agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
niedziela, 28 września 2008
jesienny powiew wyspiarskiego lata

Podczas gdy z dala od ciepłych mórz na drzewach pękają z niemocy węgierki, na wrzosowiskach schną ostatnie w sezonie grzyby, a czarny bez ciężarem dojrzałych owoców ciągnie gałęzie ku ziemi, Karolina Południowa w promieniach zachodzącego słońca oblatuje greckie wyspy. Zaopatrzona w posążek Afrodyty, niepokojąco dyndający u jej szyi, który to talizman potrafi zaczarować każdego cerbera, niepostrzeżenie wkracza w mury starożytnego miasta Rodos, na wyspie Rodos. Wysokie obcasy jej pantofli, zamiast uwodzicielsko stukać, grzęzną w bruku, sklejonym przed setkami lat z drobnych kamyczków. Zmuszona jest dalszą drogę pokonać boso, co tylko nada jej kocim ruchom charakter niewymuszony oraz wymasuje zmęczone stopy. Karolina Południowa przybywa do miasta Rodos w jednej z tych tajnych misji, dzięki którym głodne dzieci zostaną nakarmione, na świecie zapanuje pokój, a do tej pory nieprzekonani przekonani zostaną, czas zaś będzie uciekał jakby wolniej i wreszcie zawieje lodos. Uśmiechając się delikatnie, jak zwykle efemeryczna, będzie się pięła wąskimi uliczkami, tropiąc ślady, jakie pozostawiły po sobie nie tylko starożytne cywilizacje. Będzie przysiadać na wystawionych przed domami krzesłach, dotykać murów, wabić podwórkowe koty, przyglądać się oplecionym trawą i zielskiem kamieniom. W wolnej chwili spojrzenie skieruje w stronę północnego morza, marząc o szarpiącym cieniami sztormie, który mógłby ją uwolnić od przepychu tego jesiennego lata w pełni. Na razie jednak korzysta z jego owoców, ile się da, nie zgłaszając sprzeciwu, kolekcjonując widoki, smaki i zapachy. Przesyła pozdrowienia i kilka zdjęć.


RODOS
(do kliknięcia)

 





poniedziałek, 22 września 2008
awaria


Na ten wywiad zwrócił uwagę nawet mój dziewięćdziesięcioletni dziadek. Oczywiście był zdegustowany. Jak tylko przyszłam, zapytał: a czytałaś Wysokie Obcasy? Tam jedna pisze o sobie, że jest zdzirą. Nie do pomyślenia...

Ja też zaczęłam lekturę sobotnich Wysokich Obcasów od wywiadu z Marią Peszek. Zdaje się, że Maria jest teraz z okazji wydania nowej płyty „maria Awaria” wszędzie. Dla mnie to był debiut w kontakcie z myślami wszędobylskiej Marii. Płyty nie znam, jej „Miastomania” – słyszana tu i ówdzie – była dla mnie zbyt piszcząco-jękliwa, drażnią mnie takie głosy. Ale to, co Maria mówi (a w gazecie nie słychać) w wywiadzie, bardzo mi się podoba i jest mi w wielu punktach bliskie.


wywiad Marty Strzeleckiej z Marią Peszek w Wysokich Obcasach GW z 20.09.2008 pt.: „Jestem trochę zdzirą” >>>>


niedziela, 21 września 2008
nie taki zwykły (33.FPFF w Gdyni)

Powiało, zawiało dzisiaj, jeszcze ciepłym wiatrem. Wczoraj inaczej, nawet słonecznie, cicho. Przeszłam się ulicami, zmartwiłam nie pierwszy raz stanem gdyńskich kamienic, które – odnawiane - zyskują nie tylko gładką powierzchnię zamiast odpadającego tynku, ale też kolor – zielony, niebieski i jaki tam sobie pomyślisz. Nie jest to co prawda chilijska odmiana przemalowanego modernizmu, ale tu boli szczególnie. Uwielbiam gdyńską monochromatyczność, która gdzie niegdzie jeszcze się trzyma. Ten jej brunatno-beżowy melanż. Nie chcę, żeby miasto się zmieniało. Nie chcę, żeby było kolorowe, śliczne i nowe. Niech się pobrudzi.

Wczesnym sobotnim popołudniem główny miejski pasaż zwalnia i pustoszeje. Dziwnym trafem na ulicy spotkałam dawnego znajomego, chodziliśmy razem do szkoły, należeliśmy do jednej paczki. Ostatnio widzieliśmy się dobrych kilka lat temu. Zatrzymaliśmy się, choć zwykle unikam takich konfrontacji. W ciągu pięciu minut wiedziałam o nim wszystko, a on o mnie nic. Zastanawiałam się później, dlaczego mnie nie zapytał. Nie zdążył? Czy wyglądam na kogoś, kogo pytać nie warto, albo nie potrzeba? Może wystarczyła mu informacja, że oto udaję się do kawiarni niedalekiego Hotelu Gdynia, by w towarzystwie kilkudziesięciu porcelanowych krów (nie, przesadzam, kilkunastu, reszta to były inne zwierzęta), łypiących zza szyby hotelowego sklepiku, rozmawiać o przyszłości. Czy warto pytać o niepewną jak zwykle przyszłość?

