agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
piątek, 29 sierpnia 2008
mandala tuż przed rozsypaniem

Gdańsk Ołowianka
(do kliknięcia)



Lindbergh pokazuje tu swoje "Kino"



czwartek, 28 sierpnia 2008
infracienki

"Marcel Duchamp, opisując dystans dzielący sztampę i autentyk (mould and the real) nazwał tę przestrzeń percepcji infracienkim. Żeby opisać tę przestrzeń, Duchamp - zamiast podać dokładną definicję pojęcia - posłużył się licznymi przykładami, takimi jak: 'ciepło siedziska, z którego właśnie ktoś wstał, jest infracienkie, lub, kiedy dym tytoniowy pachnie ustami, które go wypuściły, te dwa zapachy mieszają się w przestrzeni infracienkiego'. W rezultacie, infracienkie oznacza dystans lub różnicę, która jest niedostrzegalna, ale może być wyobrażona".

(Stephen Kovats, Wideo jako sztuka: elektromagnetyczny infracienki klin pomiędzy sztuką a polityką, [w:] Od monumentu do marketu. Sztuka wideo i przestrzeń publiczna, Wrocław 2005)


transfotografia Gdańsk Sopot Gdynia >>
fotografia i kino

fot. Patrick Swirc z cyklu "Wielkie gęby"

poniedziałek, 25 sierpnia 2008
forma



Jesień, pachnie suszonymi grzybami, sąsiedzi ciążarówkami zwożą drewno. Z ciężarówek spadają okrągłe bale. Potem oni je tną, od rana do wieczora wielkimi piłami tną je na mniejsze kawałki. Przygotowują drewno na zimę, śnieg zasypie wszystkie ścieżki wśród pól. Gdy lekki, suchy sztorm zaledwie muśnie nadbałtyckie plaże, tu śnieg zawsze prędzej czy później spadnie. Wtedy drewno będzie się cicho tlić w kominkach i w piecach, i drobną strużką dymu ucieknie z ciepłej izby w mrok, gdzieś pomiędzy zaśnieżone kaszubskie pagórki. A może zamiast ognia w kominku i kręgu żółtego, ciepłego światła, pełgać będzie w izbie niebieskawa telewizyjna poświata. Büscher tak opisuje wnętrze niemieckiej wiejskiej chaty nad Nysą: „Nieważne, jak duży jest dom, mieszka się zawsze tylko w jednym pomieszczeniu. Inne pokoje są nieco dziwnie urządzone i regularnie sprzątane. Nie korzysta się z nich wprawdzie, ale ważne, by je mieć, gdzieś na samej górze domu (...). W gruncie rzeczy właściciele tych rozbudowanych, podwyższonych o dodatkowe piętra domów z mnóstwem nowych identycznych pokoi wciąż jeszcze mieszkali w chłopskiej chacie swoich przodków, marzących o tym, by mieć pod dostatkiem miejsca. Teraz je posiadali. Dobudowywali kolejne pokoje, by przechowywać w nich przestrzeń. Nie chodziło o sprzęty, które w nich stały, to od razu rzucało się w oczy. Do środka wstawiano cokolwiek, byle nie straszyły pustką. Spałem więc w chłopskim marzeniu sprzed stu albo dwustu lat (...)”. [dodajmy: w pościeli, udającej skórę tygrysa]

Tymczasem na kamieniu, jakby nie było polnym, siedzi panienka i zgrabną pincetą nadaje piękną formę swoim brwiom. Ależ to jestem ja. Mówię to bez zdziwienia. Czytając Büschera, nie można nie myśleć o formie. Nawet tu. Wciąż idę za nim i to jest bardzo przyjemne. Ten ruch i ciągła zmiana. Zaglądam mu przez ramię. I cieszę się, kiedy zwykłe krajobrazy, oczywiste - wydawałoby się - w swojej prostocie zdarzenia pod jego okiem zamieniają się w znaki. Jakoś tak mnie to zaczarowuje. Po prostu. No i on. No i ta forma, forma... Stasiuk pisze w pociągu do Moguncji, że Germanie chcą ciągle doskonalić formę, że nieustannie doskonalą swoje role i wcielenia, a Słowianie – przeciwnie – nieustannie pragną formy się pozbyć, porzucić jedną z nadzieją, że kolejna będzie lepsza, wygodniejsza. Porzucają formę, wiedzeni kaprysem, rozczarowaniem, bez powodu. Taka konsekwencja w niekonsekwencji. Büscher – jak mi się wydaje - w tym swoim przywiązaniu do eleganckiej formy jest po prostu praktyczny. Elegancki i offowy, trochę tak to wygląda, bo jednak jest offowy.

Przyjmuje formę, staje się niemal wymyślonym bohaterem tej książki. W Bremie prowadzi do swojego ulubionego sklepu kolonialnego i kupuje sobie „kurtkę podróżną z grubego sukna barwy piasku, z naszytymi kieszeniami, idealnymi na mój notatnik i srebrny długopis. Kupiłem też srebrne spinki do koszuli z kamieniami w kolorze jagód perskiego berberysu. Można tam było znaleźć naszyjniki, szlachetne kamienie, przedmioty ze złota i hebanu, leżały między ubraniami, jakby przywiezione z jednego z niekończących się wojaży. Taki sklep może istnieć tylko w nadmorskim mieście, w mieście portowym. Włożyłem spinki do jednej z kieszeni kurtki i czasem delikatnie dotykałem ich kamieni”. Innym razem zostaje człowiekiem, który zszedł z gór, błądzącym w śniegu skrajem granicy niemiecko-czeskiej – wodą ocieka długi płaszcz z kapturem, zakrywającym twarz. Niezwykle opisuje Cínovec i Dubí w rozdziale „Nagość bogiń z Dubí”. Mgła i lód, z których wyłaniają się galwaniczne kobiece uda.

Podoba mu się ocalony z historycznej pożogi Görlitz. W startym na proch Guben, kiedyś zagłębiu kapeluszniczym, przejdzie przez graniczny most i polski Gubin nazwie „Phnom Penh” - miastem bazarem, w które znowu wplącze Beuysa. Wplącze go, bo na bazarze znajdzie „przedmioty przeżycia”, pierwotne, elementarne rytuały Beuysa, związane z filcem, tłuszczem, stearyną. Metalową płytkę w jego czaszce porówna do blachy falistej, którą w tych miastach zalepiane są dziury. Faceta w knajpie zapyta – jak można tu żyć i nie zwariować? „Miał jasną sztruksową marynarkę i modnie minimalistyczną bródkę, był nieco zaokraglony, sprawiał wrażenie niespokojnego. Ani mnie nie wyśmiał, ani się nie obraził. Nie zastanawiał się długo i odpowiedział rzeczowo. – Trzeba sobie coś znaleźć, by tu wewnętrznie przeżyć. Żeby nie skończyć w rynsztoku. Ja uprawiam historię, to jest moja metoda. - Moją metodą było iść dalej. Niepostrzeżenie zaczął się listopad”.


