agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
środa, 31 października 2007
okultystyczne praktyki/recycling


Jan Turnau napisał ładnie w dzisiejszej GW:

"Dni wspomnień.
Ściągam zmarłych myślą do siebie. Są jak żywi. Nawet bardziej realni, niż gdy ich widziałem. Patrzę na nich teraz uważniej, bez okularów egoizmu, które mi ich zasłaniały wówczas. Odnoszą oni teraz swoje za grobem zwycięstwo".
(Zmarli, czyli najżywsi)


* * *


Podobna do wysokiego, wąskiego wazonu z gliny, z którego wychodzą zdziczałe listki. Moja staruszka, zamknięta w pokoju od północnej strony, w którym zawsze panował chłód, zbawienny w letnie upały, taka właśnie była. Była wąskim naczyniem, nieco wygiętym przez czas, o ciemnym wnętrzu. Kiedy weszło się do jej szafy, między nie noszone ubrania, stare sukienki i futra, wciąż pachnące bułgarskimi różanymi olejkami, można było znaleźć zapasy kompotów ze śliwek. Dużych, smacznych, prawie czarnych, jak wszystko, co wpadło do studni, w której żyła moja staruszka. Śmieszył mnie sposób, w jaki stawiała stopy, jej wolny krok i torebka, dyndająca na przegubie ręki, inna od tych z ulicy, czarna, zamykająca się z plaśnięciem. Wychodząc z domu do pobliskiego baru, gdzie jadałyśmy zupę pomidorową, staruszka zabierała srebrne sztućce. A popołudniami recytowała Puszkina. Zapamiętałam jej miękki ton, nieco zażenowany czyjąś obecnością, kota i księżyc.

U progu listopada – wiadomo – aleje cmentarne, światu wypadają zęby. Tylko pogoda nie psuje się jak dawniej, jest ciepło, świeci słońce, bywa, że na trawniku znów zakwitają stokrotki. Groby ukwiecone, kolorowe, wymyte, błyszczące. Na ławeczce obok siedzi starszy mężczyzna ze wzrokiem utkwionym w nagrobnej płycie. A na niej, jak na stole, poustawiano wysokie, czerwono rozpalone znicze. Wyglądają jak butelki – pozostałość po cmentarnej libacji. Jego twarz nad tym pobojowiskiem nieobecna.

W pokoju staruszki można było stać się niewidzialnym. Wystarczyło siedzieć cicho i przeglądać stare niemieckie książki. Na ilustracjach fragmenty gobelinów, zbliżenia starannie utkanych twarzy, pełne ekspresji sceny z życia zwierząt i ludzi. Czarno-białe, czasami kolorowe, wyblakłe, zielono-różowe. Wypukłe oczy nosorożców, wokoło niebieskie liście, żółte słowiki. W pokoju staruszki zawsze wisiało gipsowe popiersie Nefretete. Spod pośmiertnej maski wydobywało się mdławe światło. Właściwie Nefretete była nocną lampką. Smukła szyja, gładkie policzki, nie raz wsłuchiwałam się w oddech królowej.

Ale teraz zamykam oczy, pod powiekami piasek, małe mrówki, kolorowe plamki. Mojej staruszki już nie ma, ale czasem przychodzi do mnie we śnie. Nie żywi urazy, że odwiedzałam ją nie dość często. Macha mi ręką na powitanie, migocząc w odległym kącie swojego pokoju. Faluje, jakby była zawieszona w gorącym powietrzu. Niecierpliwie przebierając nogami, zaplątanymi w nocną koszulę, uśmiecha się słodko. O, nawet próbuje mi coś powiedzieć, ale tylko bezgłośnie porusza ustami. Tymczasem tuż obok, na ekranie telewizora jej słowa zamieniają się w obrazy. Raz po raz na ekranie pojawia się twarz mężczyzny. Straszna, z oczami pokrytymi bielmem. Kto to może być? Wybucha śmiechem, ma ciemną skórę. Wreszcie staruszka znika, a ekran wypełnia się szumiącą kaszą, by za chwilę znów ożyć. Dostrzegam delikatnie zarysowane postacie, wodzę po nich palcem, a one reagują na mój dotyk. Czuję, że pod palcami nie mam szklanego ekranu, tylko ludzkie ciało. Całuję kogoś w drgający pikselami policzek. Mam oświetlone na niebiesko dłonie i widzę fruwającą obok nich niczym wypełniony helem balonik, małą twarzyczkę. Rozmawiam z nią, a ona przysiada mi na rękach. O, zaroiło się wokół mnie od twarzyczek, miłych i pięknych, kolorowych i ciekawych, aż trudno od nich wzrok oderwać. Czy mogę zatrzymać ten telewizor? - pytam, a twarzyczka zgadza się bez mrugnięcia oczkiem. Jestem bardzo zadowolona. Jestem też pewna, że moja staruszka miała w tym swój udział, w końcu ten wiecznie psujący się Rubin należał do niej.


poniedziałek, 29 października 2007
listopadowe zapowiedzi



I. Otwieramy na łamach struktury poziomej/architektura+dialog dyskusję o:

pięknym mieście/pięknie w mieście

Chcemy się wspólnie zastanowić nad tym, jak dzisiaj zdefiniować to pojęcie, jak przełamywać utrwalone wzorce powierzchownej estetyzacji, która w przestrzeni publicznej często owocuje kiczem. Czy w ogóle warto dzisiaj rozmawiać o pięknie i jak to robić? Czy piękno jest miastu potrzebne, czy potrzebne są nam piękne miasta?

Głos w dyskusji zapowiedzieli: moderatorka ar+di Monika Zawadzka, Lucyna Nyka i Jakub Szczepański z Politechniki Gdańskiej i ar+dowiec Michał Rybak.


