agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
niedziela, 26 sierpnia 2007
Końcówkowo



                        Kaszuby, sierpień


piątek, 24 sierpnia 2007
w rytmie marsza/marszu


Potwierdza się niniejszym, wypominane nam przez polityków, nasze północne, gdańskie zainteresowanie niemieckością. Moje zainteresowanie. Choć z Gdańskiem mało mam wspólnego. Korzeni żadnych. Moja rodzina i z jednej i z drugiej strony to ludność napływowa. A ja sama w końcu... mit gdańskiej wielokulturowości wydaje mi się podejrzany, etos gdyńskiej polskości mnie nie dotknął, chociaż boleję nad obecną dewastacją miejskiej przestrzeni w Gdyni, zabytku dwudziestowiecznego modernizmu. Wychowałam się we wschodnioeuropejskim blokowisku, to moja identyfikacja. Wcale – patrząc z perspektywy – nie taka znowu nieciekawa. Wszędzie na Wschodzie czuję się jak w domu.

Wielu Niemców zakochiwało się we Wschodzie. Büscher, zanim ruszył w drogę, przesiedział trochę w Kaliningradzie, Kirgizji i Kazachstanie. Dobrze mi się, jak pamiętam, kiedyś szło z Büscherem. Od historii do historii, z miasta do miasta. Spotykając ludzi, oglądając miejsca. Zwyczajnie, ale i uważnie, wolno, w tempie spokojnego marszu. Patrząc, zatrzymując się tu i tam. W "Berlin-Moskau. Eine Reise zu fuss" (Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę, polskie wydanie Wołowiec 2004) Büscher dochodzi do wniosku, że “Wschód jest czymś, czego nikt nie chce. Co każdy strzepuje z płaszcza, jakby mu ptak na rękaw narobił”. A granice wciąż się przesuwają. To w jedną, to w drugą stronę, jak wahadło. Wschód (gdzie on, skąd dokąd?) jest – mówi idący - zmęczony. Zmęczony i surowy, powolny i pamiętliwy (“pamięć – powie – ważyła tu tony”, podobnie jak gigantyczne, sowieckie pomniki). Ta surowość, szczupłość młodych dziewczyn i chłopaków, których obserwował na zabawie w jednej z białoruskich wiosek, twarze z bliznami, przypomina mu modny, budzący się do życia, młody Berlin z jego offowością. A jednak trendy-Wschód. Ale na wschodzie z autentycznością ten sam problem, co gdzie indziej. Bujność przyrody, naturalne bogactwo lasów, pól, ogrodów, tonących w zieleni, cały ten nieobliczalny wschodni miąższ ogląda po białoruskiej stronie czernobylskiej zony.

Przypomina mi się dosyć dziwny film z konkursu tegorocznego 7.MFF ENH – “Body Rice”, debiut Hugo Vieiry da Silva, niemiecko-portugalska koprodukcja, nagrodzona poważnymi nagrodami głównie za reżyserię na festiwalach w Locarno, Meksyku czy na tegorocznym BAFICI w Buenos Aires, film nie zauważony we Wrocławiu, na festiwalowym forum skwitowany etykietą kino behawioralne. A to w końcu dosyć ciekawa historia, choć opowiedziana w sposób nie tradycyjny. Nie wchodząc w szczegóły życiorysu Hugo Vieiry da Silva, scenariusz napisał na podstawie własnych doświadczeń. Spędził jakiś czas na portugalskiej prowincji w towarzystwie grupy niemieckich nastolatków, wysłanych tam w ramach projektu resocjalizacyjnego. Poruszony tym spotkaniem, postanowił nakręcić dokument, w końcu nakręcił fabułę. Z przekonaniem wysuwa tezę, że ów projekt resocjalizacji jest jedynie przykrywką, a tak naprawdę chodzi o pozbycie się z kraju, sprawiającej kłopoty, młodzieży, która w Portugalii pozostawiona jest sama sobie. Zmiana otoczenia nic nie zmienia. W surowym, rozjaśnionym słońcem, wysuszonym krajobrazie młodzi Niemcy poruszają się nadal jak w transie, nie mają żadnego kontaktu z rzeczywistością, jakby byli marionetkami, jakby ich tu nie było. Postpunkowe pokolenie, piękni wykluczeni, somnambulicy doktora Caligari. Potencjał ich młodości, życia, tożsamości dawno się wyczerpał. Pozostał może jedynie rytm, muzyka, zewnętrzne, sztuczne impulsy. Ta galeria postaci, wyjętych z jakiejś smutnej podwulkanicznej powieści, porusza się w pyle wokół ustawionych jeden na drugim, gigantycznych głośników, przez które sączy się techno. Piekielny to obraz. Nie wiem, czy natknie się na podobny, wędrujący tym razem przez rodzinny kraj, Niemiec Wolfgang Büscher (premiera jego nowej książki “Podróż przez Niemcy” w Czarnem 27 sierpnia), ale jestem ciekawa. Będę ją czytać, oglądając wczesne filmy Wima Wendersa, choćby “Z biegiem czasu”, niemieckie kino drogi, w którym bohaterowie odwiedzają małe prowincjonalne kina tuż przed likwidacją, w pasie przygranicznym, w przestrzeni “pomiędzy”.




poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Artysta pisze i rysuje
czwartek, 16 sierpnia 2007
wreszcie ruszyła...

... struktura pozioma/architektura+dialog

wejście

nim wypełni się treścią, obrazami, emocjami etc., już kibicujemy!


wtorek, 14 sierpnia 2007
węgierski kosmonauta


W pobliżu mojej orbity od lat krąży węgierski kosmonauta. Udaje mu się co jakiś czas lądować na Ziemi bez awarii, cało i zdrowo. Lubię go za to, że z kosmicznego oddalenia widzi i więcej i jaśniej, w dodatku ironiczniej i depresyjniej. Zastanawiam się zwykle, jak on to robi. Jakie to nieziemskie światło oświetla mu na co dzień rozdzielczą klawiaturę. W którą stronę patrzy, ciągnąc te swoje długie, deprymujące zdania ku nieskończonej czerni wszystkich kosmicznych czarnych dziur we Wszechświecie. Jak donosi prasa - rzeczywiście światło odgrywa w tym procesie znaczącą rolę, a raczej jego brak.

* * *

“Krzysztof Varga: - Wakacje pisarz ma wtedy, kiedy nie może pisać albo mu się nie chce, nie ma weny, albo się leni.

(Agnieszka Wolny-Hamkało w swoim tekście “Lato ludzi z klawiaturami” relacjonuje) Tym razem nie przydarzy się to autorowi "Tequili": - Muszę skończyć zbiór esejów o Węgrzech. Teksty o kulturze, historii, mentalności, trochę polityce. I deprymuje mnie to, że ostatnio więcej o tym mówię, niż to piszę. Poza tym zacząłem nową powieść. Chciałbym, by miała tzw. epicki rozmach. Nie spodziewam się jej szybko skończyć, może gdzieś za dwa lata, ale jak dobrze pójdzie, to będzie solidna cegła z dużą ilością bohaterów i wątków, choć dziejąca się w jednej warszawskiej dzielnicy, wokół kilku ulic.

Ale na Vargę wakacje działają deprymująco: - Upał mnie rozwala. O wiele lepiej pisze mi się jesienią i zimą, kiedy jest szaro. To mnie dopinguje. Dlatego zawsze nie mogę doczekać się końca lata. Ostatnie dni lata są takie melancholijne, i to wtedy zawsze zaczyna się u mnie wkręt do pisania. Uwielbiam pustą Warszawę, leniwą i melancholijną. A sierpniowa niedziela to już marzenie - nie dzieje się nic, nie ma samochodów i ludzi, tramwaje z rzadka jak pojazdy nie z tego świata, ulice puste. Wtedy Warszawa ma dla mnie sens. A potem październik i listopad – cudownie”.

więcej >>

* * *

Zatem nie dziwią nic ulubione lektury naszego bohatera, ani nie dziwią ulubione filmy. W kolejnej odsłonie, a raczej na kolejnej stronie dzisiejszej gazety, w recenzji “Melancholii sprzeciwu” László Krasznahorkaia opisze swój do nich stosunek:


