agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
czwartek, 30 sierpnia 2007
Latynoskie Orizzonti

Latynosi (64.wenecja'07)


strona festiwalu >>

Cao Guimarães urodził się w Belo Horizonte, w brazylijskim okręgu Minas Gerais. W rodzinnym mieście studiował filozofię, a w Londynie – fotografię. W późnych latach 80. zaczął wystawiać swoje prace w muzeach i galeriach Nowego Jorku, w późnych latach 90. został reżyserem filmów dokumentalnych i eksperymentalnych, wagabundą, niecodziennym kronikarzem rodzinnych stron. Jego filmy zbierały nagrody na festiwalach. “O fim do sem-fim” (The End of the Endless, 2000), “Da janela do meu quarto” (2004), “Rua de mão dupla” (Two Way Street, 2004). Zainspirowany nazwami 20 miasteczek w okręgu Minas Gerais, wspólnie z Pablo Lobato nakręcił “Acidente” (2006) - filmowy poemat. Zabierał w nim widzów w nietypową, liryczną podróż po współczesnej Brazylii. Poczynając od religijnej procesji w Virgem da Lapa, przez nocne życie na stacji benzynowej w Olhos d'Agua, po widok kobiet na drodze w Entre Folhas. Te osobiste pocztówki z regionu ujawniały wielką różnorodność: miejsc, ludzi, obyczajów, kultur. Nazwy miast i zarejestrowane w nich niby przypadkiem obrazy układały się we wcale nie przypadkowe konstelacje, tworzące mapę zdarzeń, uczuć, spojrzeń zwykle niewidocznych, ukrytych, zacienionych, pełnych subtelnej ekspresji.


Minas Gerais, Brazylia

A alma do osso” (The Soul of the Bone, 2004), film, którego bohaterem został 71-letni Domingos Albino Ferreira, od ponad 40 lat żyjący samotnie w Minas Gerais, rozpoczął “trylogię samotności” Guimarãesa, której kolejną odsłoną jest Andarilho”. Jego akcja toczy się między miastami Montes Claros i Pedra Azul, na północy Minas Gerais. Trzech samotnych wędrowców idzie swoją drogą, przyglądając się światu. W centrum zainteresowania reżysera znalazł się związek pomiędzy chodzeniem a myśleniem, pokonywaną drogą a zużywającą się w niej duszą, pomiędzy ruchem a kontemplacją. Film zostanie pokazany w sekcji Horyzonty Dokumentu.




"Andarilho" reż.
Cao Guimarães


I jeszcze jeden film, na który warto zwrócić w Wenecji uwagę. Meksykański "Cochochi", pokazywany w sekcji Horyzonty, to pierwsza produkcja studia filmowego Canana Films, założonego przez Gaela Garcię Bernala, Diego Lunę i Pablo Cruza. Scenariuszem i reżyserią zajęli się debiutanci Laura Amelia Guzmán i Israel Cárdenas, zainspirowani spotkaniem z 14-letnim Evaristo i 13-letnim Tony'm, którzy razem ze swoim wujem żyją w San Ignacio de Avareko, miasteczku zamieszkiwanym przez prawie dwutysięczną społeczność Indian Raramuri. Chłopcy zagrali w “Cochochi” główne role – braci, poszukujących zaginionego konia, najcenniejszej rzeczy, jaką posiadają. Akcja filmu rozgrywa się w górach Tarahumara Sierra w północno-zachodnim Meksyku. O codziennym życiu ludzi, zamieszkujących ten region, opowiedzą oni sami we własnym języku, dialogi w filmie prowadzone są w dialekcie meksykańskich Indian Raramuri.

zwiastun >>>>

wydarzeniem specjalnym weneckiego biennale będzie projekcja filmu "A Idade da Terra" (1980) reż. Glauber ROCHA

o jednym z głównych przedstawicieli brazylijskiego cinema novo czytajcie tu: >>>>


wtorek, 28 sierpnia 2007
Oriente III

japońskie szaleństwo (64.wenecja'07)

strona festiwalu >>



Nowa wenecka nagroda za całokształt trafi podczas tegorocznego biennale do rąk Takeshiego Kitano. Jej nazwa to wariacja na temat anglojęzycznego tłumaczenia tytułu najnowszego filmu Kitano "Kantoku Banzai!" (Glory To The Filmmaker!). Z tego, co widać w zwiastunach, Kitano idzie na całość. Minimalizm i powaga nagrodzonego kilka lat temu weneckimi lwami “Hana-bi” odchodzą w niepamięć. Ale – zdaje się – że to właśnie wymienione cechy, z którymi Kitano chcielibyśmy kojarzyć, na tle całokształtu jego twórczości są wynaturzeniem. Lubię Kitano, w każdej postaci. Jego dziecinny humor, prostotę i nierzadko ośmieszaną, charyzmę jego bohaterów, szczególnie tych granych przez niego samego. To taki japoński Chaplin, a może Woody Allen, z wielkim potencjałem, którego pewnie do końca nie potrafimy rozpoznać, bo porusza się jednak w kręgu obcej kultury. W "Kantoku Banzai!" da popis reżyserii w obrębie kina gatunków, spróbuje swoich sił w romansie, dramacie psychologicznym, filmie historycznym, horrorze, filmie fantastycznonaukowym i o wojownikach ninja, by zostać naturalistą. Wszystko pomiesza. Zagra siebie samego.

zwiastun >>>>


"Kantoku Banzai!" reż. Takeshi Kitano

Japońskiego szaleństwa ciąg dalszy. Do Wenecji swój nowy film, western made in Japan Sukiyaki Western Django” przywiezie Takashi Miike. To ten pan od strzykawek, tortur, ucinania nóg fortepianowymi strunami itede. O westernie Miike'ego głośno, bo w jedną z ról wcielił się Quentin Tarantino. Odnotowałam, ale dłużej się nie zatrzymam.


strona filmu >>>>

Natomiast zatrzymam się, zatrzymałabym się chętnie, przy moim ulubieńcu, a nawet dwóch. Ten film chciałabym obejrzeć na przyszłorocznych Nowych Horyzontach. Chodzi o “Sad Vacation” Shinji Aoyamy z najwyższym spośród Japończyków w jednej z głównych ról - Tadanobu Asano. Te dwa nazwiska są dla mnie gwarantem sukcesu. Reżyser “Eureki” i “Eli, Eli, Lema Sabachtani?” jak zwykle wciągnie nas w sam środek smutnej, rodzinnej, leniwie prowadzonej historii. Jej bohaterem jest Kenji, chłopak, pracujący w firmie transportowej. Nie może wyzwolić się z traumy, związanej z samobójczą śmiercią chorego umysłowo ojca. Gdy na swojej drodze spotyka małżeństwo Mamiyi i Chiyoko, w Chiyoko rozpozna swoją utraconą kiedyś matkę. Film zostanie pokazany w sekcji Horyzonty.