Wolfgang Büscher, „Podróż przez Niemcy”, Wołowiec 2007


sobota, 23 sierpnia 2008
Europejczycy


Büschera wałęsanie się po niemieckiej prowincji okazuje się mniej ekstremalne od jego marszu na Wschód z Berlina do Moskwy. Wtedy bardziej chyba przypominał tego prawdziwego Europejczyka z wizji Stasiuka, któremu Lufthansa zgubiła w „Dojczlandzie” bagaż. I tak sobie Stasiuk wyobrażał bycie Europejczykiem, podróżującym bez bagażu po wielkiej europejskiej ojczyźnie, w jednym ubraniu, które w końcu z niego spada gdzieś w Portimao albo Porto Kagio: „Jechałem doliną Renu i rozmyślałem nad ideą europejskości: Nie myć się, nie zmieniać ubrania i czuć się tak samo swobodnie i na miejscu od Charkowa po Lizbonę. Czuć się jak u siebie na wsi, chodząc cały boży dzień w przedwczorajszych gaciach. Tak sobie wyobrażałem wspólny europejski dom, europejską utopię. Jednak na miejscu spuściłem nieco z tonu. Kupiłem szczoteczkę, pastę i dezodorant. Rozważałem kupno gaci i podkoszulka. W sklepach klienci mówili po francusku. Strasburg leżał dziesięć kilometrów dalej na zachód. Po południu w recepcji czekała na mnie moja torba. Lufthansa odnalazła ją gdzieś w Nowej Zelandii i dostarczyła wraz z zieloną kartką, że bardzo im przykro i proszą o wybaczenie. No, pomyślałem, macie szczęście, że nie nabyłem jeszcze bielizny”.

Na portretowym zdjęciu Franka Rothe Büscher ma na sobie ciemną marynarkę, spod której wystaje ciemna bluza z kapturem, zapinana na zamek błyskawiczny. Ma lekko zmrużone oczy, jakby raziło go światło, albo jakby chciał nas, każdego z osobna przewiercić wzrokiem na wylot. Zdjęcie jest czarno-białe, ale przypuszczam, że jego oczy są szare albo niebieskie. Usta wąskie, twarz piegowata, wokół oczu kilka zmarszczek, które trzymają się twarzy pozbawionej uśmiechu. Nie wiem czy „chętnie mieszka w swoim ciele” - tak opisał znajomego Huna, malarza, mieszkającego w wielkim pustym domu na wybrzeżu, naprzeciw Syltu. No więc w niczym zdaje się już nie przypominać tego włóczęgi, z którego w Moskwie spadło ubranie. Choć nadal zachowuje się jak kameleon, dopasowując do miejsc, które odwiedza. Na wyspie Helgoland będzie chodził w deszczu wśród skalistych kraterów. W niedzielne październikowe popołudnie w westfalskiej wiosce Twist zje ostatnią kanapkę z wystawy piekarni, popijając różowym napojem o truskawkowym smaku. W ciszy: „Znałem niegdyś tę ciszę, to zagubienie popołudnia. Niedziele na wsi, które tak energicznie budzą się przy dźwięku dzwonów i tak ociężale się kończą. Kołowrót pór roku. Ciągnące się w nieskończoność wakacje, jasnoniebieskie niebo. Milcząca procesja zimowych tygodni. Wieczna, wieczna jest cisza prowincji. Starannie posprzątana i pozamiatana jak pokój starej kobiety. Powietrze stoi, kurz wiruje w padającym z ukosa świetle, nikt nic nie mówi, na wpół przymknięte powieki, otwarta książka na kolanach, wełniana zakładka. Wybijane godziny, tykające sekundy, jak gdyby zawsze tak miało być i nigdy się nie skończyć, i naprawdę nigdy się nie skończy. Wyszedłem z piekarni, zjadłem na jakimś kamieniu bułkę z serem i wypiłem resztkę różowego. W powietrzu unosił się aromat butwiejących liści, jesieni i torfowisk. Szedłem przez jedno z nich”.

Podoba mi się, jak idzie – niespiesznie, ale stanowczo, dużymi krokami. Oczywiście lata też lokalnymi samolotami, jeździ pociągami, pływa statkami. W tej podróży Niemcy stają się krajem tysiąca egzotycznych nazw. Sylt, Husum, Klanxbüll, Düne, Borkum, Hiddensee... Płynąc promem na Hiddensee, wchodzi na górny pokład: „Pasażerowie na dolnym pokładzie stali w kolejce po frytki i piwo, górny zamienił się w studencką knajpę. Takie słowa jak 'Tybinga', 'pozytywny albo negatywny feedback', 'moje bałtyckie doświadczenia' migotały w powietrzu i mieszały się z ostrym zapachem skrętów. Jedna z pasażerek była piękna. Długie ciemne rzęsy, długi czarny płaszcz dopasowany w talii, szary beret, i jak całowała swojego chłopca. Wydawać się może, że piękno, by je poczuć, musi dotknąć jakiejś rany, musi wywoływać lekki, hipnotyzujący ból. Coś, co zrodzi pragnienie, by tego miejsca dotknąć. A w tym wypadku – co to było? Wciśnięte pod beret kosmyki włosów? Spojrzenie, które się wymknęło i szukało czegoś w oddali? A może tylko jakaś tajemnicza obcość w tej nazbyt znanej studenckiej knajpie. Nie przestawała całować swojego chłopca, jej pocałunki w końcu zmieniły się w bezbolesne dietetyczne całusy. Poszedłem na dolny pokład, do frytkożerców”.