Tegoroczny festiwal cieszył się zainteresowaniem publiczności. W sobotę o dziewiątej rano sala kinowa była wypchana po brzegi, ludzie siedzieli na schodach i na kolejnych seansach podobnie. Oglądanie filmów w takim tłumie mi nie przeszkadza, ale też nie jest obojętne. Akurat takich filmów jak „Cztery noce z Anną” Jerzego Skolimowskiego. Może wolałabym kameralniej? Może wolałabym sama? „(...) jest we mnie ogromna potrzeba izolacji – mówi reżyser w jednym z wywiadów - I to nie jest żadna wymyślona koncepcja, żeby stronić od ludzi. Tak to jakoś wynika z mojej psychiki, a psychiki nie powinno się gwałcić. Pewnie dlatego prowokuję los, żeby mnie w takie sytuacje wyalienowania pakował. Staram się żyć w miarę wolny, nieuzależniony od niczego”. Więc może rzeczywiście lepiej byłoby oglądać ten film w samotności, bo mimo odwagi opowiadania o tak nieatrakcyjnych rzeczach jak platoniczna miłość i to w poważnym nastroju, wiele jest w nim wstydu, zawstydzenia, zażenowania.

Skolimowski miał mnie po swojej stronie już w drugim ujęciu, długim i statycznym. Główny bohater idzie ulicą prowincjonalnego miasteczka, jest kropką w miejskim krajobrazie. Kompozycja płaszczyzn, kształtów i kolorów jest w tym ujęciu klasycznie doskonała. W złotym podziale wielka plama brudnego różu – widziany od frontu budynek, znaczony białymi obwódkami wysokich okien, sąsiaduje z mniejszymi, nałożonymi na siebie jak karty w pasjansie, bocznymi płaszczyznami domów w szarościach i brązach, wieńczy je profil kościelnej wieży. Oddaję Adamowi Sikorze, autorowi zdjęć honor, bo ostatnio myślałam o nim jak o szaleńcu i grafomanie, czytając ów strumień świadomości, jaki wydał z siebie przy okazji wystawy malarstwa „Fucking Close Up”. Tak, jest w tym filmie dużo wizualnego wdzięku, jednocześnie sceneria nie wydaje się sztuczna jak w oglądanym przeze mnie wcześniej filmie Pieprzycy „Drzazgi”. Skolimowski, odbierając nagrodę za najlepszy dźwięk dla swoich francuskich współpracowników, powiedział wczoraj w teatrze muzycznym, że wolałby odbierać nagrodę za wdzięk - dużo wizualnego wdzięku, choć martwa krowa, płynąca rzeką, wyglądała jak z plastiku.

Kolejne ujęcia - Okrasa kupuje siekierę. Ostrze zawinięte w szary papier. Mijając ludzi, stara się ją ukryć, potem wchodzi do szpitalnej spalarni niczym do jakiejś oświetlonej pełgającymi płomieniami pieczary. Z kubła wyciąga odciętą dłoń, wrzuca ją do pieca. Myje ręce, spoglądając w lustro, a jego twarz filmowana w tym świetle z dziwnej perspektywy jest zdeformowana i przerażająca. Jest tam, w tym swoim podziemnym królestwie trochę obłąkanym mordercą, ćwiartującym ludzkie ciała, trochę Prometeuszem, potem okazuje się garbusem, dzwonnikiem z katedry Notre Dame, Quasimodo. Może tak właśnie widzi siebie w wyobraźni, na różne sposoby, w różnych rolach. Wreszcie zechce urzeczywistnić jeden ze swoich snów, ten, w którym „spotyka się z kobietą”, choć równie dobrze mógłby spotkać się i stoczyć walkę ze smokiem. Ale to nie jest taka prosta historia. O facecie, który miewa sny i kobieta jest specjalna. Skolimowski plącze chronologię, trudno się zorientować, z której strony patrzymy, z którego czasu, co należy do przeszłości i jest tylko męczącym wspomnieniem, jak to poukładać. Z początku ten film się rwie, jak obrazy w głowie Okrasy.

Więc kiedy przyjdzie zastanowić się nad tym, kiedy się to wszystko zaczęło, to chyba jednak owego deszczowego dnia, kiedy rzeką jak Bressonowski osioł płynęła martwa krowa i kiedy Okrasa usłyszał wycie syreny. Takie oznaki. I kiedy został świadkiem gwałtu na tej właśnie specjalnej kobiecie, która być może stała się nią właśnie w tamtej chwili. Gdyby siedział w fotelu, można by powiedzieć, że przerażenie wcisnęło go w fotel. Ogrom przerażenia. Czy miłość może się urodzić w tak skrajnych warunkach? Prawdopodobnie. Wszystko, co wydarzyło się później nigdy już nie było w jego oczach tak straszne. A przecież wydarzyło się wiele.

