agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
piątek, 31 października 2008
jak piątek, to: Rysa
(azjatycko-polski październik_7)

Tak poruszający, niejednoznaczny film polski to ewenement. Michał Rosa tworzy psychodramę, o której można myśleć. Na wiele sposobów obracać ją w głowie. Przyglądać się z uwagą dwójce niezwykłych ludzi, którzy grają tu główne role, ale i podziwiać drugi plan, nie mniej w swojej prostocie wyrafinowany. „Rysa” to film o bezradności, z jaką mierzą się świadomi siebie, dojrzali bohaterowie. Także o bezradności wobec Natury, która w nielicznych już momentach naszego życia prowadzi je na inne, niż byśmy oczekiwali tory, nic sobie nie robiąc z kurtuazji Kultury.



czwartek, 30 października 2008
dom latających sztyletów

Ziarenka granatu, pokarm dla zmarłych. Ale i symbol płodności. Podobno to nie jabłkiem a granatem kusiła Ewa Adama w raju. Rozsypujemy. Rozsupłujemy. Zapadamy w sen, którym Hades uśpił łakomą Korę. Łakomą granatu. Karolina Południowa przesyła mi owoc. Niepoprawnie mylę go z dynią. Ejże! To granat, przywieziony na Cypr przez Afrodytę. Aha! Coś w tym musi być. Karolina wciąż grzebie gołą stopą w ciemnym cypryjskim piachu.

Karolina bladym świtem wyciąga nogę z piachu. Coś ją męczy. Coś nie pozwala – jak dawniej – wytrwać w medytacji. Obraca w palcach telefon komórkowy, który ostatnio jest w ciągłym użyciu. Wypełniony słowami, zaklęciami. Dosyć banalnymi, tak, tak, ona o tym wie. Ktoś chce ją zobaczyć so much. Ktoś nie może doczekać świtu. Tylko mi nie zazdrość – powtarza – tego porywu (podrywu?). Tak mnie coś porwało – wyjaśnia, rozdzielając dojrzałe ziarenka granatu na trzy fotogeniczne kupki. Jej uśpione dotąd zainteresowanie współczesną fotografią ostatnio odżyło. Ktoś, coś. Nagle zaczęła zauważać dookolny świat z rzadką wcześniej precyzją.

Na jednej z tych zalanych światłem jak deszczem, lśniących w słońcu, wąskich uliczek znalazła niewielką witrynę, wypełnioną kolekcją pięknych, starych aparatów. Jak to się stało, że wcześniej na nią nie trafiła? Przechodziła tędy tyle razy. Fotograficzne studio wyrosło przed nią jak spod ziemi. Żadna tam fatamorgana, zwykły fakt. Czarne magiczne pudełka ustawione były ze znawstwem i czułością. Poddając się wspomnieniom, nie mogła oderwać od nich wzroku. Tymczasem pojawił się właściciel (stroiciel?) tego zaczarowanego ogrodu – złapał ją za rękę i powiódł ku kolejnym zdobyczom. W zaufaniu pozwolił dotknąć, przymierzyć się, zważyć w dłoniach, przytknąć oko. Rozmawiali dłuższą chwilę, a wynikł z tego szereg zaproszeń, uprzejmych, choć może nieco nachalnych. Ale to taka grecka specyfika.

Inteligentny, rozgadany, bardzo grecki, pełen pasji kolekcjoner i artysta, w rzeczy samej – właśnie wrócił z Kolonii, gdzie wystawiał swoje prace, zaprosił ją do swojego cudownego domu, to dopiero jego świat, dziś wieczorem? Czemu nie, co może jej się w końcu stać. Co może się stać. Wydaje mi się, jakbym go bardzo dobrze znała – szepcze Karolina, patrząc w błękitno-niewinne niebo, zagryzając ten widok granatem. Tak naprawdę to się boję – wyznaje - ale też umieram z ciekawości, co się tam kryje, w tym cudownym domu. Co może mi się w końcu stać? A jednak pełna podskórnych obaw, zmienia godzinę spotkania, popołudnie wydaje jej się bezpieczniejsze od ciepłego, cypryjskiego wieczoru, jasność dnia wszystko załatwi, nie pozostawi niedomówień. Z jakiegoś powodu zależy jej na tej znajomości, nie z wyrachowania. Podchodzi do niej z nadzieją, że może się czegoś nauczy, podniesie poziom swoich umiejętności, czy mi wspominała, że zaproponował jej pracę?