Wolfgang Büscher, „Podróż przez Niemcy”, Wołowiec 2007
(na okładce zdjęcie Raymonda Depardona)


piątek, 22 sierpnia 2008
jesień w sercu


To nie jest tak, że jesień zbliża się do nas większymi czy mniejszymi krokami. Ona już jest. Właśnie przyszła, właśnie się mości. W świetle o poranku, w zapachu moich ulubionych floksów, które pachną tak intensywnie zawsze jesienią, w opadających liściach i jabłkach, w dojrzewających węgierkach, w pomarańczowych łepkach koźlaków, które coraz częściej wyłaniają się z długiej, połamanej, suchej trawy tuż obok kwitnących wrzosów i to mi przypomina mój pomarańczowo-wrzosowy szalik, który kupiłam sobie we Wrocławiu latem specjalnie z myślą o jesieni. Tak się złożyło, że w Dojczlandzie Stasiuka też zwykle mamy jesień, w ogóle to bardzo często – listopad. Chętnie pojechałabym gdzieś w listopadzie. Może do Budapesztu? Nigdy tam nie byłam. Albo do Berlina? Czytając książki o Niemcach, można odnieść wrażenie, że tam trwa wieczna jesień.

Idąc za ciosem, odrabiając zaległości, zabrałam się za „Podróż przez Niemcy” Wolfganga Büschera, tego szalonego Niemca, który lubi chodzić. Z jego biografii można wywnioskować, że lubi chodzić po obrzeżach i lubi miejsca, zaczynające się na literę „k”. Był dziennikarzem w Kaliningradzie, w Kazachstanie i Kirgizji, ciągnie go do Rosji, podobała mi się jego książka „Berlin – Moskwa. Podróż na piechotę” (Wołowiec 2004).

W chodzeniu – przynajmniej po miastach – bliżej mi do Büschera niż do Stasiuka, bo Stasiuk zawsze jeździ, z jeżdżenia w Dojczlandzie uczynił swój znak firmowy. Jeździ pociągami, miejskimi kolejkami, metrem, rozmyślając nad germańskim fenomenem. Przepis Stasiuka na tę podróż - wsiadać do srebrnego cygara ICE, mieć w sercu jesień, patrzeć w oczy siedemdziesięcioletniemu obywatelowi w złotych okularach i pociągać z butelki wschodnioeuropejskiej długości łyk jima beama...

No ale nim pójdzie Büscher, Stasiuk dojedzie – jak zwykle – szukając w krajobrazie „elementów uczłowieczających”. O Berlinie pisze: „Tak samo jak NRD lubię Berlin. Właściwie mógłbym nawet przyjechać do Berlina bez powodu. (...) Jeśli tylko mam wolne pół dnia w Berlinie, kupuję sobie tageskarte i zwiedzam linie, stacje i węzły przesiadkowe. Wiem, że powinienem pójść w końcu do jakiegoś muzeum, galerii, obejrzeć jakiś pomnik, ale to się nigdy nie udaje. Zamiast na Museumsinsel nieodmiennie ląduję na Ostkreutz, by złapać na przykład S5 i pojechać do Strausberg. Ach, ten stopniowy zanik, ten parter i zieloność. Za oknem robi się wieś, konie, krowy, kozy, ugór, zarośla, pokrzywy, nieskończone przedmieście, a w środku, w wagonie postsowiecki dizajn niczym w Kiszyniowie. Dresiarstwo, podrabiane łańcuchy, tlenione baby, złote zęby, czarne odrosty, pryszcze na byczych karkach, już nikt się nie uśmiecha, coś tam do siebie powarkują, robi się powiatowo i pegeerowsko. Małolaty są wygolone i mają odstające uszy, zupełnie jak u nas w tych opadających, ciągnących się po ziemi ortalionowych porciętach, jakbyśmy akurat dojeżdżali do Białegostoku, Mińska albo na moskiewskie zadupie. Za to kocha się Berlin”.

Więc może do Berlina? Berlin i Budapeszt, a także Buenos Aires. Czyżbym lubiła miejsca, zaczynające się na literę „b”?

Andrzej Stasiuk „Dojczland”, Wołowiec 2007


ps. Berlin Jack'a:

3 >>

koniec opowieści


czwartek, 21 sierpnia 2008
Dojczland


Jim beam i papierosy. Najpierw picie i palenie, potem picie i porównywanie, i obserwowanie. Albo nie – picie i musztarda, może i picie z musztardówki, kredki i czerwone wino, kawa i banan. Takie mam skojarzenia, wcale nie automatyczne, od kilku dni myślę o tych obcych niemieckich ludziach. Przeczytałam właśnie – zdaje się, że ze znacznym opóźnieniem - „Dojczland” Stasiuka. A następnie – bo to jest raczej chuda książka – przeczytałam go jeszcze raz, uruchamiając tym samym całe zwałowisko, całe złomowisko myśli i wspomnień. Za drugim razem czytałam już z kredką w dłoni. Kredka - choć jedna – rysuje czterema kolorami, nigdy nie wiadomo na który się trafi. Pomazałam zatem książkę kilkoma kolorami i wygląda to na jakiś szyfr. Jak przypuszczam, kredkę zostawili po sobie ci obcy niemieccy ludzie, którzy tu pomieszkiwali całkiem niedawno. Zjedli cały słoik musztardy. Zostawili kapkę na dnie, nie przyszło im do głowy, żeby odkupić, albo chociaż zostawić liścik: przepraszamy, zjedliśmy, to się nie powtórzy, ponieważ nigdy tu już nie wrócimy. Zostawili kredkę. Niczego nie napisali, ani nie narysowali, w dodatku jestem przekonana, że wrócą, bo zostawili też dmuchany basen, a oni nie zostawiają niczego bez przyczyny.

A gdybym tak – myślę sobie – hipotetycznie podarowała komuś ten basen w prezencie, jakiejś bardzo potrzebującej basenu osobie, osobom. Może by nie wrócili? Ci obcy niemieccy ludzie. Rodzinna martyrologia.