W centrum opowieści znajdują się cztery noce, które Okrasa spędza w mieszkaniu pielęgniarki. Obserwuje ją przez okno szopy. Dokładnie wie, kiedy będzie spała na tyle mocno, żeby jego obecność jej nie obudziła. Zmiesza proszki nasenne z cukrem, który ona sypie do herbaty. Co będzie tam robił? Wstrzymywał oddech. Przyszyje oberwany guzik przy jej bluzce. Posprząta po urodzinowej imprezie. Podaruje kwiaty i pierścionek. Naprawi zegar. Przypomina mi się Kar-wai, który z podobnego miłosnego fantomu uczynił jeden ze swoich znaków rozpoznawczych. Ale przypomina mi się również mój ulubiony film ostatniej edycji Nowych Horyzontów - Jose Luisa Torresa Leivy „Niebo, ziemia i deszcz”. Nie tylko pogoda łączy filmy Skolimowskiego i Leivy, ale i aura. A także sposób opowiadania, który więcej zakrywa, niż ujawnia. Anę z chilijskiej wyspy łączy z Okrasą podobna nieporadność i wrażliwość. W niemym geście protestu oboje spalą rzeczy po zmarłych bliskich. Podobnie będą patrzeć na świat, węsząc w poszukiwaniu czułości, a potem będą się przed nią ukrywać. Jedyni ludzie na Ziemi. Tak bardzo ludzcy, że inni będą ze wstrętem odwracać głowy. 

Ale „Cztery noce z Anną” to bardziej film o ciemnym jądrze miłości, niż o nieśmiałym wyczekiwaniu na życie, które nie przychodzi. Kamuflaż. Trochę maska. Coś z jakiejś głębi tego filmu do nas gada i jest tak inne od wszystkiego dookoła, że za trudne. Przychodzi spoza czasu jak ta historia, która mogłaby zdarzyć się wczoraj i ze sto lat temu. I ma w sobie wiele wdzięku, ale na pewno nie jest to wdzięk niewinny.




"Cztery noce z Anną" reż. Jerzy Skolimowski


piątek, 19 września 2008
samograje (33.FPFF w Gdyni)


Przypadkowo wybrałam się wczoraj na spacer po miejscach, których zwykle nie odwiedzam. Przy nabrzeżu stały dwie fregaty. Droga do nich upstrzona była znakami, których nie rozpoznawałam. Minęłam tablicę, przygniecioną kwiatami i zniczami, które z daleka wzięłam za kupkę pustych puszek po piwie i pomnik delfinka na wybrukowanym kawałku trawnika. Koniec skweru niczym most na Złotym Rogu zaanektowali wędkarze. Spojrzałam na miasto w perspektywie. Mój ulubiony, elegancki budynek miejskiego akwarium z tej strony otoczony jest żelbetonową obręczą na słupach, chyba z lat 70. Postarzałej dobudówce wiszą z sufitu jak włosy z nosa kawałki kabli. Wszystko to sprawiało wrażenie opuszczonego, wymarłego, może i z rozrzewnieniem wspominało dawną świetność reprezentacyjnej części miasta. Nad budynkiem kłębiły się ciemne chmury, a w tle straszyły dwie prawie już ukończone wieże. Kolejny znak. Tym razem nowobogackiego luksusu, na którym Gdynia chce budować swoją tożsamość. Znajomi z głębi Polski zadawali mi nieco kuriozalne pytania. Pytali, jak smakuje jedzenie w tej czy tamtej knajpie. Patrząc na swoje puszczone wolno dzieci, pytali, co jest za tym murkiem i czy można z niego spaść. A tamten pirs, do czego służy? A co słychać u prezydenta Szczurka i jak się w ogóle mieszka w Gdyni? A ja na te wszystkie pytania musiałam odpowiadać tak, jak moja ulubiona postać z nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej, że nie wiem. Bo i tak wolałabym mieszkać w Stambule, szczególnie teraz, kiedy każdego dnia rano walczę, by nie zostać w łóżku na wieczność z czytanym wciąż od nowa Pamukiem i z kulkami w brzuchu, które pojawiają się i grzechoczą za każdym razem, kiedy biorę do ręki „Stambuł. Miasto i wspomnienia”.


wczorajsze chmury nad akwarium, Gdynia (do kliknięcia)


W gdyńskich trolejbusach, na zamontowanych niedawno monitorach można oglądać zapętloną relację sprzed Teatru Muzycznego, gdzie wieczorową porą kłębi się tłum gapiów, a po czerwonym dywanie w świetle fleszy niczym w Cannes suną rodzime gwiazdy. Dywan zdaje się ciągnąć w nieskończoność. W mnożeniu jego długości nie przeszkadzają utyskiwania, że trwający właśnie 33. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych ma przestarzałą formułę, że powinien być bardziej branżowy i bardziej otwarty dla publiczności. Nie wiem... Choć po dywanie zdarzało mi się chodzić, do teatru nie zaglądam, a niedaleki multipleks – muszę przyznać - festiwalem zdecydowanie żyje. Wczoraj wpadłam tam na chwilę. Po obejrzeniu dwóch filmów wybranych z konkursu stwierdziłam, że rację mają chyba ci, którzy namawiają organizatorów na zmianę składu jury na międzynarodowy. Bardzo trudno ocenia mi się polskie filmy. One wydają się tak uwikłane w różne przesłaniające widzenie, lokalne konteksty, że prawie nieocenialne. Przesłaniające na plus i na minus. Podnoszące temperaturę i mnożące uprzedzenia, które potem trzeba zwalczać, żeby w ogóle o filmie rozmawiać.

