecznym palcem prawej dłoni guziczki miniaturowego dyktafonu, odsłuchała nagranie. Pojadę, zapewniał Nino, znajdę ją. Nie będę czekał. Znam ją dobrze, pewnie znowu wyjedzie, ale zanim wyjedzie, musimy się zobaczyć. Teresie Raquin podobał się głos pana N.Qu. Lubiła głosy, z których żaden nie był identyczny. Modulacja głosu jest obrazem duszy, mruczała, wrzucając do wody ze szczytu mola kasetę z nagraniem dla środowego kącika z gwiazdą. Przed oczami miała już minę redaktora prowadzącego i jego rękę uniesioną, wskazującą na lawendę, kwitnącą w doniczce na biurku i zaraz potem przypomniała sobie twarz Nino. Obiecaj mi, poprosiła, że dostanę od ciebie kartkę z miejsca, w którym znajdziesz Amelię, obiecaj. Obiecuję, pan N.Qu. podrapał się zakłopotany po brzuchu, bo bardzo nie lubił pożegnań i moherowych swetrów, nakładanych na koszule z jedwabiu. Teresa Raquin, wsiadając do pociągu, strzepnęła z bordowej opończy, którą była okręcona, resztki mgły i deszczu. W jednej chwili poczuła przepełniającą zarówno ciało jak i duszę, doskonałą harmonię. To był niezwykły dzień, dzień, w którym postanowiła zmieniać życie innych ludzi, a może – pomyślała - uda mi się zmienić także swoje...?

.

.

poniedziałek, 29 sierpnia 2005
Sopot powoli

Sopot powoli, bardzo powoli wyludnia się. Czekamy na jesień.

aneks do lustra

To było w gąszczu wysokich zarośli i kwiatów. Stał tam stary dom, przy nim krzesła i stół z samowarem, zmoczone to wszystko przez ciepły, letni deszcz, kapiący kroplami z obrusa. Taka scena. I nic więcej oprócz może jak potok szemrzącego głosu starego człowieka, który recytuje swoje wiersze. Monotonny szum, słowo tu, słowo tam. Bez oddechu jakby, żeby zdążyć. Scena z dokumentalnego eseju Wiaczesława Amirkaniana „Arsienij Tarkowski. Malutka żizń”, którego bohaterem został zapomniany poeta, ojciec Andrieja Tarkowskiego. Film powstawał przez 20 lat. Pod koniec twarz starca jest smutna, nic jej nie ożywia, nawet opowiadania o burzliwych przyjaźniach z Cwietajewą i Achmatową. Właściwie miała to w sobie od początku. Mimo upływu lat wyraz twarzy poety nie zmienia się. Wciąż mieszka w wysokim, ciasnym pokoju wśród kaktusów, wierszy, starych fotografii, otaczają go ludzie, ale może nie ci najważniejsi. Wciąż jeszcze nie odmówiono mu talentu.

Arsienij Tarkowski

niedziela, 28 sierpnia 2005
ojcowie i synowie w lustrze

„Ani trucizna ani anatema

Niestraszne mi. W przeczucia i złowieszcze

Znaki nie wierzę. Wiem, że śmierci nie ma

W przyrodzie. Wszystko, co żyje, jest wieczne.

Niezrozumiała jest ludzka obawa

Przed śmiercią i ciemnością. Tylko jawa

I tylko życie istnieje na świecie.

Wszyscy stoimy nad morską głębiną;

Ja jestem z tych, co nieśmiertelność z sieci

Wyjmują, gdy jej ławice napłyną

(...)

Mam nieśmiertelność w sobie tak bogatą,

Że moją krwią by wieki roztętniono.

Za kąt przytulny, gdzie drwa jasno płoną,

Mogłoby życie moje być zapłatą,

Gdyby nie było lotną igłą ono,

Co w świat mnie niesie jak nić nawleczoną.”

Arsienij Tarkowski, Pierworództwo, 1965, tłum. J. Waczków.

Ignat Danielcew w "Zwierciadle" Andrieja Tarkowskiego

sobota, 27 sierpnia 2005
oczy Colette

Sandra Petrignani w pięknym, czułym eseju o Colette (w "Domach pisarek", Warszawa 2004) pisze: "Na ścianie schodów w Muzeum Colette wyświetlane jest zdjęcie oczu pisarki. To spojrzenie sprawia, że muzeum żyje - komentuje dyrektorka". Kocie oczy Colette. Podobał mi się też opis wizyty Trumana Capote w jej mieszkaniu, w pokoju, z którego złożona chorobą już nie wychodziła:

"Między starą francuską pisarką a młodym amerykańskim pisarzem rodzi się taka sympatia, że ona daje mu w prezencie kryształowy przycisk do papierów (>płatek śniegu<) ze swej wspaniałej XIX wiecznej kolekcji, wciągając go w ten kosztowny nałóg. Przyjmuje go w łóżku, w swym pokoju o czerwonych draperiach, w przyćmionym świetle lamp owiniętych różowymi apaszkami. >Oczy kota z peryferii<, napisze Capote we wspomnieniach Psy szczekają, obwiedzione czarnym ołówkiem, afrykańskie włosy skłębione od trwałej; upudrowana twarz jest bystra jak woda. Następnie dopowiada coś wspaniałego, czego żadna z jej fotografii nie może oddać: Zapach - jakaś mieszanka róż i pomarańczy, lipy i piżma - unosił się w powietrzu jak obłok pary, jak leciutka mgiełka.

