agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
plama na prześcieradle

A to co?! krzyknęła...


W czwartek 3 września zapraszają na kolejny (kolejny!) pokaz filmu na prześcieradle. Tym razem wyświetlony zostanie film Woddy'ego Allena "Zelig" (1983, USA, czas trwania: 74').


podpisano


Spółdzielnia literacka Sopot Króla Jana Kazimierza 2

wstęp wolny

i tyle.


ps. Słowo na otwarcie Spółdzielni >>


niedziela, 30 sierpnia 2009
piach, woda, dziury i miłość


Gdzieś kiedyś przeczytałam, że znakiem prawdziwego bałaganu w domu, widokiem zupełnie niedopuszczalnym, z którym nie można przejść do porządku dziennego (a tak na marginesie - co z porządkiem nocnym?), jest ziemia na podłodze. Nie tam piaseczek jakiś, ale po prostu ziemia, najlepiej czarna, taki synonim upadku. Przeczytałam to, a potem znalazłam wywaloną na podłogę wielką donicę z juką w czarnej ziemi, a jakże, którą R - wtedy jeszcze mały, nie mający czym zająć myśli - przewrócił i w której całą mocą swoich małych łap postanowił wykopać dziurę. No tak, to fakt, ziemia w domu... ratunku!  

Tę tezę o okropnościach piachu we wnętrzu potwierdza pomysł jednego z gdańskich galerzystów, żeby u wejścia do galerii w kamieniczce z przedprożem - tam, gdzie kiedyś była pewnie sień kamienicznego mieszkania, tam, gdzie dziś mogłaby leżeć ni mniej, ni więcej tylko wycieraczka - umieścić zagłębienie (inaczej: dziurę) wysypane morskim piachem. Każdy wchodzący do galerii musiał się w tej piaskownicy najpierw utopić. Jesteśmy nad morzem, jak miło, zabawnie, ale też wejście w galeryjną przestrzeń oznacza wejście w symboliczną strefę, w świat jeżeli nie odwróconego, to na pewno innego porządku. Więc wnosimy do wnętrza ten piach, który właściciel co wieczór bez słowa miotłą zamiata. Ale też wynosimy go na zewnątrz, na przedproże, ulicę, do miasta. Podobnie jest chyba z tymi knajpianymi plażami w środku Berlina, tam, gdzie piachu być nie powinno - jest i w tym cała zabawa. 

Rolę "piachu w domu" w filmach Tsai Ming-Lianga zazwyczaj pełni woda. Wypływająca z kratek kanalizacyjnych, zalewająca mieszkanie po kostki jak w pełnometrażowym debiucie - "Buntownicy neonowego boga" (1992), albo kapiąca z sufitu, z pustego mieszkania piętro wyżej jak w "Rzece" (1997). Jedna z mocniejszych scen "Twarzy" (2009) to wodny atak, którego ofiarą staje się Lee Kang-sheng w tajpejskim mieszkaniu matki, woda wypełni je do pasa (matka niebawem umrze). Oprócz wody takim motywem, burzącym porządek, są dziury, a właściwie jedna dziura. 

No właśnie - wywołana przez R kwestia dziur - dziury również nie są dobrze widziane we wnętrzu. Mam dwa skórzane stare fotele po ciotce, która kupiła sobie komplet skórzanych seledynowych "pontonów", a tych starych bez nostalgii, mimo że stały w jej rodzinnym domu kilkadziesiąt lat, się pozbyła. Fotele są zniszczone. Straszy siedzisko w ciężkich czasach pokryte dermą, a materiał na oparciach jest tak wytarty, że straszy dziurami i opadającymi smutnymi językami skóry, z boku wyłażą trociny. No więc tak tu u mnie straszy, że czasami znajduję fotele przykryte czym popadnie, bo akurat byli u mnie rodzice, a oni z widokiem tych dziur nie mogą się pogodzić. Tak nie może być - jęczą, debatując raz po raz nad losem moich foteli, wymyślają różne doraźne i długofalowe strategie usunięcia dziur, liftingu, definitywnej odnowy, pokrycia foteli czymkolwiek i w ogóle zrobienia z nimi porządku. Hmm... jakoś sobie tego nie wyobrażam. Z maniakalnym uporem chronię przed zmianą moje zniszczone fotele. Manifestuję w ich imieniu, wystawiając na światło każdą plamę, dziurę, każdą deformację kształtu. Obiecuję im spokojne dokonanie żywota w stanie nie do zniesienia dla współczesnej wnętrzarskiej estetyki. Czy jestem im coś winna?  

W pięknej, choć "nieporządnej" historii miłosnej pod znamiennym tytułem "Dziura" (1998) Tsai Ming-Liang opowiada o sąsiadach w jednym z komunalnych bloków. Umieszcza ich wśród swoich ulubionych motywów - mieszkania są małe i sypiące się, nieustannie pada ulewny deszcz, dziewczyna znosi do domu niewiarygodne ilości papieru toaletowego, zewsząd leje się woda, odłażą tapety, mieszkający nad nią chłopak jest sprzedawcą w opuszczonym centrum handlowym. Któregoś dnia zaalarmowany hydraulik, szukając uszkodzonej rury w jego mieszkaniu, ryje w podłodze tunel i zostawia po sobie niewielką dziurę, która w wyniku tego ogólnego sypania się wszystkiego oraz z pomocą bohaterów będzie się powiększała. Walcząca ze sobą para w szeregu komicznych scen, przeplatanych charakterystycznymi potem dla Tsaia, komentującymi akcję wstawkami musicalowymi, będzie coraz bardziej ciekawa siebie, aż w końcu w ostatniej spektakularnej scenie chłopak wciągnie dziewczynę przez dziurę na swoje piętro. Niepoprawna dziura uratuje ją tym samym przed dziwną, przenoszoną przez karaluchy, szerzącą się w mieście chorobą, na którą zapada.  



