agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
czwartek, 29 września 2005
na pożegnanie

Jolka (Karolina Południowa) jutro wraca na ten swój Cyprus. Wraca do mężów, dzieci, przyjaciół polarników, przyjaciół małżeństw mieszanych, do lekcji greckiego, do wypraw w nieznane, do kursu ceramiki i tańca zorby, do wyspiarskiej fotogenii, której nie może uczynić bardziej niż jest realną, do codziennych obowiązków, do gęstego jogurtu, do oswojonych pelikanów i słonego jeziora. Twierdzi, że na zapas już dziś zaczyna za nami tęsknić, choć Cypr to przecież nie jest wygnanie, no i zobaczymy się zimą. Przywołuję ją do porządku, każę trzymać fason, pomoże jej w tym nowa kurtka życia, którą sobie w prezencie pożegnalnym kupiła. Jak co roku, niczym ptak ze swoim kluczem Karolina Południowa odlatuje, z lotniska śląc rozpaczliwe smsy. Jesień ją hołubi, ale ona musi wracać. Mus to mus. Tymczasem, jakby specjalnie dla niej Krzysiek Varga napisał w Karolinie tak:

"Karolina masuje sobie szyję, bo czuje ból zdrętwiałych kręgów. Odrywa wzrok od ekranu laptopa i przez chwilę spogląda w błękitne niebo, potem kręci głową, żeby rozluźnić mięśnie szyi, i znów pochyla się nad klawiaturą. Siedzi na wulkanicznej plaży na Santorini, ponętnie krzyżując smukłe nogi, i wystukuje na małej klawiaturze listy z pozdrowieniami. Upał leje się z nieba jak wrząca smoła z blanków zamku. Trwa niekończące się oblężenie, śmierć zgodnie z umową zbiera straszliwe żniwo, bo jest czas siania i czas odbierania plonów. Oszaleć zupełnie można z tego gorąca, pisze Karolina, właściwie to zazdroszczę wam teraz, że siedzicie w chłodnym pokoju, który przed nagrzaniem skutecznie chronią wybujałe drzewa za oknem. Mnie przyszło zmagać się ze skałami, wszystko jest wypalone, to popiół, nie ogród. Tęsknię do ogrodów, do drzew, krzaków, wolałabym siedzieć teraz w moim trumiennym ogrodzie, a nie na plaży, której piasek praży jak ogień stosu. Musiałam tu przyjechać, aby zrozumieć, że chcę być tam, gdzie nigdy nie wrócę. Ciekawe, co się tam dzieje, jak się mają nastawione na teraźniejszość lasy i przywołujące przeszłość groby, za którymi coraz intensywniej tęsknię, choć wiem, że tej nostalgii nie da się bezkarnie zaspokoić. Czy wasze morze też jest tak niebezpiecznie spokojne jak to, które właśnie oglądam? Czy wasze życie też jest tak groźnie wakacyjne jak moje? Czy nasze miasto wciąż zabija, jak to ma w zwyczaju? Czy także zrozumieliście, że to, co się zwykle uważa za niesprawiedliwe, jest zwykłą koniecznością? Kończy i wysyła. Potem jeszcze jeden, i jeszcze jeden, następny, kolejny... Send, send, send".

Cypr, foto: K.P.

środa, 28 września 2005
pociągiem


Mieszkam w pobliżu stacji kolejowej. Przejeżdżają tędy pociągi osobowe, czasami piętrowe, a nawet autobusy szynowe. Słyszę je bardziej, niż widzę. Przechodzę często obok starego budynku stacji z pelargoniami w oknach i z nieczynnym wejściem, ozdobionym gankiem. Na drodze do stacji zachowały się prawdziwe kocie łby. Lubię to miejsce. Z okna obserwuję wędkarzy, grzybiarzy, harcerzy, którzy tym podokiennym szlakiem zmierzają ku kaszubskim ostępom. Tu rozpoczyna się ich podróż, do której - jak twierdził Danilo Kiš – jak do każdej podróży trzeba mieć talent. Kiš też mieszkał przy stacji kolejowej, zawsze blisko torów. Podróże pociągiem były jego życiową magdalenką. Podróżować – pisał – znaczy siedzieć w pociągu pędzącym w jakimkolwiek kierunku, nie myśląc o celu. To hedonistyczna podróż jako taka, podróż dla podróży. Radość znika w chwili, gdy się dojedzie. (...)
Znam również tęsknoty i marzenia chłopców, stojących na łąkach przeciętych szynami.

Danilo Kiš, "Podróżować znaczy żyć", (w:) Homo poeticus, mimo wszystko.


Jan Saudek, 120 km/hr, 1975


poniedziałek, 26 września 2005
ostatni rejs

Kiedy w pobliżu pojawia się Jolka, wiadomo, że nic nie będzie takie, jak zwykle. Wiadomo, że zdarzy się coś, co być może nigdy bez jej obecności wydarzyć by się nie mogło. Zainspirowana moim pomysłem podróży >śladami mistrza noża i nastroju< Jolka zarządziła zbiórkę w Skórzennie. Od czasu do czasu mieszka tam w typowej kociewskiej drewnianej chacie, krytej strzechą. Kiedy dotarłam na miejsce, po drodze w pociągu osobowym do Majewa spotykając Latynosa z laptopem na kolanach i dwumetrową dziewczynę o hinduskiej urodzie, były tam już Lusia i Mariolka. I oczywiście Jolka we własnej osobie, usilnie szukająca fachowca. Bo kładzie się Jolkowa stodoła. Jolka - z wykształcenia inżynier budowlany - bez trudu zauważyła, że coś stodole dolega. Sołtys potwierdził. Wobec takiego obrotu spraw, które przy Jolce zwykle obracają się i kręcą niecierpliwie, udałyśmy się na przejażdżkę rowerową do Radogoszczy w poszukiwaniu fachowca. Fachowca nie było, ale ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę z jego mamą, która mieszka w podobnej do Jolkowej chacie tylko starszej - około 300-letniej. Przejażdżka była cudowna. Tucholskoborny żółty piach chrzęścił nam pod kołami i nie pozwalał się nie zmęczyć. Zapadał zmrok. Zatrzymałyśmy się na małym mostku. Pod mostkiem stała rzeczka, o tej porze czarna jak smoła. Jej brzegi porastały krzaki i niskie drzewa, które odbijały się w powierzchni rzeczki jak w lustrze, tak samo jak odbijało się w niej jasne jeszcze miejscami niebo. Stałyśmy tak na mostku, gapiąc się w przepaść rzeczki i jej odbić w sobie, nieba i gałęzi. Aż zakręciło nam się w głowach. Byłyśmy pewne, że mamy pod mostkiem nie rzeczkę, a skalne urwisko bez dna, bez końca i początku. Podobnie wyglądają skaliste podwodne brzegi Cypru. Właśnie zaczęła się nasza wyprawa, powiedziałam, iluzją i zachwytem, i tak już zostało.

Dieta skórzeńska to są potrawy niewyszukane: ozorki, kapuśniaki, flaki, krupnioki, dla smakoszy sałatka grecka, do tego trunki niemieszane. To może zamieszać w głowie. Jednak kolejny dzień zapowiedział się pogodą nie znoszącą sprzeciwu, słońcem, bezchmurnym niebem, nitkami babiego lata, przylepiającymi się do czół i skroni. Od wczesnego rana byłyśmy na nogach i w trasie. Na stateczek o wdzięcznej nazwie Pingwin wsiadłyśmy w Małdytach, omijając Ostródę, śluzy Zieloną i Miłomłyńską. Serdeczny starszy pan, pilnujący parkingu przy przystani, już nam w swojej jeziornej kanciapie parzył poranną kawę, ale nie zdążyłyśmy nawet łyczka upić, a zjawił się statek i trzeba było odpływać Jeziorem Sambród. Stateczek nie za mały, na pokładzie pięcioosobowa załoga, która żyła własnym sekretnym życiem w obłożonej czarnymi szybami szoferce: pani Jadzia bufetowa, wąsaty kapitan kierujący statkiem, dwóch panów obsługujących i mistrz nastroju – skarbnik. Ten ostatni obiecał nam, że kiedy zostanie właścicielem podobnego środka transportu rzecznego, zaprosi nas na gratisową przejażdżkę. Tę obietnicę zawdzięczamy Jolce, która z wrodzonym wdziękiem chciała wykręcić się od płacenia za bilet. Skarbnik miał granatowy mundur, jasne włosy i oczy tak niebieskie jak Jezioro Druzno o zachodzie słońca. Ale kwestia oczu skarbnika, tak długo przez nas roztrząsana, wcale nie była kwestią ich urody, tylko czegoś, co w nich było mimo otwartości zamknięte, a co z nich wychylało się delikatnie na światło i łapane było przez nas w tych nielicznych momentach, kiedy to nastrojowy skarbnik wychylał głowę z wenecko oszklonej szoferki i uśmiechał się do nieba raczej i wody dokoła, do traw, szuwarów i czapli szarej, niż do nas, chociaż do nas trochę też. Po czym czmychał, nie dając się uchwycić aparatem jak duch druzeński, dla którego kiedyś zimą ludzie wyrąbaliby na jeziorze przerębel w kształcie krzyża, żeby wraz z innymi duchami jeziora uszedł przez niego bez trudu i nie nękał ich swoją obecnością ani we śnie, ani na jawie.