(...) ona kładzie na dłoni fasetowany bakarat, bez żadnego pęcherzyka powietrza, z białą różą w środku. A kiedy on protestuje, że w żadnym wypadku nie może go przyjąć, starsza pani mówi: Ależ mój drogi, jaki sens miałoby ofiarowanie czegoś, na czym nam nie zależy?

Colette, 1930, foto: André Kertész

piątek, 26 sierpnia 2005
chwile przeciągają się

Dziś rano padał deszcz. To było miłe – wstać wcześnie, odsłonić żaluzję, zobaczyć mokre chodniki. Kiedyś wróżyłam sobie z „Księgi niepokoju” Fernanda Pessoi, dziś wróżę sobie z albumu fotografii Wima Wendersa. Ale Pessoa nie utracił swojej mocy, otwarty na chybił trafił mówi: „Jest coś z mego niepokoju w tych kroplach, w ulewie za ulewą (...) Dusza moja staje się wilgotna od samego słuchania tego deszczu. Moje ciało staje się płynne, wodniste od odczuwania deszczu. Niespokojne zimno kładzie lodowate ręce na moim sercu. Szare godziny wydłużają się, rozpłaszczają się w czasie; chwile przeciągają się. Ale leje! Z rynien wypadają coraz silniejsze strumienie wody. Leniwie, hałaśliwie uderza w szyby deszcz”.

Cały dzień zanosiło się na ten deszcz. Poszłam na cmentarz, posprzątałam, postawiłam śliczne pomarańczowo-żółte kwiaty na grobie mamy mojego ojca w rocznicę jej śmierci. Dawno tam nie byłam. Kiedy wyrywałam przeciskające się między płytami chodnikowymi trawki, skrzyp polny, grzyby, patrzyłam na kłębiące się wśród nich życie, na te wszystkie mrówki, które w pośpiechu zbierały swój kramik, wokoło pachniało rozgrzanym woskiem. Po wyasfaltowanych alejkach jeździły na rowerach dzieciaki stróża. Było duszno, chmury nisko zawieszone. Nagrobna płyta, kiedy polewałam ją wodą i kładłam na niej dłonie, oddawała ciepło.

Tego samego dnia Kula, stojąc w przejściu podziemnym, obserwowała starą znajomą wariatkę, przesiadującą tam w napierającym ze wszystkich stron, rozpędzonym tłumie, w otoczeniu swoich podopiecznych – brudnych psów i kotów, dla których zbiera pieniądze do plastikowego kubeczka. Owinięta kilkoma spódnicami babina trzymała w rękach gołębia. Jej zreumatyzowane, choć – jak pisze Kula – na swój sposób delikatne palce głaskały jego opadający łepek. Z dzioba gołębia wypływało coś mokrego. Wariatka zaczepiała przechodniów, chcąc się upewnić, czy gołąb naprawdę nie żyje. Ludzie omijali ją obojętnie. „Poczułam, że malutka cząstka tego ptaka jeszcze nie wyleciała z tunelu – napisała Kula – że patrzy teraz na to wszystko, i nadal nic nie rozumie, tak jak nie rozumiała za życia”.


Kiedyś oglądałam wystawę fotografii Wendersa, fotografii zrobionych w Australii, potem pisałam o niej, łącząc z pojęciem >punctum<, wymyślonym przez Rolanda Barthesa. Punctum to coś, co w fotografii porusza, dosłownie – nakłuwa. Pisałam nie bez pewnego zawstydzenia, że swoje >punctum< odnajduję na jednej tylko fotografii. Kompozycja jest tu bardzo symetryczna, horyzont przecina zdjęcie niemal na pół zdecydowaną kreską, słońce świeci intensywnie, niebo nad pustynią ma błękitny kolor, dokładnie pośrodku fotografii piaszczysta droga zbiera perspektywę. To wszystko. W koleinach tej drogi znalazłam swoją małą nadzieję, że na horyzoncie, tam, w tym perspektywicznym zbiegu istnieje cel. Nie muszę się więc martwić, nie muszę mieć wątpliwości, wszystko wydaje się jasne. Ktoś już tędy przejechał, nie jestem sama. Dziś (pomocną ręką) wróżę sobie z innego albumu fotografii Wima Wendersa. I dziś znowu mam przed sobą podobne zdjęcie. Jak okiem sięgnąć pustynny krajobraz. Wygląda to tak, jakbym zrobiła krok do tyłu. Jakbym dopiero teraz jasno zdała sobie sprawę z tego, że ta moja droga - ta z celem, ta, o której wtedy myślałam: jest jedyną i właściwą drogą w pustynnym krajobrazie, w rzeczywistości jest drogą w poprzek, drogą boczną, drogą polną, drogą na aucie.
patrz: tinyurl.com/b4x2p

Wim Wenders, Dust Road, Australia 1988

czwartek, 25 sierpnia 2005
japanish handmade

W jednej ze skrzynek mojego komputera (być może nawet w tej czarnej) znajduje się pokaźna kolekcja prac znanego artysty. Prace te dostały mi się za friko, a raczej z niegdysiejszej, nieodżałowanej dotąd przyjaźni. Ta utrzymywała się przy życiu w dużej mierze w postaci korespondencyjnej - via internet. (błąd?)