“"Melancholia sprzeciwu" jest drugą wydaną po polsku książką tego pisarza. Pierwszą było "Szatańskie tango", którego ekranizacja jest jednym z najniezwyklejszych dzieł kinematografii światowej. Żeby się nim zachwycić, trzeba dać się zahipnotyzować czarno-białym kadrom, długim, monotonnym, naturalistycznym ujęciom, klimatowi bezdennej rozpaczy, taniej podróbki końca świata, lokalnej wersji potopu i prowincjonalnej apokalipsy. I wytrzymać siedem godzin, bo tyle trwa ekranowa wersja powieści.

Piszę o tym dlatego, bo myślę, że aby dogłębnie wgryźć się w książki Krasznahorkaia, zrozumieć je w pełni, warto najpierw obejrzeć ich ekranizacje w reżyserii Béli Tarra, twórcy, do którego przereklamowane słowo "kultowy" pasuje jednak doskonale i nie jest użyte na wyrost. Prócz "Szatańskiego tanga" Tarr wyreżyserował także m.in. "Harmonie Werckmeistera", właśnie na podstawie "Melancholii sprzeciwu". Tarr i Krasznahorkai stworzyli niezwykły duet pisarsko-reżyserski (są także autorami filmu "Kárhozat", czyli "Potępienie"), a jeśli dodać do tego autora muzyki do tych filmów, lidera zespołu Balaton, Mihálya Viga, to będzie to trio, które tworzy najprawodpodobniej najbardziej depresyjne filmy świata. Vig zresztą zagrał w "Szatańskim tangu" postać Irimiasa, fałszywego proroka. Fałszywi prorocy i nieszczęścia, których są sprawcami, to wątki łączące obie powieści”.

Co jeszcze oprócz oglądania powinniśmy zrobić przed lekturą “Melancholii sprzeciwu”? Pojeździć:

“Żeby w pełni zrozumieć depresyjną atmosferę książki László Krasznahorkaia, warto wcześniej pojeździć sobie po Wielkiej Nizinie. Najlepiej po jej południowej części, Dél-Alföld, graniczącej z Rumunią i Serbią. To tam rozgrywa się akcja "Melancholii sprzeciwu" - właśnie wydanej po polsku powieści węgierskiego pisarza.

Krasznahorkai urodził się w Gyula, 30-tysięcznym mieście nad samą granicą rumuńską, tam też - jak się powszechnie uważa - dzieją się upiorne wydarzenia wymyślone przez tego prozaika i opisane w "Melancholii sprzeciwu".

Gyula słynie na Węgrzech z najlepszej w kraju kiełbasy paprykowej i z festiwalu sztuk szekspirowskich. Są też tam lecznicze źródła i nieduży zamek. Miasto trochę turystyczne, trochę przygraniczne, bardzo prowincjonalne. Podobno istnieje tam naprawdę podła karczma opisana w "Melancholii sprzeciwu"; byłem w Gyula, szukałem jej, nie znalazłem. Może to i dobrze. Bo źle jest, kiedy rzeczywistość usiłuje uprawomocnić fikcję literacką.

Jak opisać Alföld? Jak nazwać bezbrzeżną nijakość Wielkiej Niziny, nie pisząc o melancholii, depresji, smutku tej wielkiej płaskości, przy której holenderskie poldery są urozmaicone jak szwajcarskie krajobrazy?