Tymczasem uspokojeni w sposób doskonały, po obu stronach burt mijaliśmy nieprzebyte moczary Jeziora Piniewo, na 44 kilometrze zniknęła nam z oczu wiekowa bartnicza wieś Awajki, a na 51 pojawiła się pierwsza pochylnia Buczyniec, a potem kolejne: Kąty, Oleśnica, Jelenie, Całuny Nowe, i dalej rzeczką uszliśmy do zapierającego dech w piersi Jeziora Druzno, słynącego z błędnych ogni, zarośniętego trzciną i nenufarami, żyjącego w każdym najdrobniejszym kawałku jakimś skrzydłem poruszonym, jakimś dziobem kłapiącym, czy nurkującym w sitowiu. Po drodze przepływaliśmy pod małymi mostkami, a każdy był inaczej wyrzeźbiony. Po obu stronach kanału rozciągały się pola, płaskie i równe, jakby je ktoś odmierzał linijką i walcował walcem. Na brzegach rosły obwieszone owocami dzikie jabłonie, leszczyny i czarny bez. Było coś do końca magicznego w tej zieleni zielonych jeszcze liści, zielonej wody, zielonej rzęsy zbierającej się na płyciznach kanału, zielonej trawy obrastającej pochylnie, po których zaczepieni na specjalnej konstrukcji sunęliśmy jak tramwaj po szynach. Było coś do końca magicznego w monotonii krajobrazu, która kazała nam wyławiać z siebie najdelikatniejsze poruszenia, najskromniejszą zmianę i traktować je jak element sceny gotowej do fotografii, choć potem okazywało się, że fotografia znaczenia tego nie oddaje, nie dotyka, nie spełnia. Nad Jeziorem Druzno zachodziło słońce. Siedzieliśmy na pokładzie, każdy niemal z głową opartą na ręce, wpatrzony w horyzont, oddalony, nieswój. Popłynęliśmy rzeczką Elbląg do Elbląga, wysiedliśmy na ląd bez słowa. W taki inny świat. To był ostatni rejs Pingwina w tym sezonie, kolejny 1 maja.

żegluga ostródzko-elbląska


piątek, 23 września 2005
śladami mistrza

Postanowiliśmy odbyć tę podróż, rozciągając ją w czasie. Systematycznie każdej jesieni postanowiliśmy pokonywać wybrany odcinek trasy >śladami mistrza noża i nastroju< - Piotra Trzaskalskiego, Wojtka Lepianki, Konstantina Ławronienki i całej tej ciepło się uśmiechającej do obiektywu ekipy filmu Mistrz.

Mistrz - strona filmu

Jesteśmy ze swojego pomysłu dumni, spełnimy patriotyczny obowiązek, poznamy zakamarki ojczystego kraju. Trasa obejmuje miasteczka i wsie, a nawet kanał: Ozorków (k. Łodzi), Kołacin (k. Jarocina), Tworzyjanki (k. Koluszek), Albertów i Wolbórz (też k. Koluszek i Tomaszowa Mazowieckiego), Kaskadę (?), Zalewo (k. Iławy, nad J. Ewingi; jest też Zalewo k. Ostródy), Kwidzyn, Gniew, Kanał Ostródzko-Elbląski, Górowo Iławieckie, Lidzbark. Zaczynamy od jutra. Tegoroczna odsłona podróży >śladami mistrza noża i nastroju< obejmie Kanał Ostródzko-Elbląski. Będziemy cały dzień płynąć stateczkiem, pokonywać śluzy i pochylnie. Niczym akordeonista Trzaskalskiego, zmierzający w rodzinne strony. Jego powrót do domu jest dla niego równie nieprawdopodobny, co droga statku, płynącego nie wodą, a zieloną łąką. Tak będzie. Powinna towarzyszyć nam muzyka Wojciecha Lemańskiego, sącząca się leniwie z małego megafonu. Wszystko może się zdarzyć. Ten film, oceniony przeze mnie niezbyt łaskawie, pozostawił po sobie ślad, nie mogę przestać o nim myśleć. Choć bardziej niż o historii myślę o miejscach. Tym śladem będziemy się posuwać, wierząc, że warto.


Tymczasem mimo wspaniałej złotej polskiej jesieni na nasze ekrany wchodzi właśnie pełen zimowego chłodu film Grega Zglińskiego Cała zima bez ognia, który pokazywany był na festiwalu w Gdyni w sekcji Polonica. Film został właśnie zgłoszony jako szwajcarski kandydat do Oscara (produkcja szwajcarsko-belgijsko-polska, reżyser jest Polakiem od lat mieszkającym w Szwajcarii, skończył łódzką Filmówkę). Opis tego filmu mógłby się znaleźć w jednej z poprzednich notek pt.: Porozumienia ponad podziałami. Bo do takich właśnie trudnych porozumień tu dochodzi. Reżyser bierze na warsztat temat wyjątkowo już ograny, choć również wyjątkowo niebezpieczny, pełen pułapek - a to zbytniej czułostkowości, a to emocjonalnego szantażu i wychodzi z tej opresji zwycięsko. Opowiada historię małżeństwa, które w pożarze stodoły straciło dziecko. Akcja filmu toczy się gdzieś u stóp ośnieżonych szwajcarskich Alp, na podupadającej farmie. I toczy się ta historia kalectwa po stracie niespiesznie, kobieta ucieka w chorobę psychiczną, mężczyzna, próbując ratować farmę, zatrudnia się jako robotnik w fabryce. Tam poznaje brata i siostrę, z którymi powoli się zaprzyjaźnia. To uciekinierzy z Kosowa. Ona zgwałcona, on cudem uratowany z masowej rzezi nosi na szyi bliznę po prawie śmiertelnym cięciu. To zbliżenie następuje naturalnie, jakby przyciągały ich ku sobie te wszystkie widoczne bądź nie blizny i zadrapania traumatycznych doświadczeń. Każde z nich zastanawia się, jak można żyć z podobnym bagażem, ale nie odpowiadając na to pytanie, żyją, tańczą, piją, słuchają albańskich pieśni, obchodzą Nowy Rok. Wreszcie mogą mówić o swoim nieszczęściu, wreszcie mogą nad nim płakać w obecności innych, podobnych do siebie, choć tak różnych ludzi. Jednocześnie ta przyjaźń, czy bardzo kruche, delikatne uczucie, rodzące się między farmerem a młodą Albanką, nie mogą przetrwać. Takie uczucie odsuwa od normalności życia, do której dążą bohaterowie, przy całej swojej wartości, paradoksalnie nie pomaga. Zgliński pokazuje ten dramat kameralnie, w kilku gestach, w spojrzeniach, w zatrzymaniach, bez patosu. Coś się tu zaczyna, nie kończąc, coś unosi w powietrzu jak mgła. Coś złego i dobrego jednocześnie. Świadomy siebie smutek.



środa, 21 września 2005
Prowincjonalne historie romantyczne


Najzabawniejszym zdarzeniem podczas gali XXX jubileuszowego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni było zamieszanie wokół Nagrody Prezydenta Miasta Warszawy. Nie dość, że wręczająca nagrodę przedstawicielka Urzędu, stojąc na scenie, nie była w stanie powiedzieć, kto ją otrzymał, to po jakimś czasie okazało się, że otrzymał ją Przemysław Wojcieszek za film Doskonałe popołudnie. Bawi mnie to tym bardziej, że ten film jest z założenia antywarszawski, antystołeczny, antykorporacyjny, słowem – podąża za swego rodzaju modą na prowincję.