Prowadzi ją pod bramę, czarną i wysoką. Ten dom to prawdziwa twierdza, ta brama to uchylające się z piskiem wrota do niej. Gdzie jest zwodzony most? Karolina szuka wzrokiem jakiegoś znaku, pociąga nosem. Tu domy są zwykle otwarte, więc każda tego rodzaju przeszkoda wydaje się podejrzana. Wchodzi jednak śmiało do środka, nie chcąc pokazać po sobie, jak bardzo spociły jej się ręce. Masywne drzwi domu kolekcjoner-artysta otwiera siedmioma kluczami. Przepuszcza ją przodem, zaprasza z uśmiechem, co może jej się w końcu stać? W środku panuje półmrok. Zamknięte okiennice chronią wnętrze domu przed mocnym południowym słońcem. Karolina niepewnie przekracza próg męskiego świata, zaludnionego przez egzotyczne zwierzęta – czarne skórzane kanapy, jeszcze bardziej imponującą kolekcję starych aparatów, kolekcję fajek wodnych za szkłem i sztyletów wiszących na ścianach, afrykańskie meble, stoły z mozaiki, proste i piękne, na środku salonu stoi zaś lśniący w przytłumionym świetle lamp Harley. Obsesyjne zbieractwo w najlepszym stylu. Spektakl, tak charakterystyczny dla tych stron, choć jego elementy dosyć nietypowe. Długo chodzą po domu. Oglądają każdy przedmiot z uwagą. Każdy ma przecież swoją historię, najpewniej z dreszczykiem. Stara broń, zgrzytające złowrogo machiny, wyposażone w zestaw reagujących na najmniejszy ruch ostrzy.

I może to ją nawet przygnębia, ten cały uruchomiony na jej cześć taniec materii, a może to ją nawet wprowadza w nastrój, ale obiecała sobie uciec stamtąd w pośpiechu, pozostawiając po sobie jedynie zapach, żadnego smaku. Wycofuje się rakiem. Zapamiętała drogę. Zostawiła nitki, rzucała kamyki, żeby się nie pomylić i nie trafić potem w ślepy zaułek. Nieco odurzona, trochę zła. Tęskniąca rzekomo za normalnością. A czymże jest normalność? Normalność to dystans – powtarza – dystans... W powietrzu obok drobinek kurzu, podniesionych niecierpliwym lotem sztyletów, zawisło pytanie: co dalej?


środa, 29 października 2008
wodny świat

Czas już najwyższy oddalić się od tego krakowskiego splinu, od liści, którymi zasłane są planty, od okna hotelowego pokoju, które wychodzi na mur, od wieczornych lamentów w kamienicy obok, od otwartej w niedzielę księgarni - wystarczy jeden skok, żeby po wyjściu z niej siedzieć już w słońcu, w foteliku pobliskiej kawiarni, od tłumu, od bieganiny, od krążenia w kółko po miejskich ringach, od hiszpańskiego i węgierskiego języka na ulicach, od restauracji Balaton, której witryna, jedynie do połowy przysłonięta zazdroską, jak żadna w tej okolicy nosi na sobie zacieki ze skroplonej pary, od pozujących nieświadomie do zdjęcia dwóch pań na ławce, jedna ma na głowie płaski czerwony berecik jak dach budynku tuż za nią, druga – szarą szpiczastą czapeczkę, której kształt oddaje rysunek kościelnej wieży tuż obok, od fotografa, który – idąc ulicą lekkim krokiem - cofa się nagle i łapczywie mierzy do nich z wielkiego obiektywu... od tego wszystkiego.