II. W listopadzie swój udział w strukturze zapowiedzieli:

Agnieszka Qla Majkowska, Agnieszka Kinga Szeffel, Bartek Szubski i Monika Zawadzka:


"4 x Uzak w listopadowym
Stambule
"

czyli dziennik podróży, która dopiero nastąpi...

Mając w głowach obrazy miasta, wyjęte z filmów Fatiha Akina i Nuri Bilge Ceylana, fotografii Ary Gülera i książek Orhana Pamuka, jedziemy do Stambułu. Zamierzamy zdawać Wam relację z tej podróży. Choć nie wiemy jeszcze, jaki kształt przybierze i podróż i sam dziennik. Będziemy ostrożni. Korzystając z rad Olgi Tokarczuk*, postaramy się pozostawić to miejsce na mapie.

* “Opisywanie jest jak używanie – niszczy; ścierają się kolory, kanty tracą ostrość, w końcu to, co opisane, zaczyna blaknąć, zanikać. Dotyczy to zwłaszcza miejsc. Ogromnych spustoszeń dokonała literatura przewodnikowa, to była inwazja, epidemia. Bedekery zniszczyły większą część planety na zawsze; wydane w milionach egzemplarzy, w wielu językach, osłabiły miejsca, przyszpiliły je, nazwały i zatarły kontury. (...) Dlatego trzeba bardzo uważać. Najlepiej nie używać nazwy; kluczyć i kręcić, ostrożnie podawać adresy, aby nie kusić nikogo do pielgrzymki. Cóż by tam znalazł? Martwe miejsce, kurz, zeschły ogryzek”. (Bieguni)

Monika Zawadzka:

"Znów piękne miasto? O potrzebie badań architektonicznych w przestrzeniach publicznych miasta"
czyli pierwszy głos w ogłoszonej w strukturze dyskusji o pięknym mieście/pięknie w mieście.

Pytanie o piękno architektury automatycznie i na powrót sytuuje architekturę w polu doświadczania sztuki, co bardzo cieszy, bo nie jest to wcale perspektywa oczywista. Tematem, który mnie pasjonuje jest architektura miasta, a szczególnie aura wciąż żywych miast, które magicznie przyciągają, działają na wyobraźnie i sprawiają, że wydajemy oszczędności, by dostać się pod bezpośredni wpływ ich oddziaływania. Będę udowadniała, że wspólnotowość przeżycia jest współcześnie najcenniejszą jakością piękna w sztuce i że architektura miasta europejskiego pomaga ją podtrzymywać. W czasach przemian miastom potrzeba twardej wiedzy płynącej z lokalnych badań architektonicznych, by być otwartym na zmianę i jednocześnie chronić własną tożsamość.

Agnieszka Kinga Szeffel:

"Uliczkę znam w... Gdańsku"
czyli o tym jak Targ Węglowy zbudowano – w architektura+dialog.

To będzie tekst reklamowy. Opowiem w nim o procesie: artystycznym, dydaktycznym i socjalnym w ar+di podczas budowania eksperymentalnego projektu zabudowy Targu Węglowego w Gdańsku. Reklamować będę: nasze pomysły, z których przyszli inwestorzy mogliby skorzystać; piękne miasto, które mogłoby w tej części Gdańska powstać; strategię projektową, opartą na metodzie dialogicznej i współpracy interdyscyplinarnego zespołu, w którym się znalazłam. Architektów będę namawiać, by projektując współczesną architekturę korzystali z pomocy humanistów, humanistów – by tę pomoc chętnie oferowali, nie bojąc się wchodzenia w nieznany świat geometrii. Zdradzę też, dlaczego w mieście nocą słychać krzyki.


III. Oraz zaległe obecności:

Jacka Staniszewskiego: Berliner Banhoff
czyli wędrówki po miejscach punkowych... parki... stacje metra... mur... małe koncerty.... i płyty winylowe........... berlińska myśl 1986/7

Leny Majewskiej: Poruszenie znalezione? architektury związki z tańcem
czyli o przestrzeniach projektowanych ciałem...


zapraszamy!



czwartek, 25 października 2007
daj im głos


Olga Tokarczuk w rozmowie z Kingą Dunin WO z 20.10.2007:

(...) widzę różnicę między cierpieniem ludzi i zwierząt. Przede wszystkim cierpienie zwierząt nie ma żadnego przełożenia – one po prostu nie mają głosu. W sensie literackim mogę sobie wyobrazić kogoś, kto jedzie w kontenerze, natomiast nie umiem dać głosu szczeniakowi, który tu leży, ponieważ on nie używa słów, ani nie jest zapośredniczony na żadnej płaszczyźnie symbolicznej, religijnej, nie mogę nic z nim zrobić. Widzę suche cierpienie. Ponieważ jestem człowiekiem, zrozumienie drugiej istoty ludzkiej jest zawsze potencjalnie łatwiejsze. Dlatego cierpienie zwierząt robi na mnie większe wrażenie – jest pozbawione sensu, nie można zwierzęcia pocieszyć, mówiąc: Nie przejmuj się, będzie dobrze albo Bóg jest przy tobie, zmartwychwstaniesz. Na dodatek to cierpienie jest bagatelizowane albo traktowane jako konieczne. A czasem nawet przypisane zwierzęciu na zawsze – w laboratoriach, w hodowlach”.