Wiosną Alföld jest oślepiająco żółty. To małe pola rzepaku, ale że przechodzą jedno w drugie, to wydaje się, iż cała Wielka Nizina jest pustynią, a alföldzkie miasteczka i wsie to fatamorgana. Kiedy się do nich wjeżdża, nie ma żadnej gwarancji, że istnieją naprawdę. Prawdziwa Wielka Nizina to Wielka Depresja, a żółte pola rzepaku są ilustracją żółci, jaka wypełnia dusze zamieszkujących ją ludzi. Jesienią żółta żółć zamienia się w czarną żółć, czyli w melancholię. Jesienią i zimą Alföld zamienia się w terra incognita, przepoczwarza się w przygnębiający świat literatury László Krasznahorkaia, krainę błota, szarości, beznadziei”.

całość tu >>


niedziela, 12 sierpnia 2007
ostatnie słowo duetu Stoll/Rebella


Kiedy w obliczu nowych faktów, które nie po raz pierwszy w końcu, ani – najpewniej - nie po raz ostatni, każą mi zastanawiać się – co teraz, co dalej będzie, w co włożyć ręce, komu je podać, żeby w ogóle być, wracam do filmów, przechowujących w sobie – jak piwniczne słoje z wekami – podobny do mojego nastrój. Nie chcę się rozrywać na przekór chandrze, ani zbyt nie chcę się też pogrążać w niebycie, ani obracać w palcach przeszłych niesprawiedliwości. Potrzebny mi jakiś constans. I nawet jeżeli tylko wydaje mi się, że rozumiem bohaterów, intencje, nieraz bardzo oddalony od mojego świat, że potrafię rozszyfrować fabularne niedopowiedzenia, to wiem, że jest to czas odpowiedni, by po nie sięgnąć, szukając bliskości w zwątpieniu.

Ostatnio wpadł mi w ręce artykuł o Mirosławie Nahaczu, młodym pisarzu z podbeskidzkiej wsi, który jako smark już jadał obiady ze Stasiukami, a potem wydawał w Czarnem książki. Nie przeczytałam ani jednej, bo z jakiegoś mało sprecyzowanego powodu dosyć już miałam tych ozłoconych dzieci, które w klasie maturalnej pisały bestsellery o życiu, a wszyscy krzyczeli, że to prawdziwa rewelacja. Zwykle wystarczyło mi kilka zdań, by rzucić o ścianę książką, ewentualnie gazetą, bo wszędzie drukowano chociaż rozdziały tych książek, a potem autorzy zostawali felietonistami poczytnych pism, narzucając się ze swoją nowo odkrytą niezwykłością. To pewnie z zazdrości tak piszę, że tacy młodzi i utalentowani, piękni i opaleni jak postaci, wyjęte z “Kolekcjonerki” Erica Rohmera. Wypisz wymaluj. To poszło falą po całej Europie środkowo-wschodniej, a może i po całym świecie. A potem ci wspaniali ozłoceni, dostawszy się w tryby machiny medialnej, albo w naoliwione sukcesem tryby machiny własnego umysłu, nie wytrzymywali, padali jak muchy, zabijali się jeden za drugim, czwórkami do nieba szli, a ich skromne śmierci powiększały tylko nakład, bo pośmiertnie książki, filmy, płyty znikały z półek w try-mi-ga. Będąc w buncie swoim wobec ozłoconych konsekwentną pośmiertnie ich książek, filmów, płyt postanowiłam nie czytać, oglądać, słuchać. Ale przez przypadek, nieświadomie trafiłam jednak na pewien film, który – nie zdając sobie sprawy – obejrzałam pośmiertnie, i to nie raz, już ze świadomością.

* * *

Wśród ulubionych reżyserów wymieniali jednym tchem Aki Kaurismäkiego, Todda Solondza, angielskich reżyserów z Kenem Loachem na czele, a także Billy'ego Wildera. Ich filmowy debiut oszołomił krytykę i publiczność na całym świecie. Ich drugi film okazał się ostatnim w karierze. Doskonale zapowiadający się, reżyserski duet Juan Pablo Rebella i Pablo Stoll (“25 watów", 2001; “Whisky", 2004) nigdy już nie nakręci wspólnego filmu. Społecznością południowoamerykańskich filmowców wstrząsnęła wiadomość o samobójczej śmierci Juana Pabla Rebelli, który 5 lipca 2006 roku odebrał sobie życie strzałem w skroń.