Taras Prochaśko, opowiadając o Lwowie w „Carte blanche” (z tomu „Ludzie, miasta...”), pisze: „We Lwowie czuję się uprzywilejowany. Bo nie muszę być w nim stale, a przyjeżdżam kiedy chcę i na jak długo chcę. A to wszystko zmienia. To miasto zmienia się w źródło spełnienia moich pragnień. Nie muszę uświadamiać sobie jego esencji i przeznaczenia. Nie mogę prawdziwie odczuć bólu jego ran. Cały Lwów staje się po prostu podarunkiem samym w sobie”. Trochę tak było w moje krakowskie niedzielne przedpołudnie, którym miałam odetchnąć po poprzednim dniu, które przeszło w niedzielne popołudnie, a potem w wieczór spędzony w ciasnym – jak się okazało - pokoiku Stowarzyszenia Pisarzy Polskich na Kanoniczej, gdzie ledwo pomieścili się ci wszyscy wielbiciele prozy i osoby Jurija Andruchowycza, który rzekomo miał tam zdradzać swoje tajemnice. Mając wciąż przed oczami białą chustkę pewnej pani, siedzącej obok mnie w kawiarni, a każdy z jej frędzli zakończony był dzwoneczkiem, nieświadoma, że na krakowskim rynku był właśnie bity rekord Guinessa w liczbie tańczących tango par, wcisnęłam się w pasiastą kanapkę, szczęśliwa, że znalazłam tu siedzące miejsce, i choć był to wielki błąd, bo z tego stanowiska obserwacyjnego mogłam jedynie słuchać głosu Andruchowycza i wychylać się na różne sposoby, by go wyłowić z morza głów nie tak znowu ruchliwych, to przyjemnie było go słuchać. Podczas tej rozmowy przypominałam sobie jego książki, których nie pamiętałam, bo Andruchowycza czytam zawsze bardzo szybko, niewiele przy tym myśląc, nad niczym się nie zastanawiając, niczego nie analizując. Jego pisanie ma dla mnie tak szybki rytm, który – zdaje mi się - wyczuwam bezbłędnie, że po prostu sunę jego trajektorią jak po wyślizganej tysiącem zjazdów zjeżdżalni. W trakcie jazdy nie mogę się zatrzymać. Więc teraz było mi miło słuchać o tym, co myślą ludzie, zdolni do takiego opamiętania i zatrzymania.

Rozmowa przebiegała gładko, była bardzo naturalna. Może faktycznie sprzyjało temu wnętrze pokoiku, wypełnionego starymi skrzypiącymi szafami, pasiastymi kanapkami, z wielkim stołem pośrodku, za którym siedział autor, a wokół niego rozchodziły się kręgi ciepłych oczu, ust w półuśmiechu, czerwonych z emocji uszu, koncentrycznie, jakby ktoś wrzucił do wody kamień. Dużo było o wodzie. O czystości i niewinności Wełtawy z lata 1968 roku, opisanej w „Tajemnicy”, o wodach wszelakich, które są niezbędnym elementem każdej powieści Andruchowycza – pana Ryby. Z wody powstałeś i w wodę się obrócisz. I ta Wenecja z „Perwersji”. O wodnej geo-poetyce. O intuicyjności pisania, które – jak się później okazuje nieświadomie - czerpie nie tylko z wodnych źródeł. Wielką popularnością cieszył się również Egon Alt, nieco tajemniczy dziennikarz niemiecki, który wystąpił w „Tajemnicy”, przeprowadzając z pisarzem wywiad rzekę, który potem zginął w tajemniczych okolicznościach, a może tylko w niezwykłych. Kim jest Egon Alt, aniołem czy diabłem, a może jednym i drugim, czy istniał naprawdę, i po co pyta o rzeczy, które już wie. Co robią w książkach Andruchowycza ci wszyscy obcokrajowcy, dlaczego Alt jest Niemcem, a bohater „Dwunastu kręgów” - Austriakiem, i czy można kogoś kochać, nie rozumiejąc go. Było też o podróżach pisarzy. O słynnym Pociągu, na którego pokładzie Andruchowycz znalazł się w towarzystwie stu innych europejskich pisarzy i jak mieli tej podróży i siebie nawzajem dosyć, i jak prawie wszyscy na koniec pisali tylko o Moskwie, mimo że po drodze odwiedzili tyle innych miast. Było o fascynacji „Wilkiem stepowym” Hessego, o ciągłej, postępującej rusyfikacji Ukrainy, o postmodernizmie i o gwiazdorstwie. Było tak, że Andruchowycz nie przeczytał w końcu obszernego fragmentu swojej ostatniej książki, jaki sobie przygotował, lecąc tu samolotem przez Monachium. Ten fragment miał rozpoczynać się na stronie 257.