(dobijać maszynę pisaniem listów,
które składają się, jak powieści, z rozdziałów i lirycznych dygresji,
dialogów, strumieni świadomości i strumieni brudu.)

Później na skutek niewyjaśnionych bliżej okoliczności, w tychże okolicznościach przyjaźń legła w gruzach.

(Najpierw było kilka
niezłych listów.
Potem któreś z dwojga pierwsze wstrzymało się z odpowiedzią.
Potem to stało się normą, potem obowiązkiem
stało się odpisywanie.
życie przywróciło na miejsce wszystko, co chciało.)

Co jakiś czas, będę je tu publikować. Z nostalgii za minionym.

(pomagał mi dziś poetycko Jurij Andruchowycz)

środa, 24 sierpnia 2005
poranek w Albanii

Upał od rana. Ostre światło spada na nas ciężko. Stasiuk znowu pojechał do Albanii.

„Znowu tu jestem. Przypłynąłem zardzewiałym promem z Brindisi... I znowu tu przyjechałem. Znowu czuję smród ścieków i płonących śmieci. W nocy spadł wielki deszcz i o świcie wśród domów stoi żółtawa mulista woda. W ulicznych rozlewiskach bawią się dzieci. O siódmej rano zaczyna się upał. Właściciele knajp i sklepów spłukują syf z chodników na jezdnie. Wszędzie stoją krzesła i zaraz przyjdą faceci, żeby przesiedzieć cały dzień. Obejmują się i całują, jakby nie widzieli się Bóg wie jak długo, ale przecież siedzieli tutaj w tym samym składzie minionego wieczoru. Nic się nie zmienia. Dostają swoją kawę, szklankę wody i zaczynają rozmawiać. Od siódmej rano gadają jak baby. Siedzą w rozpadających się miastach, wśród zrujnowanych domów i rozmawiają. Przychodzą kolejni, całują się, siadają i zaczynają mówić. Rozpinają koszule, żeby było widać złote łańcuchy. Podnoszą filiżanki i odginają mały palec, żeby było widać sygnety. Co parę kroków stoi kilka krzeseł i stolik. Uciekają z domów i siedzą na ulicach, jakby nie mogli bez siebie wytrzymać, jakby umierali ze strachu przed samotnością. Gdyby ich rozdzielić, pewnie by oszaleli. Są jak duże, brzuchate dzieci. Żyją w stadzie. Samotnik nie ma szans. Samotność to choroba, samotność to obłęd. Kelner sprząta ze stolików i wywala śmieci na jezdnię. Pety, paczki po papierosach, puszki po coli. Wywala to tam, gdzie zaczyna się niczyje, czyli reszta świata, która jest próżnią, pustką, czarną dziurą i mrocznym bezpańskim kosmosem, i pomieści się tam cały syf Albanii”.

więcej:

cz.1

http://tygodnik.onet.pl/1547,1240074,0,357508,dzial.html

cz.2

http://tygodnik.onet.pl/1547,1242020,0,362336,dzial.html


wtorek, 23 sierpnia 2005
taniec, czasem śpiew

Na wydmach, obrośniętych trawą o długich, ostrych krawędziach, stoją dwaj akordeoniści. Szare chmury wiszą nisko nad ich głowami. Spoza wygrywanej melodii wyłania się szum morza i piski mew. Wiatr targa białymi koszulami trzech tancerzy. Rękawy mają podwinięte, czarne spodnie na szelkach. Tańczą raz na mokrym piasku rozległej, płaskiej plaży, znacząc go esami floresami swoich skoków, innym razem na scenie pośród traw. Tańczą lekko, bez wysiłku, jakby byli kauczukowymi piłeczkami. Ich migające w tańcu twarze są skupione i wesołe zarazem. Tańczą tak, jakby byli rodzajem domina. Zarażają się od siebie kolejnymi gestami. Ale kiedy jeden rozpoczyna nowy ruch, dwaj pozostali nadal wykonują poprzedni. Zawsze w układzie dwóch na jednego. Ich taniec w subtelnym wygięciu stóp momentami przypomina klasyczny balet, po zmianie kroku bliżej mu do flamenco, by po chwili w charakterystycznym wymachiwaniu nogami wziąć odrobinę z rosyjskiego folkloru. W tańcu są całością podzieloną na trzy identyczne części, które niczym w zabawie w niebo i piekło dzielą się i spajają w najrozmaitszych figurach. To „Aunis” – krótki film w reżyserii Luca Riolona, prezentujący układ choreograficzny autorstwa Jacquesa Garniera, z udziałem tancerzy: Kadera Belarbi, Wilfrieda Romoli i Jean-Caude’a Ciappary, z muzyką Maurice’a Pachera w wykonaniu tegoż i Gérarda Baratona. Do obejrzenia na kanale Mezzo.

