agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
wtorek, 29 sierpnia 2006
wrzos

Spłakana kobieta siadłaby przy fortepianie, na którym w wazonie nie chryzantemy, o nie, tylko wrzos. I po co jej był ten wrzos? Wszyscy przecież wiedzą, że kwiat ów – co z tego, że cudowny – przynosi pecha, rozsiewa nieszczęście. I tak też się stało – R dzisiaj omal nie amputował sobie palca na szkle, rozrzuconym po łąkach. Straszna jatka. Ona umazana krwią, jak w jakiejś co najmniej “Pile” czy wypadku samochodowym, z wielką siłą w wątłych ramionach, skąd nagle ta siła, nie wie, w wątłych ramionach taszcząc 30 kilogramowe ciało ukochanego, wpadła do lecznicy. Na tym nie koniec był jej misji, chociaż niezwykle wspaniali panowie weterynarze (skąd oni zawsze tacy wspaniali? i niezwykli? się wydają?) zabrali wyżej wymienionego na stół operacyjny. Uratowali palec. Uratowali spłakaną, ale to później. Przecież on mógł zginąć, myślała, choćby z upływu krwi. Teraz – a niech to! - zmoczyła mu deszczem opatrunek, więc przez czas jakiś zamiast przy fortepianie siedziała na podłodze z włączoną suszarką do włosów i beczała, na zmianę susząc i mocząc mu tę głupią łapę.



jesienne książki Czarnego


25 września
Andrzej Stasiuk
"Fado"

Uwaga: to mogą być odgrzewane kotlety, teksty zebrane, a już wcześniej publikowane, niech się ten i ów zastanowi, czy sięgnąć. Miłośnicy sięgną i tak, żeby mieć wszystko w jednym worku na juniorki. “Fado” to zbiór esejów i krótszych tekstów Stasiuka, podobnie jak "Jadąc do Babadag" opowiadających o europejskim second handzie: od Pogradeca w Albanii po Gródek na Podlasiu.

UWAGA!

Czarne wydaje dwie kolejne książki Dubravki Ugresić: "Kultura kłamstwa" (eseje antypolityczne), które wyszły w Polsce w 1998r. we wrocławskim Wydawnictwie Dolnośląskim, wtedy to była rewelacja bardzo aktualna autorki znanej może kilku studentom. Mój afekt Dubravkowy zaczął się właśnie od tej książki. Poza tym nowość - "Ministerstwo bólu" (obie w przekładzie Doroty Jovanki Cirlić).

Z notki wydawniczej:
"Tanja Lučić przyjeżdża na uniwersytet w Amsterdamie, gdzie ma prowadzić wykłady z literatury jugosłowiańskiej. Jej studenci to uchodźcy z byłej Jugosławii, dla których studia są jedynie próbą legalizacji pobytu w Holandii. Na zajęciach spotykają się Serbowie, Chorwaci i Bośniacy, porozumiewający się między sobą nieistniejącym jugosłowiańskim językiem. Tanja Lučić, dostrzegając absurdalność sytuacji, w jakiej się znaleźli, inicjuje zebranie wspomnień w swoisty leksykon ex-jugosłowiańskiej mitologii. Wspomnienia odbudowują poczucie wspólnoty, jednocześnie ożywiając świeżą przeszłość i przypominając agresję, która zmusiła studentów do opuszczenia ojczyzny. Kilkoro z nich utrzymuje się, pracując równolegle w sexshopie o symbolicznej nazwie Ministerstwo Bólu. Niecodzienne zajęcia uniwersyteckie okazują się trudną i ryzykowną pseudoanalizą, zaś wspólne wspominanie nabiera oznak sadomasochistycznych".

Dubravka Ugresić

1 października
Jáchym Topol
"Droga do Bugulmy"
(jak zwykle będzie wesoło)

12 października
Maciej Malicki
"Takie tam (dziennik)"
(czas najwyższy zorganizować Malickiemu spotkanie autorskie w Gdańsku)