Jurij Andruchowycz wciąż jeszcze w trasie po Polsce >>


PS. Bardzo zmartwiła mnie wiadomość, że Wolfgang Büscher z wielkim uporem odmawia przyjazdu do Polski, o co nieustająco starają się jego wydawcy.



wtorek, 28 października 2008
brak słów

Z Krakowa przywiozłam antologię tekstów stypendystów Willi Decjusza, wydaną przez korporację ha!art - „Ludzie, miasta. Literatura Białorusi, Niemiec, Polski i Ukrainy” (Kraków 2008). Zaintrygował mnie tytuł. Potem nazwiska. Wiele nieznanych. Wśród znanych niemiecka pisarka Juli Zeh, której książka „Cisza jest dźwiękiem: Podróż po Bośni” (Znak, Kraków 2004) podobała mi się. Zastanawiałam się wtedy, czy pies, z którym Juli podróżowała po powojennych Bałkanach, był prawdziwy, czy wymyślony. Tym razem Juli jedzie do Krakowa, a do Łodzi wysyła Theo. Theo jest wymyślony.

To jej pisanie ma w sobie jakąś taką fajną energię. Akcję opowiadania „Theo, jedziemy do Łodzi!” umieszcza w światach równoległych: w jednym z nich pisze opowiadanie o Theo, korzystając z pomocy F., który ciągle jej w tym pisaniu przeszkadza, więc ona ciągle każe mu sprawdzać coś w internecie i opowiadać o historii miasta, w drugim – Theo ogląda Łódź, do której z jakiegoś powodu zawsze chciał pojechać i się w niej zgubić, a nawet w niej zamieszkać. To dosyć oniryczna sceneria, surrealistyczna wycieczka. Theo wciąż czuje zęby historii na karku, bo w tym mieście - jak pisze Juli, choć mówi to F. - „historia nie jest zamknięta w pomnikach, gablotach ani w muzeach na wolnym powietrzu. Biega dokoła nieujarzmiona i łapie każdego, kogo zechce”.

A potem Juli już samodzielnie w opowiadaniu „Brak słów” udaje się do Krakowa. Najpierw z S. postanawiają jechać tam pewnej przedsylwestrowej nocy. Taka fanaberia. Po wielu godzinach jazdy samochodem trafiają do wychłodzonego miasta jak z czeskiej baśni, owiniętego w mgłę, wypełnionego ludźmi. Nie mogą znaleźć noclegu, nocują w betonowym niewykończonym wnętrzu hotelu, z którego nad ranem uciekną w lodowaty mrok i na granicy polsko-niemieckiej zepsuje im się samochód. Kraków skojarzy jej się wtedy z miejscem, w którym jest zawsze ciemno i mgliście, a domy, jak tylko się odwrócisz, zamieniają się miejscami. Ale nie chce odkrywać i zgłębiać jego tajemnicy, chce cieszyć się pięknem jej woalu. Jedzie do Krakowa ponownie na 3-miesięczne stypendium, mieszka na obrzeżach miasta i prawie się stamtąd nie rusza. Pisze powieść i ogląda czarno-białe zdjęcia syna właścicieli domu, od których wynajmuje pokój. W końcu się w nim zakochuje, choć ani ona nie zna polskiego, ani on niemieckiego. Zakochują się w sobie bez słów.

Juli w miarę upływu czasu uczy się polskich słów. Najpierw to będzie: „załamanie światła”, „tło”, „cień”, „zanik konturów”. Potem: „melodia języka”, „księżycowa noc”, „grunt, że jesteśmy razem”. Na koniec: „zobaczymy”, „jasne, że kiedyś muszę wrócić” i „jest, jak jest”. Wreszcie pewnej nocy jej polski kochanek znika. „Praca nad powieścią posuwa się szybko – napisze Juli w samotnym mieszkaniu – ze względu na nią nie mogę zawrócić czasu. Tutaj nie nastanie już jesień, nie mówiąc o zimie. Godzina wystarcza, aby spakować ostatnie miesiące do neseserów”. A jednak w tej swojej miłosnej podróży nie zapomina o samym mieście, po którym nie raz przyjdzie jej się w końcu wałęsać.

