agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
niedziela, 30 października 2005
koncert nie za duszny

Całe szczęście, że nie muszę pisać o muzyce. Podejmując desperackie próby pisania o muzyce, najczęściej dochodzę do wniosku, że ja muzyki od czegoś innego odróżnić nie mogę. Bo wszystko, co w muzyce jest i co jest poza nią wokół, to wszystko jest po prostu nie do odróżnienia.

I tak też stało się z koncertem pewnego alternatywnego muzyka. Było w nim wiele z tego poplątania. Bo realnie rzecz biorąc - był w nim wieczór i straszny ziąb, i spóźniony był tramwaj, więc musiałam biec, a jak dobiegłam do kościoła, który w naszym mieście pełni rolę sali koncertowej, to siłą rozpędu biegłam dalej, w kółko, bo wszystkie wejścia były szczelnie zamaskowane. I była w nim trochę też Karolina, o której czytałam, jadąc tramwajem. A więc było to wszystko enigmatyczne, opatrzone znakiem zapytania raczej, niż wykrzyknikiem. Czy on ją wreszcie spotka? Tę boską Karolinę? Czy ona w ogóle istnieje, czy jest tylko wymyśloną przez niego na potrzeby pokręconej narracji figurą stylistyczną? I zaraz obok Karoliny był w nim też mój czerwony szalik. Na szczęście złapany w ostatniej chwili przed wyjściem z domu, bo - jak mówiłam - było zimno. W środku oczywiście dużo ludzi w okularach, ołtarz z szarego kamienia, który nieodmiennie kojarzy mi się z hinduską świątynią, mury zaplamione, sklepienia krzyżowe, wysokie, i biblioteka po lewej, i okienko nad nią w bocznej ścianie, przez które kiedyś ktoś kazał mi się przeciskać, a jedynym dojściem do niego była chybotliwa drabina, ustawiona na stole. Myślałam o pokoiku dla księdza nad tą biblioteką i oglądałam jej sklepienia od strony, od której zazwyczaj się ich nie ogląda. Więc było w nim też to zadawnione uczucie lęku i jeszcze myśl o księdzu, co zawsze był młody, wodzony w swoim pokoiku na pokuszenie. I był też pan duży, w skórzanej kurtce, siedzący po prawej, który mnie zasłaniał sobą, przed wszystkimi zewnętrznymi wpływami chronił i wydzielał być może nawet swego rodzaju ciepło, do którego instynktownie lgnęłam, opadając coraz niżej w swoim plastikowym fotelu. Tymczasem na scenie alternatywny muzyk jak alchemik, pochylony nad masywnym stołem, zaopatrzonym w guziki, pokrętła i suwaki, z determinacją poszukiwał Soli. Miksował dźwięki, podrygując przy tym zabawnie, ale jego ruchy mało miały wspólnego z tym, co wydobyte z głośników, przenikało nasze wątłe, ostudzone ciała, czyniąc z nich doskonałe przewodniki. W dodatku, sparaliżowani drganiem wielu membran w chłodnym, ostrym powietrzu, wypełniającym wnętrze kościoła, obserwowaliśmy ruch kolorowych figur, plam i cieni, w rytm muzyki wyrzucanych przez reflektory. Aż wreszcie mogliśmy pomyśleć, że płyniemy arką przez zamglone morze, że jesteśmy jedynymi ludźmi ocalonymi z katastrofy, że zamiast kobiecej rzeźby na dziobie arka ma ołtarz, przypominający hinduską świątynię. I płynęliśmy tak, bo muzyka była transowa (bo drgania nie ustępowały), alternatywna (dla tego, co w nas już od dawna nie grało), progresywna (bo już cofnąć się nie było gdzie), psychodeliczna (choć mięśnie - jestem pewna - napięte mieliśmy jak struny), apatyczna i apetyczna, gdy tamta kobieta śpiewała w różnych językach świata, trochę fałszując, a trochę podniebienia nasze tymi językami łaskocząc. A potem ktoś ją zawsze sprowadzał ze sceny, osłabioną nagle, wątłą, kruchą, ogłuszoną, przyszpiloną spojrzeniami i fleszami aparatów do jednej z kolorowych plam. A może po prostu miała za ciasne buty - białe, krótkie botki, w których poruszała się jak w łyżwach na lodowisku, niepewnie stawiając kroki, szusy, susy. I wszystko to było wymieszane. Wirujące żółte słońca, czerwone romby, chłodne zielenie rozdygotanych rozet, pajęczyny białych promieni razem wymieszane z obłoczkami naszych oddechów i z subtelnie dozowanym dymem z dmuchawy. No, muzyka po prostu.