Tymczasem GW publikuje raport, dotyczący wnętrz i domów, odpowiadając na pytanie: Co się podoba Polakom (materiał dla czytelników/widzów o mocnych nerwach):

wnętrza >>>

domy >>>


11 września w Wyspie

CLAYTON CAMPBELL:
SŁOWA, KTÓRYCH NAUCZYLIŚMY SIĘ PO 11 WRZEŚNIA.

11 września 2009
10:00 – 18:00
Instytut Sztuki Wyspa


Współpraca: Jasmine Albuquerque
Koordynacja: Ola Grzonkowska

ZGŁOŚ SWÓJ UDZIAŁ!

Instytut Sztuki Wyspa / Fundacja Wyspa Progress oraz Clayton Campbell zapraszają do udziału w projekcie Słowa, których nauczyliśmy się po 11 września.


Clayton Campbell to amerykański artysta, którego prace łączą doświadczenie wyniesione ze studia z interwencjami w przestrzeni publicznej. Jest on również założycielem Performing Space, a od 1996 r. dyrektorem artystycznym 18th Street Arts Center w Kalifornii.

W 2004 r Campbell rozpoczął projekt fotograficzny, którego celem było zbadanie jak obywatele różnych społeczności widzą rzeczywistość przez pryzmat języka wokół wydarzeń z 11 września 2001, daty, którą niektórzy uznają za rzeczywisty początek XXI wieku. Projekt ten lokuje się w polu tych artystycznych i intelektualnych inicjatyw, które pokazują rolę języka w konstruowaniu rzeczywistości politycznej i osobistego odbioru świata. Inne projekty o tej charakterystyce, jak np. „The Dictionary of War” http://dictionaryofwar.org, książka Żiżka „Iraq” czy klasyk o języku propagandy III Rzeszy „LTI” Victora Klemperera to tylko niektóre z możliwych punktów odniesienia dla tego projektu, który pozwala nam spojrzeć osobistym okiem zarówno na polityczną nowomowę jak i na nasz własny słownik odbioru rzeczywistości mediów i polityki. Projekt ten jednak nie przeprowadza bezpośredniej krytyki tego języka, a raczej rozdrabnia, indywidualizuje i personalizuje kwestię jego retoryk o pamięci o nich. „Słowa...” to projekt o słowniku zapamiętanym, przyswojonym lub stworzonym przez każdego z nas na inny sposób.



Projekt Słowa, których nauczyliśmy się po 11 września jest kontynuacją wcześniejszego, o zbliżonym tytule, Words My Son Has Learned Since 9-11, gdzie główną portretowaną postacią był syn artysty.

Każde zdjęcie powstałe podczas realizacji projektu przedstawia postać, która trzyma kartkę z wypisanym słowem lub krótkim zwrotem, którego nauczyła się po 11 września, bądź które już znała, ale nabrało ono teraz nowego znaczenia. Intencją Claytona Campbella jest próba stymulacji dialogu dotyczącego indywidualnej odpowiedzialności oraz sytuowania się wobec rzeczywistości politycznej i społecznej poprzez doświadczenie sztuki.

W gdańskiej odsłonie artysta zaprosi do współpracy wszystkie zainteresowane osoby, które 11 września w godzinach 10:00 – 18:00 odwiedzą Instytut Sztuki Wyspa. Każdy zostanie sfotografowany przez Jasmine Albuquerque - asystentkę artysty, z kartką, na której sam napisze słowo, którego „nauczył” się po 11 września. Następnie fotografia zostanie wydrukowana i wystawiona w jednym z pomieszczeń w Instytucie Sztuki Wyspa.

Zbiór fotografii składających się na projekt Claytona Campbell Słowa, których nauczyliśmy się po 11 września będzie można oglądać w Instytucie Sztuki Wyspa do 20 września w dniach od wtorku do niedzieli w godzinach 12 – 18.

Praca jest realizowana w ramach projektu Inter-Coastal powstającego we współpracy Wyspy z 18th Street Arts Center w Santa Monica (CA) www.18thStreet.org i dofinansowana przez Trust for Mutual Understanding www.tmuny.org. Jest on także elementem wieloletniego projektu Estrangement, który Instytut Sztuki Wyspa realizuje we współpracy z kuryjską sceną artystyczną w północnym Iraku. W trakcie realizacji projektu zostanie podjęta próbą połączenia video-mostem z artystami w Irackim Kurdystanie, gdzie Aneta Szyłak i i kurdyjski artysta zamieszkały na stałe w Niemczech Hiwa K. będą przeprowadzać drugą edycję warsztatów Estrangement z lokalnymi artystami.