14 października
Danilo Kiš
"Cyrk rodzinny"
Wydanie polskie ukazuje się w 17 rocznicę śmierci Danio Kiša. Z tej okazji Czarne zaprasza na wieczór, poświęcony pisarzowi - Klepsydra dla Danilo Kiša (Warszawa, 14 października, sobota, Jadłodajnia filozoficzna, ul. Dobra)


poniedziałek, 28 sierpnia 2006
radość północy

Wiem, że północ niedzielna nie bywa na ogół dla ludzi radosna. Dlatego, jak się przytrafi takie coś... trzeba to łapać i trzymać. I jak ktoś nie ma za ścianą zasypiającego w trudzie niemowlaka, trzeba się głośno z tego śmiać, jak ja, jak najgłośniej. Z głową rozbujaną na ręce można siedzieć po całym dniu intensywnej pracy, z pełnymi bazami danych, przygotowanymi do użycia pod ręką. A tu nagle o tej katastroficznej porze w telewizorze pojawia się doskonały reportaż o Wisławie Szymborskiej “Radość pisania” (radość udzielona). Dotknięcie zaledwie niezwykłego świata osoby (bo nie – jak sama chce – osobistości), wypełnione piękną polszczyzną gadającymi głowami. Głowa samej Wisławy pojawia się rzadko, bo znane jest wszem i wobec paniczne obrzydzenie, jakie wywołują u Noblistki media. A rzecz cała kręci się na pierwszy rzut oka wokół tragedii sztokholmskiej.

Zamiast bohaterki oglądamy w zbliżeniach jej mieszkanie, pokój po pokoju, bibeloty, fotografie pamiątkowe i te przy tablicach z dziwnymi nazwami miejscowości, kilka - ukrytą, albo mało rzucającą się w oczy - kamerą nakręconych ujęć z wakacjowania w Lubomierzu. A przede wszystkim słyszymy jej głos recytujący własne wiersze, a to dopiero frajda. No i pojawiają się ci wszyscy ludzie. Opowiadają, opowiadają. Z twarzami starymi, albo dojrzałymi. Jedynie Rusinek/sekretarz i bufor – nad swój młody wiek postarzały – przemyka ukradkiem. I słychać chichoty. Bardzo często w milczącym porozumieniu ci ludzie chichoczą i jak z rękawa sypią surrealistycznymi anegdotami.

W sypaniu przoduje Bronisław Maj, naśladując z upodobaniem głos samej Wisławy, stąd wrażenie, że jednak jest trochę na ekranie obecna. Maj opowiada o słynnych zupach poetki. Kiedy to każdy z zaproszonych na obiad gości dostawał miseczkę z wrzątkiem, a następnie gospodyni wnosiła starożytną, wielkiej wartości wazę, wypełnioną torebkami z zupą w proszku i następowało losowanie. Można się było ewentualnie potem zupami wymieniać, ale dyskretnie. Stąd słynne, nie omyłkowe zawołanie jednej z zaproszonych na obiad pań: wysypałam sobie zupę na suknię.

Maj opowiada też, jak kiedyś nie bez trudu namówił Wisławę na wystąpienie przed kamerą. Warunki poetki były twarde: nie więcej niż dwie minuty, będzie mówiła o dwóch wierszach Białoszewskiego, u niej w domu, obecni mogą być tylko Maj i operator. W dniu nagrania Maj zadzwonił do Wisławy, żeby ją uprzedzić, że niebawem do niej dojadą. Na to w słuchawce usłyszał ni mniej ni więcej tylko ciszę, a następnie jęk: nie, nie, nie, wiem, że jestem świnia, ale nie, po czym Wisława odłożyła słuchawkę. Kiedy Maj z ekipą dotarł do jej mieszkania, przez domofon udawała wiekową gosposię, która zapewniała, że pani nie ma w domu. Po jakimś czasie chłodnego milczenia między dwojgiem, Maj dostał pocztą – jak mówi – wielkie puzdro z pralinami, w którym znajdowała się malutka karteczka z prośbą o wybaczenie i nakazem uprzedniego zjedzenia zmiękczającej serce zawartości puzdra, wszak nawet Stalin wzruszał się na widok pralin...

Ale nie było tylko wesoło, było i strasznie. Było o Kornelu Filipowiczu i śmierci, którą Szymborska opisuje kotem w pustym mieszkaniu, o wierszach, których boi się Tadeusz Nyczek, autor książki “22 x Szymborska”. Jej wiersze w Szwecji czyta się często na pogrzebach. Zachwyt i rozpacz. Tak było.