.

"Aunis" w wersji scenicznej

Tymczasem w Żaku już jutro rusza Gdańska Korporacja Tańca, spotkanie tancerzy i miłośników tańca współczesnego. Spotkaniu towarzyszą spektakle i warsztaty. W tym roku z pewnością warto obejrzeć Leszka Bzdyla w „Bonsai”, Rafała Dziemidoka w „Brudnym Różu” i Chiharu Mamiyę w „Orient Express MTD”. Rok temu szczególnie spodobał mi się Kubańczyk - Guillermo Horta Betancourt. Ubrany w sukienkę baletnicy z folii, na głowie miał foliową czapę przypominającą czapkę krasnala, śpiewał jak Mertens, tańczył jak Hindus, mówił po hebrajsku i w rytualnym geście rozlewał wokół siebie wodę z małego, czerwonego czajniczka. Jego dziwność spotkała się z moją w pełnym czułości porozumieniu.

foto: Piotr Wołoszyk

info o GKT http://www.klubzak.com.pl/teatr.html#opis

poniedziałek, 22 sierpnia 2005
ulica Pestalozziego

Tymczasem ulica Pestalozziego w Gdańsku Wrzeszczu zarosła drzewami. Nie przypomina już tej dawnej Pestalozziestraße z lat 20. Na zdjęciach, pokazujących gmach szkoły według projektu Martina Kießlinga i Alberta Krügera (1929), wyróżniający się na tle osiedlowych zabudowań, ulica Pestalozziego przypomina te malowane przez Giorgio de Chirico, wyczyszczone z wszelkiej, często także ludzkiej zbędności, uśpione w sennym niebycie, surrealne uliczki z arkadowymi podcieniami. A jednak ulica Pestalozziego pozostaje przed oczami mimo przebudzenia. Jest spokojna, wyciszona, jakby ze wszystkich stron – mimo środka miasta – owinięta była watą. Na ulicy Pestalozziego śnią się dziwne sny, choć winę za nie zrzuca się często na poprzednich, zmarłych niedawno lokatorów pewnego mieszkania na piętrze. Wiodą do niego wąskie, drewniane schody, natychmiast zdradzające każdego, kto odważy się wspiąć po nich na górę. Po drodze zaskrzypią drzwi. Ktoś, obserwujący w ukryciu korytarz, zamknie je w pośpiechu. Układ odnowionego, pachnącego jeszcze farbą mieszkania (jakby tym zapachem i tą świeżością można było cofnąć czas) każe się domyślać, w jakich celach używane były poszczególne pomieszczenia. W niewielkiej dzisiejszej kuchence podobno miało zmieścić się łóżko służącej i krzesło, na którym, przygotowując się do snu, mogłaby położyć swoją skromną sukienkę. Myślę, że służące były wtedy niewielkiego wzrostu. Kuchenne okno wychodzi na dach jakiejś niskiej przybudówki, z którego wystają dwa kominy. Sceneria odpowiednia dla artystycznych fotografii, inspirowanych twórczością André Kertésza. Futryny i drzwi są tu drewniane i masywne, z podłogi wyrastają wychodzone, szerokie, zaokrąglone na brzegach progi. Piec kaflowy w kolorze butelkowej zieleni, stojący dumnie w jednym pokoju, kończy się w drugim niewielką sugestią swojego istnienia, nieznacznym zaledwie wypiętrzeniem. Widok z okna pokoju zachęca do kontemplacji. Oko zawadza o dach widocznej w ładnej perspektywie kamienicy. Dach okupują gołębie. Nad tym wszystkim jest jeszcze strych, którego mi zapobiegliwie nie pokazano.

.

.

Giorgio de Chirico, Misterio y melancolia de una calle, 1914

didżejowałam

Les Rita Mitsouko

wystylizowana na Ritę didżejowałam u Kuli:

Corazón, Titán, Amores Perros

Sali Porque Sali, Cheo Feliciano, Las Canciones De Almodovar

Amores Perros Dime Cuando, Ely Guerra

Amores Perros De Perros Amores, Control Machete

Esperame En El Cielo, Mina, Las Canciones De Almodovar

Arrinconamela, Gritos De Guerra, Vengo

Naci En Alamo, Remedios Silva Pisa, Vengo

Marcia Baila, Les Rita Mitsouko

I’ve Seen That Face Before (Libertango), Grace Jones, Island Life

Smog, Les Rita Mitsouko, Marc et Robert

Un, Dos, Tres Nada Mas, Exils

Jalousie, Les Rita Mitsouko

Un Año De Amor, Luz Casal, Las Canciones De Almodovar

Boobytrapping, Ocean’s Eleven

A Little Less Conversation, Elvis Presley

Ziggy Stardust, David Bowie, The Best of 1969/74

My Baby just Cares For Me, Nina Simone

To Young, Phoenix

Chunari Chunari, Abhijeet; Anuradha Shriram

Reason For Living, Anne Clark

Gyöngyhajú Lány, Omega

i in.

piątek, 19 sierpnia 2005
Kto żyw, ogląda dzisiaj "Niebiańskie dni"

„Niebiańskie dni” (1978) w reżyserii Terrence’a Malicka, ze zdjęciami Néstora Almendrosa (kręconymi głównie podczas magic hour – liliowej godziny), z muzyką Ennio Morricone, z Brooke Adams, Richardem Gere i Samem Shepardem w rolach głównych. Film jak wino, film jak sen. Nie przegapcie.