Kontakt: Ola Grzonkowska: 513 077 079

(info: Wyspa)



czwartek, 27 sierpnia 2009
ekskluzywny wywiad...
... z Orhanem Pamukiem w Stambule >>>

Emisja: czwartek 3 września, godz. 22.45, TVP Kultura




wtorek, 25 sierpnia 2009
koc wibrujący

Jutro, 26 sierpnia o g. 19 wystaw swoje komórki na działanie wibracji w Pionovej Gdańsk-Stare Miasto ul. Olejarna 2, konieczny koc. Z koncertem wystąpią dyplomowani masażyści dźwiękiem wg. metody Petera Hessa. Będą masować dźwiękiem gongów, mis i wiolonczeli.

Przeciwwskazania: ludzie pod wpływem alkoholu, środków odurzających, leków psychotropowych oraz kobiety w pierwszym trymestrze ciąży (co za dużo, to niezdrowo).

szczegóły >>



miejskie zabawki

Pamiętam, jak na drugiej gdańskiej peczakczy jeden z prezenterów opowiadał o swojej wymarzonej knajpie, przekonując, że takiej w 3m znaleźć nie potrafi, ba! nie potrafi znaleźć też takiej, która by w niewielkim procencie spełniała jego oczekiwania i wielu się z nim zgodziło, wielu. Tymczasem w Berlinie, jak to zagranicą, jakoś sobie radzą. Fajnie sobie radzą i jak zwykle liczy się pomysł, nie wielka kasa i welurowe kanapy. W ostatnich „Wysokich obcasach” Marcin Piekoszewski opisuje wysyp berlińskich plażowych knajp nad Szprewą i poza nią, bo każde miejsce w mieście jest dobre, żeby przysiąść na leżaku. Tanio, offowo, tymczasowo, bez połysku i turystycznej tandety. Też tak chcemy!


„W gruncie rzeczy po co rzeka, jeśli i tak liczy się piasek. Zazwyczaj wystarczą dwie wywrotki, do tego kilka leżaków, hamaków, ratanowych szezlongów, metalowych łóżek, słomianych parasoli, palm w doniczkach. Ewentualnie drewniane palety, na których można usiąść, postawić drinka albo zatańczyć. Koniecznie bar zbity z desek, kolorowe reflektory. Można też wbić dwa słupki i rozciągnąć siatkę (albo 94 słupki i 47 siatek jak w Beachmitte, największym berlińskim klubie siatkówki plażowej) i nie ma znaczenia, jak daleko jest do wody. Z kilkunastu berlińskich knajp plażowych może połowa znajduje się bezpośrednio nad rzeką. Reszta rozrzucona jest po mieście. Beachmitte to kilkaset metrów ziemi wzdłuż ocalałego kawałka muru berlińskiego. Deck 5, który reklamuje się jako najwyżej położona plaża w Berlinie, zajmuje parking na dachu domu towarowego. Lunas Strandgarten wcisnął się plażą między wiadukt a zaplecze supermarketu”.


Marcin Piekoszewski: Plaża na dachu Berlina (Wysokie obcasy, 20.08.2009)


poniedziałek, 24 sierpnia 2009
zrób ciałem przyjemność miastu

Ach, pani/pan ma takie cudowne dłonie, ciepłe i spokojne. Czy pani/pan ich używa? Czy używa rąk dla przyjemności swojej/cudzej? Z rąk do rąk? Z rąk do ciał/substancji/czy powierzchni? Czego pani/pan dotyka? A w mieście? Najbardziej dopieszczone miejsca na ziemi, choć uwznioślone religijnym kultem, to właśnie te rytualnie dotykane. Czego dotykają pielgrzymi w Jerozolimie, Wilnie czy Santiago de Compostela - muru, śladu, wyobrażenia? Wyślizgane poręcze, wyżłobione w kamieniu zagłębienia, odciśnięte kolana w stopniach schodów, wydeptana ścieżka w trawniku. Jak inaczej dotknąć miasta niż wzrokiem, gdy miasto dzisiaj lśni raczej i odbija wizerunki, a więc nadaje się bardziej do oglądania, niż dotykania? I po co w końcu dotykać miasto?

Gabriela Świtek w tekście "Od figury do ciała. Transgresje architektury" pokazuje, że dziś nie pasywna metaforyczna figura, ale ciało mieszka w mieście:

Historię analogii ciała i architektury w kulturze europejskiej rozpoczyna opis 'człowieka witruwiańskiego' w Dziesięciu księgach o architekturze Witruwiusza, który sprowadza problem ciała do wymiaru geometrycznej figury-metafory. Antropometryczna analogia nie stanowi już dla architektury najważniejszego odniesienia; współcześnie powstają nowe teorie ciała w przestrzeni wirtualnej. Architektura stopniowo pozbywając się figury jako harmonijnej kompozycji mięśni i kości, przekształciła się w reprezentację cielesnej przestrzenności. Nie pasywna figura, ale ciało w ruchu umożliwia haptyczne doświadczenie miasta; przykładem jest stegofilia, czyli zamiłowanie do wspinaczki po budynkach.