Ta historia toczy się w dwóch planach: z jednej strony mamy młodą parę, która lada dzień bierze ślub, ludzi, którzy wierni własnym ideałom chcą wydawać współczesną prozę polską i po ucieczce z Warszawy założyli już w tym celu malutkie, prowincjonalne wydawnictwo w Gliwicach; w drugim planie mamy rozliczenie z przeszłością tą wielką i mniejszą, osobistą – rodziców chłopaka, którzy kiedyś walczyli o wolność w szeregach Solidarności, a potem się rozstali i z ideą i ze sobą. Próbują na nowo ułożyć swoje rozsypane życie, zupełnie tak jak ich dzieci znaleźli się w punkcie wyjścia. Wojcieszek, mam wrażenie, od kilku lat robi ten sam film, ale w miarę tych lat upływu staje się w swoich poglądach coraz radykalniejszy. Jego bohaterowie w nieznośny sposób wykrzykują ważne życiowe prawdy, a najgłośniej krzyczą o Polsce, odmieniając ją przez wszystkie przypadki. Chcą być dumni z tego, że żyją w tym kraju, chcą – jak kiedyś ich rodzice – coś w nim zmienić na lepsze, nawet odrobinę. Szlachetny cel. Jednak ów sposób na opowiadanie o problemach, dylematach i marzeniach młodych czy starych Polaków nabiera chwilami drażniącego i oczy i uszy odcienia agitki. Zbyt dosłowny, jak pięść lecąca ku widzowi z zawrotną szybkością, chwilami źle zagrany mimo udziału doświadczonych aktorów. Z pewnością wart uwagi jako głos w dyskusji o nas tu i teraz, ale nie podobał mi się, mówię to mimo mojej niegdysiejszej sympatii dla Wojcieszka po Głośniej od bomb. Doskonałe popołudnie jest dla mnie zdecydowanie za głośne.

U Glińskiego we Wróżbach kumaka prowincja to jest Gdańsk, z całą tą poplątaną historią przesiedleńczą, z bardzo prowincjonalnymi jeszcze latami rodzącego się kapitalizmu, z (odnowioną dziś i taka zagrała w filmie) halą targową, ze starą Gdańszczanką Edną (Dorothea Walda) posługującą się dziwaczną gdańską odmianą niemieckiego, z jak najbardziej prowincjonalnymi stereotypami na temat Niemców i Polaków, które tworzą w tym przyjemnym filmie efekt komizmu. Jak dobrze popatrzeć na rodzącą się miłość między ludźmi, którzy nie są nastolatkami. W gdańskiej komedii romantycznej spotykają się Aleksandra Piątkowska (Krystyna Janda) i Alexander Reschke (Matthias Habich), by wprowadzić w życie ideę polsko-litewsko-niemieckiego cmentarza pojednania, na którym spoczywaliby urodzeni, a wypędzeni ze swoich rodzinnych miast – Gdańszczanie w Gdańsku, Wilniacy w Wilnie. Wizja Gdańska filmowego zgadza się tu właściwie z moim oglądem Gdańska rzeczywistego, a ten bardziej był dla mnie zawsze skansenem, doskonałą teatralną czy filmową scenografią w skali 1:1, niż realnym miastem. Z miejskością Gdańska od dawna jest coś nie tak. Odcięte trasą szybkiego ruchu, odbudowane po wojnie Główne Miasto, jak mi się wydaje, nie miało dotąd okazji przeżyć swojego życia naprawdę.

Tymczasem Maciej Pieprzyca w Barbórce (film z telewizyjnego cyklu Święta polskie) podobnie pokazuje Śląsk. Daleko mu do Kutza i jego Paciorków jednego różańca, bo to jest wersja śląskiej prowincji bajkowa i eksportowa, którą można polubić, którą można się zachwycić. I dobrze, w końcu rzecz się dzieje w najbardziej uroczystym i magicznym dniu na Śląsku, kiedy o świcie miasto budzi górnicza orkiestra, a święto jest święte. Bohaterka Barbórki to młoda dziewczyna (debiutująca Iwona Sitkowska), pochodząca z rodziny z górniczymi tradycjami. Pracuje w kopalni, sortując węgiel. Z wizytą do kopalni przyjeżdża aktor, grający rolę amanta w popularnym serialu. Aktor (Marcin Dorociński) jest typowym stołecznym chłystkiem, w dodatku zgorzkniałym, bo jego kariera stanęła w martwym punkcie, popijającym z rozpaczy, nieprzyjemnym. I zderzają się w schemacie co prawda, ale jakże uroczym, te dwa światy. Świat stołeczny, zasobny, podążający za modą, próżny, pozbawiony czy pozbawiający godności i tożsamości, ze światem dobrym i trudnym, w którym wszystko ma swoje miejsce i czas. Jest czas na ciężką pracę, na żarty i na zabawę, czas na modlitwę pod figurą Matki Boskiej przy windzie, zjeżdżającej w kopalniane podziemia i czas na jedzenie cukrowej waty. I ten chłopak straszny i pusty – obudzony jakby ze snu przez dziewczynę w tę Barbórkę - zaczyna sobie przypominać, kim był kiedyś, gdzie żył, co zgubił, co rozmienił w sobie na drobne. I to jest bardzo u Pieprzycy autentyczne, ta przemiana bajkowa z żaby w królewicza. Tak mogłoby być. Tylko – mówi reżyser – bajka trwa tak długo, jak długo trwa Barbórka. Potem kareta zamienia się w dynię, konie w szczury, królewicz w żabę. I trzeba wrócić do rzeczywistości. Podobał mi się taki koniec, jestem za niego reżyserowi i scenarzyście w jednej osobie bardzo wdzięczna. Zachował umiar. Taki jest ten film. Chłopak dostaje rolę w prawdziwym filmie, nie w serialu, rolę, na której bardzo mu zależało. Nie może spełnić danej dziewczynie obietnicy, nie może po nią przyjechać, tak jak się umawiali, musi spotkać się z reżyserem, przygotować do zdjęć, to jego życiowa szansa, wyjeżdża w pośpiechu. Ona wraca do domu po tym balu, robi śniadanie ojcu i mężczyźnie, z którym prawdopodobnie założy rodzinę, który ją kocha.

Jest taki moment w Barbórce, który lubię, taka scena prowincjonalna. Dorociński staje przed zgromadzonymi w wielkiej sali, galowo ubranymi górnikami. Jest szanowanym gościem, artystą, wszyscy czekają na jego słowa, wszyscy się w niego wpatrują. A on zaczyna opowiadać dowcipy. O górnikach. Jeden, drugi, nikt się nie śmieje, nawet nie specjalnie, nawet nie dlatego, że tego rodzaju humor wśród tych ludzi brzmi niestosownie. Wydaje się, jakby aktor mówił do nich innym językiem, niezrozumiałym. I wtedy coś w nim pęka. Coś w nim kiełkuje. Głos mu się robi prawdziwszy. Zaczyna recytować taki staroświecki wiersz, jakby opowiadał nim o sobie. Prawie szeptem. W absolutnej ciszy. Bierze ich na świadków swojego zagubienia, swojej niepewności i fascynacji. Recytuje Gałczyńskiego i dostaje brawa. Wielkie brawa.



Po Brukseli chodzę pijany

(Konstanty Ildefons Gałczyński)

Po Brukseli chodzę pijany
nie wódką, ale dziewczyną,
kupuję kwiaty, jak kretyn: mimozy i tulipany;

po tych ulicach długich,
po tych bezkresnych bulwarach
szukamy pewnego domu,
gdzie okno jest i gitara;

ono takie wąziutkie
wysokie, aż pod chmurami,
ze światłem i z tą gitarą
co spada na nas strunami;

w struny wkręcam dziewczynę,
sam do niej jakby do śniegu
przytulam się i wędrujemy
daleko, daleko, daleko.

Ach, dni są takie śnieżne,
a noce takie czerwcowe
i źle mi, chociaż położę
na jej kolanach głowę,

gdy ją uścisnę najmocniej,
gdy pocałuję najczulej,
gdy pocałunki zabrzęczą
tysiącopszczelim ulem.

Bo ciągle czegoś za mało,
bo ciągle czegoś mi szkoda.
Bo ciągle mi ta dziewczyna
przepływa przez palce jak woda.

I co? ślad jakiś na palcach,
na włosach, na biodrach, wszędy
i zapach okrążający
tataraku i lawendy.

Tylko cóż z tego, że upał,
że zapach, choć wokół zima?
Ta dziewczyna to strumień.
Jakże strumień zatrzymam?