Dworzec”

Nieprzyjazd mój do miasta N. odbył się punktualnie. Zostałeś uprzedzony niewysłanym listem. Zdążyłeś nieprzyjść w przewidzianej porze. Pociąg wjechał na peron trzeci. Wysiadło sporo ludzi. Uchodził w tłumie do wyjścia brak mojej osoby. Kilka kobiet zastąpiło mnie pośpiesznie w tym pośpiechu. Do jednej podbiegł ktoś nie znany mi, ale ona rozpoznała go natychmiast. Oboje wymienili nie nasz pocałunek, podczas czego zginęła nie moja walizka. Dworzec w mieście N. dobrze zdał egzamin z istnienia obiektywnego. Całość stała na swoim miejscu. Szczegóły poruszały się po wyznaczonych torach. Odbyło się nawet umówione spotkanie. Poza zasięgiem naszej obecności. W raju utraconym prawdopodobieństwa. Gdzie indziej. Gdzie indziej. Jak te słówka dźwięczą”.

Wisława Szymborska

foto: TO



piątek, 25 sierpnia 2006
rozgarnięcie myśli

Pisarka, pisarka, pisarka i fotomodelka, z urodzenia niemieckojęzyczna pisze po włosku. Jej rodzina wywodzi się ze starej szwajcarskiej burżuazji. Dzieciństwo i młodość spędziła w szkolnych internatach. Mieszka w Mediolanie z mężem – wydawcą i pisarzem Roberto Calasso. Jest autorką sześciu książek, trzy z nich ukazały się w polskim przekładzie Magdaleny Tulli - “Szczęśliwe lata udręki”, “Proleterka” i zbiór opowiadań “Gniew niebios”, szwajcarska Jelinek? to tylko skojarzenie, niezwykła - Fleur Jaeggy.

Skojarzenie z Jelinek jest o tyle uzasadnione, że proza Jaeggy opiera się na gruncie dogłębnego egzystencjalnego cierpienia, na każdym kroku demaskowanego, jednak oswajanego spokojną rezygnacją, bez cienia Jelinkowej histerii. Więcej tu chłodnej obserwacji, niż emocjonalnego rozedrgania. Zamiast zagubienia – pewność faktów, okoliczności, przeżyć. Dramatyczny, chłodny porządek pewności. Przyczyną cierpienia jest zewnętrzna rzeczywistość, tak doskonale sportretowana przez pisarkę kompozycja dobrobytu, hierarchii i konwenansu. Rzeczywistość ta nie może być nawet przez świadomy jej znaczenia organizm odrzucona, bo stała się czymś, w co organizm wrasta ciałem i umysłem, całym sobą. Obojętnie, co sądzimy o życiu naszych przodków, ich ciała są częścią naszych. Bohaterki Jaeggy otoczone substratami tamtych związków, przedmiotami, które nie umierają wraz ze swoimi właścicielami, ale są stróżami dawnego porządku, pozbawione są wyboru. Oczywiście każda z nich buntuje się przeciw temu na swój sposób, o ile to w ogóle możliwe. I książki Jaeggy są przede wszystkim wyrazem owego buntu, uświęcającym krzywdę, obracającym ją w palcach długo i pięknie. Jak we fragmencie “Proleterki”, który wyjątkowo mi się podoba. Bohaterka (alter ego pisarki), młoda dziewczyna, wciąż jeszcze pensjonarka płynie z ojcem, którego rzadko widuje, w rejs na pokładzie jugosłowiańskiego statku.

Cieśnina Bosfor. Koniec podróży coraz bliżej. Zostały trzy noce. Trzy wieczory w sali restauracyjnej. Dwa porty. Stambuł i Ateny. “Proleterka” daje mi jeszcze chwilę, bym zdążyła poznać bliżej Johannesa. To ostatnia szansa, żeby dowiedzieć się, kim jest mój ojciec. Ale unikam go. Siedzi razem z innymi pasażerami na górnym pokładzie. Ciemne okulary. Ciemne ubranie. Jak zawsze. Chciałabym podejść do niego i powiedzieć mu, żeby przesiadł się w cień. Jego przyjaciel, jego najlepszy przyjaciel, opowiada coś bardzo głośno. I śmieje się. Przy nim żona, milcząca jak sekret ich wspólnego nieszczęścia. Patrzę na Johannesa i drżę o jego życie. Ale unikam go. Wolę przyglądać mu się z daleka. Z daleka kontemplować jego obecność. Nie będę już miała następnej okazji, żeby go poznać. Nie chcę się o nim niczego dowiedzieć, jakby to był właśnie jedyny sposób dowiadywania się czegokolwiek. Tylko patrzę. Widzę go na tle innych pasażerów z Korporacji. W towarzystwie najlepszego przyjaciela. Przyjaciółmi byli w młodości, w studenckich czasach. Już wtedy lubili wspólne wycieczki statkiem. Po jeziorach. Poznawali przyrodę. Z tym zawsze uśmiechniętym przyjacielem. Opalonym nawet w środku zimy”.