GW o zabitym niedźwiedziu >>

Adam Wajrak: Strach żadnym usprawiedliwieniem >>

Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Polsce >>

akcja daj mi głos >>


>>>>


wtorek, 23 października 2007
pisarka



Droga Pani,

Z przyjemnością czytałam dotąd Pani teksty. Mają ciekawy, plastyczny język i bardzo ruchliwą energię. Nie wiem, jakie są Pani plany czy ambicje, ale jeśli będzie Pani pracować nad własną osobą i nad formą, w której zechce Pani ową energię i język umieścić, to może z tego być >coś<. Pragnę jednak Pani powiedzieć, że zawodowe pisanie to najpierw ciężka praca i nieustające poszukiwania, a poza tym rozwinięcie w sobie kilku dodatkowych talentów, które wspierają, chociaż bezpośrednio z pisaniem nie mają wiele wspólnego. Jest to zajęcie dobre dla ludzi, którzy naprawdę nie potrafią robić nic innego. A teraz, jeśli wciąż chciałaby Pani sprawdzić, jak się będzie rozwijać to, co postrzegam jako mały zalążek talentu, to chciałabym powiedzieć, że teraz i w przyszłości będę chętnie czytać Pani teksty.


Pozdrawiam serdecznie – Izabela Filipiak
23.11.1999



Szukanie tego listu zajęło mi niemal całe popołudnie. Okazało się, że leżał na wierzchu, na wierzchu jednej z szufladowych stert. Nim jednak do niego dotarłam, musiałam się przebić przez swoje marnej próby próby literackie. Była to prawdziwa droga przez mękę, traumatyczna orgia, bo zaczęłam je czytać, a czytając, nie mogłam skończyć. Ba! nie mogłam się od czytania oderwać. Obok mnie niepostrzeżenie przebiegło stadko dinozaurów, tak bardzo odległa w czasie wydała mi się ta lektura.

Nigdy nie miałam zaufania do tzw. szkół pisania, o których wieść, że powstają gdzieś w kraju, z rzadka docierała do jego północnych rubieży. Przerażeniem napawała mnie myśl o przebiegu zajęć w takiej szkole. Wyobrażałam sobie zacnego pisarza, który zadaje, siedzącej w szkolnych ławach grupie, zadanie w rodzaju “opisz swój wewnętrzny pejzaż”, a oni skrobią przez dwie godziny długopisami w kartkę i wyskrobują najprzeróżniejsze wewnętrzne pejzaże, dzieląc się nimi potem z pozostałymi i pisarzem, który ocenia styl i wartość utworu. W tym czasie straciłam już zdolność pisania długopisem, nie mogłam też pisać w otoczeniu innych osób, w takiej sytuacji mogłam jedynie patrzeć w sufit, drapać się po głowie, temperować ołówki, ewentualnie zmieniać wkłady marki zenit w długopisach koleżanek czy kolegów. Choć z drugiej strony – nie ukrywam – odrobinę mnie to intrygowało. Dlatego, gdy nadarzyła się okazja zwalniająca z bezpośredniej konfrontacji, wzięłam udział w zajęciach korespondencyjnej szkoły literackiej.

Słynne niegdyś “twórcze pisanie dla młodych panien” - akcja promocyjna, mająca zwiększyć sprzedaż książki Izabeli Filipiak pod tym samym tytułem, co tydzień zwiększało sprzedaż Gazety Wyborczej, rozgrzewając do czerwoności umysły czytelniczek Wysokich Obcasów, bez względu na wiek. Co tydzień do redakcji WO napływały najbardziej wymyślne opisy wewnętrznych pejzaży, spotkań z cieniem, animusem, siostrą, dziewczynką, traumą, ciałem, czy biegnącą z wilkami matką. Jednym słowem - zapis doświadczenia twórczej kobiecości, która – o czym dowiedziałam się później – zaznacza swoją obecność, odrębność za pomocą bełkotu. Z tamtego czasu pochodzi cytowany na wstępie list od pisarki do adeptki. Pomimo zabawnego kontekstu, w jakim został napisany, jego treść dotyka mnie i dzisiaj swoją trafnością, szczególnie we fragmentach dotyczących zawodowego pisania. Tak to sobie wyobrażam – znój, pot i łzy, a do tego presja życia, które powinno być wypełnione faktami, zdolnymi po twórczym przetworzeniu kogoś zainteresować. Z tym ostatnim – jak mi się wydaje – jest największy problem. Tzw. ciekawe życie staje się dzisiaj towarem najbardziej deficytowym. Tymczasem pisarka dostała się właśnie na amerykańskie studia pisarskie, by stać się dyplomowaną pisarką amerykańską.

Polecam rozmowę Katarzyny Bielas z Izabelą Filipiak z wczorajszego Dużego Formatu (22.10.2007) >>>>


piątek, 19 października 2007
kino w budowie


CINE EN CONSTRUCCIÓN >>>>
- przegląd niezależnych filmów latynoamerykańskich, organizowany we współpracy z
Instytutem Cervantesa, odbędzie się w Warszawie (KinoLab 27-30.10), Krakowie (Kino pod Baranami 2-5.11), Łodzi (Charlie 4-7.11), Toruniu (8-11.11).

Międzynarodowy Festiwal Filmowy w San Sebastián-Donostia, Rencontres de Cinema d'Amerique Latine w Tuluzie oraz Instytut Cervantesa od 2002 roku wspólnie realizują projekt KINO W BUDOWIE. Obejmuje on niezależne, długometrażowe filmy latynoamerykańskie, napotykające w fazie realizacji na finansowe trudności.

w programie:

Bar, El Chino >>>>
Argentyna 2003
Reż. Daniel Burak

Porwana/Cautiva >>>>
Argentyna 2002
Reż. Gastón Biraben

Rachunek zysków i strat/Sumas y restas >>>>
Kolumbia, 2004
Reż. Victor Garva

Stawiacz/Parapalos
Argentyna 2004
Reż. Ana Poliak


Szczególnie polecam “Parapalos” Any Poliak, film pokazywany podczas Nowych Horyzontów 2006 w sekcji “nowe kino argentyńskie”. Ana Poliak reżyserka i montażystka u młodszych kolegów, np.: u Santiago Lozy, czy ostatnio u Ariela Rottera, należy do średniego pokolenia argentyńskich twórców. W swoich filmach portretuje sferę społecznych intymności. Swój debiut "Que vivan los crotos" (1990, premiera 1995) poświęciła życiu wyalienowanego z otoczenia, starego kloszarda Beppo.