strona filmu >>>>
zwiastun >>>>

poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Oriente II

wschodnia inwazja (64.wenecja'07)

strona festiwalu >>

Wenecja między 28 sierpnia a 8 września zamieni się w prawdziwe China Town. Na ulicach, skwerach, w restauracjach i na mostach kołysać się będą czerwone lampiony z wizerunkami smoków. Włoskie miasto opanują Chiny, Chiny filmowe, a także inne, "pomniejsze" azjatyckie kinematografie. Na czele jury 64. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji stanie reżyser piątego pokolenia Zhang Yimou (m.in. “Zawieście czerwone latarnie”, “Szanghajska triada”, “Hero”, “Cesarzowa”), urodzony na początku lat 50. w otoczonej murem, starej stolicy Xian, wielbiciel Gong Li. Będą mu towarzyszyć reżyserki i reżyserzy: skandalistka Catherine Breillat, feministka Jane Campion, emigrant Alejandro Gonzales Iñarritu, Paul Verhoeven i Włoch Emanuele Crialese.


Często odwiedzanym przez filmowców chińskim miastem będzie w Wenecji Szanghaj, a jak Szanghaj to oczywiście lata dwudzieste, lata trzydzieste... Wenecki festiwal zakończy debiut Alexi Tana “Tian tang kou” (Blood Brothers), wyprodukowany m.in. przez Johna Woo, którego twórczość, a w szczególności "Bullet in the Head", zainspirowała młodego twórcę. Bohaterowie “Tian tang kou” będą się szwendać po złej stronie rzeki, wystawieni na pokusy kryminalnego półświatka.

W Szanghaju akcję swojego nowego filmu, pokazywanego w głównym konkursie erotycznego thrillera, umieścił też Ang Lee. Przeniesiemy się niezmiennie w lata 30. XX wieku. Grupa młodych ludzi z podziemnego ruchu oporu planuje zastawić pułapkę na pana Yee (Tony Leung Chiu Wai), ważną figurę, pracującą dla chińskiego marionetkowego rządu. Piękna studentka (Wei Tang) dostanie zadanie uwiedzenia prominenta. Zdjęcia do filmu “Se jie” (Lust, Caution; to koprodukcja USA/Hogkong/Tajwan/Chiny) kręcono w Hongkongu i Szanghaju oraz w Malezji. Tony Leung na zdjęciach i plakatach filmu wygląda tak, jakby wciąż nie zszedł z planu u Kar-waia, ale przypomina mi to też stylizowane pocztówki z przedrukiem starych reklam i kalendarzy, które można dziś kupić w ekskluzywnych księgarniach Szanghaju czy Pekinu. Może być przyjemnie. The Motion Picture Assn. of America (MPAA), amerykańskie stowarzyszenie mające na celu dbanie o interesy amerykańskich studiów filmowych, które zajmuje się też nadawaniem ograniczeń wiekowych filmom, wchodzącym do amerykańskiej dystrybucji, zdecydowało, że “Se jie” w Stanach będą mogli oglądać widzowie, którzy skończyli 17 lat. Według MPAA w filmie znajduje się zbyt wiele wyzywających scen erotycznych, ostentacyjnej nagości i seksu oralnego, które nie są odpowiednie dla widzów poniżej 17 roku życia. Ang Lee & producenci zdecydowali zaś, że nie będą ciąć filmu, żeby zmienić kategorię wiekową i zarobić więcej. Mają gest, sceny erotyczne z udziałem Tony'ego uratowane.

zwiastun >>>>


Ciekawie zapowiada się też najnowszy film aktorskiej muzy Tsai Ming-lianga Lee Kang Shenga, o którym ostatnio pisałam, że kocim krokiem przemierzał ulice Wrocławia. Z Tajwanu do Wenecji przyjedzie z “Bangbang wo aishen” (Help Me Eros, koprodukcja chińsko-tajwańska), w którym – jak zwykle – zagra główną rolę. Jako Ah Jie straci wszystkie pieniądze na giełdzie, zamknie się w mieszkaniu, będzie hodował w szafie marihuanę i palił jointy, poddając się depresyjnym nastrojom. W desperacji wykręci numer telefonu pomocy dla samobójców i pozna Chyi, która sprawi, że zamiast się zabijać Ah Jie zacznie fantazjować na jej temat i zakocha się w wyimaginowanym obrazie dziewczyny. Kiedy zostanie odrzucony, przeniesie swoje uczucia na Shin, która otworzy przed nim świat erotycznych i psychodelicznych przyjemności. Ah Jie nie zapomni jednak o Chyi.

wywiad z Lee Kang Shengiem >>>>


"Bangbang wo aishen" reż. Lee Kang Sheng

Teraz o tym, którego w Wenecji nie może już zabraknąć, tym bardziej w chińskiej Wenecji. Doskonały portrecista esencji chińskości Jia Zhang-ke, zeszłoroczny laureat weneckiego złotego lwa za “Martwą naturę”, która została zgłoszona do konkursu jako ostatnia i była swoistym “filmem-niespodzianką”, w tym roku również bardzo się spieszył, żeby skończyć na czas swój nowy film. Tym razem weźmie udział w konkursie sekcji Horyzonty Dokumentu, bo to dokument. “Wuyong” (Useless) jest filmem nie tyle o modzie, ile o ubraniach, o ludziach, którzy je tworzą, i o tych, którzy je noszą. Jia pokaże wilgotny upał w Kantonie, kobiety pracujące w fabryce odzieży, pochylone nad huczącymi maszynami. Ubrania, które szyją, wypłyną niebawem statkiem ku nieznanym rynkom i ich klientom.
Tymczasem w chłodnym Paryżu chińska projektantka mody Ma Ke przygotowuje spektakularny pokaz swojej nowej kolekcji “Wu Yong” (Useless). Właśnie nazwano ją jedną z najważniejszych chińskich projektantek obecnego czasu. Nazwano ją też anty-projektantką. Ma Ke nie znosi linii produkcyjnej i wszystkiego, co się z nią wiąże. Znakiem rozpoznawczym jej nowej kolekcji jest sposób dochodzenia do idealnej, zaplanowanej przez projektantkę jakości. Ma Ke zakopuje swoje ubrania w ziemi, w śmieciach, w brudnej materii, pozwalając, aby dotknął je naturalny proces niszczenia. Dopiero wtedy projekt jest gotowy. Sterylny Zachód pieje z zachwytu. Brud uwznioślony to nowość. Akcja filmu przenosi się następnie do rodzinnego miasta Jia Zhang-ke – Fenyang w północnochińskiej prowincji Shanxi, biednej, przysypanej pyłem, węglowej, do małego zakładu krawieckiego, którego stałymi klientami są górnicy, przynoszący ubrania do przeróbki, reperacji, ucinający sobie z krawcem pogawędki o życiu. Jestem bardzo ciekawa tego filmu, może na fali międzynarodowej popularności Jia trafi też na jakiś szlachetny polski festiwal.