Nikt ze mną nie rozmawia, ponieważ jestem Niemką i zbyt dobrze znam angielski. Dlatego mam czas. Nikt nie opowiada mi legend, a jednak je poznaję, bo wzniesione jest z nich całe miasto. Poznaję opowieści o wieżach Kościoła Mariackiego, które zbudowali dwaj konkurujący ze sobą bracia, i o gołębiach, będących właściwie zaczarowanymi rycerzami. Opowieści o krukach, które dały nazwę Krakowowi i które w czasach pogaństwa, jako że tory lotu tych ptaków przepowiadają wszelkie losy, mieli w swojej pieczy kapłani. O każdej pełnej godzinie urywa się w środku hejnał wygrywany przez trębacza, z tyłu na głównym ołtarzu Wita Stwosza stoi żółta ciżemka. Nad wejściem do Sukiennic dynda sztylet, a jedna z twarzy wyrzeźbionych na kasetonowym suficie w Sali Poselskiej ma zakneblowane usta. Uczę się odchylać głowę, uczę się czytać miasto. Zapominam dźwięku własnego głosu”.

Juli Zeh, "Brak słów", [w:] "Ludzie, miasta. Literatura Białorusi, Niemiec, Polski i Ukrainy", red. Piotr Marecki, Renata Serednicka, Igor Stokwiszewski, korporacja ha!art, Kraków 2008






niedziela, 26 października 2008
śnieg w miastach


Nic mu wczoraj nie sprzyjało. Dźwięki, jakby się uparły, raz nie chciały zaistnieć, innym razem przecinały nam bębenki w uszach ostrym jak brzytwa piskiem. Problemy techniczne. Siedzieliśmy w „teatrze”, w niewielkiej salce Klubu pod Jaszczurami. Kilka osób i Artur Klinau, autor projektu „Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca”, na który składa się wystawa fotografii, album z nimi i książka. W tle śnieżył śnieg na białe już dachy Mińska. Chyba jakimś lodowatym świtem śnieżył. Właśnie mieliśmy wejść w zimowy czas. Choć były i inne widoki, wyczyszczone z jakiejkolwiek obecności, odbijające światło socrealistyczne budynki też były białe. Lubię zdjęcia Klinaua. Znajduję w nich smutek, jakim żyje całe to miasto. I brak. Ten utopijny projekt architektoniczny jest przecież znakiem litanii niesprawiedliwości i przestępstw, a jednocześnie - dziś zagrożony - domaga się ochrony przed cynizmem kolejnych epok. Czy warto chronić takie miasto? Klinau, opowiadając o Mińsku, wiosce, prowincji, widzi w Mieście Słońca wartość nie tylko nostalgiczną, próbuje zbudować, ożywić jego mit. Buduje miasto od nowa. Tworzy opowieść o utracie złudzeń, ale też przewodnik dla niemieckich turystów, którzy mogliby się tam zjawić, dając pożywkę swoim fascynacjom Wschodem.

Klinau z zapalniczną obracaną w dłoniach, w kraciastej bluzie z kapurem, po trzech godzinach snu radzi sobie z językiem polskim dobrze, jednak jego niski głos, o chropowatej powierzchni, wciąż jakby się łamie. Taka melodia głosu. Rytmiczne łamanie się głosu Klinaua sprawia, że łatwiej go słuchać, nie odczytując sensu słów. Ten głos przypomina nieco transową muzykę, której towarzyszy projekcja obrazów. Co chwilę staram się przytomnie otrząsnąć z chęci poddania się transowi i słuchać uważniej. W Białorusi pisarze sami opłacają wydawanie swoich książek, w Mińsku nie ma ani jednej galerii sztuki, artyści białoruscy wystawiają swoje prace zagranicą. Jeszcze kilka lat temu nikt w kraju nie kupował współczesnej literatury białoruskiej. Pustka na zdjęciach Klinaua staje się coraz bardziej gorąca.

Artur Klinau jest niepraktykującym architektem, szefem Białoruskiego Stowarzyszenia Sztuki Współczesnej, wydawcą trybuny białoruskiej sztuki współczesnej - magazynu „pARTisan”, malarzem, performerem, poetą...