Za pierwszy przewodnik builderingu (urban climbing, stegofilia), zawierający szczegółowe opisy tras wspinaczkowych na budynki uniwersyteckie Cambridge, uznaje się książkę Geoffreya Winthropa Younga The Roof-Climber's Guide to Trinity z 1899 roku. Tradycja nocnych studenckich wspinaczek trwała tam nieprzerwanie przez ponad sto lat i obrosła w literaturę tematu. Podobne przewodniki powstawały dla innych miast, m.in. Nowego Jorku, czy Los Angeles, które jest dzisiaj rajem dla miejskiej wspinaczki.
W historii związków między ciałem i architekturą - pisze autorka - dla builderingu trzeba zachować szczególne miejsce, gdyż pozwala on - w największym stopniu, a właściwie najbliższym zbliżeniu - na haptyczne doświadczenie architektury. Miejska wspinaczka jest potrójnym przekroczeniem: ograniczeń ciała, ograniczeń społeczno-instytucjonalnych i architektonicznych. Jest rodzajem transgresji, ruchem od symbolicznego centrum, jakim stała się dla architektury płaska i pasywna witruwiańska figura. Miejska wspinaczka umożliwia doświadczenie architektury 'z punktu widzenia ręki' - pozycji, którą Jacques Derrida przyjmuje, pisząc 'Le toucher, Jean-Luc Nancy'. Doświadczenie to wydaje się niecodzienne, gdyż można dotknąć niedostępnych zazwyczaj obszarów architektonicznego ciała. Ale zamieszkując architekturę, dotykamy jej przecież codziennie, nieustannie, intencjonalnie i bezwiednie - na przykład chwytając za klamkę, której dotykały przed nami inne ręce. 'Nie ma doświadczenia bez dotknięcia' - przypomina Michał Paweł Markowski, utożsamiając dotknięcie z doświadczeniem ciała.

        
Polecam.
Kultura współczesna - Kultura ucieleśniona 1(59)2009

 
nie wiem, czy kocham

Co zastąpiło fotografię artystyczną? Czy ma jeszcze szansę się odrodzić? Czy lepiej o niej zapomnieć i zająć się zjawiskami z pogranicza fotografii i kultury wizualnej? Czy jesteśmy skazani na postmodernistyczną z gruntu regułę „anything goes”? Wcale nie retorycznie pyta Adam Mazur, kurator z Zamku Ujazdowskiego w W-wie w swojej książce-wyznaniu KOCHAM FOTOGRAFIĘ i nie tylko.


CSW Łaźnia zaprasza
w ramach festiwalu Transfotografia >>

Na dyskusję o końcu fotografii (Powód do rozpaczy czy radości?), w której wezmą udział Witold Węgrzyn, Stefan Figlarowicz, Zbigniew Treppa, Wojciech Zamiara, Adam Mazur. Rozmowę poprowadzi Krzysztof Miękus. Oraz na promocję książki KOCHAM FOTOGRAFIĘ Adama Mazura.


27 sierpnia /czwartek/, godz. 18.00




czwartek, 20 sierpnia 2009
idź w noc, idź w noc

już jest... Margot w przedsprzedaży


Michał Witkowski:
Nigdy nie ukrywałem, że o wiele przyjemniej by mi było śpiewać w Opolu czy w Sopocie, niż pisać książki. Dlatego że jednak co ludzie, to ludzie. Po horyzont. I zawsze większy dreszcz niż jakaś tam sława pisarza. Wychodzisz, wszyscy się drą, ty ich rozpalasz, krzyczysz, oni krzyczą. Wiesz? To jest coś, za co można dopłacać, a co dopiero brać pieniądze. No, ale to już jest sprawa nie do odrobienia. W każdym razie, pisząc Waldka [Mandarynkę], pomarzyć sobie mogłem. A czytelnik też chce pomarzyć i dlatego tę książkę kupi.

    wywiad >>
   

środa, 19 sierpnia 2009
Tureckość Stasiuka

Na fali turecczyzny Stasiuk po swojej niedawno wydanej sztuce "Czekając na Turka" pisze "Taksim":

Premiera: 28 września 2009

Powieść.
Bohaterowie starzeją się, ale nie poddają. W ucieczce i w pościgu przemierzają  kraje, przemycają ludzi, ratują swoje porwane przez wcielonego diabła kobiety i mówią, bez końca opowiadają  straszne, smutne i śmieszne historie. Czy im się uda? Czy ocaleją?

(info: Czarne)