Powrót


Właśnie jedna z telewizji pokazuje Powrót Zwiagincewa. To historia kilku dni, jakie spędzają ze sobą dwaj nastoletni synowie i po latach powracający na łono rodziny ojciec. Oglądam go ponownie z równym jak za pierwszym razem przejęciem i z równym buntem. Bo to jest film niezwykle ważny. Bo to jest film w swojej prostocie głęboki i poruszający. I przy tych niezaprzeczalnych walorach jest to film w jakiś sposób przez reżysera zepsuty. Zbyt piękny, zbyt zakomponowany. Każdy kadr wydaje się tu być gotowy do fotografii, jakby świat przypominał doskonale ułożone puzle, żadnych zadrapań. Nie mogę znieść takiej doskonałości, takiego światła, takich krajobrazów, od patrzenia na nie można stracić oddech, takiego piasku w subtelnym odcieniu i starego statku, i starego domu, tak wspaniale marszczącej się powierzchni wody, takiej scenografii, gdzie zwykła ulica w zwykłym prowincjonalnym mieście nosi na sobie ślad ręki Mondriana. Ujęcia są długie, ale nie za długie. Pozwalają zauważyć, zachwycić się. Nieustannie. Niemal w każdej minucie. Ten zachwyt odrywa mnie od ważniejszego, od tego na czym mi tu zależy. Pamiętam, że w kinie Mo przez cały czas kręciła się w swoim foteliku. Ja też nie byłam spokojna. Potem nie miałyśmy ochoty rozmawiać. Bo ojcostwo to jest śliska sprawa. Nie wiadomo dlaczego, ojcowie noszą w sobie poczucie misji. Szczególnie na początku bywają bezlitośni, postępują głupio i niesprawiedliwie, nie spuszczając z oka celu, jakim jest wychowanie. Robią tyle błędów, do których nigdy by się nie przyznali, no może później, dużo później. Są zagubieni, ale muszą być też silni, nieustępliwi, muszą mieć autorytet. Tacy byli kiedyś ojcowie, mimo, że czasami byli też kumplami. Wczoraj jadłam z moim ojcem pierogi. Opowiadałam o filmach, które ostatnio obejrzałam, o porażce Kochanków roku tygrysa Bromskiego, u którego operatorem był Marcin Koszałka. Świat zdążyła już okrążyć wiadomość, że Koszałka zamierza nakręcić fabularyzowany dokument o chorobie i śmierci Jerzego Nowaka. Czy taki film ma sens? Czy to przejaw ekshibicjonizmu, artystyczna czy kulturowa misja? Na ile chcemy uczestniczyć w czyjejś śmierci i czy istnieje korelacja pomiędzy zacieśniającymi się kręgami bliskości, a tą wymieszaną z lękiem chęcią, by towarzyszyć w ostatnich chwilach innego życia? Tak sobie gawędziliśmy. Myślę teraz o tych dwóch chłopcach, tak wspaniale zagranych przez Vladimira Garina i Ivana Dobronravova. O tym, że poczuli tę prawdziwą więź z obcym dla nich, znienawidzonym ojcem nawet nie w chwili jego realnej śmierci, zbyt gwałtownej, żeby poczuć cokolwiek, ale w momencie, w którym odpływa niezauważona i tonie łódka z jego ciałem, które mieli zamiar z synowskiego obowiązku przenieść do samochodu. I z gardeł obu chłopców wyrywa się wtedy piskliwy okrzyk. Ich ojciec umiera naprawdę. Umiera w obecności swoich synów. I dzięki tej obecności, dzięki temu okrzykowi, dzięki poczuciu, że ciało pozostawione w łodzi naprawdę jest ich ojcem, ta śmierć przestaje być śmiercią przypadkową i głupią, jaką była kilka chwil wcześniej.



wtorek, 20 września 2005
Porozumienia ponad podziałami

Do tych porozumień ostatnimi dniami często w Gdyni dochodziło. Szczególnie, że okoliczności przyrody były sprzyjające. Nie męczyły nas ulewy, chwilami silne, nie męczyły nas wiatry, szarpiące ubraniami. Kupiona na kolację wątróbka ochładzała ciemne wnętrza naszych podręcznych bagaży. Wokoło roznosił się przypominający dzieciństwo zapach dojrzałych już prawie nasion słonecznika. Dlatego udaliśmy się zaraz do Bułgarii, wcale nie słonecznej. Udaliśmy się tam za sprawą kolejnej odsłony festiwalowej sekcji Nie tylko Cannes – bułgarskiego filmu Zornitzy Sophii Mila z Marsa (Mila ot Mars).


Bohaterką tego dziwnego i cudownego w swojej egzotyce widowiska była hip-hopowo-postpunkowa nastolatka z domu dziecka w stolicy, wykupiona z niego przez mafijnego bossa, dziewczynka co prawda koścista, ale bardzo rezolutna. Na tyle rezolutna, że w końcu od bossa uciekła i jadąc krajem jesiennym, tak długim jak szerokim, z brodatym bułgarskim szoferem u boku, trafiła do rozlatującej się malowniczo, przygranicznej wioski. Pośrodku wioski stało drzewo i ławka, a na niej banda upalonych staruszków. Staruszkowie hodują zioło w swoich przydomowych ogródkach i raz w roku sprzedają hurtowo bossowi. Dziewczynka, wychodząc pewnie z założenia, że pod latarnią najciemniej, postanawia zostać tam dłużej. Przygarnięta przez staruszków, na różne sposoby oswaja codzienną prostotę życia na odludziu. Dostaje pokój w szachulcowym domku, który jak wszystko wokoło być może zaraz się rozpadnie. Ściany ma kolorowe, firanki z mereszką. Obcisłe, krótkie, srebrne spodenki zamienia na piękne płócienne sukienki, ozdobione ludowym haftem, zapuszcza włosy. Chwilami jest wściekła i biega po okolicy, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, ale częściej przyjmuje nowe otoczenie i jego mieszkańców z pełną akceptacji ciekawością. Kolekcjonuje zdjęcia ich twarzy, słucha pół-prawdziwych, pół-wymyślonych historii, uczestniczy w tradycyjnych rytuałach, odwiedza błękitną cerkiewkę. Dziewczynka spodziewa się dziecka, co ogromnie cieszy jej opiekunów. Kiedy dziecko przychodzi na świat, staruszkowie traktują je jak swoje, zaniedbując dziewczynkę. Ta w depresji postanawia się zabić, ale na przeszkodzie temu pomysłowi staje tajemniczy mieszkaniec kamiennej wieży, stojącej na pagórku niedaleko wioski. Ów młody, przystojny tai-chista, wspinacz skałkowy, były żołnierz i niuejdżowiec z tatuażami i kolczykami w uszach jest synem jednego ze staruszków. Jedyni młodzi w wiosce zakochują się w sobie, choć historia ich miłości zaczyna się specyficznie – dziewczynka wiąże sobie sznur z prześcieradła na szyi, a chłopak niby to ją ratując, rozwiązuje niezdarny supeł, zawiązując go jak należy. Nim dojdzie między nimi do romantycznego zbliżenia wśród bułgarskich kotów (rodzaj koca z długim włosem), całe popołudnie będą się policzkować, ot, bułgarski temperament. Wszystko jest w tym filmie wymieszane, teraźniejszość porwana jest retrospekcjami, ławkowe rozmowy mieszają się bez związku z dziewczyńskimi wędrówkami po pustynnym wioskowym krajobrazie, ciemna ziarnistość niektórych scen nagle przechodzi w słoneczną mgiełkę. Kim jest młody tai-chista? Czy faktycznie synem staruszka, który opowiada o swoim synu – żołnierzu, co po powrocie do domu malował wszystko na niebiesko? Dlaczego dziewczynka znowu próbuje uciec? Skąd tai-chista zna bossa i co jest tematem ich rozmowy? Nic tu nie zostaje wyjaśnione. Czy musi? Podobał nam się ten film. Podobały nam się bułgarskie piosenki, kamieniste pobocza dróg, domy o nierównych ścianach, wytarte cerkiewne freski, podobała nam się mgła i śnieg, i sukienki dziewczynki, jej czapka uszatka i wielkie buty, podobał nam się tai-chista i koty, rąbanie drewna i widoki z wieży, i język o raz łagodnym, raz chropawym brzmieniu. Było nam w tym filmie dobrze.


W moich żyłach nie płynie ani jedna kropla bułgarskiej krwi, ale w żyłach mojego kuzyna płynie całe morze. Moja droga ciocia wyszła zamąż za Cwietana. Pamiętam go niedokładnie, chyba raczej ze zdjęć i ze słodkich, popudrowanych galaretek. Miał kruczoczarne włosy i kruczoczarną, wielką brodę. Bałam się go. Przyjeżdżał rzadko, wtedy byli już po rozwodzie, a moja ciotka nie chciała niczego opowiadać o tym kraju i o tej historii jakby nie było miłosnej. Do dziś żałuję.

niedziela, 18 września 2005
Dlaczego, mistrzu?