19 sierpnia 2005, godz. 00.10, Polsat


środa, 17 sierpnia 2005
do czego służą okna

Ostatnio na wieś zabrałam komputer, żeby opisać widok z mojego okna. Opis obiecałam wcześniej jednemu hodowcy kaktusów. Nie jest to co prawda widok na Morze Białe jak u Wilka na Sołowkach w „Wilczym notesie”, ale na Wieżycę w oddali. Nie udało się w dwójnasób. Nim się obejrzałam, Wieżycę zasłoniły drzewa. Poza tym nawet nie wyjęłam komputera z plecaka. Ta technika tam po prostu nie wygląda, nie daje się jej wpasować w krajobraz. Wystarczyłoby zatem wziąć do ręki kartkę i ołówek. Stasiuk tak potrafi. Ja? Nie jestem pewna.

Ze wsi wróciliśmy trochę wcześniej, niż zamierzaliśmy. W chałupie obok trwała uroczystość, na którą zostaliśmy właśnie zaproszeni. A my - jak to miastowi - na poczekaniu wymyśliliśmy jakiś powód nieprzyjścia i wyjechaliśmy z tego super ważnego powodu wcześniej. Bez ciekawości, co mogłoby się zdarzyć, kogo moglibyśmy tam zobaczyć, czym by nas tam poczęstowali, jaką wódką, jakim tortem z białym kremem i czego byśmy z obrzydzeniem spróbowali, a czego byśmy nie spróbowali przejęci prawdziwym cudzoziemskim lękiem. R. cały dzień okupował na zmianę ulubione bajoro i płot, bo do miejscowych zjeżdżała rodzina. Jedni nawet byli z rasowym na oko bokserem. Potem po okolicy rozległa się pieśń nad pieśniami - radio rmf fm pełną parą, przeboje prosto z miasta i wszyscy stali na zewnątrz wzdłuż długiego stołu prawie na baczność, może akurat wznosili toasty.

Stasiuk by poszedł na to przyjęcie bez mrugnięcia okiem, z okiem nastawionym na pełną ostrość. Z tym to się trzeba urodzić, z taką Stasiukową obsesyjką, z takim fokusem na dziwne, brzydkie, stare, krępe, liche, śmierdzące, zagrzybione. Potem to się robi piękne przez niego. No więc czytałam tego Stasiuka, siedząc w trawie w dziurawych dresach i rozciągniętej bawełnianej bluzie, gotowa w każdej chwili zdjąć to z siebie, jak tylko słońce wyjdzie zza tej czy tamtej chmurki. I wszystko wokół było takie dopasowane: moje dziury w dresach pasowały do kurzu na drodze i do śmierdzących korzeni, które R. wyciągał z bajora jako swoje trofeum, i do tych ludzi zza płotu, wyglądających niezwykle, do ich dzieci, które uczą się w specjalnych szkołach, do tego ksiądza wariata, co ich bez przerwy sztorcuje i do naszej ucieczki, i do naszego trwania w tej oazie zieleni, skoszonej trawy, malw i do malowniczo płonącego ognia w kominku z kamieni, i do Stasiuka, który w swojej ślicznej i nudnej książce "Jadąc do Babadag" wciąż zapuszcza się w jakieś rumuńskie, węgierskie, słowackie, słoweńskie i mołdawskie chaszcze w poszukiwaniu Cyganów.

W swojej książce Stasiuk wspomina ładnie, po swojemu też o oknach, pisze: „Po prostu wróciłem do Korczy i godzinami gapiłem się z okna hotelu, tak jak gapi się pozostawiony samemu sobie aparat fotograficzny. (...) Tak samo było w Gjirokastër. Siatka przeciwko owadom rozmazywała kontur minaretu. Tak samo w Seregélyes. Deszcz, opustoszały dziedziniec, mokre gałęzie kasztanowców i blaszany turkot wody w rynnach. W Prelasko szron na trawie, parking z jednym autem i rozpadający się dom po drugiej stronie szosy. Wszędzie to samo. Nastawienie ostrości, by przebiła powłokę powietrza, przecięła skórę przestrzeni. Wystarczy okno w nowym miejscu. W Cahul było opustoszałe nocne targowisko i cienie psów wielokroć większe od nich samych. W Kiszyniowie też padało i ulica Vasile Alecsandri zamieniała się w szarą rzekę.”...