sobota, 15 sierpnia 2009
odświętnie czyli Madonny i Rycerze


Muzyka „dzisiejszego dnia” chyba nigdy dotąd nie była tak kakofoniczna. Dyskusje o powadze bądź niepowadze tej mieszanki - nigdy dotąd równie zażarte. Wczoraj w Skanerze politycznym (tvn24) wypowiadali się na ten temat Michał Karnowski (Dziennik) i Sławomir Sierakowski (Krytyka Polityczna). Lubię ten program, szczególnie gdy prowadzącym jest Maciej Knapik, zwykle reporter sejmowy, ale od jakiegoś czasu coraz częściej studyjny. Knapik jest postacią w porównaniu do innych telewizyjnych prezenterów trochę nietelewizyjną, nieutemperowaną, często ujawniającą emocje, o żywej mowie ciała. Niemal za każdym razem macha widzom przed nosem pomarańczowym długopisem BIC, zdarza mu się podczas wypowiedzi zasłaniać ręką usta, a także nazwać Michała Karnowskiego Jackiem. Słabostki Knapika tylko dodają programowi kolorytu. No, więc w całym tym wczorajszym przekładańcu – co jest ważne i ważniejsze i dla kogo – Sierakowski, słuchając cytowanych przez Knapika wypowiedzi polityków m.in. Joachima Brudzińskiego (PIS): Nie rajcuje mnie ta pani w słusznym wieku (o Madonnie, lat 51), powiedział, że tak naprawdę to najważniejsza jest Anna Walentynowicz i jej 80-te urodziny (13 sierpnia). Dziś przy śniadaniu przez przypadek (choć nic nie dzieje się przez przypadek) przeczytałam coś bardzo, jak się okazało, „na okoliczność” tej rocznicy, ale i ostatnich dyskusji na temat parytetu. Będę cytować w obszernym fragmencie, bo rzecz jest świetnie napisana, a i do dzisiejszych świąt jak znalazł dopasowana.

Agnieszka Graff w tekście „Patriarchat po Seksmisji”, opublikowanym w GW w 1999 roku, a umieszczonym potem w zbiorze „Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym” (wyd. 2, Warszawa 2008), zastanawia się nad (nie)obecnością kobiet w polityce i stawia nadal obrazoburczą tezę, że „(...) wielki zryw wolnościowy, jakim była Solidarność, stanowił na planie symbolicznym akt przywrócenia porządku patriarchalnego, który system totalitarny zaburzył”. Pisze tak:

(Prawdziwy Mężczyzna w świecie kobiet)

„Przekonanie, że kobiety nie powinny się mieszać do polityki i że poważne traktowanie ich problemów szkodzi demokracji, nie jest, według mnie, tak nowe (...). W naszej kulturze politycznej poprzedziło ono przełom demokratyczny niemal o dekadę, stanowiło jeden z zasadniczych wątków etosu opozycji antykomunistycznej. Ten zaś wywodzi się z etosu powstańczego i jest głęboko zanurzony w myśleniu romantycznym.

(...) Okres 'komuny' często bywa opisywany jako wstydliwa przerwa w życiu polskiego społeczeństwa. Ten wstyd ma głęboki związek z płcią, w naszej zbiorowej pamięci bowiem PRL to czas upodlenia, udomowienia, symbolicznej kastracji polskich mężczyzn. Nie przypadkiem czytelną dla wszystkich alegorią tego okresu stał się film Juliusza Machulskiego „Seksmisja”. Bo wedle naszej narodowej opowieści było tak: Dawno, dawno temu mieliśmy dzielnego wojownika, ojca rodziny, rycerza, słowem, Prawdziwego Mężczyznę. A potem stała się rzecz straszna. Komuna – ta wiedźma! ta dziwka! - wysłała go na emigrację wewnętrzną, z Prawdziwego Mężczyzny robiąc działkowicza, majsterkowicza, pantoflarza. Zamknięto go w paranoicznym 'babskim świecie', gdzie 'zrób to sam' oznaczało 'zrób szafki do kuchni'. Owszem, ten nowy, skundlony, wykastrowany mężczyzna mógł działać politycznie, ale to oznaczało służalczość, karierowiczostwo, konformizm, upodlenie ostateczne. A Kobieta? Kobieta – powiada narodowa baśń – walczyła o byt. O zakupach mówiło się jak o 'polowaniu', choć nadal pozostawały one w gestii kobiet. Nie chodziło bowiem o to, by zakupy stały się domeną mężczyzn, lecz o to, by zasygnalizować, że realny socjalizm jest sytuacją 'nienormalną', światem, który stoi na głowie. Światem, w którym – o zgrozo! - polują kobiety.

W społeczeństwie głęboko patriarchalnym, a takim właśnie nasze społeczeństwo było i pozostaje, opowieść o zamianie ról płci jest najklarowniejszą metaforą chaosu: właśnie dlatego naszą narodową opowieść o absurdzie systemu komunistycznego najpełniej wyraziła opowieść o Seksmisji. Ta wizja polskiego społeczeństwa za komuny przewija się także w opracowaniach prasowych i naukowych. Mit o władzy kobiet za PRL-u zagnieździł się w naszej mentalności jako prawda oczywista, a film, który dał temu wyraz, stał się dziełem kultowym, oglądanym rytualnie.

Jeśli komuna zrobiła z polskiego mężczyzny 'babę', to za sprawą Solidarności mógł się on na powrót przeobrazić w mężczyznę. Tak, to były Męskie Sprawy, Męskie Rozmowy. Aby dać wyraz tym nastrojom, na murze strajkującej Stoczni Gdańskiej wymalowano napis: Kobiety, nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę. Hasło to nikogo wówczas nie oburzało, przeciwnie, mogło wzruszać jako przejaw robotniczego folkloru, a zarazem nawiązanie do języka walk narodowowyzwoleńczych. Oto mężczyźni znów 'walczą o Polskę'. Kobiety znowu płaczą, robią kanapki, posyłają do walki kolejnych synów. (...) W wydanej ostatnio książce „Damy, rycerze i feministki” Sławomira Walczewska interpretuje hasło z muru Stoczni w kategoriach rycerskiego kontraktu płci, jako napomnienie dla kobiet, że pora znaleźć się w roli dam: MY wam tę Polskę naszych wyobrażeń przyniesiemy do stóp, a WY nam wtedy dacie 'białej róży kwiat'.