Kiedy na twoich rękach umiera system, kiedy robactwo wżera ci się w rejestr, kiedy dzień po dniu coraz bardziej wątpisz, że magiczna skrzynka twojego osobistego komputera odzyska blask, a magik obraca jej klawiszami wte i wewte z miną sapera i z niedowierzaniem w oczach, myślisz, że oto życie zaczyna się od nowa. Taki dar. Czyste, niewinne, bez przeszłości. No może niezupełnie do końca wyczyszczone, to dopiero byłaby katastrofa na miarę wojny światowej. Jak uciekinier ze spalonego domu, zabierasz ze sobą kilka niezbędnych drobiazgów, jakieś pamiątki, zdjęcia, precjoza, nadpaloną korespondencję i przenosisz się w inne strony, obce dopóki ich sobą nie wypełnisz, nie poustawiasz swoich ulubionych skrótów na pulpicie.

No właśnie, czułam się w ciągu ostatnich dni jak bohater Mistrza Piotra Trzaskalskiego, który w ostatniej scenie filmu podpala swój dom – autobus marki Jelcz. Podróżował nim z miasteczka do miasteczka razem z trupą stworzonego przez siebie Cyrku Noża. Zostaje z niczym. Z sobą. Znowu sam i znowu w punkcie wyjścia. Stepy ukraińskie posłużyły tu za scenerię. Piękne. Krajobraz nieskończony. Wysokie trawy mają zwartą i delikatną zarazem fakturę. Można się w nich położyć, ukryć, ale nie przed kamerą operatora Piotra Śliskowskiego, który często z góry, z lotu ptaka śledzi losy bohaterów. I kładzie się w tych trawach Konstantin Ławronienko (znany u nas z roli ojca w Powrocie Zwiagincewa), mężczyzna wilczy, szorstki, pijący i uciekający. Ławronienko porusza się w tym świecie - scenograficznie doskonałym (zasłużona nagroda za scenografię dla Wojciecha Żogały) – chwilami przynajmniej lekko zażenowany. To takie moje osobiste wrażenie. Tak mi żal tego dobrego aktora, który minimalistycznie potrafi samym spojrzeniem, postawą, nieznacznym ruchem stwarzać wielkie dramatyczne napięcie, który nosi w sobie tajemnicę i słowiański smutek. Tymczasem autorzy scenariusza - Trzaskalski i Lepianka wkładają w jego usta słowa, które on obraca pięknie z rosyjska akcentując, jednak słowa te niewybaczalnie mówią wszystko. To chyba podstawowa wada tego filmu – dosłowność i przewidywalność, zaropiała skaza na lśniącej powierzchni, posiadającej przecież pewien urok i potencjał. Tak zwykle toczą się losy twórców ozłoconych za debiut (Edi, 2002). W drugim filmie czuć ich strach i usilną chęć powtórzenia sukcesu. Z tej spędzającej sen z powiek, napiętej jak struna chęci rodzi się porażka.

Mamy więc przed sobą cierpiącego - chwilami - w milczeniu, ciągle pijanego Rosjanina, dyplomowanego mistrza sztuki cyrkowej, mistrza noża, obdarzonego niezwykłymi zdolnościami lewitacji, nad którymi nie panuje. Mistrz na swojej drodze spotyka prostytutkę lesbijkę i akordeonistę, który uciekł od żony i niewidomego od urodzenia syna. Zakłada z nimi cyrk, żeby zrealizować swoje marzenie, zebrać pieniądze na podróż do Paryża. Szybko poznajemy szczegóły mrocznej przeszłości mistrza – walczył w Afganistanie. Likwidując jedną z wiosek, wysadził w powietrze dom pełen dzieci. Miłość jest dla niego czymś gorszym niż wojna. No, ale zakochuje się jednak w niewinnej dziewczynie z miasteczka, w którym trupa cyrkowa zatrzymuje się na dłużej. Dziewczyna chce, żeby mistrz z nią został, już robi mu na drutach sweter, już zachodzi z nim w ciążę. On nie ma ochoty zostać ojcem, ona z rozpaczy straci nienarodzone dziecko. On się nawraca, za późno, ale przynajmniej namawia akordeonistę na powrót do domu.

Ostatnio w jednej z rozmów Mo zastanawiała się, dlaczego Stasiuk nie umieszcza w swoich powieściach młodych kobiet, że taka postawa jest nie tyle może nienormalna, nie tyle dyskryminująca dla tychże, ile znacząca, taki wiele mówiący fakt. To nie do końca prawda, że nie umieszcza, ale każdy ma swoje osobiste preferencje. Trzaskalski na przykład umieszcza. Wszystkie jego aktorki są do siebie podobne – młode, delikatne, zwiewne, piękne na wzór kobiet Botticellego i zupełnie pozbawione charakteru. Jak baranki ofiarne. Więc znowu mi żal, życzyłabym sobie u boku Ławronienki kobiety pełnokrwistej, żeby jego decyzja nawrócenia na normalne życie, o ile taka w ogóle miała miejsce, była uzasadniona żywą, pulsującą energią, z tej kobiety emanującą. Ale film Trzaskalskiego jest tej energii pozbawiony na wszystkich poziomach, jest tak samo piękny w swoich symbolicznych pozach i scenografiach, co martwy jak ukwiecona martwa natura. I tylko w przebłyskach, ale żywo wypadają te miasta, przez które przejeżdża autobus cyrkowy. Podobają mi się wąskie ulice pełne zakrętów, z wysokimi na dwa piętra kamienicami, z których tu i tam odpada tynk, ale okna mają duże, udekorowane tympanonami i główkami gapiów, a wewnętrzne uliczki pną się w górę małymi schodkami pół na pół z czymś, co przypomina wybrukowaną kamieniami pochylnię dla wózków, gdzie niegdzie widać wypłowiałe trawniki. I widać też, że Ławronienko dobrze się tu czuje, dobrze wygląda, na obrzeżach, w lesie, w stepie, w prowincjonalnej, kiepsko oświetlonej knajpie, gdzie popisuje się refleksem, łapiąc jedną ręką spuszczaną z wysokości szklankę z wódką. I zastanawiam się wtedy, po co mu była ta cała pretensjonalna, nieprawdziwa historia. Dlaczego, dlaczego, mistrzu?


środa, 14 września 2005
Przyjaciele dalecy i bliscy

Niestety picie piwa sposobem słowackim (B krzyczy: czeskim, ja krzyczę: słowackim), czyli z dodatkiem becherovki, wpuszczonej do kufla w postaci tzw. ubota (rzecz się działa w Gdańsku), potrafi zwalić z nóg, ewentualnie pozbawić dobrego samopoczucia dzień po. Przełknąć można i to, szczególnie, że wieczór był miły, choć już chłodny (dzieliliśmy się skarpetkami), spędzony w towarzystwie przyjaciół, w miejscu nowym, pachnącym jeszcze farbą, żeby nie powiedzieć smarem. Niedaleko skrzyżowania Grunwaldzkiej z ulicą Do Studzienki w coraz bardziej egzotycznym Wrzeszczu, w miejscu, w którym kiedyś funkcjonowała malutka stacja benzynowa z warsztatem, składającym się może z trzech stanowisk naprawczych, otwarto niedawno „Garaż”. Kula po Wrzeszczu spacerująca nader często trafiła na tę knajpkę wczesnym sobotnim popołudniem i siedząc przy stole na chodniku przed wielkimi garażowymi drzwiami, patrzyła na samochody i tramwaje o tej porze, w tej części miasta przemykające ulicą masowo i hałaśliwie, podtrzymując garażowy klimat. Wczoraj samochody świeciły nam w oczy, filuternie do siebie mrugały w koleinach szos, a potem zmienił się widok, osłoniły nas zabłocone terenówki stałych bywalców garażu, matczynie nas osłoniły przed wiatrem i spojrzeniami zagubionych około północy kierowców. Doszliśmy do wniosku, że jak jechać do Serbii, to tylko takim sprzętem, bo na samolot do Belgradu nas nie stać. Tylko skąd sprzęt? Zaczęłyśmy się baczniej rozglądać za właścicielami terenówek. B przywoływał nas do porządku, z wdziękiem proponując Bieszczady. Czy wobec tego wylądujemy w Słowacji, pijąc piwo sposobem czeskim lub słowackim, dedykując tę podróż wiecznie narąbanemu narratorowi „Supermarketu bohaterów radzieckich”? Niewykluczone.