Wtedy pomyślałam, jak niepokojące wrażenie wywołują we mnie zamurowane okna. Jakby każda taka ściana ukrywała za sobą zwłoki niewiernej żony, niewyjaśnioną zagadkę, opisaną sympatycznym atramentem historię. Pomyślałam, że te straszne okna służyły przecież kiedyś do patrzenia, że okna służą do patrzenia i że rację mają, wyśmiewani przez nas, uliczni „poduszkowcy”, dla których ulica jest ciekawsza i bogatsza w widoki, a więc i w zdarzenia od serialu telewizyjnego. Pomyślałam o oknach jak o znaczących przestrzeniach przejścia. Spojrzałam na okno przez wizjer okna, pomyślałam, że wiem już, dlaczego architekci wolą stawiać szklane ściany, zamiast projektować fasady z figuratywnymi otworami. Bo oni po prostu nie mogą udźwignąć na swoich barkach ciężaru okna. Tego znaczenia, które oknem sączy się jak jakaś tajemnicza substancja. Bo okno odzywa się całym chórem różnych głosów, pisków i skomleń, i przedziwnych melodii. To prawdziwe Królestwo Akusma. „Znajdować się w stanie >akusma< (...) to poddać się fantasmagorii słuchowej” – pisze w swojej książce „Requiem” Antonio Tabucchi, cytując swojego przyjaciela – Patrica Quilliera, poetę i filozofa. Królestwo Akusma to kraina głosów wewnętrznych. Odzywają się w nim nieobecni, aniołowie i wielu, wielu innych bliskich i dalekich. Sęk w tym – dochodzi do wniosku Tabucchi – sęk w tym, żeby usłyszeć.

.

Cieszyn, ul. Bóżnicza

Kiedy teraz patrzę przez moje kaszubskie okno, chodzi mi po głowie podejrzenie, że nigdy nie było stamtąd widać Wieżycy. Że była tylko kształtem mojej wyobraźni, wizualną fantasmagorią, bladym zarysem chmur, udającym stok z krzyżem na czubku. A w rzeczywistości od zawsze widziałam stamtąd trawę, drzewa i płot za nimi, i pojawiające się raz po raz, prześwietlone słońcem, rzucające długie cienie, ludzkie postacie. Wszystko to wiedzie mnie prostą ścieżką do Michala Ajvaza, o którym niebawem.

poniedziałek, 15 sierpnia 2005
Co lubię - B. Tarr


>>Podróżuję nie tylko z powodu światła. Robię to ze względu na to, o czym człowiek nie pamięta, dopóki znowu tego nie zobaczy. Francuski sposób ćwiartowania mięsa. Powaga ich pharmacies. Zachowanie dzieci w restauracjach. Znaki drogowe (Francja jest jedynym znanym mi krajem, gdzie kierowców ostrzega się przed burakami na szosie: BETTERAVES zobaczyłem pewnego razu w czerwonym trójkącie ostrzegawczym z obrazkiem samochodu wpadającego w niekontrolowany poślizg). Ratusze w stylu beaux-arts. Degustacja wina w bielonych piwnicach przy drodze. Mógłbym tak wymieniać dalej, ale wystarczy, gdyż w przeciwnym razie zacznę ględzić o drzewach lipowych i pétanque, i jedzeniu chleba zamoczonego w nieodstałym czerwonym winie – co nazywają la soupe à perroquet, zupą papuzią. Każdy ma swój osobisty wykaz i wykazy sporządzone przez innych szybko wydają się jałowe i sentymentalne. Kiedyś przeczytałem taki spis , zatytułowany „Co lubię”. Znalazły się tam: „Sałata, cynamon, ser, pieprz angielski, marcepan, zapach świeżo skoszonego siana (życzy pani sobie, żebym to ciągnął ?)... róże, peonie, lawenda, szampan, swoboda przekonań politycznych, Glenn Gould...” Ten spis, sporządzony przez Rolanda Barthesa, ciągnie się, jak to bywa ze spisami. Jedną rzecz się aprobuje, następna budzi irytację. Po „winie mèdoc” i „odmianach” Barthes aprobuje Bouvarda i Pècucheta. W porządku, dobrze; idziemy dalej. Co teraz ? „Chodzenie w sandałach po drożynach południowo-zachodniej Francji”.<<

Julian Barnes, „Papuga Flauberta”, Czytelnik, Warszawa 1992


To lubię:

Życie miasta toczy się w miejscu dalekim, choć dobrze znanym, w miejscu, jakich wiele. Panuje tam chłód i nieustannie pada deszcz, po ulicach zamiast ludzi biegają psy. Nieliczni mieszkańcy jeżdżą po lśniącym od deszczu asfalcie starymi samochodami nieznanej mi marki. Spotykają się w „titanic bár”, którego otynkowaną schludnie fasadę z jednym, przysłoniętym żaluzjami oknem zdobi gasnący neon. Sceneria wyjęta z obrazów Hoppera. Ale w środku jest już inaczej: tapeta we wzory, kontuar, na którym piętrzą się szklanki i kilka butelek palinki, zabłocona podłoga w czarno-białą szachownicę. Wieczorami śpiewa tam kobieta, ubrana w czarny prochowiec, śpiewa smutną piosenkę jak Marlena Dietrich, tylko że po węgiersku. To krajobraz z „Potępienia” („Kárhozat”, 1988) Béli Tarra.