Wuyong” (Useless, Chiny 2007) reż. Jia Zhang-ke


oprócz w/w publiczność weneckiego festiwalu zobaczy:

w konkursie:Taiyang zhaochang shenggi” (The Sun Also Rises) reż. JIANG Wen
w sekcji Horyzonty: “Xiaoshuo”
(The Obscure) reż. LÜ Yue
w sekcji Horyzonty Dokumentu:
“San” (Umbrella) reż. DU Haibin


Oriente I


Centrum Sztuki i Techniki Manggha w Krakowie wydaje książki. Serię "Biblioteka Centrum manggha", która ma opisywać wybrane aspekty kultury japońskiej i szerzej - azjatyckiej, rozpoczął filmowy przewodnik "Sfilmować duszę. Mała historia kina japońskiego" (2006) Piotra Kletowskiego, krakowskiego specjalisty od kina Azji, autora monografii o twórczości Takeshiego Kitano "Śmierć jest moim zwycięstwem. Kino Takeshiego „Beata” Kitano" (Rabid, Kraków 2000), w mandze prowadzi cykl Akademia Kina Japońskiego.




niedziela, 26 sierpnia 2007
Końcówkowo



                        Kaszuby, sierpień


piątek, 24 sierpnia 2007
w rytmie marsza/marszu


Potwierdza się niniejszym, wypominane nam przez polityków, nasze północne, gdańskie zainteresowanie niemieckością. Moje zainteresowanie. Choć z Gdańskiem mało mam wspólnego. Korzeni żadnych. Moja rodzina i z jednej i z drugiej strony to ludność napływowa. A ja sama w końcu... mit gdańskiej wielokulturowości wydaje mi się podejrzany, etos gdyńskiej polskości mnie nie dotknął, chociaż boleję nad obecną dewastacją miejskiej przestrzeni w Gdyni, zabytku dwudziestowiecznego modernizmu. Wychowałam się we wschodnioeuropejskim blokowisku, to moja identyfikacja. Wcale – patrząc z perspektywy – nie taka znowu nieciekawa. Wszędzie na Wschodzie czuję się jak w domu.

Wielu Niemców zakochiwało się we Wschodzie. Büscher, zanim ruszył w drogę, przesiedział trochę w Kaliningradzie, Kirgizji i Kazachstanie. Dobrze mi się, jak pamiętam, kiedyś szło z Büscherem. Od historii do historii, z miasta do miasta. Spotykając ludzi, oglądając miejsca. Zwyczajnie, ale i uważnie, wolno, w tempie spokojnego marszu. Patrząc, zatrzymując się tu i tam. W "Berlin-Moskau. Eine Reise zu fuss" (Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę, polskie wydanie Wołowiec 2004) Büscher dochodzi do wniosku, że “Wschód jest czymś, czego nikt nie chce. Co każdy strzepuje z płaszcza, jakby mu ptak na rękaw narobił”. A granice wciąż się przesuwają. To w jedną, to w drugą stronę, jak wahadło. Wschód (gdzie on, skąd dokąd?) jest – mówi idący - zmęczony. Zmęczony i surowy, powolny i pamiętliwy (“pamięć – powie – ważyła tu tony”, podobnie jak gigantyczne, sowieckie pomniki). Ta surowość, szczupłość młodych dziewczyn i chłopaków, których obserwował na zabawie w jednej z białoruskich wiosek, twarze z bliznami, przypomina mu modny, budzący się do życia, młody Berlin z jego offowością. A jednak trendy-Wschód. Ale na wschodzie z autentycznością ten sam problem, co gdzie indziej. Bujność przyrody, naturalne bogactwo lasów, pól, ogrodów, tonących w zieleni, cały ten nieobliczalny wschodni miąższ ogląda po białoruskiej stronie czernobylskiej zony.

Przypomina mi się dosyć dziwny film z konkursu tegorocznego 7.MFF ENH – “Body Rice”, debiut Hugo Vieiry da Silva, niemiecko-portugalska koprodukcja, nagrodzona poważnymi nagrodami głównie za reżyserię na festiwalach w Locarno, Meksyku czy na tegorocznym BAFICI w Buenos Aires, film nie zauważony we Wrocławiu, na festiwalowym forum skwitowany etykietą kino behawioralne. A to w końcu dosyć ciekawa historia, choć opowiedziana w sposób nie tradycyjny. Nie wchodząc w szczegóły życiorysu Hugo Vieiry da Silva, scenariusz napisał na podstawie własnych doświadczeń. Spędził jakiś czas na portugalskiej prowincji w towarzystwie grupy niemieckich nastolatków, wysłanych tam w ramach projektu resocjalizacyjnego. Poruszony tym spotkaniem, postanowił nakręcić dokument, w końcu nakręcił fabułę. Z przekonaniem wysuwa tezę, że ów projekt resocjalizacji jest jedynie przykrywką, a tak naprawdę chodzi o pozbycie się z kraju, sprawiającej kłopoty, młodzieży, która w Portugalii pozostawiona jest sama sobie. Zmiana otoczenia nic nie zmienia. W surowym, rozjaśnionym słońcem, wysuszonym krajobrazie młodzi Niemcy poruszają się nadal jak w transie, nie mają żadnego kontaktu z rzeczywistością, jakby byli marionetkami, jakby ich tu nie było. Postpunkowe pokolenie, piękni wykluczeni, somnambulicy doktora Caligari. Potencjał ich młodości, życia, tożsamości dawno się wyczerpał. Pozostał może jedynie rytm, muzyka, zewnętrzne, sztuczne impulsy. Ta galeria postaci, wyjętych z jakiejś smutnej podwulkanicznej powieści, porusza się w pyle wokół ustawionych jeden na drugim, gigantycznych głośników, przez które sączy się techno. Piekielny to obraz. Nie wiem, czy natknie się na podobny, wędrujący tym razem przez rodzinny kraj, Niemiec Wolfgang Büscher (premiera jego nowej książki “Podróż przez Niemcy” w Czarnem 27 sierpnia), ale jestem ciekawa. Będę ją czytać, oglądając wczesne filmy Wima Wendersa, choćby “Z biegiem czasu”, niemieckie kino drogi, w którym bohaterowie odwiedzają małe prowincjonalne kina tuż przed likwidacją, w pasie przygranicznym, w przestrzeni “pomiędzy”.




poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Artysta pisze i rysuje
czwartek, 16 sierpnia 2007
wreszcie ruszyła...

... struktura pozioma/architektura+dialog

wejście

nim wypełni się treścią, obrazami, emocjami etc., już kibicujemy!


wtorek, 14 sierpnia 2007
węgierski kosmonauta


W pobliżu mojej orbity od lat krąży węgierski kosmonauta. Udaje mu się co jakiś czas lądować na Ziemi bez awarii, cało i zdrowo. Lubię go za to, że z kosmicznego oddalenia widzi i więcej i jaśniej, w dodatku ironiczniej i depresyjniej. Zastanawiam się zwykle, jak on to robi. Jakie to nieziemskie światło oświetla mu na co dzień rozdzielczą klawiaturę. W którą stronę patrzy, ciągnąc te swoje długie, deprymujące zdania ku nieskończonej czerni wszystkich kosmicznych czarnych dziur we Wszechświecie. Jak donosi prasa - rzeczywiście światło odgrywa w tym procesie znaczącą rolę, a raczej jego brak.

* * *

“Krzysztof Varga: - Wakacje pisarz ma wtedy, kiedy nie może pisać albo mu się nie chce, nie ma weny, albo się leni.

(Agnieszka Wolny-Hamkało w swoim tekście “Lato ludzi z klawiaturami” relacjonuje) Tym razem nie przydarzy się to autorowi "Tequili": - Muszę skończyć zbiór esejów o Węgrzech. Teksty o kulturze, historii, mentalności, trochę polityce. I deprymuje mnie to, że ostatnio więcej o tym mówię, niż to piszę. Poza tym zacząłem nową powieść. Chciałbym, by miała tzw. epicki rozmach. Nie spodziewam się jej szybko skończyć, może gdzieś za dwa lata, ale jak dobrze pójdzie, to będzie solidna cegła z dużą ilością bohaterów i wątków, choć dziejąca się w jednej warszawskiej dzielnicy, wokół kilku ulic.

Ale na Vargę wakacje działają deprymująco: - Upał mnie rozwala. O wiele lepiej pisze mi się jesienią i zimą, kiedy jest szaro. To mnie dopinguje. Dlatego zawsze nie mogę doczekać się końca lata. Ostatnie dni lata są takie melancholijne, i to wtedy zawsze zaczyna się u mnie wkręt do pisania. Uwielbiam pustą Warszawę, leniwą i melancholijną. A sierpniowa niedziela to już marzenie - nie dzieje się nic, nie ma samochodów i ludzi, tramwaje z rzadka jak pojazdy nie z tego świata, ulice puste. Wtedy Warszawa ma dla mnie sens. A potem październik i listopad – cudownie”.

więcej >>

* * *

Zatem nie dziwią nic ulubione lektury naszego bohatera, ani nie dziwią ulubione filmy. W kolejnej odsłonie, a raczej na kolejnej stronie dzisiejszej gazety, w recenzji “Melancholii sprzeciwu” László Krasznahorkaia opisze swój do nich stosunek:


“"Melancholia sprzeciwu" jest drugą wydaną po polsku książką tego pisarza. Pierwszą było "Szatańskie tango", którego ekranizacja jest jednym z najniezwyklejszych dzieł kinematografii światowej. Żeby się nim zachwycić, trzeba dać się zahipnotyzować czarno-białym kadrom, długim, monotonnym, naturalistycznym ujęciom, klimatowi bezdennej rozpaczy, taniej podróbki końca świata, lokalnej wersji potopu i prowincjonalnej apokalipsy. I wytrzymać siedem godzin, bo tyle trwa ekranowa wersja powieści.

Piszę o tym dlatego, bo myślę, że aby dogłębnie wgryźć się w książki Krasznahorkaia, zrozumieć je w pełni, warto najpierw obejrzeć ich ekranizacje w reżyserii Béli Tarra, twórcy, do którego przereklamowane słowo "kultowy" pasuje jednak doskonale i nie jest użyte na wyrost. Prócz "Szatańskiego tanga" Tarr wyreżyserował także m.in. "Harmonie Werckmeistera", właśnie na podstawie "Melancholii sprzeciwu". Tarr i Krasznahorkai stworzyli niezwykły duet pisarsko-reżyserski (są także autorami filmu "Kárhozat", czyli "Potępienie"), a jeśli dodać do tego autora muzyki do tych filmów, lidera zespołu Balaton, Mihálya Viga, to będzie to trio, które tworzy najprawodpodobniej najbardziej depresyjne filmy świata. Vig zresztą zagrał w "Szatańskim tangu" postać Irimiasa, fałszywego proroka. Fałszywi prorocy i nieszczęścia, których są sprawcami, to wątki łączące obie powieści”.

Co jeszcze oprócz oglądania powinniśmy zrobić przed lekturą “Melancholii sprzeciwu”? Pojeździć:

“Żeby w pełni zrozumieć depresyjną atmosferę książki László Krasznahorkaia, warto wcześniej pojeździć sobie po Wielkiej Nizinie. Najlepiej po jej południowej części, Dél-Alföld, graniczącej z Rumunią i Serbią. To tam rozgrywa się akcja "Melancholii sprzeciwu" - właśnie wydanej po polsku powieści węgierskiego pisarza.

Krasznahorkai urodził się w Gyula, 30-tysięcznym mieście nad samą granicą rumuńską, tam też - jak się powszechnie uważa - dzieją się upiorne wydarzenia wymyślone przez tego prozaika i opisane w "Melancholii sprzeciwu".