Co do przyjaźni między narodami, to podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni poza konkursem można obejrzeć filmy kinematografii zaprzyjaźnionych. Bardzo przyjemna okoliczność. Wczoraj, po drodze wpadając niemal w objęcia Piotra Trzaskalskiego, który biegł wysłuchać reakcji publiczności, oglądającej jego „Mistrza”, trafiłam na projekcję filmu Pétera Gárdosa „A porcelanbaba” (Porcelanowa lalka). Fabule znanego węgierskiego dokumentalisty blisko do filmów Tarra, książek László Krasznahorkai’a, a jeszcze bliżej do Marqueza i realizmu magicznego „Stu lat samotności”. „A porcelanbaba” jest adaptacją trzech nowel Ervina Lazara z tomu „Csillagmajor”. W filmie obok Sandora Csanyi’a w epizodzie (znanego u nas z roli w „Kontrolerach”) pojawili się naturszczycy. Zagrali doskonale, wszyscy bez wyjątku. Akcja filmu toczy się w rozgrzanej słońcem wsi, gdzieś w Europie Środkowej. Pierwsza opowieść rozegrana jest w zbliżeniach, w zażółconym filtrem krajobrazie, jej bohaterem zostaje kilkunastoletni chłopak, chudy, wysoki, piegowaty rudzielec. Prawdopodobnie trwa jakaś wojna, prawdopodobnie pierwsza światowa. Chłopak z ukrycia obserwuje ogrodowe zabawy właścicieli folwarku. Chłopcy skaczą tam wzwyż i rzucają ołowianą kulą. Kiedy zapadnie zmrok, wejdzie do ogrodu i też spróbuje, z nabożeństwem będzie dotykał konstrukcji do skakania, dotknie Absolutu, mając w rękach drewnianą tyczkę. Tymczasem do wioski przyjeżdżają żołnierze. Zabierają co popadnie, zastraszając wieśniaków. Ich dowódca ma twarz i postawę kapitana Yonoi z filmu Oshimy „Wesołych świąt pułkowniku Lawrence” (Ryuichi Sakamoto). Dowiaduje się o niezwykłych umiejętnościach chłopca, który chętnie pokazuje, co potrafi. Dowódca organizuje zawody, wystawiając w nich swoich najlepszych ludzi. Rzut ołowianą kulą, skok wzwyż, w końcu wyścig sprinterski. Chłopak ciągle wygrywa. Podczas biegu dowódca nie wytrzymuje i strzela do niego serią z karabinu. Ludzie we wsi stanowią jeden jakby organizm, zawsze są grupą, zwartą, wczepioną w siebie, zwykle milczącą, razem uczestniczą we wszystkich wydarzeniach. W ładnym kadrze okolonym jak ramą stopami wieśniaków, chłopak leży na tle piasku w wypełnionym wodą, drewnianym korycie, nad nim pochyla się stara kobieta, spracowanymi dłońmi obmywa ciało, białe, z czerwonymi guzikami ran. Mówi coś cicho, płacze, jej ręce poruszają się bez przerwy, łagodnie, z miłością. Pod wpływem dotyku rany jak zmazane gumką znikają. Chłopak otwiera oczy i uśmiecha się, jak zwykle szczęśliwy, jak zwykle zachwycony wszystkim, co go spotyka. Wypluwa lśniące w słońcu łuski od kul.

Kiedy do wsi przyjeżdża czarną wołgą Sandor Csanyi, obraz robi się czarno-biały. Ów wysłannik Boga albo Diabła obiecuje wieśniakom wskrzeszenie dwójki umarłych kilka lat wcześniej dzieci. Wieśniacy idą na cmentarz, odkopują trumny, wyciągają z nich nienaruszone zwłoki i tańczą ze szczęścia, myśląc o umówionej godzinie wskrzeszenia. Kładą ciała na wyjętych z futryn drzwiach i czekają w milczeniu. Mali chłopcy wdrapali się już na drzewa przy drodze. Wiatr porusza gałęziami, szeleszczą liście, z drogi podnosi się pył. Na horyzoncie nikogo. Szybkie ruchy kamery tuż obok bardzo powolnych sugerują, że patrzymy na to wszystko okiem jakiegoś niewidzialnego, nieludzkiego stworzenia, wyjętego ze współczesnego horroru. Przedłużające się oczekiwanie przerywają coraz silniejsze podmuchy wiatru. Wiatr szarpie chustkami kobiet, zrywa z głów kapelusze mężczyzn, to wiatr sprawia, że nagle porcelanowe twarzyczki dzieci w oczach gniją, kruszeją, rozsypują się w pył. Wieśniacy krzycząc rozbiegają się po wsi jak zwierzęta przed nadciągającą burzą. Wiatr szarpie białymi prześcieradłami, wiszącymi przed chatą na sznurze.

Bohaterami trzeciej opowieści są staruszkowie, którzy wysiedleni ze swojej wioski uciekają z transportu i trafiają do wioski, w której toczy się akcja filmu. Ich twarze są smutne i bardzo zmęczone. Wieśniacy pomagają parze uciekinierów, oddają im skromną izbę, przynoszą podstawowe sprzęty, jedzenie i wodę, jednak pośród nich ukrywa się Judasz, który wydaje staruszków. Kiedy przyjeżdżają po nich żołnierze, ci rezygnują z ucieczki, nie zgadzają się jednak opuścić tego miejsca, wchodzą w łan żyta i znikają. Pozostaje po nich ślad – wygnieciony w zbożu kształt dwóch ludzkich sylwetek. Nocą jednego z wieśniaków budzi płacz. Idzie na pole, w miejscu, w którym znikli staruszkowie wyrosły dwie fosforyzujące, delikatne rośliny. Wykopuje je i przenosi na cmentarz. Z roślin w ciągu nocy wyrastają dwie wysokie topole.

Wieśniacza naiwność, zachwyt, nadzieja, śmieszność, strach, bohaterstwo, miłość, śmierć, poświęcenie nabierają tu uniwersalnego znaczenia. Wiara w niesamowite opowieści, przekazywana z pokolenia na pokolenie, staje się dzięki temu czymś pierwotnym, mitycznym, niezbędnym do życia. Tęsknimy za nią. Film Pétera Gárdosa jest tej tęsknoty ucieleśnieniem. W dodatku reżyser i scenarzysta w jednej osobie buduje fantastyczny świat niezwykle prostymi środkami. Trochę w tym śmiechu, trochę mrugania okiem. Na koniec pokazuje swoich aktorów-naturszczyków upozowanych w ich naturalnym otoczeniu. I to na tle owych opowiadanych przez nich w filmie, niesamowitych historii dopiero wydaje się sztuczne. Ale sympatyczne. Iluzje, iluzje.

poniedziałek, 12 września 2005
w Gdyni

Staram się nie pisać o rzeczach, które mi się nie podobają. Jednak od każdej reguły prędzej czy później odskoczy wyjątek. I spadnie niedaleko niczym jabłko, trzymające się jabłoni. I jak tu – pytają – nie pisać o kinie polskim, skoro Gdynia tak blisko, na wyciągnięcie ręki, a nawet bliżej, w dodatku Gdynia jubileuszowa? Nijak się nie da i na coś do srebrnego screenu trzeba będzie podjechać, zobaczyć, wysiedzieć jak jajko. Stąd Gdynia-on-lajn niebawem ujrzy światło dzienne. Tymczasem rok temu, pogrążona w manifestacyjnej ignorancji, wrześniowym popołudniem trafiłam na film, jak się później okazało najlepszy w konkursie, na „Pręgi” Magdaleny Piekorz. Ponieważ debiut był to reżyserski, scenariuszowy (Wojciech Kuczok) i operatorski w pełnometrażowej fabule (Marcin Koszałka), poczułam na plecach dreszcz, nie dreszczyk ryzyka. Scenariusz napisał Kuczok na podstawie swojej chwalonej książki "Gnój", która następnie otrzymała Nagrodę Nike. Ale film nie był dobry. Nie był dobry, a jednak zrobił na nas (byłam z Jolką, która ma w zwyczaju w chwilach ważnych dramaturgicznie głośno wypowiadać imię Boga nadaremno) wrażenie. Nic dziwnego, bo to jest historia z gruntu szantażująca emocjonalnie. Nie znoszę takich filmów! Co za łatwizna! Ktoś umiera w mękach, ktoś jest bity, albo dziecko... Jezus (to Jolka). No więc jest to z gruntu sytuacja niepokojąca, bo twórca, co się za taki temat bierze, musi się czymś innym wykazać w dwójnasób, żeby to nie było wszystko zbyt żałosne. Nawet taki cudowny Nani Moretti przejechał się na tym temacie w „Pokoju syna”. U Kuczoka historia tłamszonego, bitego przez ojca chłopca rozegrana jest w języku. Bo wszystko, co nas podnieca, to nie jest kasa, ani nawet seks, tylko forma. W filmie wyżej wymienionych zabrakło.

.