Pozbawiony jakichkolwiek fajerwerków “Parapalos” wydaje mi się kwintesencją “nowego kina argentyńskiego”. Opowiada o chłopaku, który po przyjeździe z prowincji do Buenos Aires dostaje pracę w ostatniej kręgielni, która posiada stare, nie zautomatyzowane tory do gry. To ludzie zbierają tam i ustawiają kręgle. Praca jest ciężka, wymagająca sprawności i refleksu, niebezpieczna, można zostać trafionym kulą. Mimo intensywności, obfituje też w momenty puste, kiedy czeka się na klientów. Te puste chwile prowokują reżyserkę do pokazania ludzi, którzy od lat pracują w kręgielni - kim są, co myślą, jaki jest ich stosunek do życia. Chłopak sam nie mówi zbyt wiele, ale jest otwarty na te opowieści, chłonie, próbuje naśladować swoich nowych kolegów.

Płynnie przechodzimy ze sfery zawodowej w prywatną, zachowując przy tym pełen delikatności dystans. Kamera porusza się w małych, zamkniętych, ciasnych wnętrzach służbowych pomieszczeń niczym bohater - w ciasnocie małych, indywidualnych żywotów. Jego współczujące, uważne spojrzenie jest dowodem na potwierdzenie tezy, towarzyszącej całej twórczości Poliak, mówiącej o tym, że nie ma światów nieatrakcyjnych. Na spójności tej skromnej i ciepłej opowieści, oddalającej się od dokumentu zaangażowanego, którego celem była mimetyczna rekonstrukcja rzeczywistości, Poliak opiera swoją filmową “etykę właściwego dystansu". Dystansu wobec fascynującej i kruchej inności.

Wewnętrzna strona drewnianej ścianki, za którą pracują bohaterowie Poliak, to ich ciasny, ale niezwykły świat. Przyczepiają do niej zdjęcia, wycinki z gazet, rysunki. Obok Jannis Joplin znajdzie się tam Andy Warhol. Dla Adriana to mały uniwersytet, zdaje się, że o wiele bogatszy od tego prawdziwego, bo za każdym z tych skrawków papieru ukryta jest osobna, osobista, jak najbardziej prawdziwa historia. Chłopak mieszka ze swoją starszą kuzynką. Ich relacja jest bratersko-siastrzana, delikatna, pełna miłości, obopólnego zainteresowania. Doceniają wspólnie spędzane, rzadkie chwile. Niczego od siebie nie oczekują, są absolutnie bezinteresowni w bliskości. Zdarza się, że robią sobie małe prezenty, ona zostawia mu harmonijkę w suszącym się na sznurze bucie, on opowiada jej o zwyczajach sąsiadów, które zauważył, wielokrotnie wyglądając przez okno. Naturalne, proste i mądre dialogi są siłą tego filmu.



środa, 17 października 2007
Drewno, morze, ryby, glony i wiatr...


I choć to już październik, a na Północy szybko zapada zmrok, na przekór zbliżającym się listopadowym chłodom i wieczornym melancholiom nam było złociście. Jedliśmy żółte potrawy, posypane czarnym pieprzem. Po stole biegały włóczkowe zwierzęta z Boliwii. Słuchaliśmy aborygeńskich porykiwań i sardyńskich pobekiwań. Słuchaliśmy opowieści o pozłacanym australijskim życiu, o krągłych kobietach i wysokich mężczyznach z bujnymi, jasnymi włosami, o dzikim krajobrazie, o pływaniu w oceanie bez względu na porę roku, o dobrym życiu. Zrobiło się słodko. Pękały w zębach czekoladowe grudki. Dobrze byłoby tam zostać, wybudować dom, zasadzić drzewo, otoczyć się gromadką, jeżeli nie dzieci, to chociaż przyjaciół. Wygrzać się, wymoczyć, w kulturze ładu, w kulturze spokoju. Na jednej z europejskich miast-wysp, rozrzuconych w bezmiarze suchego australijskiego kontynentu. Jest wiele wysp dobrych, by uciec, ale te wydają się najlepsze.

Dlaczego Hubert wybrał akurat Islandię, tego nie wiem. Twierdzi, że przez ciekawość. Potem się wycofuje i mówi, że przez wspomnienia. Miasta są tam betonowe, bo Islandczycy lubią beton. A poza miastami – całe połacie tyczek z suszącymi się, szarymi rybami, wiatr, porośnięte mchem pola zaschniętej lawy, bulgoczące źródła, siarkowe wykwity na skałach, prawdziwa Islandia. Tu przyroda też jest nieprzejednana. Ziemia rodzi kamienie. Przeczytałam o tym w książce, która nie ma końca, ma tylko początki. Z jednej strony to “Krýsuvík”, z drugiej, po odwróceniu do góry nogami - “Dom Róży”, autor obu: Hubert Klimko-Dobrzaniecki, i żadnej wskazówki, od której strony zacząć.