Gyula słynie na Węgrzech z najlepszej w kraju kiełbasy paprykowej i z festiwalu sztuk szekspirowskich. Są też tam lecznicze źródła i nieduży zamek. Miasto trochę turystyczne, trochę przygraniczne, bardzo prowincjonalne. Podobno istnieje tam naprawdę podła karczma opisana w "Melancholii sprzeciwu"; byłem w Gyula, szukałem jej, nie znalazłem. Może to i dobrze. Bo źle jest, kiedy rzeczywistość usiłuje uprawomocnić fikcję literacką.

Jak opisać Alföld? Jak nazwać bezbrzeżną nijakość Wielkiej Niziny, nie pisząc o melancholii, depresji, smutku tej wielkiej płaskości, przy której holenderskie poldery są urozmaicone jak szwajcarskie krajobrazy?

Wiosną Alföld jest oślepiająco żółty. To małe pola rzepaku, ale że przechodzą jedno w drugie, to wydaje się, iż cała Wielka Nizina jest pustynią, a alföldzkie miasteczka i wsie to fatamorgana. Kiedy się do nich wjeżdża, nie ma żadnej gwarancji, że istnieją naprawdę. Prawdziwa Wielka Nizina to Wielka Depresja, a żółte pola rzepaku są ilustracją żółci, jaka wypełnia dusze zamieszkujących ją ludzi. Jesienią żółta żółć zamienia się w czarną żółć, czyli w melancholię. Jesienią i zimą Alföld zamienia się w terra incognita, przepoczwarza się w przygnębiający świat literatury László Krasznahorkaia, krainę błota, szarości, beznadziei”.

całość tu >>


niedziela, 12 sierpnia 2007
ostatnie słowo duetu Stoll/Rebella


Kiedy w obliczu nowych faktów, które nie po raz pierwszy w końcu, ani – najpewniej - nie po raz ostatni, każą mi zastanawiać się – co teraz, co dalej będzie, w co włożyć ręce, komu je podać, żeby w ogóle być, wracam do filmów, przechowujących w sobie – jak piwniczne słoje z wekami – podobny do mojego nastrój. Nie chcę się rozrywać na przekór chandrze, ani zbyt nie chcę się też pogrążać w niebycie, ani obracać w palcach przeszłych niesprawiedliwości. Potrzebny mi jakiś constans. I nawet jeżeli tylko wydaje mi się, że rozumiem bohaterów, intencje, nieraz bardzo oddalony od mojego świat, że potrafię rozszyfrować fabularne niedopowiedzenia, to wiem, że jest to czas odpowiedni, by po nie sięgnąć, szukając bliskości w zwątpieniu.

Ostatnio wpadł mi w ręce artykuł o Mirosławie Nahaczu, młodym pisarzu z podbeskidzkiej wsi, który jako smark już jadał obiady ze Stasiukami, a potem wydawał w Czarnem książki. Nie przeczytałam ani jednej, bo z jakiegoś mało sprecyzowanego powodu dosyć już miałam tych ozłoconych dzieci, które w klasie maturalnej pisały bestsellery o życiu, a wszyscy krzyczeli, że to prawdziwa rewelacja. Zwykle wystarczyło mi kilka zdań, by rzucić o ścianę książką, ewentualnie gazetą, bo wszędzie drukowano chociaż rozdziały tych książek, a potem autorzy zostawali felietonistami poczytnych pism, narzucając się ze swoją nowo odkrytą niezwykłością. To pewnie z zazdrości tak piszę, że tacy młodzi i utalentowani, piękni i opaleni jak postaci, wyjęte z “Kolekcjonerki” Erica Rohmera. Wypisz wymaluj. To poszło falą po całej Europie środkowo-wschodniej, a może i po całym świecie. A potem ci wspaniali ozłoceni, dostawszy się w tryby machiny medialnej, albo w naoliwione sukcesem tryby machiny własnego umysłu, nie wytrzymywali, padali jak muchy, zabijali się jeden za drugim, czwórkami do nieba szli, a ich skromne śmierci powiększały tylko nakład, bo pośmiertnie książki, filmy, płyty znikały z półek w try-mi-ga. Będąc w buncie swoim wobec ozłoconych konsekwentną pośmiertnie ich książek, filmów, płyt postanowiłam nie czytać, oglądać, słuchać. Ale przez przypadek, nieświadomie trafiłam jednak na pewien film, który – nie zdając sobie sprawy – obejrzałam pośmiertnie, i to nie raz, już ze świadomością.

* * *

Wśród ulubionych reżyserów wymieniali jednym tchem Aki Kaurismäkiego, Todda Solondza, angielskich reżyserów z Kenem Loachem na czele, a także Billy'ego Wildera. Ich filmowy debiut oszołomił krytykę i publiczność na całym świecie. Ich drugi film okazał się ostatnim w karierze. Doskonale zapowiadający się, reżyserski duet Juan Pablo Rebella i Pablo Stoll (“25 watów", 2001; “Whisky", 2004) nigdy już nie nakręci wspólnego filmu. Społecznością południowoamerykańskich filmowców wstrząsnęła wiadomość o samobójczej śmierci Juana Pabla Rebelli, który 5 lipca 2006 roku odebrał sobie życie strzałem w skroń.

Parę lat przed tym tragicznym wydarzeniem zainspirowani filmem argentyńskiego reżysera ze średniego pokolenia Raula Perrone "Labios de churrasco", jak mówią - filmem o niczym, albo o nic-nie-robieniu - dwudziestoparoletni przyjaciele Juan Pablo Rebella i Pablo Stoll, ówcześni studenci uniwersytetu katolickiego w Montevideo postanawiają napisać scenariusz. Nie przypuszczają, że później zostanie wykorzystany w pracy nad ich wspólnym pełnometrażowym debiutem, to tylko zabawa. Nic nie wiedzą o pisaniu scenariuszy, ale sprawia im to wielką przyjemność, ponieważ piszą o rzeczach najbliższych, o sobie, o własnym sobotnio-popołudniowym nic-nie-robieniu, śmieją się przy tym z samych siebie, przebijają śmiechem balon patosu, jaki nie raz towarzyszy ich młodzieńczym przygodom.

Rebella / Stoll

Rebella i Stoll nie skończyli żadnej szkoły filmowej, ich szkołą od początku było samo kino. Zdaje się, że ci nałogowi oglądacze, mieszkając w Montevideo, wygrali los na loterii. Tamtejsza Cinemateca jest w posiadaniu wspaniałego zbioru filmów.