Fleur Jaeggy


w przelocie



Ochroniarz prezydenta Allende, wydawca literatury, więzień chilijskiej dyktatury wojskowej, pisarz, autor książek: “O starym człowieku, co czytał romanse”, “Historia o mewie i kocie, który uczył ją latać”, “Dziennik sentymentalnego killera. Kajman”, “Podróż do świata na końcu świata”, “Express Patagonia”, podróżnik, ekolog i zapalony działacz Greenpeace'u, członek międzynarodowej brygady im. Simona Bolivara w Nikaragui, Chilijczyk na osiem lat wydalony z kraju pozostał w Europie, mieszka w Hiszpanii, Luis Sepúlveda – Obcy.

Tak naprawdę, to chciałam się dowiedzieć, czy Carlos Sorin, fotografując Patagonię – rozległą, wietrzną i chłodną, biało-błękitną - a zwłaszcza patagońskie niebo, stosował filtry. Wystarczyło zapytać Sorina, ale ja uparłam się odpowiedzi poszukać u Sepúlvedy - wiercipięty. Jego “Express Patagonia” jest właściwie dziennikiem pewnej skondensowanej podróży życia, jednej złożonej z wielu, czyli takiej, w której wszystko się już miesza, daty, miejsca, ludzie i wydarzenia i tylko zapiski w moleskinie potrafią wprowadzić w ten oszalały nurt jakiś porządek. Życie w pigułce, nużące nagromadzenie spektakularności. Ale czytam. Wbiegając z plecakiem na peron, mijam chłopaka z teczką, kucającego na chodniku w afrykańskim zamyśleniu. Ciężka noc, ciężki dzień w Kiełpinie Kartuskim, pociąg - nie express, ale pociąg, a w pociągu wycieczka staruszków. Wszystkie panie mają na sobie spodnie rybaczki, panowie częstują kukułkami (nie mnie, bo nie należę do wycieczki i mam na nosie ciemne okulary w różowych oprawkach). Jedna pani bardzo mi się ukradkiem przygląda, z dumą nosi ślady dawnej i obecnej urody, inna pani ma bardzo czerwone usta i okulary jak amerykański policjant. Wyciąga skrawek papieru, notuje coś na jednej i na drugiej stronie, siedzi sama, nie odzywa się, nie uśmiecha, nie zagaduje innych, ma na imię Iza (Iza, chcesz kukułkę? Ona chce.) Zastanawiam się, co pisze, wyciągam szyję, zasłania ręką. Przepis na szarlotkę, który wreszcie sobie przypomniała? Listę zakupów? Co zrobić po powrocie? Co dla kogo przywieźć z wakacji? Co ja tu robię, smutna wariatka w kole pogodnej starości, moja starość nie jest pogodna, moja starość nie jest stara, mam fajną bluzkę, ciemne włosy, niski głos i wciąż nie wiem, co ja tu robię? Nieprzenikniona.