Artur Klinau, "Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca", Wołowiec 2008


więcej zdjęć >>


piątek, 24 października 2008
zawartość śmierci w śmierci

Kilka godzin dzisiaj myślałam o Węgrach. Albo nie – kilka godzin dzisiaj myślałam z Węgrami w tle. Słońce wyłaniało się nieśmiało z mgły, jesienny las, krowy, jeleń. Czułam się dobrze, jak w Chile. Ale nie w tym rzeczywistym, ciepłym, tylko w tym filmowym, deszczowym. Albo nie – w Chile filmowym, jesiennym, ale słonecznym. Jak z filmu Leivy, ale podświetlonym od zewnątrz słońcem, mijanym z prędkością pędzącego na południe pociągu, przecinającego pola i lasy, i żółte stepy. Ruch, który mną poruszał, jak żaden inny, doskonale dopasował się do muzyki Tibora Szemzö, którą miałam w słuchawkach. Tak, do muzyki... Odkryłam tę zależność tydzień temu, też w pociągu. Szemzö jest z ruchem związany jakąś tajemną nitką. W bezruchu staje się zwyczajny. Sirius ß. Bardzo go lubię. Sirius ß jest utworem mówionym po węgiersku. Mówi Szemzö swoim ładnym głosem. Ciekawe, co mówi.


Przypomniałam sobie ostatnio filmy Béli Tarra, pisałam o nich w zadanym kontekście „śmierci w Europie Środkowej”. Redaktorka numeru dzwoniła do mnie kilka razy, mówiąc, że mimo iż tekst jej się podoba, wciąż za mało w nim śmierci. No więc ja śmierci dodawałam i dodawałam i ciągle było jej za mało. Publikacja tego tekstu stoi pod znakiem zapytania ze względu na zbyt małe nasycenie śmiercią. Redaktorka przysłała mi wywiad z Vargą, który ukaże się w tymże numerze, poświęconym „śmierci w Europie Środkowej”. U Vargi śmierci było dużo. Taka właśnie zawartość śmierci była ok. Dlatego po wyjściu z pociągu popędziłam co tchu, chciałam zdążyć na spotkanie z Vargą i dowiedzieć się u samego źródła, jak wycisnąć choć odrobinę więcej śmierci z mojego Tarra. Obiekty targowe Krakowskich Targów Książki to jest jakiś koniec świata, mimo że ulica, na której są ulokowane to ul. Centralna.

Przez pół godziny krążyłam z walizką wokół krakowskiego dworca, który przestał być dworcem, a został centrum handlowym. Z peronów płynnie przechodzi się wprost do H&Mów i innych Ryłek. Peron w takiej sytuacji może się wydawać zbędnym luksusem, ale nadal istnieje. Poza zaklętym kręgiem dworcowo-galeriowym znajdują się setki przystanków autobusowych i tramwajowych, kierujące zgromadzony, niewiarygodnie o tej porze dnia liczny tłum w najróżniejszych kierunkach. Wpadłszy wreszcie do targowego centrum na ulicy Centralnej, nim jeszcze spotkanie z Vargą się rozpoczęło, w jakiejś chyba desperacji go dopadłam, pytając o tę śmierć i jej zawartość, i żeby mi dał może argumenty jakieś na potwierdzenie tezy, abstrahującej od moich usiłowań, że jest faktycznie, tak obiektywnie rzecz biorąc, i jaka jest zawartość śmierci w śmierci u Tarra. Odpowiedział rozsądnie: proszę mi przesłać ten tekst mejlem. Zapytałam nierozsądnie: Mój tekst? A co pan zamierza z nim robić?! Odpowiedział rozsądnie: No, przeczytam go. No nie – chciałam odpowiedzieć nierozsądnie – ale ja się przecież wstydzę! Tymczasem tylko ugryzłam się w język.