środa, 26 października 2005
przedsionek


Herbaty owocowe parują ciemnym popołudniem, które nie różni się niczym od ciemnego, deszczowego, październikowego poranka. Powoli wchodzimy w przedsionek listopada. Lubię ten czas. Bez podejrzenia o sentymentalizm tu i tam palą się świece. W ich ciepłym cieniu najlepiej ogląda się stare zdjęcia. Zdjęcia, których odlegli bohaterowie żyją swoim dalekim życiem, nie przejmując się zbytnio upływem czasu. Zastygli w całkiem już nieobecnych grymasach. W przedsionku listopada wiatr pcha po niebie wielkie chmury. Pogoda wciąż ulega histerycznym zmianom. Tucza płynie za tuczą (kiedyś mówiło się tak o chmurze burzowej). I trwamy tak w ciszy i odosobnieniu - jak Kant w swoim Królewcu – na obrzeżach północnego kraju. Nie zapadając w sen, niezmęczeni, gotowi w skupieniu na coś, o czym jeszcze nic nie wiemy.

foto: Bogdan Konopka

Deszcz nad Paryżem

(Adam Zagajewski)

Z okna mojego pokoju na piątym piętrze
widzę deszcz nad Paryżem, szare strofy deszczu,
szarą kurtynę, która czesze dachy kamienic.
150 lat temu umarł Chopin, także w październiku,
na placu Vendôme. Plac Vendôme jest teraz
niewiarygodnie czysty i bogaty, lśniący,
i gości inne diamenty, inne gwiazdy.
Pe`re Lachaise jest zapewne pusty dzisiaj -
któż by odwiedzał groby w taki dzień?
Aż tak bardzo nie kochamy nieobecnych
(obecnych prawdopodobnie jeszcze mniej).
W wilgotnych ogrodach pełzną ślimaki,
w górę albo w dół, jakby szukały słońca.
Widzę biura pełne komputerów i miasto,
które jak lotniskowiec, wiozący niezliczone dusze,
przedziera się przez Ocean Lodowaty.
Nie ma ani wojny, ani pokoju, pada deszcz.
Wydaje mi się, że w szybko biegnącym obłoku
ukrywa się nieśmiały anioł; zamienia się
w łabędzia, potem w klęczącego mnicha,
a na końcu w białą, wydętą wiatrem chorągiew.
To, co w nas umiera, odchodzi cicho, dyskretnie,
lecz nie bezgłośnie. To, co się rodzi,
milczy długo. Tylko nicość krzyczy.

wtorek, 25 października 2005
notatka na kolanie


ale dzisiaj deszcz, deszcz od rana, w nocy jakoś nie mogłam spać, chociaż - pamiętam - śniły mi się jamniki, rano nie mogłam wstać, ale ucieszył mnie ten delikatny szum i plusk za oknem, wiem, jestem lekko stuknięta, w czasie deszczu otwierają mi się wszystkie zamknięte w słoneczną pogodę klapki w głowie, coś we mnie wtedy gada, patrzy, wchłania, zupełnie inaczej.

kilka dni temu, podczas deszczu, wysyłając swoją magiczną ręką smsa, wygrałam bezpłatny przelot w obie strony do Frankfurtu/M, zastanawiam się dlaczego magia mojej ręki nie działa, kiedy zdarza mi się zagrać w totolotka, albo wysyłać smsy w sprawie wycieczki do Chin czy Meksyku...

wczoraj obejrzałam w tv "Zakochanego bez pamięci", do kina na to nie poszłam, bo mi było szkoda kasy, żeby się męczyć, patrząc na Carreya, którego nie cierpię równie ochoczo jak np.: Toma Hanksa, ale tym razem Carrey powstrzymał się od robienia idiotycznych min, chociaż twarz mu się chwilami jakoś samoistnie chce rozciągnąć, widzę - zapanował nad atawizmami, film jest trochę szalony ze względu na scenariusz Kaufmana, Carrey i Winslet stanowią doskonale niedobraną parę, to taka komedia romantyczna na wspak, o niebie i piekle miłości, pasuje do zdania z ostatniej książki Jurewicza: brak miłości jest równie kłopotliwy jak sama miłość.

a tu leje, leje i wiatr znad morza coraz ostrzej szarpie krzakami dzikich róż.

"Zakochany bez pamięci", 2004, reż. Michel Gondry

poniedziałek, 24 października 2005
Cieszyn we Wrocławiu!


Przyszłoroczny 6 festiwal Era Nowe Horyzonty odbędzie się we Wrocławiu, szczegóły tutaj




niedziela, 23 października 2005
przyjdź / odejdź

Michał Paweł Markowski na niedzielę:

„Kto i do kogo może to (>przyjdź<) powiedzieć? Kiedy i dlaczego? W jakiej sytuacji?

