agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
sobota, 29 września 2007
cukierek francuski i zakochany kucharz

Spędziłam kiedyś trochę czasu w Normandii. Dawno temu. Trochę ciepłego września. Byłam tam z wizytą u mojej francuskiej koleżanki Katii. Jej rodzice pochodzili z Włoch, matka - z okolic Wenecji, dlatego w salonie zbierała kurz kolekcja szklanych kul z Burano. Ojciec brał udział w wojnie w Algierii i był przeciwny poszerzaniu Unii Europejskiej na Wschód. Do rodziny należał niewielki dom i warsztat samochodowy w wiosce niedaleko Rouen. Na parterze panował układ pałacowy - przechodziło się z pomieszczenia do pomieszczenia. Z kuchni - w której jadaliśmy śniadania i obiady w samo południe, popijając czerwone wino - do jadalni, w której jadaliśmy kolacje, bogate, długie, rozpoczynające się zawsze melonem, popijając wino białe, a następnie - do ciemnego salonu, którego na co dzień nikt nie używał, z portretami i szklanymi kulami z Burano. Dalej, za kolejnymi, nieco solidniejszymi drzwiami znajdowało się biuro, a na piętrze sypialnie.

Jedna z córek kończyła właśnie studia i zamierzała po ślubie ze swoim narzeczonym wyjechać do Anglii. Druga – po wakacjach miała zacząć naukę w Paryżu, chciała zostać chemikiem, by potem zajmować się produkcją kosmetyków. Przed południem jeździłyśmy zwykle małym, starym Renault do pobliskiej piekarni po bagietki, po południu na spotkania ze znajomymi Katii do Rouen, na tradycyjne dla tych okolic cukierki, które stały się moją komunią. Miały migdałowy kształt i smak, migdałową masę między dwoma białymi płatkami. W samochodzie słuchałyśmy François Hardy i Jacquesa Brela, podziwiałyśmy ogrody Moneta w Giverny, w Paryżu zatrzymałyśmy się w studenckim pokoju, wynajmowanym przez siostrę Katii w Dzielnicy Łacińskiej. Pokój był strasznie wąski, mieściły się tam jedynie dwa łóżka, lodówka i umywalka, tuż przy suficie znajdowało się okno z widokiem na dachy Paryża, toaleta – na korytarzu.



a' propos: dachy Paryża (duży zoom z wieży Eiffla)

Przypomniała mi się ta wizyta, kiedy oglądałam film Claude'a Berri, który wchodzi właśnie na polskie ekrany - “Po prostu razem” (Ensemble, c'est tout) GutekFilm. Główna bohaterka – Camille mieszka w typowej paryskiej kamienicy, gdzie na najwyższych piętrach znajdują się takie właśnie “służbówki”. Potem przeniesie się do apartamentu, gdzie będą skrzypieć parkiety, drzwi będą miały kolor zieleni butelkowej i białe gałki zamiast klamek. Gdzie na parkietach będą leżały drogocenne, choć sfatygowane perskie dywany, łóżka będą wąskie, ale z baldachimami. Będzie też trochę prowincji, świniobicie, knajpa z kanapami, obitymi bordowym skajem i stary właściciel w śnieżnobiałym fartuchu.

Camille i dwaj jej młodzi sąsiedzi: Philibert i Franck nie należą już do pokolenia tanguy'nistów (od “Tanguy” w reż. Ètienne'a Chatilieza, który w 2001 roku wykreował postać młodego Francuza, który nie chce zerwać więzi z domem rodzinnym i zacząć dorosłego życia, zjawisko tanguy'nizmu było faktem społecznym na szeroką skalę, który Chatiliez pokazał w komediowej formie). Post-tanguy'niści Berriego, zbliżając się do trzydziestki, albo rodziców nie mają, nie utrzymują z nimi kontaktów, starają się zerwać jakiekolwiek więzi emocjonalne, albo mają rodziców toksycznych, podkopujących ich pewność siebie, jak w przypadku młodego arystokraty Philiberta. Post-tanguy'niści decydują się opuścić dom, ale i tak jest już za późno. Nienawykli do życia poza znajomym otoczeniem i jego regułami, z trudnością nawiązują głębsze relacje z rówieśnikami. “Na wolności” czeka ich samotność, do której w gruncie rzeczy przywykli i konieczność imania się niskopłatnych, pozbawionych ambicji zajęć, których się wstydzą, choć dodaje to ich postaciom heroizmu. Philibert sprzedaje pocztówki w muzeum, dzięki niewyjaśnionej rodzinnej sytuacji spadkowej może zajmować duże mieszkanie w kamienicy, dzieląc je z przyjacielem Franck'iem, wiecznie zmęczonym kucharzem, wychowywanym przez babcię, która teraz zapadła na zdrowiu. Camille jest wychudzoną sprzątaczką u kresu sił fizycznych i psychicznych. Ta trójka zamieszka w końcu razem, by się docierać i uczyć siebie nawzajem.

Film Berriego zaledwie markuje problemy młodego pokolenia Francuzów. Zanim dojdzie do jakiegoś wniosku, popadnie w komediowo-romantyczne schematy, doprawdy urocze. Kucharz – barbarzyńca złagodnieje, dziewczyna przytyje i wyładnieje na wikcie kucharza, ogrzana jego miłością, arystokrata, poznawszy kobietę swojego życia, uda się do logopedy, dzięki czemu przestanie się jąkać i zagra w napisanej przez siebie sztuce, parodiującej rodzinne zwyczaje. Claude Berri znajdzie odpowiedź na każdą młodzieńczą frustrację, pokaże, że chcieć to móc, a móc pomagać innym, szczególnie tym słabszym to prawdziwa rozkosz, można przy tym pomóc i sobie, a razem zawsze jest lepiej. Młode pokolenie doskonale dogada się z tym najstarszym. Berri wleje w nasze serca odrobinę cukierkowo-migdałowej słodyczy. I niech tak słodko zostanie choć trochę dłużej.


Film polecam szczególnie czytelnikom, przerażonym niektórymi fragmentami książki Zygmunta Baumana “Razem, osobno” (Kraków 2003).



aktorzy Guillaume Canet (Franck) i Audrey Tautou (Camille) z reżyserem Claudem Berri na planie "Ensemble, c'est tout"

zwiastun >>


wtorek, 25 września 2007
kino polskie w Łaźni


Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku na warsztat bierze SZKOŁĘ POLSKĄ...