Zaczęłam tak, bo inaczej wtedy nie mogłam. Od tygodni w torbie nosząc szpitalne ochraniacze na buty. Od tygodni pochylając się nad twarzą karnie położoną w pościeli. Nad twarzą, której nigdy się specjalnie nie przyglądałam, nad oczami, które chyba nigdy nie śledziły mnie tak uważnie. Od tygodni pochylona, obmyślałam wyborcze reklamówki dla prorodzinnych partii. Jak zwiększyć wciąż opadające wskaźniki dzietności w naszym kraju? zastanawiali się liderzy, pochyleni jak ja, ale nad wykresami ze skaczącymi w dół kolorowymi koralikami. Mężczyźni demonstracyjnie drapali się po głowach zaobrączkowanymi palcami i nic im do tych głów przyjść nie chciało. Wtedy się pojawiałam, wyretuszowana wewnętrznym blaskiem, obuta w przepisowe drewniaki jako alternatywę dla foliowych ochraniaczy, w których stopy się nieprzyjemnie pocą, i wypisywałam receptę, ociepliwszy oddechem pieczątkę tuż przed finałowym przybiciem. Proste rozwiązania są najskuteczniejsze. Receptą miała być wizyta w szpitalu. Wejście w całą tę intensywną szpitalną atmosferę: strachu, cierpienia, nadziei, smutku, czułości, ale też bezwarunkowo pobudzonego instynktu, by się na zapas mnożyć, by swoją ziemską samotność choć trochę złagodzić, by się miał kto nad nami pochylić w godzinie próby. Młodzi lekarze, postukując drewnianymi obcasami, są zawsze gotowi do pomocy, uśmiechnięci, choć – przy tak sporej liczbie pacjentów – nieco roztargnieni. Mimo złoto-polsko-jesiennego słońca, które szpitalny pokój rozgrzewa do czerwoności, ciemna to chmura.

W taką ciemną, smutną, emigracyjną chmurę trafił Hubert w islandzkim raju, z którego odpłynęły tłuste dorsze. A może po prostu Hubert nie potrafił ich złowić, nie był rybakiem. Znalazł pracę w przypominającym szpital domu starców, piął się po szczeblach kariery, trafiając na każdy z posterunków, w surowym, naturalistycznym stylu, w stanie jakiegoś morfinicznego spokoju opisując dom, jego pensjonariuszy i personel. To dobra sytuacja: dużo różnych ludzi, dużo historii, raj dla pisarza, którym wtedy Hubert jeszcze nie był, był poetą.

Odrobinę pisał też o sobie, na ile musiał, na ile chciał. Pisał o miejscach, które często odwiedza. O tym, że widzi w nich inne miejsca, znajome. Albo dzięki realnemu podobieństwu, choć to wątpliwe, albo dzięki emanującej z nich nienazwanej sile. Nie wiem, czy chodziło o piękno, chyba o coś innego. No i wreszcie dotarliśmy do tytułowej Róży, na samym końcu, choć o końcu trudno tutaj mówić, na samym wierzchołku opowieści, z którego widok powinien być rozleglejszy, na najwyższym piętrze domu, gdzie znajdowały się apartamenty najbogatszych pensjonariuszy. Róża była jedną z nich dzięki wygranej na loterii, w dodatku była od urodzenia niewidoma i miała w sobie coś bliskiego tamtym miejscom, które w zimne jesienne popołudnia oddawały ciepło dawnych obecności. Jakieś przenikliwe wewnętrzne oko, trudny skarb.

Odwracaj książkę do góry nogami, cofaj się w czasie, wysypuj z niej niepotrzebne nazwy, nieciekawe widoki, a zostanie sama esencja. I zostaje. Hubert mnie zaskoczył. Opowiedział historię Róży, wkładając ją w usta jej ojca – młodego rybaka, który zbudował niebieski dom z czerwonym dachem w Krýsuvíku, i założył pierwszą w Islandii szklarnię, w której hodował kwiaty, jego mały szklany dom, marzenie i o życiu, i o rodzinie, i o szczęściu, którego nie udało mu się zrealizować, mimo początkowego powodzenia. I teraz już wiem, dlaczego Hubert jeździł do Krýsuvíku, choć jeszcze nie znał Róży i dlaczego widział tam siebie, swoje wspomnienia, przeszłość. Jest pewnie wiele takich miejsc, nad którymi unosi się coś na kształt przezroczystej, gorącej, falującej w powietrzu łuny. Trochę aury pozostawionej przez innych. Jakaś odwieczna ciągłość obecności, ruchu, myśli czy uczuć.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, "Krýsuvík", "Dom Róży", Wołowiec 2006



moja babcia z moją mamą


poniedziałek, 15 października 2007
kraina obfitości

Monolith Video wydaje Wendersa na DVD.

>>>>


Retrospektywa obejmie 22 filmy fabularne i dokumentalne wyreżyserowane lub wyprodukowane przez Wima Wendersa w latach 1973 – 2005.

I pakiet (sierpień 2007): SZKARŁATNA LITERA Der Scharlachrote Buchstabe (1973), FAŁSZYWY RUCH Falsche Bewegung (1975), Z BIEGIEM CZASU Im Lauf der Zeit (1976), AMERYKAŃSKI PRZYJACIEL Der Amerikanische Freund (1977)

II pakiet (wrzesień 2007): FILM NICKA Lighting Over Water (1980), STAN RZECZY Der Stand der Dinge (1982), POKÓJ 666 Chambre 666 (1982), PARYŻ TEXAS Paris, Texas (1984)

III pakiet (październik 2007): Tokyo-Ga (1985), NIEBO NAD BERLINEM Der Himmel über Berlin (1987), BRACIA SKLADANOWSCY Die Gebrüder Skladanowsky (1995), The Million Dollar Hotel (2000)

IV pakiet
(listopad 2007): KRAINA OBFITOŚCI Land of Planty (2004), NIE WRACAJ W TE STRONY Don’t Come Knocking (2005), NOTATKI O STROJACH I MIASTACH Aufzeichnungen zu Kleidern und Städten (1989), Z RODZINY GADÓW/WYSPA Aus der Familie der Panzerechsen/Die Insel (1974)

V pakiet
- Wenders producent - (listopad 2007): LEWORĘCZNA KOBIETA Die Linkshändige Frau (1977) reżyseria: Peter Handke, WSPÓŁLOKATOR Halbe Miete (2002) reżyseria: Marc Ottiker, GŁUPCY Narren (2003) reżyseria: Tom Schreiber, Egoshooter (2004) reżyseria: Oliver Schwabe, Christian Becker