Jeśli mówię >przyjdź<, to zwracam się do kogoś innego i chcę, by ów ktoś przyszedł, by położył kres swej nieobecności. Proszę więc o jego, jej obecność, przy mnie, choć lepiej powiedzieć - d l a mnie. Chcę mieć pewność, że jest tu, przede mną, obok mnie, że nie grozi nam już rozstanie, że dystans między nami zniknie i że nie będę musiał już wierzyć w nadejście tego, kogo nie ma. >Przyjdź< rodzi się z wiary, która sięgając ku nieobecności innego, chce ją przekształcić w obecność. Wiara dotyczy więc tego, kto powinien być przy nas, lecz go nie ma. Zrodzona z dystansu, chce ten dystans zniweczyć. Na tym polega jej paradoks, którego nie może unieważnić żadne przyjście.

(...)

Co jednak dzieje się w momencie, kiedy inny przychodzi? Niknie wiara, gdyż nie muszę już wcale wierzyć w jego obecność, on sam nie musi się już wcale zapowiadać, lecz j e s t i jego bycie jest byciem dla mnie, bo to ja przecież wyrwałem go z nieobecności i nakłoniłem do przyjścia. To, co jest, co jest w pełni obecne, przede mną, przy mnie, niweczy moją wiarę, albowiem wiara karmi się jedynie nieobecnością. Albo inaczej: tylko moja wiara pozwala innemu być sobą. Gdy inny przychodzi, moja wiara niknie, on zaś zostaje skrępowany przez moje pragnienie, które - jak on sam - nagle marnieje w oczach. Jeśli decyduję się powiedzieć >przyjdź<, muszę też umieć powiedzieć >odejdź<, gdyż tylko na tym - zawsze możliwym - zerwaniu mogę zbudować nasz związek. Zerwanie to musi być możliwe, choć nigdy nie będzie do zniesienia”.


czwartek, 20 października 2005
Ukraina i Wilno



zajrzyjcie:

Ukraina i Wilno
oczami przyjaciółek

przeciwieństwa


ulica Legionów, widok z okna

Pół godziny po szóstej odzywają się kościelne dzwony, ogłaszając koniec snu. Kiedy wyglądam przez okno w słoneczne dni, kamienice przy ulicy Legionów wydają się pokryte jeszcze bardziej wyrafinowanym liszajem niż w dni pochmurne. Nigdzie nie ma tutaj drzew, a mimo to słońce figlarnie drży w zagłębieniach odpadającego tynku. Nadaje murom odcień sepii. W pochmurne poranki miasto robi się doskonale szare i jednolite. Niedobrze mieszkać wtedy w starym hotelu Savoy przy Traugutta, przypominającym hotel z Milczenia Bergmana. Niedobrze, kiedy okno wąskiego, wysokiego pokoju wychodzi na podwórko, bo w jego szarej studni można się utopić i stracić nadzieję. W takiej sytuacji ratunkiem bywa mocna kawa, ale tylko ta wypita w barze kawowym kilka kroków dalej, na rogu z Piotrkowską. Ten bar istnieje od zawsze i ma klientelę, która nie zmienia się od lat. Na ścianach mozaiki, wzdłuż wielkich okien blat i barowe stołki, strategiczny punkt widokowy, miejsce kontemplacji, kojarzące się może bardziej z wykuszem domu, wychodzącym na targowisko, okupowanym przez berlińskiego flâneura, niż z wystawą współczesnej kawiarni, w której przesiaduje flâneur londyński. Trochę dalej Piotrkowską przecina ulica Tuwima, gdzie już od dawna nie stoi pamiętany przez Jurewicza mężczyzna o twarzy Chińczyka, sprzedający pumeks, sznurowadła i kamień do zapalniczek. Odkąd przeczytałam to w jego książce Popiół i wiatr, zaglądam w oczy każdemu sprzedawcy pumeksu i sznurowadeł, a tych, stojących na wszystkich niemal rogach, we wszystkich niemal zaułkach miasta, jest wielu. Ale zamiast na Chińczyka nieodmiennie wpadam na tę samą babinę, sprzedającą w okolicach Piotrkowskiej czosnek. Moja Łódź wypełniona jest kontrastami, trochę jakby sobą w przebraniu z nowego blichtru zawstydzona, otwierająca się przed poszukiwaczami prawdy o sobie ciemnymi bramami, z których tynk odłazi jak skóra latem całymi płatami. Jedną z ważniejszych dla Jurewicza ulic w tym pierwszym dużym mieście, w którym przyszło mu pomieszkiwać, okazała się ulica Głucha. Pierwsza ulica i jak pisze: pierwsze, tak pięknie naiwne poczucie, że świat jest ułożony według pewnego porządku i każdemu na tym świecie wyznaczono przynależne tylko jemu miejsce. Bowiem mojego dziadka, który miał kłopoty ze słuchem, po jego przyjeździe spod Lidy na Białorusi do Łodzi, zakwaterowano nie gdzie indziej , tylko właśnie na ulicy Głuchej.