Co jeszcze można nowego i istotnego o szkole polskiej powiedzieć? Czy warto o niej rozmawiać, skoro została z każdej -wydawałoby się- strony opisana? Więc może lepiej poczytać? Czy istotny okaże się kontekst – dnia dzisiejszego, politycznych sporów o prawo własności patriotyzmu, łaźnianej sławy niepokornego i progresywnego rezydenta Dolnego Miasta, zmarginalizowanej dzielnicy Gdańska?

więcej info: www.laznia.pl


poniedziałek, 24 września 2007
w czerwieni

Podczas 32. FPFF w Gdyni (cykl: festiwale filmowe) udało mi się też obejrzeć obsypany nagrodami, w tym specjalną nagrodą jury w Cannes 2006, debiut Brytyjki Andrei Arnold - “Red Road”. Andrea przyzwyczaiła się już chyba do laurów, jej krótki metraż “Wasp” (2003) swojego czasu również został zauważony, a nawet dostał Oscara w kategorii krótkometrażowych fabuł.

Red Road na 32.FPFF w Gdyni

strona festiwalu >>

Film Arnold – jeżeli go już wkładać do jakiejś szufladki - jest psychologicznym thrillerem, zbudowanym wokół wątku, dosyć już przez kino na różne sposoby wykorzystanego, żeby nie powiedzieć zużytego. Ale Andrea Arnold wpadła na pomysł, który ów wątek pokazał w zaskakującym świetle. Bohaterką filmu jest Jackie, która pracuje w centrum miejskiego monitoringu. Na kilkunastu ekranach śledzi niebezpieczne rejony miasta, ulice, zakamarki, podejrzane dzielnice. Jest trochę policjantką, a trochę psychologiem. Czujna obserwatorka musi przewidzieć niebezpieczeństwo, gest, który mógłby być zapowiedzią dramatu. Jednocześnie, zwiedzając za pomocą obiektywu przemysłowych kamer te same miejsca, poznaje zwyczaje ludzi, mieszkających w okolicy. Uważa ich niemal za swoich znajomych – mężczyznę z chorym psem, biurową sprzątaczkę, która w pracy śpiewa i tańczy. Mimowolnie podgląda ich życie. Wydaje się, że to jej wystarcza, bo jej własne życie jest dosyć monotonne, a z pewnością samotne. Co dwa tygodnie spotyka się z żonatym kolegą z pracy i tyle. Reżyserka dawkuje informacje o Jackie powoli, historię, o której opowiada, odsłania opornie, mnożąc niewiadome, wykorzystuje zasady, rządzące gatunkiem.

Wiemy już, że Jackie miała jakąś przeszłość, że jej egzystencja nie zawsze tak wyglądała, że jest zaplątana w jakąś sytuację rodzinną, ale nie znamy szczegółów. W tym samym czasie Jackie wpada na pewien trop. Zaczyna śledzić mężczyznę, mieszkającego w jednym z wieżowców blokowiska na owianych złą sławą miejskich peryferiach. Przy tytułowej Red Road mieszkają głównie dawni więźniowie. Miejsce wygląda jak prawdziwe piekło. Szkockie slumsy. Wielkie mrówkowce kołyszą się na wietrze jak jakieś gigantyczne drzewa w miejskiej dżungli, wszędzie walają się śmieci, utemperowany kiedyś przez planistów świat zarasta chwastami, a po okolicy krążą grupki wyrostków w dresach i bluzach z kapturami. Ten mężczyzna, który najwidoczniej zrobił jej w przeszłości krzywdę, wyszedł na wolność przed terminem.

Jackie nie przestaje go obserwować. Często ekran wypełniają niewyraźne obrazy, pochodzące wprost z kiepskiego technicznie sprzętu. Przejmujemy punkt widzenia bohaterki, która tropi każdy szczegół z otoczenia Clyde'a i jego znajomych. W końcu postanawia zejść ze swego bocianiego gniazda i wmieszać się w tłum, a kamera Andrei Arnold znajdzie się tuż za jej plecami.

Reżyserka osiąga mistrzostwo w generowaniu napięcia i w płynnym, prawie niedostrzegalnym odkrywaniu prawdy. Do tego stopnia, że nie wiem, w którym momencie dowiadujemy się, dlaczego Jackie śledzi Clyda'a. Trudno mi tę chwilę odtworzyć, chwilę, kiedy już wiem, że to, co robi bohaterka, jest naprawdę szalone, perwersyjne. Okazuje się, że Clyde kilka lat temu na haju prowadził samochód i wjechał w przystanek autobusowy, na którym stali mąż i córka Jackie, jej rodzina zginęła. Teraz Jackie chce się zemścić. Przenika w krąg znajomych Clyde'a, zaprzyjaźnia się, prowokuje go, działa wciąż na granicy, powodowana niezależną od niej siłą. Żeby pokonać złoczyńcę – wysłać go do więzienia, musi udawać, ale nie jest robotem, tylko człowiekiem. Wchodzi w jego świat. Miesza się w niej nienawiść, ból, obrzydzenie, trauma z jakąś trudną do wyjaśnienia fascynacją, z pragnieniem unicestwienia przez posiadanie. Po pierwszym starciu ucieknie, po drugim - rozedrgana emocjonalnie będzie wymiotować, w trzecim, decydującym - przeżyje orgazm. Nie przeszkodzi jej to w realizacji planu – będzie chciała oskarżyć Clyde'a o gwałt, upozoruje go, złoży doniesienie na policji, chcąc, żeby zabójca wrócił do więzienia i odsiedział swoje. Po jakimś czasie wycofa oskarżenie.

To, co najbardziej podoba mi się w realizacji Arnold, to niewielki dystans, jaki oddziela nas od jej bohaterów. Nie możemy być na zewnątrz tej historii, wchodzimy w sam środek, zupełnie jak Jackie w piekielny świat Clyde'a. Razem z nią poddajemy się irracjonalnemu przymusowi, razem z nią dotykamy brzydoty i beznadziei, razem z nią jesteśmy przerażeni, postawieni pod ścianą, mimo, że nie do końca rozumiemy, dlaczego i po co to wszystko. Trudno się potem z tego otrząsnąć.