środa, 10 października 2007
kalendarz przed- i powyborczy w Gdańsku
(ku pamięci)

NCK
20 października, godz.19
Antystress

w programie m.in. projekcja kontrowersyjnego filmu "Narodziny narodu" (reż. D. W. Griffith) z 1915 r.... z przesłaniem jakże aktualnym tu i teraz

film w oryginale trwa 3 godziny... ale będzie skrócony do 1,5 godz. (cenzura?)

do filmu zagrają muzycy z trójmiejskich formacji:

-MORDY: Grzegorz Welizarowicz (bas, voc), Marcin Zabrocki (organy)
-MASZYNA DO MIĘSA: Jacek Staniszewski (git, sample, voc), Tomasz Szymborski (bas), Michał Gos (perkusja)
-IKENGA DRUMMERS: Larry Okey Ugwu + Tomek Lipski + Tomek Dobies (bębny)
-the COLLECTIVE IMPROVISATION GROUP: Tomek Sowiński (perkusja), Piotr Mania (piano), Dominik Bukowski (wibrafon), Darek Herbasz (sax)
-sir. Przemek Dyakowski (sax)


(plakat: fajny Człowiek z plakatu)

łaźnia 22 października, godz.18

Ewa Majewska "Zimny prysznic polityki. Uprzedmiotowienie w sztuce współczesnej i jego możliwe krytyki".


"Od jakiegoś czasu obserwujemy nieoczekiwane wtargnięcia ideologii konserwatywnej w obszar sztuki. Analogiczne konfrontacje są stałym tematem historii sztuki, niemniej warto przyjrzeć się potencjalnym krytykom tych interwencji we współczesnej sztuce polskiej. Ponieważ sztuka jest dziś tworzona w ramach kapitalizmu, szerszym horyzontem
interakcji sztuki i polityki jest oczywiście przestrzeń produkcji, której cechą szczególną jest wszechobecność towaru i zjawisko uprzedmiotowienia. Zobaczymy, jak reaguje na ten neoliberalny splot współczesna sztuka polska".

Kurator: Daniel Muzyczuk.

Wykład zorganizowany przy współpracy Korporacji Ha!Art


A pomiędzy >>>>


wtorek, 09 października 2007
taniec z gwiazdami


Już niebawem będzie w 3m tanecznie, niczym na parkiecie stacji tvn. Jako zapowiedź tanecznego tygodnia 11 października godz.18 w CSW Łaźnia obejrzymy (choć może wybierzemy jednak "Chmury w maju" Nuri Bilge Ceylana w TVP Kultura...)

performance butoh: zatańczy Risa Takita z Japonii, zagra Emiter z Polski

"Performerka i tancerka Risa Takita mówi, że słucha własnego organizmu i akceptuje zarówno dobrą, jak i złą jego kondycję. Gdy jest zmęczona, gdy coś ją boli - również tańczy. Zwykle występuje sama. Jej performance, inspirowany japońskim tańcem butoh - zrodzonej przed półwieczem artystycznej ekspresji, polegającej na spowolnieniu ruchów wykonawcy - przypomina oddychanie. Risa jest drobna, lekka jak cień, tańcząc, reaguje na otoczenie, jego zapach i dźwięki".

więcej >>


17-21 października w Żaku zatańczy Gdańska Korporacja Tańca

Festiwal powstał w 2002 r. z inicjatywy Leszka Bzdyla, Klubu Żak i trójmiejskiego środowiska tancerzy. Uważany jest za jedno z ważniejszych wydarzeń tego typu w Polsce. Festiwal ma charakter podsumowujący całoroczne działania tancerzy Korporacji. Gdańska Korporacja Tańca to niezależne zrzeszenie tancerzy i choreografów, pracujących w Trójmieście, bądź z niego się wywodzących.

więcej >>

program:

17.10 - g. 19.00
Kasia Chmielewska (Teatr Dada von Bzdülöw) - "Karnacja" Grupa artystyczna Koncentrat (Warszawa) - "Powiedz mi, że wyglądam bosko"

18.10 - g. 19.00
Teatr Dada von Bzdülöw - "Faktor T" (work in progress, projekt międzynarodowy - pokaz przedpremierowy) Iwona Gilarska - "W pół do godziny" (premiera) Yossi Berg i Oded Graf (Izrael) - "Heroes"

19.10 - g. 19.00
Teatr Okazjonalny - "Alchemik halucynacji" Teatr Amareya - "Teatr anatomiczny" Anna Haracz - "Małpy 3" Bożena Zezula i Jakub Drewa - "Cytrus Minus" (premiera)

20.10 - g. 19.00
Filip Szatarski, Julia Mach - "Struggling for Pleasure" (pokaz przedpremierowy) k.a.s.k.management (Estonia) - "Good Knews" Towarzystwo Gimnastyczne (Poznań) - "Nic" (premiera)

21.10 - g. 19.00
Polski Teatr Tańca - Balet Poznański (Poznań) - "Medea" Marcel Leemann Physical Dance Theater (Szwajcaria) - "Meat Market"


w kontekście:
polecam ostatni numer Autoportretu (przestrzenie sceny) z tekstem Anny Beresteckiej "Butoh - nagie ciało w przestrzeni sceny" i moim: "Uwalnianie ciała. Leszek Bzdyl i Dada von
Bzdülöw".


poniedziałek, 08 października 2007
po pas w dzieciach polskich

Katarzyna Bielas została tegoroczną laureatką Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej, przyznawanej za najlepszy wywiad prasowy minionego roku. Bielas uhonorowano za rozmowę z Marianem Pankowskim, opublikowaną 24 kwietnia 2006 roku w "Dużym Formacie" - dodatku do "Gazety Wyborczej".