Stasiuk, o czym wszyscy już wiedzą, a tylko ja nagle budzę się ze snu i czytam jego książkę tak późno, doskonale radzi sobie z Niemcami. Zupełnie inaczej niż ja, choć nie zawsze tak było i w jego, i w moim przypadku. Stasiuk na Niemcach starł sobie zęby. Nigdy za mocno, zawsze w sam raz. Wiele podróżował po niemieckiej ziemi, ale nigdy nie zatrzymywał się w jednym miejscu dłużej niż dwa dni. W ciągłym ruchu, w nieustannej podróży, ze spotkania autorskiego na spotkanie, nie musiał do niczego się nie przywiązywać. W dodatku – jak sam wielokrotnie w książce przyznaje – robił to dla pieniędzy, bo „Na Gara de Nord [bukareszteński dworzec kolejowy] nie ma kasy. Nikt mnie tam nie zaprasza. Więc jadę do Kassel. Jadę do Konstancji. Pojadę nawet do Cottbus. Żeby wspominać Bukareszt. Żeby wspominać Tiranę. Żeby wspominać rodzinną wieś mojego ojca. Żeby wspominać siebie z dawnych lat, gdy za cały obraz Niemiec wystarczyły mi wojenne filmy radzieckiej i polskiej produkcji. (...) Musiałem dorosnąć, żeby wyjść z tego cało. Musiałem nabrać dystansu do sowieckiego i polskiego kina wojennego. Musiałem zrezygnować z dzieciństwa. Musiałem wyrzec się tych pięknych zaklęć: „Hände hoch, raus, Polnische Schweine”, którymi posługiwaliśmy się na podwórkach w wieku lat siedmiu, przyswajając sobie podstawy języka niemieckiego. Byłem jednak dzielny i udało się. Pozbyłem się pewnych odruchów. Gdy widzę Niemca w podeszłym wieku, to widzę po prostu starego człowieka, a nie członka tej czy innej formacji wojskowej”.

Stasiuk nie pojechał do Niemiec z kolegami, którzy w Berlinie Zachodnim, czy innym Düsseldorfie zostawali bezrobotnymi i żyli z zasiłku. Przekonani, że „Trzeba gdzieś pojechać, żeby się załapać. Tak jakby na miejscu już nic nie było. Wszystko jest gdzie indziej. Cyganie, pisarze, murarze, Ruscy. Jak ktoś siedzi w domu, to znaczy, że umiera. Ze Wschodu na Zachód. W drugą stronę jeżdżą hipisi w poszukiwaniu oświecenia, wojska stabilizacyjne i okupacyjne, misje humanitarne i cwaniacy w garniturach węszący za tanią siłą roboczą oraz ewentualnymi rynkami zbytu dla jakiegoś badziewia. Zwykli szarzy ludzie jadą ze Wschodu na Zachód. Jak kiedyś Atylla, Czyngis-chan i Tamerlan”. Tak właśnie teraz zaczyna wyglądać świat, choć nie daje to żadnej gwarancji, że umieranie na Zachodzie zostało wykreślone z rejestru. Tak, trzymając w dłoni czterokolorową kredkę, im dalej w las miałam ochotę podkreślić wszystko.

Nim jednak dotarłam do tych fantastycznych, akwatycznych opisów Berlina i sentymentalnych enerdowskich westchnień, do konstatacji, ujawnionej z pomocą kibiców Eintrachtu, że Germanie i Słowianie różnią się od siebie stosunkiem do formy, wpadłam po uszy w tamten opis porannego frankfurckiego dworca z zakrwawionymi kawałkami papieru toaletowego na chodnikach i oczywiście w tamto malownicze zdanie, że „Trzeba być wcześniej w Tulczy, żeby uporać się z widokiem Frankfurtu nad Menem (...). Trzeba mieć w sercu odciśnięty obraz rumuńskiego stepu, żeby wyjść z tego cało”. Albo że nie da się do Niemiec pojechać bezkarnie, nie da się tam pojechać na trzeźwo. Bo jazda do Niemiec jest jak psychoanaliza. I wiele z tego było nie tylko atrakcyjnym zmyśleniem, wiele z tego było mieniącą się czterema kolorami prawdą.

Dla mnie Niemcy nie były chyba nigdy – jak dla Stasiuka – przestrzenią w ruchu. Wsiadałam do polskiego autobusu i jechałam do celu. Podróże niemieckimi pociągami były za drogie. Cała moc Niemiec skupiła mi się nie w miejscach, a w przedmiotach oraz w kolorach i smakach. Kiedy dziś je sobie przypominam, wydają się więcej niż śmieszne. Nabożeństwo związane z jedzeniem pierwszego w życiu niemieckiego jogurtu. Nabożeństwo, które staje się codziennością, tak właśnie niemieccy ludzie zaczynają dzień – jogurtem, albo kawą i bananem, albo jogurtem i kiwi, albo lodami orzechowymi, albo pachnącym goździkami grzanym winem, bo akurat mamy Boże Narodzenie. Albo mnogością serów i serków w kolorowych pudełkach, którymi smarują ciemny, znaczony nasionami chleb włoski. Stłoczeni w dwóch pokojach emigranckiego hotelu odprawiali swoje codzienne nabożeństwa. To było coś, co musiało utwierdzić ich w przekonaniu, że się załapali i nigdy nie umrą.

By pozbyć się atawistycznej niechęci do tej niemieckości i tej obcości moja niemiecka psychoterapia musiałaby polegać chyba na oddaniu prawdziwym Niemcom co niemieckie. Na wyobrażeniu sobie, co by było, gdyby ci obcy niemieccy ludzie zostali tymi obcymi polskimi ludźmi. Że nic by się nie zmieniło. Że ich pogarda dla Polaczków, Turków i Jugoli zamieniłaby się w pogardę dla Rumunów, czy Ruskich albo Wietnamczyków, że bez względu na miejsce życia nie kochaliby swoich starzejących się zwierząt, że to wcale nie fermentująca w nich, zepsuta polskość zamieniłaby się w choroby realne czy wyobrażone, że nadal byliby hipochondrycznie skupieni na sobie, tylko sobie oddani we własnej pielęgnowanej z oddaniem bezmyślności i gadulstwie, które by tą bezmyślnością zraszało dookolny świat. Tymczasem – zamiast poddać się familiarnej psychoanalizie, po której przestałabym obwiniać niemieckość za wszystkie te okropne grzechy, niemieckość, która niewinne duszyczki sprowadza na manowce – jeszcze wtedy chodziłam po Frankfurcie, często wybierając za cel swoich wędrówek jakieś absolutnie surrealistyczne obiekty najnowszej architektury, coś w rodzaju kiosku ruchu zaprojektowanego przez jakąś tam sławę, okropne postmodernistyczne jakby plastikowe kamieniczki, cukierkowate muzea sztuki współczesnej, w których i tak zafascynowana stawałam przed zdjęciem zatytuowanym „Polska, 1980”, na którym z parapetu zwisało kruszejące zajęcze truchło.