Kate Dickie, Nathalie Press, Martin Compston w "Red Road" reż. Andrea Arnold

zwiastun >>

niedziela, 23 września 2007
miejska love story

Podczas tegorocznego FPFF byłam ciekawa debiutu fabularnego Grzegorza Packa, którego cenię jako sprawnego dokumentalistę (List z Argentyny, Jestem zły, Idź do Luizy). Potrafi pokazać sedno problemu, a swoich bohaterów ogląda z różnych stron, nie ulegając stereotypom. Pacek przekroczył już czterdziestkę, ale wciąż kojarzy mi się z pokoleniem trzydziestolatków, opisywanych przez Piotra Czerwińskiego w bardzo trafnym “Pokalaniu” (Warszawa 2005), czy pokazywanych w swojego czasu głośnym i bełkotliwym filmie “Portret podwójny” (2001) Mariusza Fronta, z cyklu “Pokolenie 2000”. To ci, którzy zjechali z całej Polski do warszawskiej Mekki i próbowali się tu na różne sposoby odnaleźć, tracili złudzenia, w bezosobowym środowisku podobnych sobie napływowych wili gniazda. Pacek też do nich należy. W końcu nie bez przyczyny wystąpił w filmie Fronta, w scenie rozmowy o życiu i szansach na najwyższym piętrze pałacu kultury i nauki. Swój doceniony na krakowskim festiwalu film “Jestem zły” poświęcił dzieciakom z warszawskiej Pragi - odsuniętym, w punkcie wyjścia pokonanym. Ale potem stolicę porzucił, wydawałoby się definitywnie, by kręcić ciekawe dokumenty na południu Afryki. Pomyślałam więc, że fabularny debiut Packa - "Środa, czwartek rano", którego jest reżyserem i scenarzystą - może stać się rozliczeniem z jego warszawskimi doświadczeniami, zamknięciem jakiegoś życiowego rozdziału, bo zdaje się, że reżyser wszedł już na ową górę, z której szczytu patrzy zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość dosyć już rozpoznaną. Zdziwił mnie więc fakt, że na swoich bohaterów wybrał ludzi bardzo młodych, warszawskich dwudziestolatków, że nie będzie mówił o sobie, o swoim pokoleniu, choć w jego wykonaniu, z jego przenikliwością byłoby to chyba interesujące, przynajmniej dla mnie. Szczególnie, że branie na warsztat eksytacji wczesnej młodości coraz częściej wydaje mi się dzisiaj pomysłem niebezpiecznie komercyjnym.


środa czwartek rano na 32.FPFF w Gdyni

strona festiwalu >>

Nie pomyliłam się o tyle, że rzecz dotyczy stolicy. Akcja filmu będzie się toczyła w kilku charakterystycznych punktach miasta, m.in. w centrum, wokół pałacu, w podziemiach dworca centralnego, w hotelu Metropol, na powstańczym cmentarzu, na stadionie, który jest dzisiaj czymś w rodzaju drugiego po PKiN symbolu stolicy, na warszawskiej Pradze. Operatorem Packa został Bogumił Godfrejów, silna osobowość operatorska, znany ze współpracy ze Sławomirem Fabickim. I czuje się tu jego rękę, film zawdzięcza mu miejską gorączkę, rozedrganie, szaleństwo, tempo, jakbyśmy się znajdowali w środku jakiejś nieustannej ucieczki, stąd słuszne skojarzenia komentatorów z francuską nową falą i “Do utraty tchu” Godarda. Fabuła w zarysie, odrobinę też zbliża się do historii zbuntowanych francuskich kochanków, którzy albo biegają po mieście, albo czas spędzają w hotelowym pokoju, niespecjalnie myśląc o przyszłości. Ich niefrasobliwość jest jednak świadomym wyborem, stylem, jaki przyjmują po wejściu w dorosłość. Młodzi u Packa wyglądają, jakby właśnie wypadli z piaskownicy. I to głową w dół. Mają za sobą jakieś doświadczenia. Chłopaka właśnie zdradziła ukochana, z którą mieszkał przez kilka lat, wyjechała do Stanów. Kiedy będzie chciał odebrać pieniądze za niewykorzystany bilet lotniczy, krzyknie dramatycznie, że umarła. Potem trafi do szpitala, bo stanie na drodze taksiarzowi i będzie się domagał przejechania. Tak, film Packa jest irytujący podobnie, jak mogą być irytujące nastoletnie (a przecież mają po 22 lata) egzaltowane dzieci. Chłopak na pogotowiu spotka swoją rówieśniczkę, która nie da mu spokoju. Jak na wakacjach w podstawówce będzie za nim łazić, naprzykrzać się, wciągać go w kolejne tarapaty, niczym się nie przejmując, gotowa rzucić się bez strachu w każde wariactwo, pod koła samochodu, albo zaśpiewać w knajpie, bez wstydu, wszystko jedno gdzie i po co, bez granic. Chłopak, niby spokojniejszy, będzie recytował coś o zdrowej żywności, buddyjskich mantrach, jakieś straszne bzdury.

W połowie filmu chcę poprosić Packa, żeby został przy dokumencie, bo chyba dłużej tego nie zniosę. W całą tę historię warszawską wplątuje też duchy umarłych powstańców, nie dosłownie, ale tragiczna, odległa przeszłość miasta jest obecna na każdym kroku. W finale okazuje się, że były ku temu powody. Czy Pacek każe nam zastanawiać się, jacy byli wtedy ludzie? O czym myśleli, co robili w obliczu wydarzeń, które stały się ich udziałem? Czy mamy porównywać? Czy dzisiaj młodzi też nie uczestniczą czasem w jakiejś wojnie, gdzie się walczy o resztki rozumu w głowie, przyzwoitości, współczucia? Może. Para bohaterów Packa wbrew zapowiedziom stanie się parą tragiczną – po spędzonej w hotelu nocy ona straci przytomność, on co prawda zadzwoni po karetkę, ale w pierwszym odruchu ucieknie. Kiedy dowie się, że dziewczyna jest śmiertelnie chora, a to właśnie kolejny wzmożony atak choroby, będzie chciał czuwać przy jej łóżku, majacząc coś o miłości. Wtedy ona poprosi go o ostatni zastrzyk.