I jeszcze w kompleksie fabrycznym na Tymienieckiego, gdzie przeniosła się Fundacja Edukacji Wizualnej i trwała wystawa europejskich fotografików, gdzie wszystko było doskonale posprzątane, tak że z rozgrzanego jesiennie powietrza, które stało w fabrycznych uliczkach, przypominających mi nieco uliczki gdańskie stoczniowe, wyraźnie wyłowiłam zapach mydlin, zobaczyłam pośród innych i kilka czarno-białych fotografii Holendra Machiela Botmana, fragment subiektywnego fotograficznego dziennika z miejsc, które stanęły na jego drodze. Zapis nie tyle wizerunków, ile emocji z nimi związanych. Pomyślałam o tym, w jaki sposób fotograficznie oglądamy miejsca, miasta, jak chcemy je zapamiętać, potem rozpoznać. To oczywiście jeden ze sposobów, który mówi – dobrze jest nie być w zgodzie z miejscem, nie poddawać mu się w patrzeniu, nie angażować się w patrzenie, działać, przeżywać, poczuć, dotknąć. Mimo, że efekt na pierwszy rzut oka pozbawiony jest atrakcji i akcji, fotografie minimalistyczne, przyglądając im się, mam wrażenie, że obcuję nie z widokiem a z człowiekiem, który opowiada mi o sobie na tle tego widoku, cały czas czuję jego obecność. Czuję jego obecność, patrząc na zaparowaną szybę, na której ktoś (może on) coś narysował, robi się chłodniej i ten naiwny rysunek właśnie znika. Albo kiedy z góry, z okna samolotu patrzę na deltę jakiejś wielkiej rzeki, rozlewającej się wieloma drobnymi strumyczkami, odcień delty o ton jaśniejszy od czerni obramowania i kształt tego obramowania sprawiają, że delta kojarzy mi się z naturalistycznie pokazanym sercem, oplecionym żyłkami. Innym razem to jest krzesło, albo kwiaty rosnące obok chaty, albo dom, dzieciaki stojące w cieniu zasłony przy oknie. To już nie flâneria, to raczej jej przeciwieństwo.

foto: Machiel Botman

niedziela, 16 października 2005
chwila

W ostatnim ciepłym jeszcze tygodniu niebo było jakby pozszywane nierównymi ściegami uczynionymi z ptaków – jak pisał Jurewicz. Dzisiaj obudził mnie deszcz, z dawna oczekiwany. Jest ciemno, popaduje, niedzielna pogoda, cudowna, choć wciąż jeszcze bez jesiennych chłodów. Co innego w głębi kraju. Tam wczoraj marzły mi dłonie, a ludzie poubierali już flauszowe płaszcze i wełniane szaliki. Mój pociąg z opóźnieniem wjechał w noc, której próbowałam ukręcić łep. Byle nie zasnąć w opóźnionym, nocnym pociągu, pustym niemal, bo wypełnionym może tylko obcymi zapachami. Na przykład zapachem mężczyzny, podającego się za studenta dziennikarstwa, który przypominał raczej pensjonariusza jakiegoś zamkniętego zakładu. Niecierpliwie szukał wzrokiem rozmówcy, nie mogąc znieść ciszy, wyrzucał z siebie niepotrzebne słowa, rozczarowany wychodził na korytarz i palił papierosa za papierosem. Niewielka, zamknięta przestrzeń naszego przedziału przypominała menzurkę z dwoma, nie mieszającymi się substancjami o wyraźnie wytyczonej granicy. Zawartość menzurki kołysała się lekko na szynach, graniczny horyzont przesuwał się, wychylał raz w jedną, innym razem w drugą stronę, ale nie znikał. Nos w tę – czuję, nos we w tę – nie czuję. Mdławy zapach lęku i rozlanej po podłodze coca-coli. Potem pociąg wypełnił się żołnierzami, jadącymi do domów na przepustkę. Ich zapachy spadły na nas ciężko jak ciemna deszczowa chmura, wymieszały wszystko – ostrą woń tanich dezodorantów, szarego mydła, nielicznych skórzanych butów, drelichowych kurtek, albo niedopranych dżinsów i poplamionych piwem, trykotowych koszulek, woń żelu do włosów, które powoli u niektórych odrastały, a u innych ich brak nadawał twarzom wyraz jeszcze bardziej zdradziecki. Ich twarze wysuwały się do przodu, ciała pozostawiając w tylnym szeregu. Twarze tak dziwne, w takiej liczbie niepokojące. Tak zadziwiająco brzydkie, koślawe, jakby ten zbiór był zbiorem kuriozów, zgromadzonych na jakimś tajnym zjeździe. Tępe, zamglone alkoholem oczy dodawały tylko pewności, że nie pochodzą z tego świata. Ich światem był poligon, z którego właśnie wracali i oddalający się coraz bardziej dom, bo opóźnienie pociągu z minuty na minutę zamiast zmniejszać się rosło. Dom, do którego nieustannie dzwonili z telefonów komórkowych, a ich głos niewymuszenie się wtedy zmieniał, cichł, robił się niemal miły, dziecinny, a słowa prawie się robiły spokojne, okrągłe i zrozumiałe, i nikt z tego powodu z nich nie szydził, ani się nie dziwił, nawet jęk jednego z żołnierzy, gdy przejeżdżaliśmy przez jego rodzinne strony, przez pozostałych został przyjęty szlachetną ciszą. Emocje tych młodych chłopców wydawały się jasne, czyste niczym wydestylowane. Pozbawione wątpliwości i przewidywalne. Początkowa niecierpliwość i zadziorność wywietrzała z nich w końcu i zaczęli nawet uciszać tych czy tamtych, którzy nigdy nie mają dość, trochę pierdolonej kultury – krzyczeli, uchylając drzwi przedziału, kiedy z korytarza dochodziła przybierająca poważny charakter szarpanina. I jakże dla tej dziwacznej, przytulonej do siebie, unikającej mojego wzroku kompanii musiałam wydawać się nieadekwatna. Z otwartą na kolanach książką, w której Jurewicz cytował akurat Szymborską: Jak okiem sięgnąć panuje tu chwila.