W pięknej Szwajcarii Stasiuk marzy o enerde, o facecie w granatowym fartuchu - kitlu na osiem guzików, oderwanym od rzeźnickich zajęć, który miał go zawieźć furgonetką na dworzec. Gdzieś między Boltenhagen i Klütz. NRD między Rzymem a Bizancjum. Marzy mu się wschodni Berlin. No i deszcz. „Deszcz do końca odbierał Niemcom realność. (...) 'Ach, cóż to byłby za kraj, gdyby nieustannie w nim padało. Gdyby nieustannie padało na owadzie przęsła kolejki w Wuppertalu, na błotnisty plac w Bingen, na pasy startowe w Tempelhof, na zielone mundury glin, na granatowe kolejarzy, na żółte wózki listonoszy, na parasole organizatorów spotkań, na srebrne grzbiety pociągów ICE, na bruk, na asfalt, na cały kraj, na wszystko'. Taką miałem wizję: Niemcy w deszczu. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Może przeczuwałem, że deszcz rozmyje i rozmaże ostre kontury tego kraju, i nada mu nieco słowiańskiego liryzmu? Że go trochę rozmamła, rozkrochmali, że narobi błota, zacieków i kałuż. Że czarni, greccy, bałkańscy i środkowoeuropejscy taksówkarze w kremowych mercach będą wzbijać na ulicach radosne fontanny, nie bacząc na te wszystkie garnitury i kiecki za ich dwie taryfiarskie pensje. Jednym słowem, miałem – zdaje się – antropologiczną wizję wód, które przywracają pierwotny porządek, przedwieczną harmonię oraz równość i braterstwo. Wyobrażałem sobie, że w deszczu trudniej być Niemcem, a znacznie łatwiej Polakiem”.


Andrzej Stasiuk „Dojczland”, Wołowiec 2007



wtorek, 12 sierpnia 2008
los caminos

canal+ jutro g. 18.15 już chyba nie pierwszy raz pokaże


rozbawiło mnie polskie tłumaczenie tytułu - „Droga do San Diego”, otóż nie chodzi o drogę do San Diego – kalifornijskiego miasta, tylko do Buenos Aires, w „Drogę do Świętego Diego” czyli Diego Maradony wyruszy jego fan Tati Benitez, Tati będzie wędrował z prowincji Misiones do BA z rzeźbą o cudownych właściwościach na ramieniu, a w tle kawałek Argentyny. Tymczasem, korzystając z magicznej aury, wybraliśmy się z R na spacer we mgłę. Trochę poszliśmy w las. Było fajnie, nieco strasznie. Po drodze spotkaliśmy pana z fajką, pana z dzieckiem i pana z bokserką.
Aż trafiliśmy na kwitnące już o tej porze roku wrzosowiska. Przy sobie mieliśmy tylko telefon, ale co nieco udało się wyłowić z mgły.







na granicy Lasów Sopockich



poniedziałek, 11 sierpnia 2008
cienka czerwona linia

------------------------
dziś w ale kino! 22.40




niedziela, 10 sierpnia 2008
miesiąc miodowy w Gruzji


Publikuję list, który właśnie dostałam od znajomych. Zamiast do Nowego Jorku (taki był plan, kiedy żegnaliśmy się w Buenos Aires) w podróż poślubną
pojechali do Gruzji. Jak się okazało, z terminem trafili „wystrzałowo”. W ostatni piątek ich oficjalnie wspólne życie rozpoczęło się zaskakująco:



„W piątek o 3.20 rano przylecieliśmy do Tbilisi, bumelowaliśmy na lotnisku do 6, potem w autobusie, by ostatecznie pojechać jakimś innym do Gori. Plan był taki: Gori i okolice 1 dzień, Poti nad Morzem Czarnym 2-3 dni, Wardzia na południu 2 dni i potem się zobaczy.

- 9.00 autobus wysadził nas w zaspanym mieście koło muzeum Stalina, skąd tylko dwa kroki do hotelu.
- hotel przeżył już swoje 5 minut, które minęło bezpowrotnie dobrze przed II wojną światową, jednak zmęczeni położyliśmy się spać na tym jedynym, co było czyste w pokoju - pościeli.
- ok. 10.30 we śnie przeszkadza nam narstające buczenie, w końcu dzwonek mojego telefonu: mama mówi, że Rosjanie zaatakowali Gruzję. Nasłuchuję: oprócz buczenia nic nie wskazuje na anomalie, więc bagatelizuję, pewnie Osetia Południowa. Odkładam słuchawkę. Nieprzytomna siadam na łóżku, do którego przygniata mnie nagle głośny huk... Słyszę też jakby strzelaninę na ulicy. Po chwili wszystko układa się w całość: buczenie to nadlatujące samoloty, huk to zrzucona opodal bomba...

Wybiegamy z hotelu. Recepcja pusta, w budynku nikogo, po ulicy we wszytkich kierunkach biegają ludzie, płacząc, inni śmieją się podekscytowani. Nie ma kogo zapytać, nikt nie mówi po angielsku, po rosyjsku słabo, zresztą boimy się próbować. I tak wszędzie trzeba się tłumaczyć, że my z Polski, a nie z Rosji - wywołuje to wyraz ulgi na twarzach naszych rozmówców.
- decyzja: wracamy do Tbilisi. Jak złapać autobus? Z plecakami niczym dwie święte krowy pośrodku skrzyżowania próbujemy znaleźć miejsce, skąd można złapać jakiś pojazd do stolicy. Przez płot muzeum Stalina przeskakuje młody człowiek i łamaną angielszczyzną próbuje nam wytłumaczyć, że mamy stąd uciekać. Wyprowadza nas do miejsca, które można nazwać punktem przejęcia uciekinierów z miasta przez pojazdy do Tbilisi.