Chcę obronić Packa, ale chyba nie dam rady. Dobrze chwyta rytm miasta, ale nie chwyta wiatru w żagle. Rozumiem jego intencje, ale to nie moje kino. Po prostu. Nie lubię w kinie takiego krzyku, takich narzucających się rozwiązań, nawet jeżeli są uzasadnione dobrymi intencjami twórców. Wiem, że współczesna kultura jest infantylna i tylko jakiś prawdziwy szok może nas z tego infantylizmu wyzwolić. Może dla tego chłopaka jest jakiś ratunek, a może nie. Nie wiem. Dla Packa ratunkiem jest – jak mi się wydaje – powrót na łono prawdziwych historii, o których umie opowiadać w sposób ciekawy i zaskakujący.




piątek, 21 września 2007
panna wodna


I polały się łzy czyste, rzęsiste. Oklaski były szczere, długie, zupełnie jak w Toronto, gdzie niedawno “Pora umierać” miał swoją festiwalową premierę. Udało się Dorocie Kędzierzawskiej zrobić film bardzo dobry, mądry i wzruszający. Mimo ścisłej już i dozgonnej współpracy z Arturem Reinhartem, którego tu: kiedyś nazwałam polskim Storaro, wampirem wysysającym reżyserskie soki, aspekt formalny nie narzuca się tak mocno jak w ostatnich filmach reżyserki. Jest obecny, wyczuwalny, choćby dzięki czarno-białym zdjęciom, ale delikatnie. Prawdziwą gwiazdą, której twarz filmowaną w zbliżeniach z czułością na długo zapamiętamy, pozostaje Danuta Szaflarska, bo “Pora umierać” jest w gruncie rzeczy jej osobistym monodramem. Kędzierzawska jak zwykle starannie dobiera filmową scenerię, to stara drewniana willa na warszawskiej ulicy Panny Wodnej, otoczona zarośniętym ogrodem, dom głównej bohaterki, który w całości należał przed wojną do jej rodziny. Właśnie umarła ostatnia przydziałowa lokatorka willi, jej dwie rezydentki – Szaflarska i cudowna suka Filadelfia nazywana Filą (brawa dla tresera i psa Tokaja!) - mogą się wreszcie cieszyć spokojem i intymnością.

pora umierać na 32.FPFF w Gdyni

strona festiwalu >>

To prosta historia, zupełnie taka jak u Lyncha. Wchodzimy w świat starej kobiety, a tym światem jest ukochany dom i związane z nim wspomnienia, a także codzienne rytuały: obserwowanie okolicy z ambony – oszklonej werandy, popołudniowa herbata, czy nalewka, rozmowy z psem, drzemki, telefony od syna, jego nieliczne wizyty i marzenie, które mogłoby się teraz ziścić, żeby syn z rodziną zamieszkał w zrujnowanej willi i ją wyremontował. Szaflarska jest piękna, bardzo kobieca i zabawna, ale potrafi z wesołości przejść w smutek gładko, naturalnie, a przecież smutek i samotność towarzyszą jej obecnemu życiu co krok. Niby to wybiera się już na tamten świat, ale tyle ma do zrobienia, zobaczenia, odczucia. Cieszy się każdą chwilą, słoneczną czy deszczową. Każda chwila ją zastanawia, zatrzymuje. Poświęca innym myśli. Z wysokości ambony będzie przyglądać się życiu małżeństwa nuworyszów z naprzeciwka i mieszkańców domu - ogniska dla biednych dzieciaków z okolicy. Arystokratka w swojej wieży z kości słoniowej. Trochę tak. Dopóki tamci nie wykonają w jej stronę gestów, złej i dobrej woli. Bogaty sąsiad postara się przekonać właścicielkę do sprzedaży domu, za jej plecami dogada się z ukochanym synem, który boleśnie matkę zdradzi, rozczaruje. Tymczasem jeden z ogniskowych chłopców, odwiedzi ją na werandzie, szczerze przyznając, że chciał coś “podprowadzić” najpewniej bogatej staruszce, ale też porozmawia, da się poznać. Rodzina stanie się dla niej obca, z obcymi poczuje bliską więź, wierząc, że wprowadzą w czyn jej pragnienie, by dom, który tak kochała, przetrwał, także ją samą. Podaruje dom dziecięcemu ognisku.

Film Kędzierzawskiej porusza, jak zwykle oddaje głos wykluczonym, zapomnianej przez wszystkich staruszce, niechcianym dzieciakom. To oni w finale będą nagrodzeni. Swobodnie podąży szlakiem ludzkich uczuć, tych najprostszych, miłości, czułości, tęsknoty, przeciwstawi się obojętności, czy egoizmowi. To takie niemodne, a wciąż ma sens. Polecam gorąco ten film.

scena otwierająca >>



Danuta Szaflarska w "Pora umierać" reż. Dorota Kędzierzawska


czwartek, 20 września 2007
Stasiukowe przetwory owocowe


Wieś jak wieś. Trzykilometrowy wąż budynków rozsypuje się, pęka, potem scala na powrót w zwartą zabudowę. Beton, drewno, zapadnięte dachy, resztki płotów i żelazne balustrady balkonów tworzą zakalec biedy i tęsknoty za telewizyjnym światem. Asfaltowa droga ledwo ociera się o skraj zabudowań, ledwo je muska. To nawet lepiej, bo dziurawą żwirówkę, główną arterię opanowały dzieci i psy. Oddają się wspólnym zabawom i żaden szybki pojazd nie zakłóca tej symbiozy. Czasem traktor, ale traktor to maszyna powolna i oswojona”.
(Andrzej Stasiuk, “Opowieści galicyjskie”, Czarne 1998)

wino truskawkowe na 32.FPFF w Gdyni

strona festiwalu >>

Żłobiska? W Stasiukowych opowieściach to jedna z wiosek niedaleko Dukli, podobna do innej wioski, tej z białoruskiego dokumentu nagrodzonego na festiwalu w Krakowie Srebrnym Smokiem - “Jak to oni” (Zawiedionka, 2006) Galiny Adamowicz. Choć tam droga piaszczysta, a piasek sypki, brudny, tu i tam porośnięty koniczyną. Do psów i dzieci dołączyły krowy, kotłuje się toto, biega, skacze, tarza, ryczy, kwiczy, żadnego na horyzoncie nie widać traktora. Rodziny są tu liczne. Jedna z nich zostaje bohaterem filmu. Matka z dziewczynkami hoduje w szklarni ogórki, piecze chleb, zawsze w kwiecistej chustce na głowie, zawsze w ruchu, choć spojrzenie błękitnych oczu ma senne. Tak senne, że w cerkwi, w której samotnie przysiadła na ławce, na modlitwie, przysypia i kołysze się na boki. Chłopcy zrobią płot z surowych desek, przybiją gwoździami, aż obejmie ich chmura pachnącego żywicą pyłu. Potem będzie ślub i wesele, i będą tańczyć w tym piachu po kostki jak na jakiejś plaży, nad jakimś morzem, choć tam nawet rzeki nie ma, wszystko wyschnięte, zanurzone w upale i prawdziwe.