Tymczasem ruchliwy Sepúlveda, nim się zorientowałam i oderwałam od staruszków, przemierzył już kawałek kontynentu, był w więzieniu, wypił swoje wino, zjadł żeberka i chwilowo osiadł w Ekwadorze, w Machala niedaleko Puerto Bolívar uczyć studentów socjologicznych aspektów mediów, by zdobyć pieniądze na dalszą podróż. To wyjątkowo malownicze miejsce – w Puerto Bolívar ładowane są na statki ekwadorskie banany. “W odległości 5 km od portowej ostrogi – pisze nasz zuch-podróżnik – znajduje się wielka jak boisko futbolowe rozpadlina o nieokreślonej głębokości. Tam wrzucane są tony bananów, odrzutów z eksportu, dojrzały bowiem zbyt szybko albo pokryły się podejrzanym nalotem, albo też właściciel plantacji lub firmy przewozowe zapomniały zapłacić jakiś podatek przez mafie działające w tej branży. Miejsce to nosi nazwę Kadź i nieustannie kipi. Tysiące ton gnijących owoców tworzą gęstą, bulgoczącą masę, przyprawiającą o mdłości. Wszystkie odpadki lądują w Kadzi, a ów monstrualny wywar wzbogacony jest nie tylko naturalnymi odpadkami: gniją tam również przeciwnicy różnych lokalnych kacyków, z ciałami naszpikowanymi ołowiem lub porąbanymi maczetą. Kadź kipi bez wytchnienia. Buchający odór zagłusza zapach morza i odstrasza nawet kury”. Sepúlveda organizuje sobie życie w Machala w międzynarodowym towarzystwie takich jak on, skromnych wykolejeńców, w parne noce z przyjemnością zalegających w ramionach tęgich, subtelnie zroszonych potem dam do towarzystwa pod kuratelą doña Evaristy. Poza tym teachers bujają się w swoich hamakach, piszą książki, piją whisky i oddają się dekadencji przy dźwiękach starych tang. Proszę nie czekać na pointę tej historii, bo jej nie będzie. Będzie inne miejsce – hacjenda La Conquista, pokład El Colono, Puerto Natales, hotel w Río Mayo w argentyńskiej Patagonii, osada Shell na skraju Amazonii i ludzie, ludzie, ludzie, dotknięci zaledwie, dotknięci i pozostawieni. Na pytanie, czy lubi żyć intensywnie, Sepúlveda odpowiada: “Nie. Lubię podróżować, lubię ruch. Lubię takie podróże, jakie podejmuje Ryszard Kapuściński - pisarz i reporter, na którego książkach uczyłem się dobrego pisania. Podróżuję nie po to, żeby poznawać kraje. Podróżuję, żeby poznawać ludzi, wejść w ich skórę. Kapuściński poznaje narody, dzieląc z nimi życie codzienne, trudy i radości. Rozumiem go i też mam taką potrzebę. Dlatego zdecydowanie rozróżniam bycie podróżnikiem i bycie turystą. Staram się być podróżnikiem. Ale i tu należy przeprowadzić pewne rozróżnienie. Znam podróżników, którzy podejmują wyprawy z jakimś założeniem. I kiedy to założenie nie pokrywa się z rzeczywistością, tym gorzej dla rzeczywistości. Ja staram się podróżować bez założeń. Poszerzać swoje widzenie spraw przez to, co mnie zaskoczy”.

W jego opowieści nic mnie nie zaskakuje. Czasami drażni rozbujanym stylem. Ale podobają mi się obrazki, bo to książka z obrazkami, mimo, że cała zapisana. Tak, dowiedziałam się kilku rzeczy o Patagonii – że była kiedyś miejscem zsyłki, że dziś można się tam ukryć, nikt nie zadaje pytań, a przeszłość jest prywatną sprawą, że express Patagonia jest pociągiem owczarzy. A niebo? Nadal nic o nim nie wiem.


Luis Sepúlveda


poniedziałek, 14 sierpnia 2006
wróży z nieba

Mówię jej, rety... nie wytrzymam. Ja chcę na wakacje. Z dala od os, a nawet od deszczu. Na wakacje i już. Może być do Argentyny. Już polubiłam mate, z cytryną jak Adrian w "Parapalos" Any Poliak, ulegam medialnym modom. A ona mi odpowiada tak: z tej Argentyny to Ty się nie nabijaj, bo Jowisz będzie znowu Ci przechodził przez ascedent po 26 sierpnia, przełom miesiąca może być bardzo szczęśliwy - aż do 20 września, ja to wiem, bo moje Słońce jest w tym samym stopniu, co Twój ascedent. A to często oznacza daleki wyjazd lub jego propozycję, początek nowego stylu życia, poczęcie dziecka albo niestety - tycie z dobrobytu, co wiem, że się sprawdza (najczęściej to tycie, dobrobyt mniej).