(...) Czy ten powtarzany w rozmaitych wariantach gest wykluczenia był skuteczny? Odpowiedź zależy od tego, czy interesuje nas sfera faktów, praktycznych działań w czasach Solidarności, czy też sfera symboli, a więc język, w którym się te fakty ujmuje. Kobiety robiły w Solidarności bardzo wiele. Nie przypadkiem jednak przywódczynie podziemia (...) upierają się, że ich funkcja była czysto wspierająca, i jeśli chwilowo przewodziły, to tylko z konieczności spowodowanej aresztowaniem większości mężczyzn. Cokolwiek robiły, były gotowe wpisać swoje działanie w schemat, w którym walką jest to – i tylko to – co robią mężczyźni. One nie przeszkadzały. Robiły, co musiały. Pomagały. Tylko pomagały. (...).

(co się nie mieści w micie)

(...)Tak jak komunizm stał się w zbiorowej nieświadomości okresem Seksmisji, haniebnego uwięzienia w podziemnym świecie odwróconych ról, tak wyjście na powierzchnię stanowiło moment odzyskania męskości, odcięcia obmierzłej pępowiny. (...) Niezależnie od tego, co działo się w planie realnym, możemy uznać, iż w sferze symbolicznej, a co za tym idzie - w zbiorowej pamięci, Solidarność była wielkim męskim rytuałem przejścia.

Fakt, że historia Solidarności zaczęła się od sprawy Anny Walentynowicz, został z mitu tego ruchu właściwie wymazany, przetrwał gdzieś w tle, jako anegdota, swego rodzaju apokryf. Właściwym początkiem tej historii okazał się moment, w którym wąsaty Lech Wałęsa po męsku przeskoczył płot Stoczni Gdańskiej. W kulturze patriarchalnej realne kobiety nie mogą zaistnieć w zbiorowej wyobraźni jako podmioty działania, zamiast nich pojawia się za to kobiecość uwznioślona: Matka Boska w klapie marynarki Wodza, a także w pieśniach i wierszach z okresu Solidarności. Czarna Madonna, Królowa Polski. Ta odrealniona, odcieleśniona, ale przecież okaleczona kobiecość stanowi uświęcenie rewolucji, jej furtkę do sacrum. Ale patronka to jednocześnie zaprzeczenie przywódczyni. Jej obecność przypomina, że aby rytuał mógł się dopełnić, kobiecość realna – ta, która nie łączy dziewictwa z macierzyństwem i nie czyni cudów – musi być z mitu wyparta. Dlatego nie ma w naszej pamięci Anny Walentynowicz. Dlatego kobiety Solidarności nie 'walczyły', tylko 'robiły, co musiały'.

(inna bajka?)

W 1987 roku, jako siedemnastoletnia 'dziewczyna opozycjonisty', zostałam wbrew swojej woli wyniesiona na rękach z demonstracji, kiedy zaczęło zanosić się na pałowanie. Z jednej strony byłam wściekła, z drugiej jednak wiedziałam, że siniaki, jakie z tego boju wyniosą chłopcy, będą więcej warte w ich własnych, ale także w moich oczach, jeśli pozwolę się przedtem wynieść z placu boju. Wiedziałam, że jeśli 'nie będę przeszkadzać', podczas gdy oni 'walczą' o Polskę, spotka mnie za to nagroda. Dziś jestem przekonana, że starcia z milicją i późniejsze o nich opowieści stanowiły w środowisku NSZ rytuał, w którym tworzyła się męska tożsamość. 'Innym' wobec niej był nie tylko, a nawet nie przede wszystkim 'wróg', lecz właśnie pełna podziwu i stojąca z boku kobieta. Dając się wynieść z demonstracji, odegrałam – nie do końca świadomie, ale przecież bardzo sprawnie – scenariusz kulturowy pod tytułem 'damy i rycerze' (...). Zaplątałam się na moment w szeregi rycerskie, ale, przywołana do porządku, łatwo zgodziłam się wrócić do roli damy. Byłam po prostu łasa na profity, jakie niesie ze sobą szlachecko-rycerski kontrakt płciowy. Nagroda za udział w tej grze jest istotnie słodka. Walczewska wymienia tu widowiskowe gesty, opiekę, ochronę przed przemocą, ale może warto dodać także jasno określone granice własnej roli, pewność, że jest siętym, kim powinno się być.