- jedziemy z kobietami, dziećmi, staruszkiem i dwoma młodzikami. Po ulicach mkną samochody z mężczyznami, młodzi podekscytowani: jadą na wojnę, starsi zatroskani, wiozą swoje kobiety do domów. Miejscowe baby w długich spodniach, zanosząc się szlochem, biegają we wszystkich kierunkach.
W autobusie cały czas z radia leci disco, przerwane jakąś informacją, po której dzieci zaczynają płakać, nie wiemy, o co chodzi, ale starsi mają przerażone miny. Po drodze karetki, autobusy wyładowane młodymi żolnierzami, policja i korek aut do Tbilisi. W stolicy inny świat. Nikt nic nie wie, wszyscy ufają, że miejsce jest bezpieczne. W hostelu turyści z Zachodu sączą winko i ta wojna nie jest nawet tematem nr 1...
W Tbilisi ludzie żyli, jakby nic się nie stało. Później zaczęły się jakieś marsze, msze i wszyscy siedzieli przed telewizorami. Trochę przypominało nam to jakąś groteskę.
Bilety na pociąg do Armeni mieliśmy na następny dzień. Noc upłynęła spokojnie, choć dochodził do nas odgłos bombardowania pobliskiego lotniska wojskowego. Wczoraj wyjechaliśmy do Armeni”.


sierpniowe zapowiedzi


w sierpniu w trójpaku dvd pod tytułem "Oblicza Chin" wyjdą trzy filmy dokumentalne, opowiadające o współczesnych Chinach:

zwycięzca Grand Prix tegorocznego Planete Doc Review "W górę Jangcy" Yunga Changa, "Sfabrykowany krajobraz" Jennifer Baichwal i "Chiny w kolorze blue" Micha X. Peleda.



W górę Jangcy, reż. Yung Chang


czwartek, 07 sierpnia 2008
grzebanie w Chinach


Od jutra przez cały sierpień gdański Żak przypomina chińskie filmy reżyserów piątego i szóstego pokolenia, emigrantów i Wonga Kar-Waia. Skoro chińszczyzna jest już i tak obecna na pierwszych stronach wszystkich gazet i na ekranach wszystkich telewizorów, czemu nie w kinie. Ja na pewno zobaczę dwa wczesne filmy Kar-Waia „Days of Being Wild” (Dni naszego szaleństwa, 1991), które przywiozłam sobie z Chin na dvd >>, ale nigdy nie widziałam ich na dużym ekranie (z wyjątkiem fragmentu na ścianie pod schodami w pewnej kamienicy gdańskiej) i „As Tears Go By” (Kiedy łzy przeminą, 1988), których z kolei nie widziałam nigdy wcześniej. Można je już kupić w Polsce w dwupaku >>. Cieszę się, że nie muszę jechać do Chin w czasie olimpiady, ale zazdroszczę tym wszystkim, którzy tam pojadą i będą mogli trochę „pogrzebać”. Moje „grzebanie” w Chinach zaczęło się stosunkowo późno tzn. po przejechaniu wielu kilometrów z południa na północ i dalej na wschód Państwa Środka. Trafiło mnie gromem właściwie pod sam koniec wyprawy, w Suzhou, przystanek przed Pekinem. Moje palce stały się bardzo ruchliwe, ruszały się nawet we śnie. Często śniło mi się, że jestem myśliwym i łapię swoją zdobycz, przebierając palcami w zawrotnym tempie. Miasto było trochę puste, po sezonie, trochę smutne. Niemal monochromatyczne. Poza porą kwitnienia, która zwykle przyciągała turystów, niepotrzebne. Suzhou - Wenecja Wschodu, skupisko zabytkowych ogrodów jest w gruncie rzeczy zwykłym chińskim molochem, nie wyróżniającym się niczym specjalnym poza wymienionymi atrakcjami – kilkoma uliczkami nad wodą, białymi domami, typowo po chińsku turystyczną ogrodową spuścizną. Ale tam właśnie odkryłam coś absolutnie niezwykłego – chińskie sklepy z dvd...

Z czasem stałam się prawdziwym sklepowym ekspertem, o treningu palców nie wspominając. Wiedziałam, gdzie warto wchodzić. Sklepy z płytami sumiennie ułożonymi na półkach zapowiadały, że znajdę w nich najświeższe hity, filmy, które w Polsce miały dopiero wejść do kin, a może nie wejść do nich nigdy. Sklepy z szufladami jak w starych bibliotekach, albo po prostu z wypełnionymi dobrem, podłużnymi kartonami oferowały najbardziej fantastyczny wybór, filmy z największych światowych festiwali, najbardziej zaskakującą klasykę kina światowego, wybryki i fanaberie, azjatyckie dziwactwa, białe kruki, po prostu wszystko. Trzeba było jedynie poświęcić się „grzebaniu”, mieć trochę czasu i szczęścia, trochę pieniędzy, choć to wszystko kosztowało tanio jak barszcz. Byli też jeszcze uliczni sprzedawcy, ci stojący w zapchanych kramami zaułkach ze swoimi rozkładanymi stoliczkami i ci zaczepiający cudzoziemców młodzi chłopcy, którzy przedstawiali się zachodnimi imionami i dobrą angielszczyzną opowiadali o sobie, o mieście, potem zapraszali do sklepu za rogiem. Przywiozłam sporo, Tsai Ming-lianga, Kitano, Kaurismakiego, Sorina, Weerasethakula, Wendersa, Bielinsky'ego, Kosashvili, całego Jia Zhang-ke, Reygadasa itede, itepe. Z pewnością mogłam więcej, prawdziwą Mekką okazał się pod tym względem Pekin. Szanghaj mniej, tam lepiej schodziły rolexy.





Suzhou, marzec 2007


środa, 06 sierpnia 2008
polska premiera 4 września




http://www.pamuk.pl



wtorek, 05 sierpnia 2008
8.ENH Wrocław_9

ostatki czyli Francuzi



Dobrze, że wracam. Niedobrze, że wracam. Jeżeli wracam powoli, to chcę po prostu upuścić po drodze odrobinę pofestiwalowej depresji, która pojawia się rok w rok, z wielką regularnością i mi z nią ciężko. Chcę zbagatelizować ten bagaż światów, ładnych i brzydkich, którymi się przejęłam, bo bardzo chcę się przejmować różnymi światami, nie brać ich lekko. To zamknięty krąg, ślepa uliczka. Dlatego umawiam się jeszcze z moją ciotką w Bydgoszczy, próbując się z tego wytłumaczyć. Mówię o różnych rodzajach piękna, opowiadam fabuły, plączę się strasznie, próbując oddać wywołane nimi stany. Mówię, że to jest nie do zniesienia. Że za każdym razem jest to nie do zniesienia, ta satysfakcja pomieszana z jakąś męką. Że sprawia radość, wywołując dojmujące uczucie smutku. Ale co? No... że ludzie robią takie rzeczy, ja to potem oglądam, biorę do siebie, na siebie, jestem taka zadowolona i taka smutna. Niepotrzebnie? I choć ona z początku plącze się zabawnie jak ja w meandrach tej mojej egzaltacji, coś z niej wyławia i opowiada historię ze swojej młodości. O pewnym interesującym młodym doktorze nauk. I o sobie studentce owych. O pewnym nieoficjalnym spotkaniu z okazji jakiegoś końca roku, czy semestru, o bardzo owocnej rozmowie, o zaskakujących zwrotach akcji, o iskrach w oczach i o zadowoleniu, które rozlewa się wokół jak kropla, która przelała dzban, albo nie płaczcie nad rozlanym mlekiem. Wstaje i bez słowa wychodzi, nie zaprzyjaźnia się z młodym doktorem nauk, nie rozmawia z nim, niczego nie tłumaczy, nie może tego znieść.