Bohaterowie Rebelli i Stolla mieszkają jak i reżyserzy w Urugwaju, w Montevideo, w społeczeństwie zdominowanym przez ludzi starszych. W swojej historii piętnują styl życia młodych Urugwajczyków, ciągłą konieczność brania udziału w "dobrej zabawie", czy to na stadionie, czy w dyskotece. Z dużą dozą ironii, ale też niezwyczajnej w ich wieku melancholii przeciwstawiają "dobrej zabawie" młodości swoje "starcze" nic-nie-robienie. Pierwotny scenariusz został nieco zmieniony, czas akcji rozciągnięty z jednego popołudnia na dobę, a niskobudżetowy, czarno-biały film, nakręcony na jego podstawie wraz z grupą przyjaciół nosi tytuł "25 watów” (2001).

"Od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie - mówił w wywiadzie o "Whisky" (2004) Stoll - dlaczego zrobiliśmy ten film? Dlaczego po młodzieżowym, autobiograficznym "25 watów", nakręciliśmy film o 60-letnich braciach, kobiecie i fabryce skarpet? Jesteśmy jedynakami, nie mamy 60. lat, nie jesteśmy Żydami, nie mamy fabryki skarpet. Kiedy napisaliśmy scenariusz, zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że być może te postaci nie są tak bardzo różne od nas. Że niedaleko nam do tych trzech typów samotności. Że mogą to być nasze projekcje nas samych za 20, 30 lat. Za maskami Jacobo, Hermana i Marty kryją się nasze lęki".

Andrzej Kołodyński napisze w KINIE: “Cokolwiek abstrakcyjne pojęcie filmowego minimalizmu nabiera konkretnego znaczenia w komedii z Urugwaju, ironicznie zatytułowanej "Whisky". Nie chodzi o alkohol. Słowo "whisky" wypowiadają klienci zakładu fotograficznego ustawieni do zdjęcia, bo w ten sposób najlepiej udają uśmiech. Oczywiście, w filmie ma to sens symboliczny. Bohaterowie nieustannie udają, ich prawdziwe przeżycia ukryte są gdzieś głęboko i może nawet w ogóle nie wydostają się na powierzchnię. Filmowy minimalizm objawia się w stylu, denerwująco powolnym, wykorzystującym pedantycznie powtarzane czynności i sytuacje. Szarość obrazu, cyzelowanie nieefektownych szczegółów: coś nam to przypomina. I rzeczywiście: adresatem umieszczonego w napisach podziękowania jest Aki Kaurismäki. Wystarczy przypomnieć filmy tego wspaniałego Fina, takie jak "Światła o zmierzchu" czy "Człowiek bez przeszłości", zwłaszcza ten ostatni, aby uświadomić sobie, skąd realizatorzy z Urugwaju, Juan Pablo Rebella i Pablo Stoll, czerpali inspirację. Ich film jest w pewnym sensie bardziej nawet zatopiony w szarości. Dzień po dniu 60-letni Jacobo Köller o świcie otwiera swój warsztat pończoszniczy, a przy wejściu oczekuje go Marta Acuña, pomocnica pełniąca wszelkie możliwe funkcje, od zarządcy i kontrolera po majstra dwóch pracownic. To cała załoga warsztatu. Jacobo włącza światło i zapuszcza maszyny, po czym zamyka się w swojej służbówce, gdzie jego głównym zajęciem wydaje się naprawianie oberwanej żaluzji. Panuje milczenie, zresztą o czym ci ludzie mieliby ze sobą rozmawiać? Czasem któraś z dwóch dziewcząt prosi nieśmiało o pozwolenie na włączenie radia. To jedyne odstępstwo od monotonnej rutyny pracy”.

więcej >>

* * *

Dla mnie “Whisky” nie jest komedią, a styl filmu nie wydaje mi się denerwujący, w dodatku nie lubię Aki Kaurismäkiego, a “Whisky” lubię bardzo. Także za piękne zdjęcia Barbary Alvarez (operatorki również w filmie Rodrigo Moreno “El custodio”). Doskonale znam podobny rodzaj upiornej na pierwszy rzut oka powtarzalności, wiarę w przypadek, ucieczki w fikcję. Podobnie jak reżyserzy nie mam 60 lat, a jednak doskonale potrafię utożsamić się z bohaterami. Jest w nich jakaś bezczasowość. Dwaj bracia spotykają się po latach życia w innych światach - samotny Jacobo mieszkał i opiekował się chorą matką, przejmując rodzinny interes, Herman założył rodzinę w Brazylii, ma tam - jak brat w Montevideo - fabrykę skarpetek. Jacobo prosi Martę, żeby udawała jego żonę podczas pobytu Hermana, wstydzi się swojego samotnego życia. Herman zaprasza oboje na kilka dni do tkwiącego w zimowej drzemce, nadmorskiego kurortu. Dla obu braci ta wycieczka to powrót do czasu dzieciństwa, a więc czasu wolnego, nie wypełnionego pracą, czy opieką nad najbliższymi. Nie bardzo potrafią się w tej sytuacji znaleźć. Oczywiście Hermanowi jest łatwiej, ale on pełni tu zaledwie rolę katalizatora zmian. Główni bohaterowie to Jacobo i Marta. Oni doskonale wiedzą, że nie istnieje życie pozbawione rutyny, prędzej czy później dopadnie każdego. I wiedzą, że zwykle się przed nią nie bronimy, przyjmiemy jak oczywistość, a z czasem doceniamy jej słodki smak. Ta słodycz powstrzymuje Jacobo, Martę, a nawet Hermana przed jakimkolwiek definitywnym krokiem, gestem czułości, czy zrozumienia. Przed zerwaniem z sobą samym, z tym wszystkim, co o sobie myślimy, czym jesteśmy.