czytając Pankowskiego, polecam
wywiad Katarzyny Bielas z Marianem Pankowskim >>



korporacja ha!art >>

niedziela, 07 października 2007
październikowe zapowiedzi

udział w strukturze poziomej w październiku zapowiedzieli:

  1. Jacek Staniszewski: Berliner Banhoff

czyli wędrówki po miejscach punkowych... parki... stacje metra... mur... małe koncerty.... i płyty winylowe........... berlińska myśl 1986/7

Jestem szczęściarzem – zwierzył się nam kiedyś JS słuchając Lou Reeda - Lou Reed...... nie wiem, czy wspominałem... jestem też namiętnym kolekcjonerem płyt winylowych... moja kolekcja to przeszło 3000 płyt różnych... część z tego zbioru należy do pana L.R........ zdobywałem je na rynkach i w małych sklepikach w Berlinie, co pewien czas odwiedzając tam moich przyjaciół... najdłuższy pobyt w tym mieście, a było to w 86/7, wyniósł kilka miesięcy... w zasadzie był ucieczką do świata nowego i wydawało się wtedy pełnego nowych możliwości... wynajmując kolejne zapyziałe mieszkanka i po - powiedzmy – dołujących doświadczeniach (męsko-damskich? /przyp. redakcja/)... grając od czasu do czasu z przyjaciółmi w klubach oraz biorąc udział w projektach Ziarkiewicza (Ryszard Ziarkiewicz, progresywny dyrektor BWA w Sopocie w latach 90., zdjęty ze stanowiska przez władze miasta, bo nie promował lokalnego środowiska artystycznego, co nie jest prawdą, bo Staniszewskiego promował, a Staniszewski jest z Sopotu /przyp. redakcja/), pewnego razu z kolegą Viscontim stwierdziliśmy, że wyjeżdżamy....”

  1. Kasia Zawistowska: InterTeatr

czyli współczesny teatr szekspirowski, prezentacja projektu dyplomowego ar+di oraz jego dalszych losów

Projekt inter|theatre - wykonany na zakończenie dwuletniego kursu w ar+di - znalazł sie wśród 44 projektów na pokonkursowej wystawie 7 edycji międzynarodowego konkursu na architekturę teatralną, zorganizowanego przez OISTAT (International Organization of Scenographers, Theatre Architects and Technicians). Wystawa miała miejsce podczas 11 edycji praskiego Quadriennale Scenografii w Pradze w czerwcu 2007 roku. Projekt prezentowany był także na konferencji “The New Space of Authenticity” (16-19 czerwca 2007), która odbyła się podczas praskiego Quadriennale”.

  1. Qla Majkowska: znikanie-efemeryczność-dizajn w Gdańsku i Budapeszcie

czyli kolejna odsłona projektu, w którym dotąd w strukturze poziomej wzięli udział Agnieszka Wołodźko i Jacek Staniszewski

'Miastu potrzebny był ktoś, kto by potrafił o nim napisać, zająć się jego dziejami' - twierdzi Amir Brka w “Monografii miasta”. To zdanie, przeczytane naprędce, skłoniło mnie do kupienia książki, w której opisane zostało miasto, życie jego mieszkańców i ich relacje, zmienione przez wydarzenia lat 90. w byłej Jugosławii. Tekst ten uświadomił mi po raz kolejny, jak inaczej patrzymy na przestrzeń, gdy jest ona sferą naszego codziennego życia, w odróżnieniu od przestrzeni poznawanej tylko przez chwilę, odwiedzanej i opuszczanej, pożegnanej na dworcu kolejowym albo autostradzie.

Z miastem, z którym obcujemy na co dzień, oswajamy się i być może zaprzyjaźniamy. Jest ono wypełnione bliskimi nam ludźmi, znanymi ulicami i ulubionymi budynkami. Miasto, odwiedzane w podróży, znika w nas, schowane w nakładających się na siebie, posklejanych upływem czasu warstwach pamięci. Znikają wspomnienia i choć niektóre stają się bardziej wyraźne, innych już po prostu nie ma. Bywa też, że odczuwamy obawę przed zniknięciem odwiedzanych miejsc - zniknięciem rzeczywistym, bowiem pragnienie powrotu sprawi, że ich obraz w naszej wyobraźni nabierze mocnego wyrazu i właśnie takimi, nie innymi, chcemy je spotkać, gdy tam powrócimy”.

  1. Lena Majewska - Poruszenie znalezione? architektury związki z tańcem

czyli o przestrzeniach projektowanych ciałem...

Celem mojej pracy projektowej jest włączenie się do dyskusji na temat formowania przestrzeni poprzez precyzyjne i wielowarstwowe zrozumienie ciała oraz badania związku pomiędzy ciałem w ruchu a rozumieniem i doświadczaniem architektury.

Moje dwutorowe poszukiwania, w zakresie architektury oraz tańca, są wyrazem głębokiego przeświadczenia o wzajemnym powiązaniu obydwu sztuk. Na podstawie dotychczasowych realizacji i badań oraz własnych niezależnych poszukiwań udało mi się ustalić związki i zależności pomiędzy kształtowaniem przestrzeni a tańcem, dwoma dyscyplinami zajmującymi się przestrzenią w sposób analogiczny i komplementarny”.


Nike+ Nike


W moim domu niestety brakuje wielu sprzętów codziennego użytku. No nie żebym jadła na kartonach, ale trochę to wszystko mimo upływu lat naiwnie tymczasowe. Jakby się to w głębi duszy chciało porzucić. Porzucić ów styl, zamknąć wreszcie tę furtkę, która na wietrze drażniąco klekocze. Ale dziś wciąż jeszcze ważę. Stąd niezbędna jest mi waga. Również dlatego, że przepisy kulinarne czytam uważnie, przestrzegam zaleceń, dawkuję produkty, jak zapisano. I ciągle muszę pożyczać tę nieszczęsną wagę. W dodatku sąsiadów mam może miłych, ale jakoś żaden z nich nie nadaje się na sąsiada z piosenki, co w domach z betonu - dopóki się tam nie wprowadziła Martyna Jakubowicz - nie miał okazji doświadczyć wolnej miłości.