Całe szczęście festiwal nie trwa wieczność, tylko 10 dni i pozbierać się po nich łatwiej, aż do kolejnej próby.


Mam wrażenie, że Francuzi w tym roku na festiwalu stanowili zwartą, silną brygadę, każdy mógł sobie wybrać z tego coś fajnego, francuskiego. Zaskakująco interesujący, bo przecież zupełnie nie egzotyczni. Ja wybrałam zaledwie ułamek. Chcę to na koniec uzupełnić, donotować.

O swoim najnowszym filmie Philippe Garrel powiedział: „Kiedyś mój przyjaciel podarował mi powieść Théophile'a Gautiera Spirite. Opowiada o kobiecie, która po popełnieniu samobójstwa pojawia się w lustrze pewnego mężczyzny i wzywa go do świata pozagrobowego. W powieści Gautiera kobieta nigdy wcześniej nie spotkała tego człowieka. Wstąpiła do klasztoru, fantazjowała o nim, dopiero, kiedy uzmysłowiła sobie, że nigdy go nie pozna, popełniła samobójstwo. Pomyślałem, że ta opowieść o zjawie jest niezwykle piękna, jednak jednocześnie niezbyt filmowa. Zacząłem, myśleć nad opowiedzeniem historii kobiety, która popełnia samobójstwo, pojawia się w lustrze i namawia do śmierci mężczyznę, z którym miała nieszczęśliwy romans. Jestem racjonalistą, ale uważam, że siły nadprzyrodzone są jak żyła złota dla kinematografii”.

Chodzi o „Granicę świtu” (La frontière de l’aube, 2008) z Louisem Garrelem (jako François) i Laurą Smet (Carole) w rolach głównych. Jak zwykle u Garrela film jest czarno-biały i mocno skontrastowany, chwilami przez charakterystyczne oświetlenie planu, osadzenie akcji we wnętrzach, zbliża się do estetyki ekspresjonistycznej. To bardzo ładne, od początku sposób filmowania tej historii wprowadza atmosferę niepokoju i niesamowitości, mimo że fabuła rozwija się do pewnego momentu w konwencji realistycznej. Ponieważ przy wyborze tego filmu kierowałam się właściwie tylko nazwiskiem reżysera, a nie czytałam wcześniej żadnych zapowiedzi, streszczeń itede, więc byłam zaskoczona obrotem spraw. Przeczuwałam coś, ale zupełnie nie wiedziałam, w jakim kierunku ten film zmierza. To była zwykła historia miłosna, być może niezwykłość tej zwykłości polegała na tym, że ona się snuła, powoli jak snujący się papierosowy dym. Zwykłe było przyciąganie się i odpychanie, różne nastroje, jakim ulega taka niemal doskonała miłość w stylowych dekoracjach paryskich mieszkań. I było w tym wiele uroku. Wzięta aktorka związała się z fotografikiem, który robił jej zdjęcia. Co prawda ona miała męża, ale daleko. Dziewczyna wpadała chwilami w lekki, uwodzący obłęd, miała różne depresyjne stany, męczyły ją niewygodne pytania. On trochę chciał z tym walczyć, a trochę mu to odpowiadało, sam nie raz popadał w zwątpienie. I kiedy Carole trafiła do kliniki psychiatrycznej, raz chciał ją w tajemnicy wykradać z uwięzi, innym razem o niej zapominał. Kiedy po wyjściu ze szpitala Carole zastała go chłodnego jak nigdy dotąd, upiła się i popełniła samobójstwo. Nie byli już wtedy parą, więc jego rozpacz mogła wynikać może tylko z wyrzutów sumienia.

Do tej pory zastanawiam się, o czym był ten film. Chyba o wiecznej niepewności. O oszustwach umysłu i serca. O trudności w wyznaczaniu jakichkolwiek granic. Odtąd dotąd, tak, nie inaczej. Ale sposób, w jaki Garrel o tym opowiada jest przewrotny, w starym stylu. Fotografik związuje się z inną kobietą. Znowu mamy zwyczajność, jakieś codzienne sprawy, spotkania. Jest przekonany, że to ta właściwa, ona na potwierdzenie zachodzi w ciążę, zaczynają planować ślub i wspólne życie. Choć i ona jest trochę dziwna, jakby nie do końca zaangażowana, nie tak jak on, ale zdecydowana, za chwilę znowu niepewna. I wtedy najpierw w jego snach, a potem w lustrze zaczyna pojawiać się Carole. Po pierwszym szoku chłopak próbuje szukać pomocy u przyjaciół, wszyscy mu tłumaczą, że to na pewno przywidzenia spowodowane strachem przed małżeństwem. On jednak coraz bardziej im ulega. Zakochuje się w duchu, a raczej odkrywa na nowo miłość do Carole, która go wzywa z zaświatów. I ulega jej do końca, kompletnie nieracjonalnie. O świcie, w dniu swojego ślubu skacze z okna. To naprawdę piękna i straszna scena, również dlatego, że rozświetlona białym światłem Carole w lustrze okazuje się kimś innym. Przez ułamek sekundy widzimy lustro tuż po tragicznym skoku François'a i z mroku lustra wyłania się inna, straszna twarz. Nie wiadomo, do kogo należy, do szatana? czy to po prostu oblicze jakiejś zbiorowej, czy indywidualnej podświadomości? Film na to nie przygotowuje, nie straszy, a jednak w tej ciemnej twarzy, gdzieś w ciemnym zakamarku lustra odbija się po prostu coś nienazwanego, coś, co tkwi w ludzkiej duszy.