środa, 12 października 2005
inside/outside

Wciąż zastanawiam się nad statusem blogowej przestrzeni. Bo gdyby przyłożyć do niej Lévinasowską miarę, okazałaby się hybrydą, mimo pozorów zewnętrzności - przestrzenią mieszaną, nieokreśloną, niejasną, nieprzewidywalną. Emmanuel Lévinas, litewsko – z pochodzenia – francuski – z zamieszkania filozof dialogu, życie człowieka widział rozpięte pomiędzy dwoma biegunami: między przestrzenią wewnętrzności, a więc wolności, miejscem samotności, czy raczej >samości<, w którym wszystko nam wolno, a przestrzenią zewnętrzności, a więc etyki, miejscem, w którym pojawia się Drugi, inny człowiek. Stanąć twarzą w twarz z Drugim, to być gotowym na spotkanie z zachowaniem jednej z fundamentalnych zasad etycznych, która mówi >nie możesz mi tego zrobić<. Nie możesz zrobić niczego przeciwko mnie. Przestrzeń wirtualna, która zdaje się w wielu wypadkach przybierać status przedłużenia realnej przestrzeni publicznej ze wszystkimi tego kreacyjnymi konsekwencjami, ukrywa za zasłoną twarz Drugiego, pozwala o nim zapomnieć. Drugi jest fantasmagorią o tyle realną, o ile posiada głos. Drugi jest głosem, który każe domyślać się swojego brzmienia, który mówi, nie patrząc nam w oczy. Czy wobec tego w ogóle jest? A skoro realnie go nie ma, albo inaczej: prawie go nie ma, to jak owo >prawie< wpływa na tę przestrzeń >prawie< wewnętrzności, w której jednak wciąż czujemy na plecach inny oddech?