Spotkanie autorskie upłynęło w dosyć surrealistycznej atmosferze, było udane. Odbywało się na scenie. Przed sceną na ławkach siedziały dzieci. Jako że cała Polska czyta dzieciom, dzieci przyszły ze szkolną wycieczką i chyba chciały na tych ławkach trochę odpocząć. Varga był rozbawiony, jako że na spotkania z nim wokół „Gulaszu z turula” - jak zdążył zauważyć – przychodzą ludzie dojrzali. Towarzyszył mu m.in. Tadeusz Olszański i tworzył taki fajny kontrapunkt. Opowiadał o źródłach termalnych, o turystyce, o biesiadowaniu przy winie, o sporcie, o fajnych ludziach, o wesołych Węgrach, takie różne miał historyjki w rękawie, w przeciwieństwie do Vargi, którego książce zarzucano nawet cynizm, o czerni nie wspominając. No to gdzie jest ta melancholia i depresja bardziej, gdzie jest jej więcej – na puszcie, czy w Vardze? Najpewniej ja po prostu mam w sobie za mało śmierci, żeby było jej dosyć w Tarze.


 

jak piątek, to: Wong Kar-wai


WONG KAR-WAI, początek:
"Dni naszego szaleństwa" i "Kiedy łzy przeminą" >>

(azjatycko-polski październik_6)

 

Czy to australijski operator Christopher Doyle stworzył Wonga Kar-waia? Tę śmiałą tezę można by postawić, oglądając dwa wczesne filmy reżysera z Hongkongu: „Kiedy łzy przeminą” (1988) ze zdjęciami Wai-keung Lau'a i „Dni naszego szaleństwa” (1991), które zapoczątkowały wieloletni twórczy związek Kar-wai/Doyle. Takie tandemy zdarzają się rzadko. Doskonale dopasowane, uzupełniające się, wspólnie tworzące nową jakość. Dwupłytowy album dvd, prezentujący dotąd nieznane polskiej widowni pierwsze filmy Kar-waia, to szansa na prześledzenie zmian, jakie wpłynęły na jego rozpoznawalny dziś, reżyserski styl.






czwartek, 23 października 2008
res publica wchodzi w miasto


jesień 2008
przestrzenie miasta
res publica nova >>



(jak nie zmienią grafiki w środku numeru, przestanę kupować, ohyda!)

 
środa, 22 października 2008
Andruchowycz w trasie

GDAŃSK

30.10, czwartek, godz. 18:00
filia Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej
ul. Mariacka 42


pełna trasa >>




wtorek, 21 października 2008
fuck the context

Uczestniczyłam ostatnio w dyskusji architektów wokół filmu, pokazywanego w ramach festiwalu filmów o architekturze ArchFilmFest - "Pewien typ architekta: Rem Koolhaas" (2007) reż. Markus Heidingsfelder, Min Tesch. Dyskusja zatytułowana "Fuck The Context?" brała na warsztat formułę Koolhaasa i pochylała się nad jego prowokacjami. Czyżby "kontekst", pojęcie, którym współczesna architektura żongluje na różne sposoby, czyniąc z niego fetysz, naprawdę był przeceniany? Mimo deklaracji Koolhaasa jego dzieło świadczy raczej o poszerzaniu i reinterpretacji kontekstu, niż o jego dekonstrukcji. Nawet wielki Koolhaas ręki na kontekst by w dzisiejszych czasach nie podniósł. Tymczasem w lokalnej GW czytam informację o prezencie, który prezydent Gdańska otrzymał od abp Sławoja Leszka Głódzia. A jest to ni mniej, ni więcej tylko projekt kościoła. Miał stanąć w Krakowie, ale czemu nie w Gdańsku? Fuck The Context... Co zrobi prezydent Adamowicz z tym gorącym kartoflem w postaci przyciężkiego papieskiego płaszcza? Może rzuci w inne prezydenckie ręce?

Gazeta Wyborcza Trójmiasto z 21.10.2008

Katarzyna Włodkowska: Abp Głódź chce nowego kościoła

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz otrzymał w prezencie od metropolity gdańskiego projekt świątyni. - Żeby mi tylko nie leżał w urzędowych szufladach - zaznaczył abp Sławoj Leszek Głódź.

Autorem projektu o którym mówił arcybiskup jest włoski architekt Gaetano Callocchia. Ma on na swoim koncie także realizacje - w Krakowie, Zielonej Górze czy Oświęcimiu. Callocchia specjalizuje się w odnawianiu i konstruowaniu obiektów religijnych. Projekt świątyni, który ostatecznie trafił do Pawła Adamowicza, nawiązuje do wizerunku Jana Pawła II ubranego w papieski płaszcz i trzymającego krzyż. Wcześniej prezentowano go w Rzymie oraz Krakowie.