Super, ale...


projekt brzucha + stajling: Mo.Z.
w roli matki: Jack Satisfaction


czwartek, 10 sierpnia 2006
Olivio Barbieri w Locarno


SITE SPECIFIC_LAS VEGAS 05

a właściwie nie w Locarno, tylko w Las Vegas, Szanghaju i Rzymie. Okazało się, że rok temu, oglądając w Łodzi resztki po foto festiwalu, miałam do czynienia z dokumentacją fotograficzną większego projektu, który teraz jest prezentowany w jednej z sekcji (play forward) 59 Festiwalu Filmowego w Locarno.

poniedziałek, 07 sierpnia 2006
sierpień w tivi

wiecie, jakiego psa ma Lisandro Alonso?

oczywiście - białego doga argentyńskiego...

od jutra w canal+ oglądamy podobnego u Carlosa Sorina w "Bombon - El Perro" (2004)


"Bombon - El Perro"

o najnowszym filmie Carlosa Sorina "El Camino De San Diego" czytajcie Piotra Kobusa w artykułach na stronie Mañany

a w Ale kino! świetna "Wielka podróż" Ismaëla Ferroukhi'ego przez Bałkany do Mekki...


"Wielka podróż"


sobota, 05 sierpnia 2006
Lisandro w Wałbrzychu

Publiczność 6 MFFENH miała okazję spotkać się we Wrocławiu z argentyńskim reżyserem - LISANDRO ALONSO, autorem “La libertad” (2001) i “Los muertos” (2005), prezentowanych w cyklu “nowe kino argentyńskie” oraz biorącej udział w konkursie Nowych Horyzontów “Fantasmy” (2006). Podczas swojego pobytu w Polsce Alonso spędził jeden dzień w Wałbrzychu. Na stronie internetowej Mañany znajdziecie relację Agaty Podemskiej z tej wyprawy z fotografiami autorstwa samego Lisandro.

Lisandro Alonso

jutro 6.08 (niedziela) g. 16.35 w programie 1 tvp - "Era Nowe Horyzonty 2006" - reportaż
(sporo o Argentyńczykach)



wtorek, 01 sierpnia 2006
zbieracze (6 MFFENH we Wrocławiu)

To było jakieś dwa lata temu. W sierpniu, późnym popołudniem, tuż po ciepłym, letnim deszczu. Na zadaszonym peronie śródmiejskiej kolejki w Gdańsku Wrzeszczu. Po spotkaniu z kimś, kogo dawno nie widziałam. Czekając na pociąg, spacerowałam ze wzrokiem utkwionym w ziemię. Deszcz musiał zacinać pod kątem, wiał wiatr. Letni pył i piasek, naniesiony podczas trwającej od wielu dni suszy, pod wpływem deszczu zastygł na asfalcie. Pamiętam to tak dokładnie, ponieważ w tamtej właśnie chwili zostałam zbieraczką.

Zbieram twarze. Moja pierwsza twarz – ta z peronu – była zrobiona z piasku. Mokry piasek z wielką precyzją ułożył się na asfalcie w niewielką twarz, widzianą z profilu, jakby wyjętą ze szkicownika renesansowego artysty. Nie mogłam uwierzyć. Nie wiedziałam, co robić. Zrobiłam jej zdjęcie, kiepskie, aparatem telefonicznym, nie mając pod ręką niczego innego, ani pomysłu, jak zachować tak efemeryczne zjawisko. Te, które widziałam później, były zrobione ze śniegu i brudnego lodu, jedną widziałam na ramie drzwi w przedziale pociągu pospiesznego relacji Łódź Kaliska - Gdynia, jedna jest w mojej łazience, ceramiczna. Kiedy Mercedes Alvarez w swoim filmie “Niebo obraca się" opowiada o wiosce w Sorii, pokazuje pień starego dębu, który kiedyś stał na małym placyku przed kościołem. Na kilku pożółkłych fotografiach widać, że skupiały się wokół niego grupki mieszkańców wioski. Dąb zachorował, zmartwiał i trzeba go było usunąć. Pień był bardzo gruby, w ziemi między korzeniami znaleziono kilka ludzkich czaszek. Stanął potem jako pamiątka po minionym koło pałacu. Kiedy reżyserka przygląda się w zbliżeniach jego fakturze, znajduje tam niby udrapowane w drewnie twarze. Jest ich kilka.