Odgrywając niepokój, oczekiwanie i podziw wobec męskości swoich chłopców, dziewczyny z tego środowiska tworzyły zatem własną tożsamość kobiecą. Nie wykluczam, że do pewnego stopnia utożsamiałyśmy się z uwzniośloną, usakralnioną kobiecością związaną z mitem Matki Polki. Sądzę jednak, że miałyśmy do swojej kobiecej roli ironiczny dystans, którego chłopcom wyraźnie brakowało. Podczas gdy oni byli swoją męskością, a w każdym razie bardzo chcieli nią być, nasza kobiecość była w dużym stopniu maskaradą. I nie przypadkiem. Cechą specyficzną kobiecej tożsamości, która wytapia się w tyglu polskiego patriarchatu, jest przekonanie, że to wszystko to gra, fikcja i pozór. Jesteśmy przekonane o podskórnej słabości naszych mężczyzn. Wierzymy (jak dobrze jest w to wierzyć!), że to oni są w tej rozgrywce zależni od nas, że potrzebują uznania i potwierdzenia własnej ważności, a my im to wszystko zapewniamy. Dlatego – przynajmniej w fantazjach – zawsze panujemy nad sytuacją. (...) my, kobiety, możemy sprawować władzę dotąd, dokąd udajemy, że jej nie mamy. Wszystkie byłyśmy niedostrzegane. Społeczeństwo składa się z pozorów [Danuta Winiarska, kierowała podziemną Solidarnością w regionie lubelskim, posługując się marionetkową męską postacią, niejakim Abramczykiem].

W demokracji nie ma jednak władzy niewidzialnej. Społeczeństwo nie składa się już z pozorów. Dlatego kompensacyjny mit, że 'mężczyźni rządzą światem, a nimi kobiety', źle nam się przysłużył po przewrocie 1989 roku. Jeśli okres pierwszej Solidarności był jednocześnie czasem krystalizacji tożsamości mężczyzny-polityka, to sama demokracja ukonstytuowała się już jawnie – i realnie, a nie tylko w sferze symboli – jako męski świat. Jeden z obserwatorów stwierdził w czerwcu 1992 roku, że liberalny, europejski, nowoczesny polski parlament przypomina angielski klub, do którego wstęp mają tylko mężczyźni”.

(Agnieszka Graff, Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym, Warszawa 2008, s. 34-42)


przy okazji polecam:


20 MGNIEŃ WOLNOŚCI - wystawa, Instytut Sztuki Wyspa >
18 sierpnia - 20 września 2009

Video, instalacje, malarstwo, fotografia

Uwiecznione chwile Marii Larsson (2008) reż. Jan Troell
czyli szwedzka historia emancypacji, Cinemax >

wtorek, 11 sierpnia 2009
autobusem po stoczni

18 sierpnia - 31 sierpnia

Grzegorz Klaman: SUBIEKTYWNA LINIA AUTOBUSOWA 2009

Dawne tereny Stoczni Gdańskiej



Stocznia Gdańska jest rezerwuarem pamięci zbiorowej i pamięci indywidualnych. Pamięć historyczna wizualizuje się w postaci wystawy Drogi Do Wolności i realizacji monumentalnych w postaci Pomnika Trzech Krzyży oraz Bram, w przyszłości będzie to Europejskie Centrum Solidarności. Pamięci subiektywne są praktycznie nieobecne, niejednokrotnie postrzegane jako niepoprawne, zmarginalizowane.

Projekt Subiektywnej Linii Autobusowej to rodzaj spotkania poprzez zaangażowanie osób, świadków, uczestników historii, tych mniej znanych, lecz równie ważnych. Projekt zamierza wydobyć głos wytłumiony, echa, odbicia, szepty, fragmenty wspomnień i relacji, wpisać je w obecną sytuację i przestrzeń miejsca. Tereny dawnej stoczni gdańskiej są w trakcie transformacji i przebudowy w nową dzielnicę pod nazwą Młode Miasto, wiele konstrukcji i budynków zostanie wyburzonych, dynamicznie zmienia się industrialne otoczenie, projekt pozwala uczestnikom stać się żywymi świadkami transformacji i jej aktywnymi subiektywnymi nosicielami pamiętania na przyszłość.

Pierwsza wersja tego projektu miała miejsce w 2002 roku w ramach Międzynarodowego Projektu City Transformers, trwała miesiąc, przyciągając więcej zainteresowanych niż mógł pomieścić mały autobus, dobitnie uświadamiając nam jak wielka jest potrzeba otwarcia dawnej stoczni dla zwiedzających. Jedna z największych atrakcji Gdańska – stocznia - jest niedostępna i ogrodzona murem, Subiektywna Linia Autobusowa otworzy ją i zbliży do przestrzeni publicznej.

AKCJA: SUBIEKTYWNA LINIA AUTOBUSOWA

Trwająca ok. około 60 minut wycieczka po Stoczni, zaczynająca się na specjalnym przystanku przed Brama nr 1.Trasa zawierać będzie kilka wybranych ważnych miejsc związanych z historią Solidarności i Stoczni. Miejsc i wydarzeń wybranych wspólnie zarówno przez zwiedzających, jak i „przewodnika” który w tym dniu poprowadzi wycieczkę.

Oprowadzają wybrani dawni pracownicy Stoczni:

Jarosław Żurawiński - przewodnik turystyczny, dziennikarz, właściciel
firmy przewodnickiej F.U.H. "Dux", autor książek o tematyce gdańskiej.
Paweł Zieńczuk - długoletni pracownik Stoczni Gdańskiej od 1962 r
emerytowany bosman stoczniowy, uczestnik strajków, represjonowany za
działalność opozycyjną.

Małgorzata Mazur, przewodnik, pilot wycieczek, były
pracownik biura konstrukcyjnego Stoczni Gdańskiej, przez wiele lat
związana z gospodarką morską.