I zaraz potem będzie już padał deszcz. W innym filmie, w innej wiosce – rumuńskiej. Błoto będzie się rozpryskiwać, czarnoziem będzie tłusty, trawa zielona na przedwiośniu. To “Lampa z kapturkiem” (Lampa cu cáciulá, 2006) Florina Lázárescu, Srebrny Smok fabularny. Ojciec z synem zabiorą do miasteczka zepsuty telewizor, wielki, w obudowie ze sklejki “na wysoki połysk”, czarno-biały. Zawinięty w koc, będą targać przez pola aż do asfaltowej drogi, gdzie zabierze ich autobus. W autobusie zmienią buty, które ojciec niósł w znajomej, kraciastej torbie. W mieście musimy wyglądać sucho – powie chłopiec. Potem z nabożeństwem oddadzą telewizor w ręce specjalisty, który w niewielkim baraczku naprawia sprzęt audio-video. Specjalista jest w miasteczku prawdziwym królem, po robocie zakłada specjalną pieczęć, jak ktoś ją zerwie, nie ma czego szukać tu następnym razem. Powrót nie jest łatwy, ale jakoś im lżej na sercu. I chłopcu, który obejrzy tego wieczora oczekiwany film z Brucem Lee, i ojcu, który dzięki swojemu poświęceniu zasłużył na szacunek chłopca. Ulewa wzmaga się, zamienia drogi w potoki. Niedaleko domu ojciec przewróci się z telewizorem na karku. Po powrocie do domu będzie musiał z ciężkim sercem rozerwać pieczęć specjalisty i ponownie nałożyć zsunięty z lampy kapturek, dzięki temu telewizor zadziała.

Po obejrzeniu tych filmów, inaczej oglądam “Wino truskawkowe” (2007) koprodukcję polsko-słowacką, debiut reżyserski Dariusza Jabłońskiego, ze scenariuszem Andrzeja Stasiuka (wspólnie z reżyserem) na podstawie jego “Opowieści galicyjskich” (za które w 1995 dostał nagrodę fundacji Kościelskich). Ta wczesna proza Stasiuka jest oczywiście inna niż film, więcej w niej naturalizmu, chropowatości, brzydoty, choć jest też i zachwyt tym światem na krańcu, oddalonym, osamotnionym, gdzie wrony zakręcają. Ale zachwyt – myślę – obcego, który jeszcze tam nie pomieszkał za długo, nie wgryzł się, nie przesiąknął, może czegoś się dowiedział, coś podsłuchał, wydaje mu się, że poznał i przez siebie przepuścił jak przez praskę i wyszło tak. Ciekawie wyszło. To jest estetyka, która nas porusza, a wtedy to i dreszcz potrafiła wywołać, po raz pierwszy. Dla niego byle kupa śmieci to już martwa natura, a opowieści... wreszcie ktoś chciał posłuchać, co ludzie gadają przy winie truskawkowym. A teraz z perspektywy lat? Czy Stasiuk inaczej patrzy? Bardziej – może – patrzy przez tych ludzi? Nie tylko ma ich dla siebie, ale jest też ku ich pociesze?

No, nie wiem. Wydaje mi się, że zgaduję, dla kogo ten film został zrobiony. Chyba właśnie dla nich. Dla ludzi z małych wiosek tamtego pogranicza, żeby mogli się zidentyfikować, ale i ucieszyć swoim światem. A w ich głowach świat ów powinien być taki trochę telewizyjny. Nie trochę nawet, więcej – bardzo. Jak scena miłosna, proszę państwa, to, żeby taka była jak z reklamy wody mineralnej: wodospad w środku lasu, półmrok cienia miesza się ze słonecznymi promieniami, w powietrzu upalnym jakieś puszki fruwają, a piękni i młodzi bohaterowie chłodnym potokiem ochlapani. Wiele jest takich scen, które wywołują uśmiech. Wiele jest tego upudrowania i też uniezwyklenia, i czysto na ulicach. A zimą wioska olampiona, świecąca jak świeca w ciemności, ciepło, pachnie kapuśniakiem z kminkiem, niby biednie, ale diamentowo. Do wioski przyjeżdża ze stolicy nowy policjant – Andrzej – w tej roli Jiži Machacek, chłop na schwał, ale z przeszłością. Rozegra się tu historia miłosna, a nawet kilka, będą zabójstwa, duchy zabójców będą chodziły po wiosce, będą się plotły na oczach obcego historie i będą go w siebie wplatały jak kolorową nitkę. A wszystko w zapierających dech w piersi krajobrazach, pokazywanych z góry, rozległych, dziewiczych, ba! pięknych po prostu. A muzyka wybrzmiewać będzie w tym otoczeniu trochę dziko, trochę swojsko cygańska, rzewna, łapiąca za gardła. Film w wersji roboczej miał nosić tytuł “Okruchy nieba”. Bardziej by pasował.


Jiži Machacek, Marek Litewka, Lech Łotocki, Maciej Stuhr w "Winie truskawkowym" reż. Dariusz Jabłoński



środa, 19 września 2007
Mészáros, zabłąkany Węgier

Péter Mészáros - zabłąkany Węgier, bo w końcu nie Polak na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, który trwa i trwać będzie do końca tygodnia. Niezmiennie jak co roku i z niezmiennie nieciekawym festiwalowym plakatem oraz z ciekawymi imprezami towarzyszącymi m.in. w cyklach “dni skandynawskie”, “dni rosyjskie”, “festiwale filmowe” itede. Zamiast włączyć się w nurt zainteresowania kinem polskim, podczas FPFF tropię do głównego programu doczepione ni z tego, ni z owego ciekawostki. Gdynia w tych dniach z pewnością jest miastem świętującym, powiewają na wietrze i w deszczu biało-czarno-pomarańczowe flagi. Bardzo mnie to zainteresowanie Gdynią cieszy. Cieszą mnie komunikaty radiowe o obecności w Gdyni rodzimych gwiazd, chociaż żadnej dotąd nie widziałam. I nie zobaczę przez złośliwą swoją niesubordynację, nie zobaczę też “Katynia”, nawet jeżeli Tadeusz Sobolewski napisał w Gazecie, że obejrzą go wszyscy. Sale kinowe zdają się być wypełnione, konferencje prasowe znajdują odbiorców, dyskusje rozgrzewają festiwalową publiczność, która w przerwie między projekcjami wpada na smażoną rybę do cumującego przy nabrzeżu, restauracyjnego kutra. W przyjemnych okolicznościach nadmorskiej przyrody trwa sen o kinie.