- Projekt ten otrzymałem od moich rzymskich przyjaciół. Chcieli aby został zrealizowany w Krakowie, ale Kraków już ma taką świątynię, więc może Gdańsk? - zastanawiał się abp Głódź w trakcie uroczystości. - Oni proszą tylko o grunt. Pomyślałem więc, że skoro powstało już Europejskie Centrum Solidarności, to ten kościół, może jak da Pan Bóg i Opatrzność sprawi, też tu stanie? Arcybiskup dodał jednak szybko, że czas goni, bo na realizację projektu są tylko trzy lata.

- To konkretny prezent, panie prezydencie. Wręczam i żeby tylko nie leżał w urzędowych szufladach - zaznaczył. - A jeśli nie dacie działki, zbudujemy świątynię gdzie indziej.


cały tekst >>>>



niedzielne remanenty 2


okienne haiku

(do kliknięcia)



Łódź, Piotrkowska


poniedziałek, 20 października 2008
niedzielne remanenty


wciąż jeszcze pora na piknik

(do kliknięcia)



Łódź Kaliska


niedziela, 19 października 2008
kolekcjonerzy światła


Dziury, wybrzuszenia, ubytki oraz deszcz... to nie jest miasto dla ludzi z walizkami na kółkach. Kiedy w kołowy mechanizm walizki wplączą ci się czyjeś długie, siwe włosy, liść, sznurek, albo nie wiadomo co, wtedy się zatrzymasz. O, tak. Może nawet podniesiesz wtedy głowę. Gdyby natomiast zrobiło się ciemno, a ciemno zrobi się z pewnością, poszukaj ratunku w nowym składzie towarów kolonialnych. Tam szukaj bałaganu. Wschodniego rozgardiaszu i tureckiej herbaty. Turecki opiekun nakarmi cię baklawą, a spoglądając w górę, opowie historię o mehtap - księżycu w pełni, który ratuje miasto przed absolutnymi ciemnościami, a przygodnych podróżnych przed niebezpieczeństwami nocy - znanego w okolicy oprawcy. Ty zaś, idąc za jego radą, poszukaj światła.  



LAMPY
(do kliknięcia)

 
  


       LDZIGN >>


piątek, 17 października 2008
jak piątek, to: Oblicza Chin

Chiny - lustrzane odbicie Zachodu w dokumentach z cyklu

„OBLICZA CHIN” >>

(azjatycko-polski październik_5)

Sierpniowe wydanie miesięcznika dvd, który prezentuje najlepsze światowe dokumenty docenione na warszawskim festiwalu Planete Doc Review, było formą manifestacji. Właśnie zaczynało się olimpijskie szaleństwo, przywódcy zachodnich państw zastanawiali się: jechać czy nie jechać do Pekinu, widzowie: oglądać czy nie oglądać telewizyjnych relacji z olimpiady. Wydawca kolekcji - Against Gravity - przekonywał: oglądać! i do oglądania zproponował trzy bardzo dobre filmy, zrealizowane we współczesnych Chinach przez wytrawnych dokumentalistów z Zachodu.


(azjatycko-polski październik_4 >>)


środa, 15 października 2008
improwizacje w małych przestrzeniach


Podobno jestem pierwszą osobą, która „skrytykowała” film Elvina. Szczerze zainspirowana filmem. A poza tym przecież ja uwielbiam krytykować. Naprawdę mi się spodobał, mimo ignorancji muzycznej, jaką wykazuję od zawsze, bez skrupułów. Ale to film o sztuce w ogóle, nie tylko o muzyce, choć tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Okazało się, że mimo tej krytyki, a raczej właśnie za jej pośrednictwem zostałam idealnym modelowym widzem, który - jak twierdzi autor - dostrzega w filmie właśnie to, o co autorowi chodzi. No proszę. Premiera gdańska 24 października 2008 w Klubie "ŻAK" godz. 20 jako pokaz specjalny podczas festiwalu "JAZZ JANTAR".


strona filmu >>




 
1 , 2