No więc dziś też mam ochotę coś zważyć. Pożyczam wagę, jesienią zwykle myśląc o rozpoczynaniu – nowego zdrowszego życia, o otwieraniu nowych książek, rozważam i kładę na szali. Choć waga kuchenna jest nie w starym stylu, tylko całkiem nowoczesna. Otóż: już zeszłoroczną jesienią myślałam, by życie uczynić aktywniejszym, obiecując R. poranne spacery o nieco zwiększonej intensywności i może by tak założyć na grzbiet stary dres i pobiec... Bieganie to ma do siebie, że oprócz drogocennej utraty kalorii (ktoś mi ostatnio mówił: kilogram w ciągu miesiąca, brzmi cudownie, ale czy możliwe?), pozwala też praktykować wyznaczanie sobie celu oraz trasy, ćwiczenie więc umiejętności dzisiaj niezbędnych. A bieganie w końcu to takie zjawisko wręcz patriotyczne, a z pewnością łączące, zawiązujące wspólnoty. Cała Polska biega.

Ale jak już mam biegać z całą Polską, nie chciałabym d z i a d o s k o, niechlujnie, chciałabym nowocześnie, estetycznie. I mam taką szansę. Przy okazji dzisiejszego biegu Run Warsaw, dowiedziałam się dokładnie, co zrobić, żeby biegać z całą Polską ładnie i “na czasie”. Wyrzucenie starego dresu nie wydaje się może warunkiem koniecznym przystąpienia do wspólnoty Nike+, ale... Konieczne są natomiast trzy kroki, a każdy z nich rozpoczyna się wizytą w sklepie. A więc na pytanie przystojnego sąsiada: co pani robi dzisiaj po pracy? powinnam odpowiedzieć przepisowo: zakupy. Co muszę kupić? Buty treningowe ze specjalną wkładką, w której umieszcza się sensor (ok. 350 pln), zestaw Nike+ iPod Sensor (99 pln) i iPod Nano (ok. 599 pln). Jak nie mam koszulki treningowej (189 pln) z kieszonką na iPoda (nie mam), to mogę kupić specjalną kieszeń, zakładaną na ramię Arm Band (89 pln). Po synchronizacji wszystkich wymienionych urządzeń, które zmierzą mi wszystko, wybraniu odpowiednich opcji i ustaleniu indywidualnych potrzeb wystarczy wyjść z domu. Ale zaraz... no przecież nie w tym dresie, matko kochana! Koszulka treningowa - może być w technologii Nike Sphere Dry - pod wpływem wilgoci zmniejsza powierzchnię, którą materiał przylega do ciała (czyli rozciąga się? 139 pln), spodnie np.: Gym Training Relaxed Capri - doskonałe spodnie, układające się zgodnie z poruszającym się ciałem kobiety... (a mogłyby nie? 139 pln), bluza (jakaś taka nudna, tradycyjna, chroni przed wiatrem i deszczem, 229 pln), skarpetki - ich dokładnie przemyślana konstrukcja zapewnia oszczędniejszy energetycznie i szybszy krok (35 pln). Przyznaję - jestem oszołomiona, bez względu na cenę chcę być Nike, Nike+... Powracając jednak do rzeczywistości...

... biegnę do księgarni. Dzisiaj finał konkursu o nagrodę literacką Nike. Walczy wspaniała siódemka: Maria Janion (Niesamowita słowiańszczyzna, 37 pln), Wiesław Myśliwski (Traktat o łuskaniu fasoli, 33 pln), Jerzy Pilch (Moje pierwsze samobójstwo, 32 pln), Tomasz Różycki (Kolonie, 23,5 pln), Mariusz Szczygieł (Gottland, 29,5 pln), Marcin świetlicki (Muzyka Środka, 17,5 pln), Magdalena Tulli (Skaza, 26 pln).

Chyba zostanę przy książkach. No, nie wiem. Nadal ważę.

ceny Nike za run4fun.pl
ceny Nike za merlin.pl

inspiracja: em.es. bezcenna




sobota, 06 października 2007
Dubravkę lubię, a nawet bardzo

"W gruncie rzeczy nie interesuje mnie ani Putin, ani ryba, tylko głód, głód eksponowania własnej osoby. Co wywołało ów masowy głód? Jeszcze przed dwudziestu laty zasady dobrego zachowania wymagały czegoś skrajnie przeciwnego. W moich czasach mówienie o sobie, publiczne ujawnianie informacji z życia intymnego, spoufalanie się z ludźmi nieznajomymi i okazywanie zainteresowania cudzym prywatnym życiem - wszystko to uważano za chamstwo i brak dobrego wychowania. Jak to się stało, że chamstwo nagle stało się elementem bon tonu?


Kiedy dawno temu po raz pierwszy znalazłam się w Moskwie, moi rosyjscy przyjaciele trzymali się niepisanej zasady: im mniej o sobie mówisz, tym policyjne teczki będą cieńsze. Jak to się stało, że dzisiaj wszyscy sprawiają wrażenie, jakby się prześcigali w zapełnianiu niewidocznych policyjnych teczek? I jak to się stało, że byłego smoka systemu totalitarnego, Big Brothera, dzisiaj wszyscy traktujemy jak domowego ulubieńca, i że Big Brother stał się naszą globalną zabawą? Czy już nikt na tym świecie nie choruje na paranoję?"

czytajcie w dzisiajszej GW tekst Dubravki Ugresić "Porno Putin" >>



jesień/zima w Antwerpii

Dries van Noten

2007 >>>>


2005 >>
2006 >>