Kythera na 32.FPFF w Gdyni

strona festiwalu >>

Sytuacja rzeczywiście posiada znamiona podobieństwa z filmem Węgra. Sen i marzenie oraz błękit mórz co prawda południowych, ale jednak mórz, pojawia się w nim nader często. “Kythera” (2006) Mészárosa zainteresowała publiczność tegorocznego festiwalu w Rotterdamie, można ją było obejrzeć podczas 7.MFF ENH we Wrocławiu, teraz - w Gdyni (cykl: festiwale filmowe). Reżyser był dotąd znany z krótkometrażówki “Po deszczu” (Eso után), która w 2002 dostała Złotą Palmę w Cannes.

Wilgotne, błyszczące oczy, wpatrujące się w nieskończony błękit dalekich mórz, spacerowicze wracający z wysp szczęśliwych... - miał powiedzieć reżyser, zainspirowany obrazem Odjazd na Cyterę” XVII-wiecznego rokokowego artysty Antoine'a Watteau - Melancholia Watteau poruszyła mnie do głębi. To wzruszające, kiedy każdy z nas desperacko stara się zatrzymać iluzje, a one ulatniają się tak czy inaczej”.

Główną bohaterką “Kythery” jest Csilla, młoda kobieta, urzędniczka, związana z kierowcą ciężarówki, wielbicielem piłki nożnej Bandim. Mészáros kontrastuje codzienne życie tej pospolitej, mieszczańskiej pary z onirycznymi wizjami, w których bohaterowie, oświetleni ciepłym światłem, leżą w wodzie przysypani kwiatami. Dziewczyna marzy o wyjeździe na grecką wyspę, sławną z narodzin Afrodyty i obrazu Watteau. Z początku to pomysł niewinny, wyjęty z turystycznego folderu. Ale film Mészárosa co chwilę ucieka od realistycznych przedstawień. Piękno i melancholia, zawarte w pomyśle nieświadomej Csilli, zaczyna emanować, ujawnia się na jawie w osobach zaprzyjaźnionych z nią sąsiadek, dwóch sióstr, modelek, projektantek awangardowych ubrań. To trochę tak, jakby namalowane postacie wyszły z obrazu i przechadzały się po późnojesiennych, zimnych ulicach węgierskich miast. Pełne koloru i wdzięku, twórcze, niezwykłe. Csilla się im przygląda jak egzotycznym kwiatom. Raz sama zostanie modelką, namówiona przez siostry, uczestniczy w pokazie mody, zmieniona nie do poznania. Ale po pokazie natychmiast zmywa makijaż, jakby bała się tego piękna, które nagle ją dotknęło. Wraca do rzeczywistości, zamiast kolorowych koktaili wypije piwo ze swoim głupim, gburowatym narzeczonym. Marzenia Csilli stają się abstrakcyjne. Pragnienia nadal jeszcze posiadają kształt obu ciał Csilli i Bandiego, zanurzonych w błogości, ale nie mają już żadnego związku z życiem. W obliczu faktów – Csilla zachodzi z Bandim w ciążę, on namawia ją na aborcję, jest wstrętny, egoistyczny, a ona go wciąż z niewiadomych powodów przygarnia, gotowa czule się nim zająć – życie psuje marzenia do tego stopnia, że jakikolwiek związek z nim wydaje się dla marzeń zabójczy. Piękno pozostaje abstrakcją. Csilla – tym razem świadomie – wchodzi w świat, pozbawiony piękna, by ochronić swoje marzenia o nim.


Kata Kovács i András Ernõ Tóth w
"Kythera" reż. Péter Mészáros

niedziela, 16 września 2007
jeszcze ze stolicą w tle


Będąc w stolicy, zdarzało mi się robić rzeczy, których zwykle nie robię oraz te, które robię zawsze, będąc w stolicy. Do tej pierwszej kategorii zaliczam wizytę w muzeum. Tak. Okoliczności były bardzo miłe, to miejsce pracy mojego znajomego. Zjedliśmy obiad w Złotym Królu, a następnie dostałam do ręki sprzęt audio (filcowych papci nie było, co właściwie mnie rozczarowało) i weszłam do wnętrza wilanowskiego pałacu. Najbardziej podobały mi się niewielkie gabinety na planie kwadratu, z niskimi oknami wychodzącymi na park i kominkami w rogach, a szczególnie ten wyłożony biało-niebieskimi kafelkami gabinet farfurowy - spodobała mi się nazwa. Na środku każdego z gabinetów stał kwadratowy stół i cztery krzesła, poza tym żadnych sprzętów. Wyobraziłam sobie, jak przyjemnie byłoby usiąść tu z laptopem. Nie dostrzegłam jednak nigdzie gniazdka, a mój laptop ma słabą baterię. To się nazywa niedogodność.

W słuchawkach ciepły głos opowiadał historie ludzi z portretów. Identyfikując osobę z portretem i miejscem mojego pobytu (oznaczonym tabliczką z słuchawkami i numerkiem), skrupulatnie wymieniał części garderoby postaci. W przypadku pokoi sypialnych, antykamer, salonów czy korytarzy wymieniał charakterystyczne meble czy kolory. To się nazywa redundancja.
Z okna na parterze zobaczyłam młodą parę, nieśmiało sunącą ku pałacowej bramie. Za nimi kroczki drobiły dwie dziewczyny, przed nimi skakał i machał rękami doświadczony widać fotograf ślubno-weselny. A więc Wilanów to jedna z tych scenerii, pasujących do garnituru i białej sukienki. W Trójmieście to jest park oliwski przy katedrze, w progresywnej, awangardowej wersji – tereny postoczniowe. A tu Wilanów i rozkopany wilanowski park. Para okazała się koreańska.