Pomyślałam o tym, oglądając film Szumowskiej „33 sceny z życia”, nagrodzony niedawno nagrodą specjalną jury na festiwalu w Locarno. Jak donoszą media, jury doceniło „uniwersalną wymowę, oryginalność w potraktowaniu tematu śmierci, przemijania i zarazem dojrzewania młodej kobiety - przejawiające się między innymi w specyficznym, niekiedy zaskakującym poczuciu humoru”. Szumowska wzięła do tego filmu dwójkę zagranicznych aktorów. Niemka Julia Jentsch zagrała główną rolę - młodej artystki, która dojrzewa w obliczu śmierci rodziców, Duńczyk Peter Gantzler – Adriana, jej współpracownika i przyjaciela rodziny. Od Gantzlera i jego postaci nie mogłam oderwać oczu. Oczywiście od początku wszystko wiadomo, wszystko jest jasne, wiadomo, jaką rolę Gantzler ma do odegrania. To mi przeszkadza, czasami lubię być zaskakiwana. Chciałabym być zaskoczona zwrotem akcji, który cały czas chodził mi po głowie, od którego nie mogłam się uwolnić – mrukowaty, milczący, samotny Adrian o pięknych męskich dłoniach, z twarzą ledwie widoczną pod brodą i zaczesanymi w nieładzie włosami, z głosem Roberta Więckiewicza (chociaż dubbing w kinie brzmi jak jakiś anachronizm), ten Adrian po prostu zostawia tę historię, wyjeżdża do Hongkongu, Berlina, czy innego Tokio, chodzi ulicami, kogoś spotyka, z kimś rozmawia, coś robi, w coś się wplątuje, albo i nie, i nigdy nie wraca. Połyka go jakieś obce miasto i ja jestem tego połknięcia świadkiem. Mogę się Adrianowi przyglądać, mogę go smakować do woli w różnych sceneriach i w różnym świetle. Obserwować go i się nad nim zastanawiać, i o nim marzyć. „33 sceny z życia” okazywałyby się 33 scenami z życia Adriana - taki film chciałabym obejrzeć. Tymczasem oglądam inny, w którym Adrian to tylko dodatek, taki jaki jest – zbyt mocno świecący, zbyt wiele zapowiadający.

No, tak. Ktoś ostatnio powiedział, że nie ma już w sztuce oryginalności, jest tylko autentyczność. To bardzo ciekawe zdanie. Główna bohaterka – artystka ma matkę, która umiera na raka. Jej twórczość, podobnie jak twórczość samej Szumowskiej, jest mocno i niemal wprost, 1 do 1 osadzona w biografii. Robi więc pracę na weneckie biennale sztuki – kolaż składający się m.in. ze zdjęć komórek rakowych matki. Praca zostanie przez jury kwalifikacyjne uznana za mało oryginalną i odrzucona. Dziewczyna się buntuje, krzyczy, że to przecież sama prawda. Film Szumowskiej jest trochę jak ta praca, mało oryginalny, co nie znaczy, że pozbawiony autentyczności. Czuje się, że sceny procesu odchodzenia zostały odtworzone niemal 1 do 1 (matka Szumowskiej, pisarka Dorota Terakowska umarła na raka, a niedługo po niej ojciec Maciej Szumowski). Są mocne, śmieszne, małe, pozbawione patosu, prawdziwe. Podoba mi się sposób, w jaki Szumowska pokazuje dobrze sobie znane środowisko, rodzinę artystów, zblazowaną inteligencję. Jest tam wiele fajnych szczegółów – ciemne okulary na pogrzebach jak w jakimś amerykańskim filmie, to ciągłe palenie papierosów, bunt w języku, obsesyjna niechęć do religii, przy jednoczesnym namaszczaniu chorych, o które zawstydzona rodzina prosi młodego chłopaka, dawnego księdza, narzeczonego jednej z córek chorej, żeby się rzekomo nie przestraszyła sutanny, stypa z męskim striptisem, te ciągle puszczające nerwy, śmiech w trudnych sytuacjach. No i podoba mi się sam finał, bo też wydaje mi się prawdziwy. Dziewczyna, przeżywszy śmierć matki i zaraz po niej ojca, romansuje z Adrianem. Wiecznie nieobecny, zajęty mąż kompozytor w końcu się o tym dowie. Ona zostawi Adriana, bo wydaje jej się, że powrót do męża przybliży ją choć trochę do dawnego życia sprzed tragedii, kiedy była jeszcze dzieckiem. Odmawia wejścia w dorosłość, nie zgadza się na nią, chce sztucznie podtrzymać poprzedni stan. Adrian jest dorosły, pewnie by jej na to nie pozwolił.