Film jest czarno-biały, kamera kontemplująca, kadr zaplanowany co do najmniejszego szczegółu, a jednak naturalny, nie wystylizowany jak w „Powrocie” Zwiagincewa. Kamera przygląda się długo, a potem delikatnym, powolnym, płynnym ruchem w jednym ujęciu przesuwa się w bok ku innemu widokowi, zatrzymuje, trwa tak długą chwilę, pozwalając na dokładne spenetrowanie kolejnego obrazu, na wyłowienie wszystkich szczegółów i znowu wraca tak samo wolno, w to samo miejsce. Na podobnym schemacie opiera się cały film, nie pozbawiony przecież fabuły melodramatyczno-egzystencjalnej. I nie tylko ze względu na scenerię (szczególnie w doskonałym fragmencie zabawy w titanicu, gdzie reżyser zgromadził najciekawsze i najpospolitsze twarze, jakie kiedykolwiek widziałam) ten film przypomina mi „Jadąc do Babadag” Stasiuka. Jest w nim jakaś doskonała monotonia, której podporządkowana jest ta książka, monotonia obrazów, które nakładają się na siebie, zamazując kontury i wyostrzając je jednocześnie.

A jaki jest Bèla Tarr? Nie wygląda wcale jak artysta awangardowy, ubrany zwyczajnie, w odcieniach szarości, siwiejący, z niewielkim kucykiem z tyłu głowy i prostą, srebrną bransoletką na przegubie lewej ręki. W odpowiedziach na pytania – lakoniczny. Często mówi: „nie rozumiem”, „staram się zrozumieć”. Ze swoim długoletnim przyjacielem, pisarzem i scenarzystą - László Krasznahorkai'em nie dyskutuje o sztuce, tylko o życiu, jeżeli już mają coś przedyskutować i te rozmowy skłaniają ich ku takim, a nie innym decyzjom. Bèla Tarr swój pierwszy film nakręcił w wieku 22 lat i wtedy chciał zmieniać świat, wyważając drzwi kopniakiem. Potem w miarę upływu lat młodzieńcze idee uległy pogłębieniu, pojawiały się nowe i za każdym razem trzeba było znaleźć dla nich inną językową frazę, inną obrazową odpowiedź. Dlatego jego filmy, opowiadając wciąż tę samą historię, opowiadają ją zawsze odrobinę inaczej. A zresztą trzeba to przemyśleć, trzeba zastanowić się nad tym, czy zależy nam na tej >historii<, czy raczej kino powinno przede wszystkim budować pewien, dający się odczuć świat. A w gruncie rzeczy na kino składa się przecież nie historia, ale miejsce, czas, rytm tego czasu, spojrzenia ludzi. Symbole, metafory, alegorie... Bèla Tarr macha ręką, nie lubi tych słów. Kiedy stary człowiek patrzy w oczy wieloryba w ostatniej scenie „Harmonii Werkmeistera” („Werckmeister harmóniák”, 2000) to tylko kino może pokazać, co czuje, bo nie da się o tym opowiedzieć słowami. Jeżeli zapytać go o ten niezwykły eksperyment, jakim jest „Szatańskie tango” („Sátántangó, 1994), stawiające pod znakiem zapytania jakiekolwiek poczucie czasu, odpowie – a co to znaczy długie, czy krótkie ujęcie? Nie pytaj o długość. Pytaj o to, czy jest właściwe, czy pasuje do tego, co chcesz nim powiedzieć.

A jakie jest kino Bèli Tarra? Czarno-białe, ze względu na jego przywiązanie do odcieni szarości i niesmak, jaki wywołuje w nim widok kolorów Kodaka. Deszczowe i błotniste, zgrzebne, a jednak wypełnione niezwykłą ilością przedmiotów, które – być może – zaraz, gdy dotkniemy, rozpadną nam się w palcach. Bezczasowe zarówno w warstwie fabularnej, jak i w konstrukcji narracyjnej. To kino pełne cierpkiego humoru, skupione na bohaterach dramatu, którzy w swojej ludzkiej brzydocie, śmieszności, słabości, mimo wszystko wydają nam się piękni, każdy na swój sposób. Poruszające, magnetyczne.


B. Tarr


info o kinie węgierskim: http://www.filmunio.hu/



niedziela, 14 sierpnia 2005
Welcome to Sarajewo

Volim Puno: Mikica i Kiko. Epitafium.

Mikica, Alja, Tamara, Żelja, Azra, Beba, Cicika, Bela, Raza, Nina, Dziula, Staka, Dara, Jelka, Srećka, Ljerka, Desanka, Duszka, Asja, Saveta, Zaga, Vera, Gita, Angela, Marina, Mirjana, Rikica, Izeta, Tonka, Ida.