Granica świtu, reż. Philippe Garrel

Kolejny doskonały film z Francji to prezentowane w cyklu: dokumenty/eseje „Współczesne życie” (La vie moderne, 2008) Raymonda Depardona. „Przed długi czas nie mogłem sobie poradzić z faktem, że swoje dzieciństwo spędziłem na farmie, mimo, że opuściłem ją jako bardzo młody człowiek, bo miałem zaledwie 16 lat – mówił reżyser podczas tegorocznego festiwalu w Cannes. Jak wielu ludzi w latach 60. uciekłem z tego świata z powodu kompleksu. Po prostu wstydziłem się swojego pochodzenia. Dopiero później, stopniowo, mój stosunek całkowicie się zmienił. Byłem dumny, że urodziłem się na farmie. Mimo to nie potrafiłem zrobić filmu na ten temat. Musiałem przejść daleką drogę, jakby dookoła świata, zanim odważyłem się sfilmować rolników. Nie udało mi się jednak tego zrobić z własnymi rodzicami”. Dokument o rolnikach - to brzmi dosyć nieciekawie, a film Depardona - francuskiego podróżnika, fotografika i dokumentalisty jest naprawdę cudowny, mądry, pełen empatii, autentyczności, wciskający w fotel.

To film o znikających światach i ludziach, którzy stali się niepotrzebni. Na różne sposoby starają się radzić sobie z tym historyczno-gospodarczym odtrąceniem, niosąc na barkach wspomnienie ogromnego trudu, jaki włożyli w pracę na roli w górskim krajobrazie, dodatkowo niosą też ciężar tradycji, kultu tej pracy, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. To galeria niesamowitych postaci. Rzadko można takie spotkać. Siłą filmu Depardona jest rodzaj zaangażowanej obserwacji, odbywającej się mimochodem, podczas niejednokrotnie bardzo lakonicznych rozmów. Jego bohaterowie mają twarze, które mogłyby zagrać w dziesiątkach artystycznych filmów, przenosząc znaczenia. Tu są sobą w zwyczajnych sytuacjach, niczym nieskrępowane, bez intencji stania się żywym dowodem, argumentem na potwierdzenie jakiejś tezy. Nienawykli do rozmów, traktują je naturalnie, podobnie jak dramat swojego życia, jak dramat życia w ogóle. Lubię takie filmy, w których wyczuwa się wszystkimi zmysłami więź, łączącą reżysera z rzeczywistością, o której opowiada. To zadomowienie, przynależność. Podobne wrażenie odniosłam oglądając Tajemnicę ziarna Abdellatifa Kechiche.


Współczesne życie, reż. Raymond Depardon

Depardon w Cannes, 2008

I na koniec bardzo dobry film Arnauda Desplechina „Świąteczne opowieści” (Un conte de Noël, 2008). Gęsty, ironiczny, zabawny, piekielny, cudowny i choć to kolejna opowieść z cyklu „rodzinnych spotkań bożonarodzeniowych” sprawił mi przyjemność swoją intensywnością i szczerością. Na tę szczerość mógł sobie pozwolić dzięki przyjętej konwencji. Desplechin znalazł oryginalny sposób na opowiedzenie o trudach rodzinnego życia, o skomplikowanych i absurdalnych ludzkich związkach. Stworzył galerię kuriozalnych, delikatnie przerysowanych figur, którymi gra w dużym tempie jak pionkami na szachownicy. Moim ulubionym bohaterem jest tu oczywiście Henri (Mathieu Amalric), który został przez rodziców poczęty w intencji ratowania chorego na raka brata, jednak okazało się, że nie może być dawcą czegokolwiek, urodził się bezużyteczny. Rodzice zostali więc z niepotrzebnym niemowlakiem i zmarłym sześciolatkiem. Ta historia pogmatwała im nieco życie i wpłynęła na przyszłość, także na pozostałą dwójkę wcześniej i później urodzonych dzieci.


Szczególny rodzaj relacji łączy Henriego z matką, która otwarcie przyznaje się do tego, że jest jej obojętny, ale to właśnie on w krytycznej chwili będzie zdolny uratować jej życie. W roli matki wystąpiła posągowa Catherine Deneuve, której jednak bliżej do groteski niż do patosu. Niby nienaruszalna figura matki przełamana jest faktem, że cała dosłowna i przenośna słabość rodziny z niej właśnie wypływa, jest zródłem bijącym i wyschniętym jednocześnie, genetycznym źródłem kłopotów. Podoba mi się, bo jest tak daleka od poświęcenia i wyrzutów sumienia, od jednoznaczności bardzo silnych wzorców, które znamy z własnej kultury, tych wszystkich „matek Polek”. Choć świąteczna opowieść Desplechina mogłaby zabrzmieć niezmiernie poważnie i patetycznie, film sobie z niej drwi. Desplechin wkłada kij w rodzinne mrowisko, kręci nim, podlewa zaś winem, nigdy łzami. Nie ma ambicji, by zachować realistyczną czystość. W dodatku zatrudnia grupę charakterystycznych, bardzo dobrych aktorów, w filmie pojawia się w drugoplanowej roli m.in. Chiara Mastroianni. Od jej twarzy trudno oderwać oczy, tak jest dziwna, pomieszana, ni stara, ni młoda, ni to ojcowska, ni matczyna, bardzo wyrazista, trudno powiedzieć – piękna czy brzydka. Zagadkowa. Zbyt zagadkowa jak na postać, której rolę odgrywa, wydaje się, że przez pomyłkę. Ale u Desplechina nic nie jest przypadkowe, sprawnie żongluje nawet aktorskimi wizerunkami.






Świąteczne opowieści, reż. Arnaud Desplechin


(ps. co do Trzech małp, na które tak czekałam, a które będą w dystrybucji:

niestety potwierdziły się moje najgorsze przeczucia co do nowego Ceylana, którego tak cenię, szczególnie za Uzaka i Klimaty, a za którego zdjęciami nie przepadam. Czuję się jak wrona, która wykrakała i jest mi przykro, bo nie chciała. W
Trzech małpach” Ceylan stosuje tę właśnie charakterystyczną manierę fotograficzną, żywcem przeniesioną na ekran. Obraz wydaje się wyretuszowany, coś dziwnego dzieje z kolorem, jakby na całą tę historię zarzucono zielony welon. I nie chcę nawet słyszeć o tym, że ta chora, nienaturalna zieleń jest znakiem choroby, toczącej rodzinę, bo chyba umrę na banał. Wydaje się, że Ceylan przestał mówić o sobie, mówi jakimiś innymi głosami, rękami i wychodzi z tego historia może i ważka, z którą ja się jednak zupełnie nie potrafię spotkać.)


niedziela, 03 sierpnia 2008
po drodze - Bydgoszcz city

















the end 2