Peter Gantzler i Julia Jentsch w "33 scenach z życia"


A więc ten film mi się podoba, mimo że mi się nie podoba. Taki mam właśnie stosunek do polskiego kina. Drażni mnie autobiografizm i brak oryginalności Szumowskiej, nie znoszę w kinie tematów, które są samograjami i generują emocje nie wysiłkiem reżysera, a rzeczywistym lękiem, którym podszyte jest życie codzienne każdego z nas, lękiem przed chorobą i śmiercią najbliższych (czyżbym była jednak modernistką?). Ale kiedy mowa o samograjach, muszę zatrzymać się chwilę nad drugim filmem, który wczoraj obejrzałam. To „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta. Stuprocentowy film – samograj, w którym tę rolę spełnia po części temat, po części – aktorzy. To jest w dodatku rzecz bardzo lokalna, oparta na doświadczeniu widza, polskiego widza, zupełnie nie wiem, jak ten film obejrzałby cudzoziemiec, który nie zna historii polskiego kina. Jego akcja toczy się w domu aktora w Skolimowie, w fikcyjnej fabule wzięli udział także realni mieszkańcy tego domu spokojnej starości, ukryci tam przed światem, których pamiętamy z wielu ról, z najlepszych czasów. A tu mamy do czynienia z niedołężnymi staruszkami, z których twarzy z trudem wyłaniają się dawne rysy, jak z jakiejś mgły. Prym w tym towarzystwie wiedzie Jan Nowicki, grający przecież siebie – Jerzy, pijaczyna i kobieciarz, który trafia tam po kolejnej życiowej awanturze i awanturuje się dalej, podrywając z foteli staruszków. Postanawiają wystawić „Fausta” w miejscowym więzieniu. Film Bławuta należy właściwie do kategorii „teatralnej”, do której ostatnio zaliczyłam również pokazywany w Gdyni, nowy film Zelenki „Bracia Karamazow”. To takie kino, w którym obecny w filmie teatr na różne sposoby przenika się z fikcyjną fabułą, czyli z życiem bohaterów. Ale w porównaniu „Bracia Karamazow” są jakimś sztuczydłem marnym, wygibasem niepotrzebnym. Tu: znowu, trochę jak u Szumowskiej, w kadr wciska się nie tyle prawda ekranu co prawda rzeczywistości. Wzruszająca, bo nie wymyślona na użytek przedstawienia, widoczna w każdej zmarszczce na twarzy, w każdym poruszeniu drżących rąk czy głosu. I choć film Bławuta może zbyt łatwo chce nam do serc wlać trochę miodu, udowadniając, że starość jest stanem wielobarwnym, zróżnicowanym, niełatwym, ale też nie pozbawionym piękna, przyjmuję tę słodko-gorzką wizję z aprobatą. A za rozwiązanie przestrzeni teatralnej w więziennym panoptikum daję Bławutowi piątkę z plusem. Aktorom za fenomenalne aktorstwo - jak wyżej.


Jan Nowicki i Sonia Bohosiewicz w "Jeszcze nie wieczór"



środa, 17 września 2008
wojna na słowa - dlaczego dizajn

Z uporem wartym lepszej sprawy propaguję 'dizajn' w środkach masowego przekazu. Była już o tym mowa. Wielką radość wywołał w redakcji mój tekst, relacjonujący gdyńskie dni designu (w domyśle dizajnu), w którym pisałam o zmianie sposobów myślenia o tej szlachetnej sztuce. O tym, że dizajn nie powinien się już dziś kojarzyć z wysublimowanym, niedostępnym i drogim światem pięknych przedmiotów. Kategorie piękna czy mody ustępują miejsca kreatywności, ekologii, nowej inteligencji, długofalowym dizajnerskim strategiom oraz badaniom nad wartościami użytkowymi i prospołecznymi wzornictwa. No i że - ha, ha... - "Od kilku lat profesjonalne czasopisma projektowe, firmy współpracujące z projektantami, środowiska, zajmujące się grafiką użytkową i wzornictwem przemysłowym popularyzują zaadaptowaną graficznie na język polski formę internacjonalizmu 'design'. W oficjalnym obiegu posługują się słowem 'dizajn', nie - 'design', podobnie jak Chorwaci, Słowacy czy Rosjanie. Ta rewolucja językowa jest stawiana w równym rzędzie z rewolucją w myśleniu o współczesnym projektowaniu".

To ta "rewolucja językowa" wywołała taką radość w redakcji, bo gdzież ona, no gdzie?! dopytywali z satysfakcją propagatorzy designu. Tymczasem postanowiłam dotrzeć do źródła problemu.
 