Druga kategoria rzeczy to wizyta na Powiślu, na ulicy Dobrej. Przyjemny poranny spacer. Wałęsanie się. Potem patrzenie na narożną kamienicę z Czułym Barbarzyńcą w parterze i cmokanie z podziwu nad pomysłem wylansowania tego miejsca w takim miejscu. Stanie i cmokanie, nie wchodzenie do środka. Przyglądanie się ciszy i spokojowi opustoszałych z rana, w ogóle mało uczęszczanych ulic, przeczuwających jednak bliskość centrum i uniwersytetu, cmok, cmok. No może przebiegnie pies, pani z wózkiem przejdzie wolnym krokiem.
Wtem jednak ruch na ulicy - z księgarni ktoś wybiega, kobieta. Włosy ma zaplecione w warkocz wokół głowy, na nogach czarne baleriny z pomponami, spodnie ma pumpowate, szarawe, lumpeksiarskie, koszulę w biało-czerwone kwiaty, żakiet ciemny, zapięty na guziki. Podbiega do pani z wózkiem, przyklęka przy dziecku i robi miny. Na nogach ma ślady po ugryzieniach komarów, rozdrapane. I kiedy mijam tę scenkę, bo moja rundka została odbyta, cmokanie zakończone, urywek rozmowy do mnie dociera kątem ucha. Panią w przyklęku poznaję po głosie – to Katarzyna Herman, aktorka bez makijażu, jedna z bohaterek ostatnich dni, zawsze lubiłam ją oglądać. Dziecko w wózku to Leon, jej syn. W tym winklu to normalność.

Powrót odbył się w słońcu. Z megafonów ogłaszano, że “pociągi mogą doznać opóźnień”. Nie doznały. Lokalna prasa donosiła, że znów po latach w centrum Warszawy działalność wznawia Café Fogg, a w niedzielę wieczorem odpalony zostanie kolejny odrestaurowany stary neon na Marszałkowskiej. Oraz że pechowy żyrandol z Teatru Narodowego nadal nie znalazł kupca. Jak się okazało, wielki żyrandol z paciorków zakłócał akustykę sali, dlatego został zdjęty i wystawiony na sprzedaż, cena wywoławcza 60 tys. pln z braku chętnych została obniżona do 40 tys. Żyrandol waży 350 kg. W końcu znalazł się nabywca – ksiądz spod Mińska Mazowieckiego chciał żyrandol powiesić w swoim kościele. Kiedy podpisano umowę, ksiądz umarł... Fatalnie. Nowy ksiądz uznał, że żyrandol nie pasuje do wystroju kościoła.


wszędzie jest tak samo, Baoguo, Syczuan, Chiny


środa, 12 września 2007
miejskość x2 stołeczna

I chodzę tak sobie "w poszukiwaniu utraconej lokalności" po stolicy, w słońcu i pod ciemnymi chmurami, poszukując też od czasu do czasu - w panice - sklepu z parasolkami. Ale przechodzi, to nie Stambuł, tylko Warszawa. Potem błądzę. Potem się dotleniam w "Dotleniaczu". Usiadłam na wielkiej poduszce w brezentowej poszewce w biało-pomarańczowy wzór. Publiczność zgromadzona jest przejęta, pozuje fotografom, skaczącym wokół jeziorka, które wypuszcza z siebie delikatną mgiełkę i nas nią ochlapuje. Przyjemnie. Wokół zapaszek wodny, nenufarowy. Trochę błota, trochę psów, starszych pań z torebkami, zamykającymi się z plaśnięciem, wszyscy czują się częścią sztuki w tym sztucznym miejscu i na siebie patrzą. Co powinni robić? Czy czuć się swobodnie to byłoby nadużycie? Naokoło tej skromnej sztucznej wysepki jeżdżą samochody, jedna pani prowadzi dziecko, ma beret z białym kwiatem, ktoś inny prowadzi psa, który zapatrzył się w dal. W samym środku miejskości. Jednak i sztuka i miejskość jest tu delikatna. Publiczność nie czuje się zaatakowana, ani z jednej, ani z drugiej strony.

Potem oglądam inne miasto. Wielki Meksyk. W Kordegardzie ściany wyklejono zdjęciami, wygląda jak ładna tapeta, zupełnie jak ta w awangardowym mieszkaniu jednej z bohaterek "Solino" Fatiha Akina, które (Solino to włoskie małe miasteczko) wczoraj widziałam. Kontrowersyjny projekt. "ABCDF. Portraits of Town" to pomysł meksykańskich kuratorów: Cristin y Faesler i Jeronimo Hagermana, którzy zebrali 150 artystów, 1500 fotografii i 900 pojęć, obrazujących życie codzienne i pejzaż miejski Meksyku. Całość została wydana w formie albumu, można go obejrzeć w galerii, słuchając meksykańskich piosenek. Wystawa męczy wzrok, pogubiony w wielości. Trochę ulgi pojawia się, kiedy otwiera się album, gdzie opublikowano tylko dwa zdjęcia naraz. Ale po chwili już masz dość. Takie jest dzisiaj miasto. Zmultiplikowane w tysiącach, milionach mniej lub bardziej ważnych obrazów, które w takiej grupie nic nie znaczą, po prostu istnieją, prawdopodobnie w jakimś celu.



sobota, 08 września 2007
Jia znowu z nagrodą

Awards (64.wenecja'07)


strona festiwalu >>

Festiwal skończony, Ang Lee świętuje, no i Jia Zhang-ke jak zwykle wyjeżdża z Wenecji z nagrodą, tym razem za "Wuyong" (Useless) - zwycięski film w konkursie Horyzonty Dokumentu. Gratulujemy!

więcej nagród >>


deszcz, prawie śnieg

Tak, padał dzisiaj deszcz. Tak, wybieramy się do Stambułu na przełomie października i listopada. Nie, nie wybieramy się w tym terminie do Ankary (2-8 listopada), ani do Karsu (9-15 listopada), choć miałabym takie życzenie. Nie, nie będzie padał tam śnieg. W Karsie też nie, za wcześnie. Zbyt nas przyzwyczaił do śniegu w Stambule Nuri Bilge Ceylan, żeby nie padało tam nic. W “Uzaku” pada, w “Klimatach” pada. Nawet jeżeli Turcja przenosi się w kinie do Paryża, musi padać. U Chrisa Nahona w sprawnym thrillerze ze stereotypową turecką podszewką wg. powieści Jean-Christophe'a Grangé'a (L'empire des loups, 2005) z przyciemnionego filtrami nieba leje się jak z cebra. W szarościach i dymach, w symetriach i ramach moknie w tej apokaliptycznej ulewie Jean Reno, podzwaniając łańcuchem ze składanym księżycem na szyi. Pomoże młodemu inspektorowi policji ująć okrutnego zabójcę kobiet z tureckiej diaspory, wprowadzi go w świat szwaczek i mafiozów, wiernych tradycyjnym wartościom i pieniądzom szarych wilków, ultrakonserwatywnej organizacji, zbierającej w kraju i zagranicą krwawe żniwo.