Myślałam o tym, oglądając w Łodzi fotografie Marji Pirilä z cyklu CAMERA OBSCURA interior/exterior. Autorka fotografuje ludzi w pokojach, w których mieszkają, ale robi to w specyficzny sposób – pokój zamienia w camerę obscurę, wpuszczając do wnętrza obrócony do góry nogami, zewnętrzny widok z okna. Tworzy tym samym przestrzeń mieszaną. Te fotografie przede wszystkim zachwycają - naturalną urodą, miękkością, delikatnością, czy ledwie zarysowaną melancholią. Zwykle elementy zewnętrzne – widoki i wewnętrzne – postaci i wystroje są do siebie dopasowane kolorami, wzorem, charakterem. Sprawiają wrażenie spójnych, swobodnie harmonijnych. Bohaterowie większości zdjęć są pogrążeni we śnie, zamyśleni, nieobecni, to głównie kobiety i dzieci, na jednej z fotografii przy stole, pełniącym rolę wielkanocnego ołtarzyka, siedzi stary mężczyzna, chłodny błękit ścian i nakrytego białym obrusem stołu przechodzi w ciepły odcień kamiennych domów z zaokrąglonymi dachówkami, nakładającymi się na jego twarz. Jest coś hipnotyzującego w tych obrazach. Czy to za sprawą bladych odbić, spływających ze ścian i sufitów, czy za sprawą skupionych na jakimś niewidocznym celu, zastygłych w bezruchu spojrzeń ludzi, gdy dłużej się im przyglądamy, w fotografie Marji Pirilä wkrada się niepokój. Tę przestrzeń coś nawiedza. To jest jak przeczucie substancji, która sącząc się do środka kropla za kroplą, kieruje ludzkimi zachowaniami, która je kontroluje, swobodę codziennego życia zamieniając w kreację wizerunku. Nagle przestrzeń wewnętrzna otwiera się na ogląd – nie tylko fotografa, nie tylko widza fotografii. Zewnętrzność nadaje kształt wewnętrzności. Widok z okna na modernistyczny budynek sprawia, że bohaterka zdjęcia w chłodnym nowoczesnym wnętrzu dopasowuje się do niego swoim wyglądem, swoim spojrzeniem, być może swoimi myślami. Jest tym – jak pisał kiedyś Zagajewski - na co patrzy. Czy to my kształtujemy nasze domy, czy one kształtują nas? mogłaby zapytać Marji Pirilä. A widok z okna, a świat, który w jego ramie dzień po dniu staje nam przed oczami? Ciekawe, że na żadnym zdjęciu w odbitym na ścianach krajobrazie nie widać człowieka.


Zmienić adres to zmienić swój los - pisze Aleksander Jurewicz w książce Popiół i wiatr.

cdn.

niedziela, 09 października 2005
a dlaczego "perfumowana noc"?

No i tak to się zwykle kończy. Ten wypoczynek. Obok mnie kieliszek białego bułgarskiego wina słynnej marki Tcherga z pasiastą nalepką. Obok mnie rozwalony na kanapie R, któremu na kanapie teoretycznie rozwalać się nie wolno. Jednak taki widok wywołuje co najmniej wzruszenie. Jako Alfa osłabłam, zostawiłam jak jest. Obok mnie nieustająco, bardziej lub mniej pomarańczowe bukiety – łup wczorajszej wizyty na Kaszubach – nagietki o liściach włochatych i lepkich, pachnące dzieciństwem turki i słoneczniki. Obok mnie dezercja z popołudniowego wernisażu wystawy plażowej przy Przystani w Sopocie pt.: Ave decydujący moment, a przecież Vlad eksperckim okiem rozliczy wszystkich podług zasług, ciężka sprawa, nic już pewnie jako wróg klasowy do napisania nie dostanę. Czy to pech, czy łut szczęścia? Kiedy wysiadłam z pociągu w mieście Łodzi, trwało akurat zaćmienie słońca. Maksymalne natężenie zaćmienia nastąpiło dokładnie w momencie, w którym moja stopa dotknęła łódzkiego chodnika. Nie wiem skąd ta pewność, ale jakimś sposobem jestem pewna, że wobec tego nic mi już nie grozi.

Gdziekolwiek pójdę, siebie zabieram ze sobą. Siebie z całym tym zapasem. Na ulicy wciskają mi w rękę ulotki, reklamujące restaurację Dalmacja. Pierwszą książką, która wpadnie mi w ręce w zawsze odwiedzanej księgarni Światowid, będzie macedoński Czas kóz Luana Starova, pierwsza od 20 lat przetłumaczona na język polski powieść napisana w Skopje, która wchodzi w skład trylogii pt.: Bałkańska saga. Dowiem się tego dnia, że Stasiuk jednak dostał nagrodę Nike i będę zadowolona. Obejrzę w Cytrynie dawno nie widziany film Gatlifa Gadjo dilo, w którym Paryżanin Romain Duris podąży śladem zmarłego ojca – muzyka i trafi do wioski rumuńskich Cyganów, by przeżyć przyjaźń, miłość, śmierć i odnaleźć kobietę, śpiewającą ludowe pieśni, nagrane na pozostawionej przez ojca kasecie. A późne popołudnia będę spędzać w studyjnym kinie Charlie, wciśniętym w podwórko fantastycznej modernistycznej kamienicy z lat 20. z gdyńskimi brzuchatymi balkonami, położonej w tej gorszej części Piotrkowskiej, gdzie po drugiej stronie ulicy, burząc linię ulicznej pierzei, postawiono wieżowce z wielkiej płyty. Te wieżowce są o tyle charakterystyczne, że zwieńczone betonowymi blokami pozbawionymi okien, przypominającymi przeciwlotnicze schrony. W piwnicy jednego z wieżowców mieści się słynna alternatywna galeria sztuki Manhattan, gdzie – pamiętam – kilka lat temu i Stasiuk miał swój wieczór autorski.