Czeslawa Frejlich, redaktorka naczelna magazynu 2+3D:

"Postanowiliśmy przyjąć 'dizajn' w formie spolszczonej, gdyż po konsultacji z językoznawcami doszliśmy do wniosku, że 'design' to forma niepoprawna - powinno być 'wzornictwo'. Używamy jednak tak często słowa 'wzornictwo', 'projektowanie', że czasem potrzebne jest jeszcze inne określenie. Dla mnie 'design' w naszym języku ma odcień popularny, bardziej związany z modą. Chcieliśmy odejść od tej konotacji. Młodzi ludzie, studenci nagminnie stosują właśnie taki spolszczony zapis. To nam się spodobało - szczególnie do działań projektowych typu eksperymentalnego (offowego). Nasza argumentacja jest dość arbitralna i rozumiemy inny punkt widzenia".




więcej niż czas

jeszcze o biennale

Bardzo emocjonujemy się tym, co wydarzyło się w Wenecji. Nie tylko dlatego, że to tzw. sukces międzynarodowy jak ongiś długie skoki Małysza. Może dzięki niemu zaczniemy wreszcie rozmawiać w Polsce o architekturze. Z tekstu Stacha Szabłowskiego:


'„Jedno trzeba powiedzieć sobie jasno. Architektura to nie są budynki” - ogłasza Aaron Betsky, dyrektor Cincinnati Art Museum i kurator 11. Biennale w Wenecji. „Budynki to tylko obiekty. Większość z nich jest paskudna, marnotrawna i nieużyteczna. Architektura natomiast to piękno - to ona sprawia, że czujemy się we współczesnym świecie u siebie. Powinna tworzyć ramę, strukturę, sekwencję przestrzeni, w której umieszczamy nasze doświadczenia, i która pomaga nam zrozumieć, gdzie i kim jesteśmy. Budynki stały się grobem architektury. Musimy ją wskrzesić!” - wzywa Betsky i tytułuje swoją wielką wystawę „Out there. Architecture beyond Building” (Gdzieś. Architektura poza budynkiem).

(...) „architektura to sposób, w jaki wyobrażamy sobie, obrazujemy, przedstawiamy, kształtujemy a nawet proponujemy krytyczne alternatywy dla środowiska tworzonego przez człowieka”.

Sukces Hotelu Polonia jest międzynarodowy, ale wydaje się, że jeszcze większe znaczenia ma w samej Polsce. Nie chodzi tu o miłe połechtanie narodowej dumy, ani nawet o to, co wraz z artystami mówią poprzez tę wystawę Trybuś i Piątek, lecz o sam język, którym się posługują. Sposób, w jaki w Wenecji myśli się i dyskutuje o architekturze, jest w Polsce właściwie nieobecny. Skutki widać aż nadto wyraźnie na krajowych ulicach. Trzeba mieć nadzieję, że nagroda na prestiżowej imprezie będzie choćby małym krokiem w kierunku otwarcia się na możliwość innego rozumienia architektury niż w kategoriach krótkoterminowego - i krótkowzrocznego - biznesu'.


cały tekst >>>>


poniedziałek, 15 września 2008
więcej niż architektura

weneckie biennale po polsku >>



"Hotel Polonia. Budynków życie po życiu" Grzegorza Piątka i Jarosława Trybusia oraz Nicolasa Grospierre i Kobasa Laksy - ekspozycja w pawilonie polskim, zorganizowana przez Zachętę, zdobyła
wczoraj na XI Międzynarodowym Biennale Architektury w Wenecji Nagrodę Złotego Lwa.


"Czy to nie dziwne, że chociaż wszyscy czujemy zmienność świata i słyszymy coraz natrętniejsze tykanie zegara, architektura udaje, że im nie podlega?

W płynnej rzeczywistości, tylko to, co samo jest płynne, wieloznaczne, nieprzerwanie odradza się i redefiniuje, ma szansę przetrwać. Na tym tle architektura skrępowana technologią procesami inwestycyjnymi, przerostem ego architektów i inwestorów, mentalnymi nawykami, które wciąż każą żądać od niej Witruwiańskiej trwałości, jawi się jako coraz bardziej ociężała. Rości sobie pretensje do wieczności, zapominając o doświadczeniach przeszłości i zamykając oczy na przyszłość. To groteskowa i niebezpieczna poza w czasach błyskawicznego przepływu informacji i kapitału, mogącego w jednej chwili zachwiać światowym porządkiem".

kuratorzy wystawy w pawilonie polskim weneckiego biennale architektury: Jarosław Trybuś i Grzegorz Piątek  



niedziela, 14 września 2008
Christelle i jej wodny bawół


Bawoły i skutery, dzwonki w pagodzie i dźwięk klaksonów w ulicznym ruchu, chaty z palmowych liści i miejskie kamienice z handlowymi boxami w parterze, mnisi i karaoke...

Francuska artystka Christelle Lheureux > kolaboruje z ciekawymi postaciami. Z tajskim reżyserem Apichatpongiem Weerasethakulem (Skrajne żądze, Tropikalna gorączka, Światło stulecia) zrealizowała m.in. wideo instalację „Ghost of Asia” > (2005), upamiętniającą ofiary tsunami. Artyści oddali kamerę w ręce trójki dzieci, które miały sfilmować ducha. Ze szwajcarskim architektem Philippem Rahmem > współpracowała przy jego instalacjach w Tokio (Afternoons defferred >) i Paryżu (Invisible architecture >). Na co dzień wykłada film w wyższej szkole sztuki i dizajnu w Genewie. Ale często wyjeżdża. Bardzo często do Azji. Bierze tam udział w artystycznych programach rezydencyjnych. Efektem jednej z rezydencji, organizowanej przez Saigon Open City >, był „Wodny bawół” > (2007).