"Whisky"


piątek, 10 sierpnia 2007
zawsze dużo


Spodobała mi się teza, zaczerpnięta z przejmującego eseju Johna Bergera “Po cóż patrzeć na zwierzęta?” (w: "O patrzeniu"), mówiąca o tym, że Natura jest aspektem ludzkiej duchowości. Dzięki niej zupełnie inaczej spojrzałam na zwierzęta Dominika Lejmana, projekcje, które umieścił w kilku dziecięcych szpitalach w Polsce i Nowym Jorku. Może gdzieś to się wszystko zapętla, gdzieś bardzo blisko, bo psy kojarzą mi się z dzieciństwem. A zwierzęta to dla mnie psy. Być może moja, naznaczona przez Naturę dusza od swojego zarania pokutuje. Moje narodziny poprzedziła śmierć psa. Czasami rodzina mi to wypomina, twierdząc, że chory, stary pies został uśpiony z mojego powodu, choć mnie nie było jeszcze wtedy na świecie. Stara, czarna, schorowana suka była ulubienicą w rodzinnym domu dziadków, w którym miałam zamieszkać zaraz po urodzeniu. Ale zaraz potem pojawił się kolejny pies. Pół roku po moim przyjściu na świat. Wychowywałyśmy się razem, ona - brązowa, czarno pręgowana i ja, zawierając pakt krwi, przysięgając sobie, że nigdy się nie rozstaniemy, co było niemożliwe, bo mieszkałyśmy potem w innych miastach i spotykałyśmy się tylko podczas wakacji, tęskniąc za sobą jak za zagubioną gdzieś siostrą bliźniaczką. Jestem przekonana, że gdzieś w najgłębszych kłębkach pamięci mam schowany jej zapach.

zdjęcie archiwalne

Wczoraj Zygmunt swoim zachrypniętym głosem szczekał cały wieczór. To do niego niepodobne. Wieczór był ciepły. Po obejrzeniu “Mondo” Gatlifa, usiadłam na drewnianych schodach tarasu, ale było zbyt ciemno, żeby w zapadającym zmroku dostrzec małą, czarną sylwetkę tarasowego sąsiada - buldoga Zygmunta. Słyszałam tylko jego głos. Głos posłańca, niosącego nadzieję, bo tak kiedyś patrzono na zwierzęta. Przypomniałam sobie pierwszą książkę o psach, jaką czytałam, a – jak sobie przypominam – lektura tej książki skończyła się atakiem gorączki. To była “Niewidzialna smycz” Węgra Vilmosa Zolnay'a. Później były inne, i książki, i psy. Niedawno przeżyłam śmierć psa we “Wszystko jest” Malickiego i we “Wczesnych smutkach” (rozdz. "Chłopiec i pies") Danilo Kiša. Lektura – jak niegdyś, jakby nic się nie zmieniło – nie pozostawiła mnie obojętną. Do żywego dotknęło mnie też okrucieństwo Fabickiego, który w swojej zeszłorocznej czarnusze “Z odzysku” kazał bohaterom strzelać zamiast do puszek po piwie, czy garnków, do wykupionych ze schroniska psów.

No i teraz “Mondo” Gatlifa, film, przejmujący dziecięcą perspektywę, zachwycony i oburzony światem, pełen kolorów i pomysłów, pełen muzyki i dźwięków, przypominających muzykę, i śpiewu żony iluzjonisty, uciekinierki z Kurdystanu, która w Nicei niańczy dziecko. Dlatego nie mogło zabraknąć w nim zwierząt, są tam psy i gołębie, żuki, jaszczurki i ryby. Film wciąż gubi realistyczne oblicze, by stać się marzeniem. Marzeniem nie tylko o zwierzętach, ale i o ludziach. Mondo jest postacią, która pewnie im się śni. Dziesięcioletni cygański chłopiec na ulicy znalazł się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd, nie ma żadnej przeszłości, sypia pod gołym niebem. Stary żebrak o mocno błękitnych oczach, trzymający w walizce parę gołębi, pozna go z iluzjonistą i jego żoną. Mondo spotka też marynarza, który nauczy go czytać, grawerując litery na kamykach z plaży, śliczną śpiewaczkę, która nocami pracuje w cukierni, wyrabiając karmelki oraz starą Żydówkę z Wietnamu, która mieszka na jednym z najwyższych miejskich tarasów w willi z dużym ogrodem. Wszyscy go pokochają, ale żadne z nich nie zatrzyma go przy sobie na dłużej. Mondo będzie chodził po świecie własnymi ścieżkami, dając im radość, wracając, tęskniąc tak mocno, że kiedy żebrak z błękitnymi oczami opuści ulice i trafi do szpitala, Mondo sam się rozchoruje. Kiedy będzie leżał na asfalcie pustego parkingu bez sił, zamieni się w psa, w szaroburego kundla. Potem odejdzie i więcej nie wróci, zostawiając po sobie ukryty w trawie kamień z wyrytym napisem “zawsze dużo”.

"Mondo"


czwartek, 09 sierpnia 2007
Stasiuk o Słowacji

W wakacyjnym Półprzewodniku Polityki
Andrzej Stasiuk, "Słowacja: Łagodna dziwność bytu"
(fragm.):


"(...) za to kochamy Słowację. Za lekko nieoczywistą rzeczywistość, za skłonność do niewymuszonego nadrealizmu. W Bardejovie, obok supermarketu Billa, do którego jeżdżę po moją grubą wędzoną słoninę, jest sklep z chińskimi tekstyliami. Wielką halę wypełniają ubrania, buty, torby, bielizna w niespotykanych gdzie indziej cenach. W powietrzu unosi się gorzki zapach gumy i plastiku.

Kiedy się tam znalazłem, główną klientelą byli Cyganie, całe cygańskie rodziny z dziećmi. Wybierali, przymierzali, wszyscy udzielali rad, poprawiali, przyklepywali, obracali dzieci w kółko, pytali krewnych o zdanie na temat wyglądu chińskiej garderoby. To wszystko przyjechało gdzieś z otchłannych szwalni Syczuanu, z niewolniczych manufaktur Junanu albo innego Hunanu, z wnętrza tej gigantycznej kserokopiarki, która zajmuje się powielaniem świata jeden do jednego, stamtąd przybyły rzeczy potrzebne biednym jak myszy kościelne słowackim Cyganom. Bez chińskiego tekstylu chodziliby nadzy i bosi. A tak za swoje zasiłki mogą się ubrać całkiem po europejsku i starcza im jeszcze na ciemne okulary.