Kiko, Petar, Eszo, Vladimir, Slobodan, Nijaz, Hamza, Esad, Goran, Vlado, Ljuba, Djuro, Jurislav, Jovo, Veselin, Czedo, Boszko, Danilo, Czoba, Jocika, Miodrag, Szukrija, Vinko, Mladen, Srećko, Srdjan, Fedja, Zija, Żelijk, Izet.

Jedyny wiek, w którym mogę powiedzieć ci Kocham...

„Nie chcę żyć w XXI wieku – wyznaje sarajewski poeta Izet Sarajlić (Kiko). Nie interesują mnie wakacje na sztucznym morzu ze sztucznymi palmami. (...) Nie interesuje mnie podróż na Księżyc. W XX wieku chciałem pojechać z Mikicą do Reykjaviku. (...) Wszystkie kilimy w naszym mieszkaniu są kupione w XX wieku. Wszystkie lampy stołowe. Wszystkie popielniczki, w których ona już nigdy nie zgasi ani jednego papierosa. (...) Gdyby nie bitwa nad Marną, obozy stalinowskie, Auschwitz i Jasenovac, Hitler i Miloszević, getto warszawskie i getto sarajewskie, blokada Leningradu i oblężenie Sarajewa, byłby to – ze względu na marzenia jego najlepszych ludzi – wiek poza wszelką konkurencją w historii ludzkości. Nawet Tołstoj i Czechow zdążyli przeżyć w naszym wieku jedną czy drugą ulewę wiosenną. Ja w tym wieku przeżyłem wszystko. Mogę jedynie przez łzy starca pisać o tym”.

Stąd bierze się trudność pisania o tej książce teraz. Bez zbędnego sentymentalizmu. Bo jak w wieku małych miłosnych gierek, małych miłości mówić o tej wielkiej? Chyba wielkim szeptem. Jak w czasach złych lub obojętnych mówić o ludziach pięknych i dobrych? Niepodobna. Kiko swoją wspomnieniową książkę, poświęconą jak wszystkie jego wiersze i książki ukochanej żonie, kończy w XX wieku. Niczym dryfujący przez lata list w butelce czytam ją właśnie dzisiaj. Risto leży obok. Na plecach, przytulony bokiem do mojego ramienia. Widzę, że śpi mocno, bo ma otwarte, niewidzące oczy, wpatrzone w siebie. Widzę, jak błądzą gdzieś pomiędzy wewnętrznymi obrazami, które zmuszają go do poruszania wąsami, zrywania się do biegu uciętego w punkcie wyjścia tu, ale nie tam, do cichego popiskiwania. Nie budzę go, dotykając lekko biegnących już pewnie łap.

A więc jest w tej książce miłość, przenikająca absolutnie wszystko, każdą myśl, człowieka, przedmiot, każdy poetycki wers, zapisany przy kuchennym stole w którymś z sarajewskich mieszkań. Ale nie filmowa, nie atrakcyjna, nie obfitująca w nagłe zwroty akcji, codzienna. Jest młodość z jej śmiesznością, dojrzałość z uczuciem spełnienia, samotność po stracie, czułość nie do podrobienia. Książka Sarajlicia opowiada o życiu, przeżywanym poprzez postać ukochanej kobiety. Dobrej, pięknej, gościnnej, lubiącej ludzi, kochającej. Kobiety, z którą dobrze było dzielić każdą radość i każdą dotkliwą brutalność świata. Bez której ten świat nie nadaje się już do opisania.

Z tła tej opowieści wyłania się Sarajewo – wypełnione ludźmi, multikulturowe, miasto niełatwe i ukochane, wcale nie przedramatyzowane, nawet wtedy, gdy ginęli w nim ludzie. Miasto, po którym pozostaje ślad. Czasami to tylko wilgotny materiał zmoczonej sarajewskim deszczem kurtki. Można tam znaleźć w różnych miejscach litery „V.P.”. Mikica przerobiła inicjały poczty polowej – Vojna Pošta, za pośrednictwem której słała listy do odbywającego służbę wojskową Kiko, na Volim Puno – Kocham Bardzo. Od tej pory wszędzie, gdzie tylko się znaleźli, pozostawiali po sobie taki znak. Dwie litery.

To, co najpiękniejsze.

„Wiadomo, pięknie jest siedzieć w domu i czytać Czechowa. Wiadomo, pięknie jest na placu św. Marka w Wenecji usiąść w kawiarni i z tą, którą kochasz, pić kawkę (...). Wiadomo, pięknie jest patrzeć z balkonu, jak córka, po raz pierwszy umalowana, idzie na bal maturalny. (...) Najpiękniejszy był jednak dla nas obojga przyjazd na stację kolejową w Ploczach. Chodziło nie tyle o sam przyjazd pociągu na stację, ile o to, że gdzieś na peronie pojawiała się żółta koszulka i niebieskie szorty. Jelka Zovko wyjeżdżała po nas swoją zastavą. Jej mąż Vinko tam w Dubie szykował tymczasem papryki i lozovaczę. Lato, jeszcze jedno nasze cudowne lato mogło się zacząć”.

Izet Sarajlić, „Kocham bardzo”, Sejny 2000.

 
1 , 2