Moja ulubiona krótkometrażówka niestety wypadła z programu tegorocznego 2. Festiwalu Filmów Wietnamskich „Kino w pięciu smakach” >. Ale nie definitywnie. Była tak inna od tego, co zostanie pokazane w zestawie krótkich filmów wytwórni TPD, że trudno ją było do niego włączyć. W przyszłym roku specjalnie dla niej, wokół niej organizatorzy zbudują zestaw podobnych filmów. Jak je nazwą, z jakiego źródła będą pochodzić i co sobą reprezentować, dziś jeszcze nie wiadomo.

W swoim filmie Christelle konfrontuje historię dwóch chłopców, przedzierających się deltą Mekongu w poszukiwaniu ojca w czasach francuskiej okupacji, z codziennym dniem młodej dziewczyny, mieszkającej we współczesnej wietnamskiej metropolii. Te obrazy codzienności nie mają charakteru dokumentalnego, a opowieść o chłopcach, którą nieustannie słyszymy z offu, jest w rzeczywistości fragmentem telenoweli, którą dziewczyna ogląda w telewizji. To taka gra pomiędzy obrazami i mówionym tekstem. Na pierwszy rzut oka obie rzeczywistości - telenowelowa i „realna” - nie mają ze sobą wiele wspólnego. Zabawa w odpowiedniki, które podsuwa nam reżyserka, to zaledwie mamiąca oko powierzchnia.

Podoba mi się spokojny rytm tego filmu, przenikanie skontrastowanych obrazów: niebieskawy chłód miasta, pozbawionego wilgoci, wiatr, który porusza dzwonkami. Z drugiej strony rozżółcona delta, brunatna, mętna woda, której wszystko dotyka, która wszystko przenika. Codzienność wiatru i codzienność wody. Ta pierwsza płynie, nie napotykając przeszkód. Jest zestawem scen, nie powiązanych ze sobą w konkretną narrację, w jakiś znaczący ciąg. Ta druga, bardziej wyrazista, chronologiczna i logiczna, jest tradycyjną opowieścią, w której chłopcy poddani są różnym próbom, muszą zdobyć pożywienie, ukrywać się przed Francuzami, opowiadać o swoich poszukiwaniach spotkanym rebeliantom, przeżywać jakieś emocje, mieć potrzeby. To się wydaje o wiele bardziej realne. A tu: widok nabrzeża, prawie niedostrzegalny ruch grubych, bordowych zasłon o poranku, rozedrgana kilkoma ruchliwymi, kolorowymi światłami ciemność klubu karaoke, pranie wieszane na tarasie po zmroku, różowe ściany, dym z papierosa na tle tworzących uliczną pierzeję budynków, wysokich i wąskich.

Oczy Wietnamu wciąż skierowane są ku przeszłości. Z różnych powodów, przeszłość to konkret. W dramatycznej przeszłości to spojrzenie chce się ukryć. Najpewniej przeżyty, rozpoznany dramatyzm wydaje się bezpieczniejszy, mniej kontrowersyjny. Jasne są biele, ciemne - czernie. To teren rozpoznany przez reżyserów, którzy wyemigrowali z kraju i nie znają jego współczesności, nic nie wiedzą o jego codzienności, albo nie za wiele. O swoim wyobrażeniu piszą nasycone wizualnym pięknem poematy. Szukają enklaw dawnego życia i o nich opowiadają. Pielęgnują wspomnienia, rozliczają się z przeszłością. Współczesność to jednak trudna dla nich do uchwycenia płynność.    







Wodny bawół, reż. Christelle Lheureux



niedziela, 07 września 2008
w październiku pora na Bałkany

IV Festiwal Pora Prozy


17 października (piątek), godz. 18:00
SOPOT
Spotkanie z
Mariją Knežević („Ekaterini”) i tłumaczką Dorotą Jovanką Ćirlić poprowadzi Joanna Cieplińska

18 października
(sobota)
WROCŁAW
Spotkanie z
Borą Ćosiciem i Nenadem Veličkoviciem

GDAŃSK
Spotkanie z
Mariją Knežević („Ekaterini”) i Miletą Prodanoviciem („Oko wędrowca. Notatki z podróży”)

 

19 października (niedziela)
BIELSKO-BIAŁA
Spotkanie z
Borą Ćosiciem i Nenadem Veličkoviciem

POZNAŃ
Spotkanie z
Mariją Knežević i Miletą Prodanoviciem

20 października (poniedziałek)
WARSZAWA

O czym pisać nie mogę.
Sześcioro pisarzy z Bałkanów.

debata panelowa

Uczestnicy:
Bora Ćosić, Nenad Veličković, Marija Knežević, Dubravka Ugrešić, David Albahari i Mileta Prodanović