Czas trwania akcji: 2 tygodnie /14 dni/

Otwarcie:18 sierpnia 2009 – zamkniecie: 31 sierpnia 2009

W godzinach od 12 do 18

(info: Wyspa)


magiczne palce Doyle'a


Miasta, które pną się do góry, miasta nad wodą. Ogromną przyjemność sprawiło mi wczorajsze oglądanie starego filmu Marion Hänsel „Między złem, a błękitnym głębokim oceanem” (1995). To film, który podsyca tęsknotę za Wschodem. Bardzo mglisty, niebieskawy, bardzo melancholijny, w finale pełen wiary w proste, dobre życie, wypełnione drobnymi radościami, magicznymi opowieściami, ciepłem. Taka kojaca opowieść, choć nie pozbawiona cierpienia bez dna i źródła i mrocznych zakamarków. Nie wiedziałam, że maczał w nim palce Christopher Doyle. Nie wiem, czy jego pomysłem są te widoki zamglonego portu z lasem portowych dźwigów na horyzoncie, bujających się na seledynowych falach zatoki dżonek i mieszkalnych łódek, obłożonych folią, ciasnych i stromych uliczek, zawalonych wiklinowymi koszykami i liśćmi chińskiej kapusty. Ale po obejrzeniu tego filmu pomyślałam, że chyba jednak wolę ten „prawdziwszy” Hongkong od Kar-waiowego, wymyślonego, jakby zabawkowego, świetlistego miejsca nie wiadomo skąd. Wolę go oglądać w „Chinese box” Wayne Wanga, że taki jest mi bliższy, bardziej osadzony we wspomnieniach. No ale właściwie we wszystkich tych filmach tak czy siak palce maczał Doyle.

jeszcze w tivi >>

Stephen Rea i Ling Chu



wtorek, 04 sierpnia 2009
przypadki

Właściwie to zajmowałam się dzisiaj obserwacją natury. Obserwacją różnych zjawisk, różnych zawirowań czasu i przestrzeni. Okazało się, że we Wrocławiu istnieje łazienka z widokiem na Gdańsk. Żyłam zdecydowanie w czasie tokijskim, w którym właśnie nadchodziła jesień, a uczucia słabły.

Podziwiałam fotograficzny dziennik Michała Szlagi, pokazywany na wystawie "Na okrągło", przypomniał mi prace Nan Goldin. Znam go ze stoczni, znałam też zdjęcia Michała, ale wcześniej to porównanie nie przyszło mi do głowy. Siedziałam przed nimi długo, na krzesełku, w półmroku korytarza. Kobieta w zielonym fartuchu szmatką zaczęła wycierać wokół mnie kurz.

Poszłam schodami na górę. Kiedy zaczęłam przeciskać się wąskimi korytarzykami piętra, przypomniała mi się "Twarz" Tsaia. Szatnia, małe pokoje, kuchnia i łazienka, potem bufet, wszystko ciasne, niskie, wytarte, w każdym pomieszczeniu telewizor albo projektor coś wyświetlający, o czymś opowiadający. A do tego zapachy, które jeszcze stąd nie wywietrzały, wciąż silne zapachy dawnych światów.

Zachwyciła mnie praca Aliny Żemojdzin „Widok 06” w ciasnej łazience. Płaski ekran telewizora wypełnił w stu procentach wąski pas ściany nad umywalkami, zwykle znajdują się tam lustra, może okno. Krótkie wideo rzeczywiście pokazywało widok z okna gdańskiego bloku na blok po przeciwnej stronie. Filmowany przez cały dzień budynek zmieniał się. Te zmiany zostały przyspieszone, a do nich dopasowana dynamiczna muzyka. Powstał spektakularny taniec zmian. Iluzyjny łazienkowy teledysk.

Potem po wyjściu z ciemnych i ciasnych zakamarków zachwyciła mnie wypełniona światłem, ogromna biała sala z krwistoczerwonym dywanem pośrodku i kanapą w tym samym kolorze. Dzieło Lindy Pollack.

Wracając, u wylotu Rynku na Świdnickiej zobaczyłam pana z jedną różą. Czerwoną. Postanowiłam go śledzić. Jak zawsze miałam nadzieję, że może tym razem uda mi się znaleźć w pobliżu początku jakiejś historii. Jedna róża, no cóż, okropny kwiat, ale poszłam. Szłam za nim od kilku minut, kiedy nagle zdecydowanym ruchem wrzucił różę do kosza na śmieci. Mimo braku sympatii dla róż stanęłam jak wryta. No cóż, tym razem trafiłam na finał. 

Postanowiłam znaleźć pocieszenie. Weszłam do sklepu z artykułami gospodarstwa domowego i kupiłam nóż, by móc pokroić arbuza. W sklepie zaczepiła mnie sprzedawczyni. Zastanawiamy się z koleżankami – powiedziała – gdzie się pani strzyże. W Gdyni – odpowiedziałam. A ja w Krotoszynie – sprzedawczyni uśmiechnęła się, podając mi nóż. Proszę uważać – powiedziała – jest ostry jak brzytewka.


pocztówka

(do kliknięcia)

 


więcej o wystawie >>>



sobota, 01 sierpnia 2009
ucieczki


9. enh: formalne i inne ucieczki


>>>