Ubrani w wyroby Państwa Środka wracają do swoich gett, do rozpaczliwych osiedli z dykty i blachy, do lepianek na skrajach wsi, do europejskich faweli z jednym kranem na sto osób. Bo ta moja północno-wschodnia Słowacja jest trochę jak Afryka i trochę jak Azja. Ubrani w chińszczyznę Cyganie wciąż są w ruchu. We wsiach, w miasteczkach widać głównie ich. Reszta siedzi w domu, a oni wciąż mają coś do załatwienia, wciąż muszą się z kimś spotkać, bo samotność i bezruch to dla nich śmierć. Zresztą te ich domy są nie do wytrzymania: dziesięć osób w klitce, piętnaście w pokoju z kuchnią. Ciągną więc wózki ze złomem, ciągną wózki z chrustem. Wcale się nie przejmują, że jest jakiś dwudziesty pierwszy wiek. W ogóle się nie przejmują, że jest jakiś czas. W niektórych dialektach nie mają nawet oddzielnych słów na „wczoraj” i „jutro”. Czeski pisarz Jáchym Topol tak napisał o Svidniku: „Kawałek dalej cygańskie ulice. Atakują żebrzący chłopcy. Jak to często bywa, niektóre ich siostry są cudowne. Przechadzają się po getcie tu i tam, wyniosłe jak górskie pumy”.

Tak, to jest niepokojące i dziwne, gdy z tych rozpaczliwych, śmieciarskich osad wychodzą tak piękni ludzie. Kobiety, mężczyźni, dzieci, starcy – bez wyjątku. Wśród naszego bladego i nieco nieforemnego słowiańskiego żywiołu ich uroda jest jakaś przedwieczna, fundamentalna. Piękni jak bogowie handlują grzybami przy szosach, żebrzą, a w dzień wypłaty zasiłku, objuczeni zakupami, wracają gromadnie do swoich szałasów. Raz w miesiącu zaczyna się cygański karnawał i trwa do wyczerpania funduszy".

więcej >>




środa, 08 sierpnia 2007
(7.MFF ENH) płatek róży z liściem mięty



Hartleyem we Wrocławiu zrobiono nam i prawdziwą przyjemność i wielki kłopot. Bo Hartleya należy oglądać w pakiecie. Film za filmem. To serial, w którym nieobecność oznacza wypadnięcie z gry. A takie przywarcie do jednego wątku podczas festiwalu skazuje na wieczne wątpliwości i wahania, czy wybór nie był chybiony, a wycofać się już nie ma sensu. Obecność Hartleya we Wrocławiu wcale nie dodawała otuchy. Rozmowy z nim po projekcjach były – łagodnie mówiąc – dosyć ulotne, przypadkowe. Czasami zabawne, ale po filmie, w którym bohaterowie mówią w taki sposób, w jaki mówią bohaterowie Hartleya, oczekuje się czegoś co najmniej błyskotliwego. Sam reżyser z początku tłumaczył swoją zawrotną popularność młodością – publiczności i pierwszego pakietu filmów z przełomu lat 80./90. Potem – przekonywał – publiczność odpuści. Pomylił się odrobinę.

Oprócz projekcji (także jego ulubionych filmów innych reżyserów, Wendersa czy Godarda) i rozmów na żywo, można było – jeżeli ktoś wydarł ze swojego napiętego planu dnia kilka minut - Hartleya poczytać i poczytać o nim za sprawą dwóch książek, które rozeszły się niemal na pniu. Jedna – jak to w życiu bywa – jest ładniejsza, druga brzydsza, ale za to ciekawsza. Pierwsza to “Kino prawdziwej fikcji i filmy potencjalne. Hal Hartley” (8 wywiadów, jakie z Hartleyem przeprowadził Kenneth Kaleta), wydana przez słowo/obraz terytoria, druga - “Gesty, osoby, teksty: kino Hala Hartleya” Rabidu to zbiór analiz, sygnowanych przez znakomitości filmoznawczego światka Alicję Helman i Andrzeja Pitrusa.


Warto czytać je równolegle, zresztą autorzy “Gestów...” często powołują się na wypowiedzi reżysera z wywiadów. Świetnie się to czyta, mając świeżo w pamięci filmy, które w pierwszym momencie zachwycają przede wszystkim specyficzną, zmysłową aurą, nie prowokując refleksji. Świat Hartleya przede wszystkim tworzą ludzie, zapełniający plan, światło, moda. Żałuję, że żaden z autorów nie poświęcił tekstu modzie u Hartleya. Pretekstowość fabuły przy okazji każdego odcinka Hartleyowskiego serialu zwraca się ku otoczeniu, ku postaciom, ku kreacji, a następnie – jak podpowiadają krytycy, umiejętnie uzasadniając – ku strukturze. Oto spis treści “Gestów...”:


Grzegorz Dryja
Zaskakująca prawda: opowieść o pewnym złudzeniu i jego konsekwencjach.
Anna Taszycka
Zaufanie: rodzina i ufność.
Maciej Chiżyński
Pożądanie: filozofia i banał.
Grzegorz Dryja
Ludzie jak my: Homer!!! Joyce!! Hartley? – różne warianty.
Andrzej Pitrus
Amator: ludzie, którzy grają.

Elina Löwensohn w "Amatorze"

Alicja Helman
Flirt: pięciokąty.
Andrzej Pitrus
Henry Fool i Fay Grim: lęk przed wpływem.


Parker Posey w "Fay Grim"

Marcin Dulemba
Księga Życia: bardzo mała Apokalipsa.
Alicja Helman
Potwory nie istnieją: „Może posunąłem się za daleko...”

Sarah Polley w "No Such Thing"

Agnieszka Kamrowska
Dziewczyna z planety Poniedziałek: dyktatura konsumpcji.


Dodam jeszcze, że moimi ulubionymi filmami Hartleya są “Simple Men”, “Amateur” i “No Such Thing”, a ulubione postacie to te, grane przez Elinę Löwensohn i Roberta Johna Burke'a (jako Potwór w “No Such Thing” jest znakomity). Chętnie zobaczyłabym pakiet jeszcze raz, i jeszcze raz, na spokojnie, ale w polskich sklepach na przykład pod hasłem >amator< można kupić wcale nie "Amatora" Kieślowskiego, a jedynie “Amatora kwaśnych jabłek” (Pipe Dream) Johna Walsha, komedię romantyczną – co ciekawe – z Martinem Donovanem w roli głównej. Lepszy rydz niż nic? Hmm...




wtorek, 07 sierpnia 2007
faktury ze wsi polskiej Pod Piotrem, letnie...

foto: Iw.Cała

kolekcja rośnie jak na drożdżach...

poniedziałek, 06 sierpnia 2007
faktury z Australii, zimowe...

foto: Mo.Z. (5.08.2007)

who next?

 
1 , 2