moja pierwsza twarz

Zbieractwu poświęciła swoje filmy Agnès Varda, dużą retrospektywę jej twórczości mogliśmy obejrzeć w tym roku we Wrocławiu, m.in. “Zbieracze i zbieraczka” (2000), “Zbieracze i zbieraczka... dwa lata później” (2002) i “Ydessa, misie etc.” (2004). To doskonałe dokumenty. Dwa pierwsze ukazują tradycję zbieractwa we Francji, jednocześnie są osobistym filmowym notatnikiem reżyserki, która od czasu do czasu wchodzi w kadr, a jej głos i dowcipne komentarze nieustannie nam towarzyszą. Agnès Varda od lat jest przecież zbieraczką obrazów. Kiedyś zbieractwem zajmowały się wyłącznie kobiety, co zostało uwiecznione na kilku XIX wiecznych obrazach. Dziś zajmują się nim ludzie biedni, a także ekscentrycy bez względu na płeć. Varda pokazuje przykłady zbieractwa płodów ziemi, które jest uregulowane francuskim prawem. Zwraca też uwagę na współczesne marnotrawstwo, wymuszone absurdalnymi wymaganiami rynku. W zbieractwie znajduje sposób na życie i prawdziwą poezję, której symbolem, a także symbolem tego filmu, na stałe już pozostanie ziemniak w kształcie serca, nie nadający się do sprzedaży, po zbiorach i sortowaniu wyrzucany razem z innymi niewymiarowymi z powrotem na pola. Reżyserka zaczepia ludzi zbierających, rozmawia z nimi, czy będzie to samotna matka, mieszkający w przyczepach kempingowych alkoholicy, Cyganie, czy kucharz z drogiej lokalnej restauracji, czy stary Hiszpan, który nie chce nauczyć się francuskiego, mimo, że jego rodzina od lat mieszka we Francji, czy właściciel winnicy, pasjonujący się psychoanalizą.

"Zbieracze i zbieraczka"

Zbieractwo wydaje się jedynie pretekstem dla poznawania ludzkich historii, dla niezobowiązujących rozmów. Kiedy ciekawska Varda zacznie szukać zbieraczy w mieście, również trafi do różnych środowisk. Pozna artystę, który ze znalezionych przedmiotów tworzy sztukę, ekologa, który szukając pożywienia w śmietnikach, na własnym przykładzie chce pokazać, jak bardzo współczesnemu społeczeństwu brakuje szacunku dla dóbr, spotka też wegetarianina, żywiącego się odpadkami z bazaru, który mieszkając w schronisku w wolnych chwilach uczy francuskiego emigrantów z Senegalu i stanie się prawdziwą gwiazdą obu filmów. Reżyserka, zarzucona listami od widzów, postanawia kontynuować poruszony w “Zbieraczach i zbieraczkach” temat. Dwa lata po nakręceniu filmu odwiedza swoich dawnych bohaterów, oddaje głos nowym, których znajduje według korespondencyjnego klucza. Starzejąca się Varda zadaje pytanie, jakie znaczenie mają w naszym życiu rzeczy, ich odchodzeniem i przychodzeniem odmierza czas, w odrzuconych przedmiotach i ludziach znajduje piękno i nowy sens. Wielka z niej humanistka i artystka.

"Zbieracze i zbieraczka"

Nie dziwi więc fakt, że wracając do zbieractwa, zechciała w kolejnym filmie stworzyć portret innej humanistki i artystki, ekscentrycznej właścicielki galerii w Toronto, kolekcjonerki sztuki, córki ocalonych z Holocaustu Żydów - Ydessy Hendeles, autorki wystawy “Partnerzy. Projekt Miś”. Ydessa stworzyła instalację, złożoną ze swojego gromadzonego przez 10 lat zbioru starych fotografii, na których znajdziemy pluszową maskotkę misia. Ściany galerii zostały w całości pokryte zdjęciami, dołączyły do nich autentyczne maskotki i w osobnej sali klęcząca figura Adolfa Hitlera, dzieło Maurizio Catelana. Tysiące zdjęć, tysiące twarzy. Rzecz niezwykła. Varda ogląda je, próbuje katalogować, szuka klucza do tego projektu, słucha odwiedzających wystawę krytyków sztuki, bada wrażenia zwykłych odbiorców. Spod tego zmultiplikowanego portretu wyłania się obraz wielowymiarowy, niejednoznaczny, nostalgiczny, naznaczony śmiercią zastygłego na fotografiach świata, już nie dokumentu, ale jakby fikcyjnej historii ułożonej z nieskończonej ilości ujęć, życia, czy filmu. Varda swoim reżyserskim pazurem wprawia w ruch zastygłe kadry. Łączy je z opowieścią o otoczonej misiami, samotnie mieszkającej w wielkim domu niczym w twierdzy Ydessie.

Ydessa Hendeles