Gadjo dilo, 1997

W kinie Charlie trafiłam na przegląd niezależnego kina latynoamerykańskiego. Nie miał on jednak nic wspólnego z warszawskim festiwalem Piotra Kobusa. Od 2002r. Festiwal Filmowy w San Sebastián-Donostia, Rencontres de Cinema d'Amerique Latine w Tuluzie i Instytut Cervantesa wspólnymi siłami realizują projekt >kino w budowie<, dofinansowując południowoamerykańskie pełnometrażowe niezależne produkcje. Kino Charlie ma umowę z Cervantesem i jako jedyne w Łodzi pokazuje propozycje Instytutu (ech, pozazdrościć...). Żałując reszty, trafiłam na zaledwie dwa filmy argentyńskie, oba ciekawe.

Oba trochę podobne, a trochę nie. Akcja obu toczy się na odsuniętej od świata prowincji (sic!). W filmie Fernána Rudnika prowincją jest tytułowe Pueblo Chico, zgodnie z nazwą malutkie miasteczko, nie tyle odsunięte, co odcięte od świata, wyspiarskie. Do miasta przybywa marynarz Antonio, wysłany przez władze w celu sporządzenia raportu o sytuacji w regionie. Ten film mimo swojej ewidentnej filmowości jest nieco teatralny, umowny. Jedynymi postaciami, które się w nim pojawiają, są: nieco zagubiony, choć raczej nieskomplikowany Antonio; burmistrz, w zaciszu domowym wspominający swoje zasługi względem ojczyzny i stare czasy, czasy świetności miasteczka, kiedy to było odwiedzane przez notabli; dziewczyna z poczty, uratowana w dzieciństwie z tonącego statku tu znalazła dom, poetka egzystencjalistka; leniwy rybak i inwestorzy w garniturach, którzy szantażują burmistrza, chcąc zmienić okolicę w kwitnącą oazę przemysłu, czerpiąc z tego zyski. Jak w wielu podobnych filmach fabuła nie ma tu nadrzędnego znaczenia, liczy się nastrój. Film jest z pewnością parabolą sytuacji Argentyny i jej mieszkańców wiernie, z nostalgią trwających w miejscu, z którym w jakiś sposób zostali związani. Miasteczko leży w pofalowanej rudej dolinie, graniczącej z morzem skalistym brzegiem. Domy są białe, kamienne. Kwatera burmistrza mieści się w latarni morskiej. Zwykle świeci popołudniowe słońce, zawsze wieje wiatr. Gdy pada deszcz, burmistrz okrywa się beżowym pledem. Bohaterowie są zawsze tak samo ubrani, otoczeni tymi samymi, noszącymi ślad upływu czasu przedmiotami. Między dziewczyną z poczty a Antoniem nawiązuje się nić sympatii. Ona marzy o miłości, zatopiony we wspomnieniach burmistrz coraz bardziej się od niej oddala. Burmistrz zwykle przesiaduje w lesie i strzela z rewolweru do drzew. Ona zwykle się wtedy kąpie w morzu. Każdy z nich ma swoją małą historię mierzenia się z własnymi lękami, z własną przeszłością. Kiedy inwestorzy swoimi wpływami odcinają miasteczko od tego, czym do tej pory się zajmowało, a więc od handlu, kiedy przerwana zostaje komunikacja ze światem, burmistrz wraz z Antoniem próbują coś wymyślić, wzywają na pomoc zagraniczne samoloty, latające nad wyspą. Kiedy jeden z nich ląduje i okazuje się, że jego pasażerami nie byli Francuzi czy Niemcy tylko znienawidzeni inwestorzy, burmistrz ich zabija.