Najpierw więc mamy dzieciństwo chłopca - dramat klasyczny w czerni i bieli, przyzwoity, z dobrą rolą Frycza, który chyba się szprycuje jakimś aloesowym eliksirem młodości, bo od lat wygląda tak samo. Potem akcja przenosi się w teraźniejszość - ten bity chłopiec, co w końcu uciekł od ojca, ma już lat 30 i gra go nie kto inny, tylko amant naszych czasów - Michał Żebrowski. I tutaj się zaczyna zabawa. Bo nagle w miarę dobry scenariusz sypie się jakoś, robi się sztucznie papierowy, dialogi się sypią i w ogóle. Ten duży chłopiec ekstremalnie chodzi po jaskiniach (a ojciec go zawsze przezywał słabeuszem), ma bzika na punkcie porządku i generalnie we wszystkich swoich zachowaniach bardzo upodabnia się do ojca, zupełnie tego nie zauważając, bo przecież on ojca z nienawiści i z miłości wykreślił ze swojego życia. Słucha zamiast muzyki okropnego jazgotu i taki jest w swojej samotności zapiekły, że zraża wszystkich ludzi, którzy próbują się do niego zbliżyć. Żebrowski absolutnie uteatralnia tę rolę, jest niewiarygodnie złym aktorem filmowym, przerysowuje, ugroteskawia. Oczywiście pojawia się dziewczyna, która pomału, ale z jakąś dziwną determinacją przebija się przez ten jego kokon gniewu i udaje jej się obudzić w nim miłość, zepchniętą w Cień. Sentymentalne, ale ładne. Tymczasem gdzieś w tle ojciec umiera na raka, zostawiając synowi kasetę z przeprosinami. W ostatniej scenie zaś chłopak dowiaduje się, że sam zostanie ojcem. Nic nie poradzę - to jest film nie do zniesienia banalny. I dlatego do szału doprowadza mnie myśl, że coś musiało w nim być na rzeczy, że mnie dotknęło, zaszantażowało nie na żarty. Domyślam się. Wątek z kokonem. A ten grubszy czy cieńszy - każdy z nas w pewnym momencie życia z różnych powodów sobie tka, głównie po to, żeby się ochronić przed dojmującym poczuciem utraty złudzeń. I pomyślałam sobie, że ludziom się zwyczajnie nie chce sobie nawzajem rozkruszać tych kokonów, szczególnie tych najbardziej twardych, najtrudniejszych, najszlachetniej zamotanych. A tu mamy przykład chęci szczerej odmotania, rozkruszenia i nadzieję, że próba owa się powiodła, powiedzie. Nieznośny happy end i najbardziej prestiżowa nagroda w kraju. Reżyserka, odbierając tę nagrodę płakała jak bóbr, rozmazując sobie makijaż. I dlaczego ona tak płakała, zastanawiam się.

.

.

(kto im projektuje plakaty?)

sobota, 10 września 2005
kobietą Driesa być

Ten ładny pan, który łypie na mnie okiem z lśniącej czarno-białej strony kolorowego magazynu to jest Dries. Dries Van Noten. Belg. Ach, wszystko mi leci z rąk przez to jego łypanie. Wylatywanie mi wszystkiego z rąk powoduje, że R przestraszony wyskakuje ze swojego łóżka i podąża ku mojemu, co o tej zwłaszcza porze wieczornej jest zabronione. R dzisiaj dał mi popalić, jego złe samopoczucie i kłopoty zdrowotne zniweczyły moje wieczorne wyjście. Kolejna parapetówka tym razem w Dolnym Mieście mogła się skończyć krwawo. Na Łąkowej zwyczajowo wyrywają torebki. Zresztą nie tylko na Łąkowej. Postanowiłam spędzić oddany mi czas romantycznie - z Driesem. Na złość R, który cały wieczór symulował i histeryzował, jak to facet potrafi.

W malutkim butiku Driesa w centrum ekskluzywnej Antwerpii na wystawie ustawiono stare krawieckie manekiny i aparaty fotograficzne, pamiętające czasy, kiedy to jego dziadek w lokalu naprzeciwko szył na miarę szykowne garnitury. Gdybym mogła, znalazłabym się teraz właśnie tam. W nieco ciasnym i przykurzonym wnętrzu, źle oświetlonym, w każdym razie nie tak jak wiele tego typu butików. Dries nie musi już starać się o klientów. Działa na modowym rynku od dobrych kilkunastu lat. Od kilku pojawia się na pierwszych stronach najpopularniejszych magazynów. Obserwuję go. Zmienia się, zachowując styl. Niezwykły.

Dwa lata temu styl Driesa nazywano etnicznym, folklorystycznym czy ludowym. Dlatego, że używał tkanin o egzotycznych wzorach, często wyszywanych cekinami, robionych na zamówienie we Włoszech, haftowanych w Indiach, wykańczanych w Belgii, dużo w tym było nostalgii za podróżami po europejskich obrzeżach, po Gruzji, Rumunii, Bułgarii, Albanii, Bałkanach, trochę Wschodu Bliskiego i Dalekiego. Modelki na głowach nosiły futerkowe czapeczki. Ubrania otulały je wieloma warstwami, bywało - każda warstwa miała inną fakturę, grubość, wzór, charakter, razem tworzyły kompozycję. To tkaniny budowały kobiecą sylwetkę, ruch tkanin, ich ciężar, różnice między nimi. Sylwetka pozostawała w cieniu tajemnicy ubrania. Pozbawione prostoty, oddawało ducha czasu. Kolejne lata przyniosły nieuniknione zmiany. W tym sezonie letnia lekka, niezobowiązująca kwiecistość, została zastąpiona nasyconymi plamami koloru, doskonałym krojem krótkich żakietów z za krótkimi jakby rękawami, blaskiem satynowych spódnic i delikatnymi dodatkami ze sztucznego futra. Cudowne zeszłoroczne pumpy-rybaczki straciły na spektakularności, są węższe, podwinięte, mniej rzucają się w oczy, stanowią tło dla żakietów i wystających spod nich, asymetrycznych bluzek. To lubię.

czwartek, 08 września 2005
czeski film

Kiedy wracałam dzisiaj wieczorem z Gdańska, w kolejce S(zybkiej)K(olei)M(iejskiej) wszyscy dokoła czytali. Grubą książkę siedzący naprzeciwko chłopak w rękawiczkach rowerowych bez palców, obok - pan w marynarce z teczką „Talizmany... jakiegoś tam”, na okładce rycerze okładali się mieczami, jeden siedział na smoku. Ja zaś czytałam książeczkę nie za dużą, na okładce mając zdjęcie trzech głupawych facetów, stojących na czołgu, a nad nią czerwono lśniący, choć zamazany, jakby wyszedł z kiepskiej drukarni napis: „Supermarket bohaterów radzieckich”. Książeczka owa okazała się zaskakującym łupem dzisiejszego spotkania z pisarzami. Pisarze przyjechali na Festiwal Kultur Świata, by wziąć udział w >czytaniu w Janie<, bo też czytali swoje powieści w rozsypującym się, chłodnym na szczęście w ten dzień upalny kościele św. Jana, za sobą mając surowe ściany, filary otulone betonowymi opaskami i kamienny ołtarz, przypominający hinduską świątynkę.

.

Na podwyższeniu zasiedli: pisarka Dubravka Ugrešić, Chorwatka z Amsterdamu, kobieta słowiańska, duża, miękka, płowowłosa, wspaniała, o twarzy anioła, o ciepłych, błyszczących oczach, dłonie złożywszy na podołku; obok niej tajemniczy tłumacz, tzw. szeptacz, wyglądający jak dziad z Podola, z siwą długą brodą i małymi bystrymi oczkami, z rumianą cerą i donośnym głosem; obok tłumacza, który tłumaczył na dwie ręce, zasiadł zdecydowanie bohater dnia, niewymuszenie uroczy Czech Jáchym Topol, błękitnooki blondyn w sandałach, o twarzy anielskiej ironicznie, trochę zagubiony, trochę zgarbiony, trochę roztrzepany i zniecierpliwiony sytuacją, a trochę się nią bawiący, szczególnie że na widowni oprócz jego dwóch chichoczących kumpli, nikt nie mówił po czesku, co prowokowało niezwykle zabawne momenty; dalej była para aktorska, która czytała tłumaczenia polskie cytowanych powieści; dalej był Ukrainiec Serhij Żadan z tłumaczem swojej książki „Big Mac” Michałem Petrykiem u boku, w trampkach z wizerunkiem Che Guevary i marynarce z trupią czaszką na plecach. Ta strona szlachetnego grona zdecydowanie była najweselsza, choć literacko najsłabsza. Może to kwestia faktu, że Serhij na wszystkich spotkaniach autorskich z premedytacją czyta ten sam fragment książki, mianowicie sprawozdanie z podobnego spotkania z pisarzami, a może po prostu wolę Serhija – poetę od Serhija – prozaika. Tak czy siak Serhij jak zwykle wyrzucał z siebie frazy głośno i dobitnie, szybko i sprawnie, jak jakiś karabin serię, którą chciałby nas wszystkich wybić wreszcie i mieć spokój, albo jak jakiś raper. Podzielił się opowieścią o niezwykłym dosyć spotkaniu autorskim, jakiego był bohaterem w domu dla upośledzonych dzieci. Okazało się, że większość pensjonariuszy to symulanci. Mówili mu: Serhij, nie myśl, że my jesteśmy debilami, mieszkamy w domu wariatów, bo nam się tu po prostu podoba. Serhij zauważył, że to zdanie bardzo pasuje do naszej w Janie sytuacji.