Moderator:
Konstanty Gebert

Klub "Goście Gazety", 
godz. 19:00
ul. Czerska 8/10


sobota, 06 września 2008
dziennik Mekasa w księgarni




JONAS MEKAS >>
"Nie miałem dokąd iść"

POGRANICZE seria MERIDIAN Sejny 2007





piątek, 05 września 2008
ten straszny Seidl w stolicy


Przyjedzie, będzie gościem Festiwalu Warszawskiego Skrzyżowanie Kultur. Wszystkie jego filmy będą pokazywane w ramach Przeglądu Młodego Kina Austriackiego obok filmów austriackich reżyserek: Jessiki Hausner, Barbary Albert i Ruth Mader. Ulrich Seidl obok Michaela Haneke, Elfriede Jelinek i Thomasa Bernharda rysuje mi trudny, żeby nie powiedzieć - okrutny obraz Austrii, Austrii z dreszczykiem... "Upały" (2001), "Import Export" (2007) to doskonałe, chłodne kino, z którym nie można się
zaprzyjaźnić. Brutalne i poruszające. Chłodne dotknięcie w samo serce.

Ulrich Seidl: "Nie chcę bawić ludzi moimi filmami, ale chcę ich dotknąć, urazić, może nawet zamotać im w głowie po to, by zaczęli o czymś intensywniej myśleć. Moje filmy są krytyczne wobec społeczeństwa, nie wobec indywidualnych osób. Mam własną wizję godnego życia i godnej sztuki. Jeśli film poza tym, że jest przyjemnością, pozwala zobaczyć widzowi kawałek swojego życia, to znaczy, że reżyser dużo osiągnął. Chcę, aby ludzie, oglądając moje filmy, stawali przed samymi sobą".

 
szczegóły >>>>




wtorek, 02 września 2008
krajobraz po bitwie


Ten krajobraz nigdy nie był tak smutny po bitwie. Rozrzucona blacha, blacha w kupkach. Kupki desek, deszczułek, pełne zardzewiałych gwoździ, niepokojąco spiętrzone jak rusztowanie Kawamaty. Na wydeptanym trawniku smętne pozostałości po trawie. Dróżki. Blade kwadratowe placki. Czarne kwadratowe placki. Kilka powiewających na wietrze czerwono-białych, ostrzegawczych taśm. Bordowe rurki pochlapanego farbą rusztowania.

Dziś przed moim oknem toczył się dziwny spektakl. A właściwie – dziś przed moim oknem toczyły się dwa równoległe życia, doszły do głosu dwie rzeczywistości, oddzielone od siebie ścianą strachu. Obserwowałam zagadkową pantomimę, należącą do jednej z nich. Prawdziwe opowieści. Opowieści z życia wzięte. Najbardziej ruchliwe jak zwykle były dłonie. Pełen repertuar. Dotykanie ust, składanie rąk jak do modlitwy, nieco zawstydzony, dobrze znany z ekranu telewizora gest zakrywania twarzy, tak robią stare kobiety, które chcą ukryć łzy. Mężczyźni w zielonych roboczych spodniach siedzieli w rządku na murku, czekając na swoją kolej, aż policjant w cywilu zapisze ich zeznania. Palili papierosy. Tak nagle cisi i skruszeni. Jakby im się życie złożyło niczym kartka papieru, może na pół, może inaczej. Na koniec został młody chłopak w uciętych poniżej kolan rybaczkach. Baletmistrz, pantomimista, chyba najbardziej z nich wszystkich przerażony. Sam na sam z policjantem. Podkurczone nogi, zaciśnięte na brzuchu ręce raz po raz frunęły do góry i coś pokazywały.

Robotników, wymieniających pokrycie dachu w moim budynku i w tym obok, szczerze nie znosiłam. Pracowali od kwietnia. Wściekali mnie od bez mała pięciu miesięcy. Przychodzili o siódmej rano rozbawieni, gotowi opowiadać swoje historie całemu światu. Rzucali blachami. W ciepłe dni w czasie przerw, których – wydawało się – mieli bez liku, bez pardonu rozkładali się na trawie i piknikowali. Zostawiali po sobie bałagan. Wścibscy i bezczelni. Luźna atmosfera. A powinni być przecież niewidzialni. Skupieni na pracy, żeby wykonać ją szybko i jak najszybciej uwolnić nas od swojej obecności. Czy nie było takiego zapisu w umowie? Szlag mnie trafiał za każdym razem, kiedy przechodziłam moim zawłaszczonym teraz chodnikiem. Fachowcy! Klęłam pod nosem. W dodatku - jakby tego wszystkiego było mało - dziś jeden z nich spadł z dachu i się zabił. Na szybką śmierć na miejscu. Tego – jak sądzę – również nie było w umowie.


orientuj się!


konkurs fotografii, poświęconej społeczności wietnamskiej w Polsce

szczegóły >>>>



fot. Bartłomiej Zaranek z cyklu Warszawiacy

2. Festiwal Filmów Wietnamskich
Kino w pięciu smakach >>



poniedziałek, 01 września 2008
orła cień...

... zawisł nad mandalą
(do kliknięcia)



(méfiez-vous des morceaux choisis)