W czarno-białym, gruboziarnistym filmie Santiago Palavecino Otra vuelta (Drugie podejście) wyczuwa się podobną nostalgię za minionym, za dzisiejszym, za czymś nieokreślonym. W obu filmach liczą się chwile, pojedyncze słowa. Młody reżyser telewizyjnych reklamówek wraca do miejsca urodzenia, do rodzinnego Chacabuco. Chce nakręcić tu swój pierwszy prawdziwy film na podstawie opowiadania Perfumowana noc Heraldo Contiego, pisarza, który tu mieszkał, a potem zniknął, zaginął. To historia miłosna, o której nie za wiele się dowiadujemy. Historia mężczyzny zakochanego w kobiecie, do której pisał listy, historia z listami w fajerwerkach. Wszyscy dziwią się temu wyborowi. Nieustannie pytają – a dlaczego Perfumowana noc? Reżyser nie odpowiada, być może ma jakiś plan i cel, bez przerwy konstruuje z papieru kolejne fajerwerki, skoro ma nakręcić o tym film, musi wiedzieć, jak to się robi - naiwnie tłumaczy. Sceny z fajerwerkami w naturalny sposób wyciszają te umieszczone między nimi. Są niczym uspokajająca mantra. W tle przygotowań do realizacji filmu pojawia się historia dawnych przyjaciół reżysera, którzy pozostali w mieście. Jeden z kolegów popełnił samobójstwo, drugi – zakochany w dziewczynie tamtego – popada w chorobę psychiczną. Opowiadanie Contiego, którego treści nie poznamy do końca, zdaje się nakładać na rzeczywistą historię niewyjaśnionego samobójstwa. Wiele tu znaków zapytania, poprzecinanych nie związanymi z akcją ujęciami jeziora i koni wśród drzew, które później okażą się fragmentem wiejskiego krajobrazu, w który uciekał przyjaciel reżysera ze swoją małoletnią kochanką. Nic jednak z tej wiedzy nie wynika. Nic nie wynika z zakończenia, które każe nam obserwować cudowne fajerwerki, w których wcześniej reżyser ukrył podarte opowiadania przyjaciela. Niewyjaśnione jest tu najważniejsze. Finałowa satysfakcja widza filmu Palavecino nie bierze się z odkrycia jakiejkolwiek prawdy, czy nawet półprawdy. Satysfakcja leży w niedokończeniu. W niedokończeniu i niedopowiedzeniu leży nie tylko uroda tego filmu, ale jego sens. Być o krok od rozwiązania. Wciąż o krok. To wspaniałe kino. Budowane w sposób konsekwentny, skupione na tajemnicy, a jednocześnie niezwykle autentyczne, ludzkie, dotykalne, chciałoby się powiedzieć codzienne. Bo nawet nie poetyckie. Poezja też jest tu ukryta pod warstwą zwykłych rzeczy. Zwykłych rozmów nad mocną kawą o północy. Argentyna w tych filmach jest taka bliska. Jednak Cortazarowska.

cdn.

piątek, 07 października 2005
koniec flanerii


Dziś, kończąc swoją kilkudniową przygodę z łódzką odmianą flânerii, jestem w stanie wymienić jedynie, o czym tu opowiem, kiedy słusznie odpocznę. Będzie o: gęstej łódzkiej miejskości, o sznurowadłach i pumeksie, o pałacu Poznańskiego i Erwinie Olafie, o barze kawowym przy hotelu Grand, o ulicy Legionów, o niezależnym kinie latynoamerykańskim, o zaćmieniu słońca i rumuńskich Cyganach, o Marji Pirilä, Sonyi Stankovej, Michielu Botmanie, jednym słowem o >twórcach europejskiej fotografii<, o czosnku i fabrykantach, a także o macedońskim >czasie kóz<. To wszystko, a nawet więcej już niebawem.


foto: Marja Pirilä, Marianna z cyklu Interior/Exterior




niedziela, 02 października 2005
ręce wytrzeć o liście

Gazety doniosły, że Luk otrzymał nagrodę. Nagrodę w konkursie fotograficznym organizowanym przez Nadbałtyckie Centrum Kultury, którego tematem był IX Festiwal Szekspirowski w Gdańsku. Luk sfotografował spektakl "Romeo i Julia. Mit" Liepaja Theatre z Łotwy. Blisko mu do takich historii. Ja nie lubię teatru, więc mnie jest daleko. W gazecie zamieścili jedno zdjęcie, a nagroda została przyznana za zestaw. Na zdjęciu w wielkim akwarium widać dwa, podświetlone na niebiesko ciała. Rozczapierzone palce aktorów opierają się o szklaną ścianę, woda faluje niespokojnie. I wszystko się zgadza. Odległy miłosny romantyzm, poszarpany brakiem powietrza, wciela się w podwodny sen o spełnieniu.

Luk to jest chłopak z Mazur - wysoki i czuły. Z czułością pochyla się nad drobiazgami. Za każdym razem, wracając do domu, najpierw zanurza ręce w jeziornej wodzie. Woda jest z nim jak moc. Pod wodą robi zdjęcia. Kiedyś w listopadzie przysłał mi wiersz i kiedy myślę o Luku, mam przed oczami jego fragment.

Listopad, niemal koniec świata, kilka minut przed zmierzchem.
Schroniłem się w kawiarni, siadłem tyłem do światła.
Wolne? Zajęte - odpowiadam, rzucam kurtkę na to drugie krzesło.

Och, gotów jestem już wyjść z tego miasta, ręce wytrzeć o
liście, cały ten kurz, tłuszcz miasta
wytrzeć o liście, wyjdź ze mną, zobaczysz.

(Marcin
Świetlicki)


foto: Łukasz Oganowski, z cyklu Mazury pod lodem



więcej tutaj