.

Dubravka nie chciała czytać fragmentów swojej książki, wiosną wydanej w Polsce pt.: „Forsowanie powieści rzeki”. W jakim języku miałaby ją czytać? Jej język został podzielony na trzy: chorwacki, bośniacki, serbski, a teraz to pewnie i czarnogórski. Mówiła po angielsku z wielką dbałością o to, żeby być zrozumianą. Jej głos otacza słowa, wypowiadane w każdym języku, chmurką ciepłej pary, jaką się zwykle wypuszcza z ust w czasie mrozu. Dubravka uważa, że spotkania autorskie są swoistą manipulacją i nie przyczyniają się do zwiększenia sprzedaży książek autora. Wiele pisze na ten temat w swojej gorzkiej książce „Czytanie wzbronione” (Świat literacki 2004).

A Jáchym? Dla niego bycie pisarzem równa się ciągłemu podróżowaniu. Zerwał z tym. Od siedmiu miesięcy nigdzie nie wyjeżdżał, ale Gdańsk jest na jego osobistej mapie miejscem szczególnym, dlatego złamał dany sobie ślub. Kiedyś postanowił z kolegami przejść z Europy Wschodniej do Środkowej. Relacja z tej wyprawy została opublikowana pod tytułem „Supermarket bohaterów radzieckich”. Oto fragment:

.

„Butelki zostawiliśmy na dole, plecaki wrzuciliśmy na górę. Pociąg wybrał Bocian. Pociąg na wschód, w piątek wieczorem. (...) Opuściliśmy pośpiesznie nasz wagon i poszli do przedziału pijalnianego. W niektórych pociągach są wagony restauracyjne. W pociągach na wschód są przedziały pijalniane. Przedział pijalniany to odgrodzona połówka wagonu, pełna facetów. W drugiej połowie jest magazyn i malutki punkt wydawania alkoholu. Piwo jest na ogół ciepłe, czeskie i polskie. Fajki czeskie i amerykańskie. Słowackie są gorzały w małych buteleczkach: wódka i borowiczka. Z Bocianem byłem w ogóle na pierwszej swojej wyprawie. I z Antonem, Fandą, Machim. Był tam na pewno ktoś jeszcze. Minęło już dziewiętnaście lat. Anton pracuje teraz w Izraelu. Fanda przebywa w domu dla księży. Machi jest pismakiem. Wtedy stowarzyszaliśmy się z podobnymi nam wisusami. Z dziewczynami, które wyglądały tak jak my. Stasiuk pisze, że wyglądały jak z Jesieni Czejenów. Teraz zaprzyjaźniamy się z facetami w nieokreślonym wieku między trzydziestką a śmiercią. Przekrwione oczy, dzikie gesty, trochę prostacki śmiech. (...) Jakoś doszło do tego, że siedzimy ze Stojakiem w gromadce mężczyzn i rozmawiamy po słowiańsku. O podróżach i pracy. Tematy szybko nachodzą na siebie. Śmiejemy się i przekrzykujemy. Ktoś pokazuje mi zdjęcia swoich dzieci. No to chwalę się swoimi. Zdjęcia samochodów krążą trochę dłużej. Piwo roznosi dziewczyna. Chodzi jak łania. Dajemy jej ogromne napiwki. Tutaj to taki sport. Jej posępny ojciec wlecze się o pół kroku za nią. Niezmiernie się cieszę, że piję. Potem znajduję się w klubie palaczy przy okienku. Ci tu mają prawdziwe tatuaże. Chociaż blade. Gdzie są ci wszyscy kryminaliści mojej młodości? Po niebieskich kropkach widać było, gdzie siedzieli. I jak długo. Zapomniałem, jakie kropki mieli ci z Valdic. Jakie pensjonariusze z Ilavy czy Sabinova. Mógłbym spytać Brabenca. Jaki tatuaż mają mordercy, wyjaśnili mi współwięźniowie już przy zatrzymaniu na czterdzieści osiem godzin. Wtedy należało to do podstaw wykształcenia. Nie jak te bzdury w szkole. Jirous to na pewno wie. Dzisiaj wszyscy mają tatuaże. Kiedy Načeva kazała sobie wytatuować kota, gadało się o tym, że hej. Dzisiaj to komercja, baranie. Folklor naprawdę jest martwy. Jak ci nożownicy, którzy mieli wokół szyi wytatuowane: Tu odciąć. Oni wszyscy musieli się już przenieść do lepszego świata”.


środa, 07 września 2005
okno było szare

Wiało dzisiaj, miło po wielu dniach niewiania. Trawy się kładły. Złociście. R nurkował w nich w poszukiwaniu jednej chociaż mokrej strużki, wszystko wyschnięte na pieprz, prześwietlone. Wracał do mnie z woalką lepkich pajęczyn na czole. W powietrzu fruwały paprochy, niegroźnie. Nie przylepiały się, tylko nas sobą omiatały, dotykały, łaskocząc nas w locie. Przekwitają już te wysokie, polne kwiaty, które robią się żółte w połowie sierpnia. Wrzosowiska schną powoli. Na przekór złocistości dzisiejszego dnia szarość Kertésza przypomniała mi o szarości Konopki. Na ulicy François Miron w paryskiej rezydencji Beauvais, w prześwietlonym powietrzu też unosiły się paprochy, szare drobiny kurzu na reprodukcji w albumie, który mam teraz na kolanach, niewidoczne. Na tym zdjęciu pod ścianą stoi lustro z ułamanym rogiem, wygląda przez to jak bożonarodzeniowy opłatek. Różne rodzaje szarości, wydobywane przez Konopkę światłem, na światło klasyfikuje w tekście o nim kuratorka wystawy "Szary Paryż" Elżbieta Łubowicz. >Stalowa szarość rozpaczy i tęsknoty< - pisze, >świetlista szarość długiego oczekiwania w powstającej wciąż na nowo nadziei<, >kłębiąca się ponuro, ciężka szarość odbierającego oddech lęku<, >miękko snująca się jak mgła szarość smutku i rezygnacji<, >ciepła, puszysta szarość, w którą można się zanurzyć, zapadając w spokojny sen<. Lubię dziś szary kolor.

ulica De Montmorency nr 50bis, 16.03.1995, foto: Bogdan Konopka

wtorek, 06 września 2005
pod oknem

"(...) nie wiedząc, co ona widzi we śnie; o kim zapomina w suchym korycie rzeki: cały bagaż jej życia to pieprzyki na skórze, skasowane bilety w kieszeniach kurtki; oto zima przewali się z jednego wzgórza na drugie i nadejdzie gorąca pora, kiedy z ziemi wyrośnie tyle różnych rzeczy, aż powietrze będzie musiało unieść się odrobinę, by nie zaczepiać o te długie wysmukłe źdźbła, które wyrastają nie wiadomo skąd i ciągną nie wiadomo dokąd akurat pod jej oknem”.

Serhij Żadan z tomu „Historia kultury początku stulecia”, Wrocław 2005

1972 Martynika, foto: André Kertész

poniedziałek, 05 września 2005
niebieska książka

"Żyję pod kocem - pisze Dubravka Ugrešić - Oblegają mnie sny. Sny mnie wsysają, wciągają w straszliwe głębie, kręcą mną jak tornado, które porywa wszystko przed sobą, i wyrzucają oszołomioną. (...) Rano budzę się, nie wiem, kim jestem, zdarzenia mieszają się, nakłada się czas teraźniejszy i przeszły, a co najbardziej dokuczliwe, boję się zasnąć. Siedzę w łóżku jak w pociągu, głowa ze zmęczenia opada mi na piersi. Obok łóżka mam podręczną półkę z książkami. Książki w niebieskiej oprawie czytam wciąż od nowa, znam je niemal na pamięć. Zielonych nie czytam. Oprawiłam je na zielono, żeby się nie pomylić".

„Baba Jaga zniosła jajo”, Wołowiec 2004

 
1 , 2