Mniej widowiskowe, mniej podkolorowane filmy z Turcją, w Turcji, tureckie pokażą w Karsie i nie tylko. Między 2 a 23 listopada po kraju krążyć będzie festiwal filmowy. Krąży tak od połowy lat 90., odwiedziwszy ostatnio Ankarę, Bursę, Çanakkale, Diyarbakır, Eskişehir, Gaziantep, Stambuł, İzmir, Kars właśnie (szerokość geograficzna: 40-36N, długość geograficzna: 043-05E, wysokość: 1775 m n.p.m.), Kayseri, Malatyę, Van, Mersin (czy to nie z Mersin miał pochodzić bohater "Głową w mur" Fatiha Akina?). Oprócz filmów z Europy, pokażą tam spory zestaw filmów tureckich, z okresu od lat 60. do dzisiaj, reżyserów, o nic albo niewiele nam mówiących nazwiskach, które jednak ładnie brzmią i wyglądają na piśmie: Şerif Gören, Yılmaz Güney, Zeki Ökten, Yavuz Turgul, Zeki Demirkubuz, Atıf Yılmaz, Ömer Kavur, Metin Erksan, Ömer Lütfi Akad. Nuri Bilge Ceylana już znamy, a jak nie znamy, to poznamy. Poznamy niebawem.


foto: Nuri Bilge Ceylan, Stambuł 2004

Zima u Nuri Bilge Ceylana, któremu chyba o wiele bliżej do Tarkowskiego, niż Sokurowowi, którego nowym Tarkowskim ochrzczono, przypomina mi moje zimy dziecięce. Pewnie dlatego, że dziś już rzadko zimy są tu śnieżne, białe, skute lodem, mroczne, puste i depresyjne. Inne są tutaj zimy. Kiedyś zimy były inne. Czuło się jakby uczciwiej, jak tęsknota, jak rozpacz, jak mrok to wielki, jak białe połacie to nieskończone. A u Ceylana takie znajduję właśnie uczciwe zimy. Będzie okazja, żeby zobaczyć więcej. W stolicy, w Muranowie, już w przyszłym tygodniu z nowości obejrzę “Kasabę” (1998) i “Chmury w maju” (1999), kolejne filmy z tragiczną muzą Ceylana - zmarłym samobójczą śmiercią w 2002 roku Mehmetem Eminem Toprakiem. A – jak sądzę – w kontraście do Ceylana wystąpi Fatih Akin, poszukujący tożsamości turecki Niemiec z Hamburga.

Tak, zaczęłam czytać “Śnieg” Pamuka. Tak, dopiero teraz. Nie, nie czytałam “Istanbul Memories of a City” tegoż, ale znam fotografie Ary Gülera, nazywanego okiem Stambułu. Tak, cieszę się, odliczam jesienne dni.



"Kasaba" czyli małe miasteczko


czwartek, 06 września 2007
Kuskus jako cement

Sobolewski o (64.wenecja'07)


strona festiwalu >>

"Abdellatif Kechiche jest Francuzem tunezyjskiego pochodzenia. Jego trzeci film, pokazany w konkursie weneckim, nosi tytuł "La graine et le mulet", co oznacza po prostu składniki kuskusu: kaszę i rybę. W jednej z pierwszych, długich sekwencji francusko-arabska rodzina zajada ten kuskus tak apetycznie oblizując palce, aż widz ma wrażenie, że siedzi razem z nimi przy stole i zaraz dostanie swoją porcję. Bezpośredniość, poczucie bycia w środku jakiejś społeczności, jest tak pełne, naznaczone podskórnym dramatyzmem, jak w mistrzowskich filmach Mike'a Leigh'a, Kena Loacha, czy braci Dardenne.

Potem wnikać do wnętrza tego środowiska. Widzimy, jak jest skonfliktowane, podzielone. To ludzie o podwójnej tożsamości, których cementuje kuskus u mamy, ale którzy często nie znają już własnej kultury, religii, ani języka. Wykorzenieni, ni to swoi, ni obcy, podatni na agresję.

W tym dramacie kuskus jest motywem przewodnim. Podany w pierwszym akcie i w napięciu oczekiwany w ostatnim, nabiera cech symbolu. Jest czymś, w czym koncentruje się dobra wola tych ludzi, ich godność, poczucie więzi - to wszystko, bez czego życie traci sens. Kiedy w ostatniej znakomitej scenie przyjęcia mającego zintegrować społeczność kuskusu zabraknie, ma to taką wymowę, jak brak wina na weselu w Kanie Galilejskiej. Nie będzie cudu, ale będzie potrzebna czyjaś ofiara, żeby nie zniszczyć nadziei.

Realistyczna historia o tym, jak 61-letni, samotny pan Slimani, czując, że poniósł życiową klęskę, postanowił otworzyć restaurację z kuskusem i zaprosić na jej otwarcie wszystkich, bliskich i dalszych, swoich obcych, niepostrzeżenie nabiera cech symbolicznej przypowieści. Europejczyk odnajdzie w niej chrześcijańskie tropy, które okazują się tropami głęboko islamskimi, a może po prostu ludzkimi. Jest w tym filmie wyjątkowa jedność treści i formy. Tak jak goście pana Slimana nie mogą doczekać się zwieńczenia przyjęcia, tak samo my, widzowie, boimy się o zwieńczenie opowieści. I choć reżyser balansuje na granicy naszej wytrzymałości, wiara nie będzie zawiedziona".


(Tadeusz Sobolewski, “Weneckie menu: kuskus i sukiyaki”, GW 6.09.2007)

cały tekst >>


Abdellatif Kechiche: "Wina Woltera" (La faute à Voltaire, 2000), "Unik" (L'esquive, 2003), "La graine et le mulet" (2007)