Parę lat przed tym tragicznym wydarzeniem zainspirowani filmem argentyńskiego reżysera ze średniego pokolenia Raula Perrone "Labios de churrasco", jak mówią - filmem o niczym, albo o nic-nie-robieniu - dwudziestoparoletni przyjaciele Juan Pablo Rebella i Pablo Stoll, ówcześni studenci uniwersytetu katolickiego w Montevideo postanawiają napisać scenariusz. Nie przypuszczają, że później zostanie wykorzystany w pracy nad ich wspólnym pełnometrażowym debiutem, to tylko zabawa. Nic nie wiedzą o pisaniu scenariuszy, ale sprawia im to wielką przyjemność, ponieważ piszą o rzeczach najbliższych, o sobie, o własnym sobotnio-popołudniowym nic-nie-robieniu, śmieją się przy tym z samych siebie, przebijają śmiechem balon patosu, jaki nie raz towarzyszy ich młodzieńczym przygodom.

Rebella / Stoll

Rebella i Stoll nie skończyli żadnej szkoły filmowej, ich szkołą od początku było samo kino. Zdaje się, że ci nałogowi oglądacze, mieszkając w Montevideo, wygrali los na loterii. Tamtejsza Cinemateca jest w posiadaniu wspaniałego zbioru filmów.

Bohaterowie Rebelli i Stolla mieszkają jak i reżyserzy w Urugwaju, w Montevideo, w społeczeństwie zdominowanym przez ludzi starszych. W swojej historii piętnują styl życia młodych Urugwajczyków, ciągłą konieczność brania udziału w "dobrej zabawie", czy to na stadionie, czy w dyskotece. Z dużą dozą ironii, ale też niezwyczajnej w ich wieku melancholii przeciwstawiają "dobrej zabawie" młodości swoje "starcze" nic-nie-robienie. Pierwotny scenariusz został nieco zmieniony, czas akcji rozciągnięty z jednego popołudnia na dobę, a niskobudżetowy, czarno-biały film, nakręcony na jego podstawie wraz z grupą przyjaciół nosi tytuł "25 watów” (2001).

"Od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie - mówił w wywiadzie o "Whisky" (2004) Stoll - dlaczego zrobiliśmy ten film? Dlaczego po młodzieżowym, autobiograficznym "25 watów", nakręciliśmy film o 60-letnich braciach, kobiecie i fabryce skarpet? Jesteśmy jedynakami, nie mamy 60. lat, nie jesteśmy Żydami, nie mamy fabryki skarpet. Kiedy napisaliśmy scenariusz, zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że być może te postaci nie są tak bardzo różne od nas. Że niedaleko nam do tych trzech typów samotności. Że mogą to być nasze projekcje nas samych za 20, 30 lat. Za maskami Jacobo, Hermana i Marty kryją się nasze lęki".

Andrzej Kołodyński napisze w KINIE: “Cokolwiek abstrakcyjne pojęcie filmowego minimalizmu nabiera konkretnego znaczenia w komedii z Urugwaju, ironicznie zatytułowanej "Whisky". Nie chodzi o alkohol. Słowo "whisky" wypowiadają klienci zakładu fotograficznego ustawieni do zdjęcia, bo w ten sposób najlepiej udają uśmiech. Oczywiście, w filmie ma to sens symboliczny. Bohaterowie nieustannie udają, ich prawdziwe przeżycia ukryte są gdzieś głęboko i może nawet w ogóle nie wydostają się na powierzchnię. Filmowy minimalizm objawia się w stylu, denerwująco powolnym, wykorzystującym pedantycznie powtarzane czynności i sytuacje. Szarość obrazu, cyzelowanie nieefektownych szczegółów: coś nam to przypomina. I rzeczywiście: adresatem umieszczonego w napisach podziękowania jest Aki Kaurismäki. Wystarczy przypomnieć filmy tego wspaniałego Fina, takie jak "Światła o zmierzchu" czy "Człowiek bez przeszłości", zwłaszcza ten ostatni, aby uświadomić sobie, skąd realizatorzy z Urugwaju, Juan Pablo Rebella i Pablo Stoll, czerpali inspirację. Ich film jest w pewnym sensie bardziej nawet zatopiony w szarości. Dzień po dniu 60-letni Jacobo Köller o świcie otwiera swój warsztat pończoszniczy, a przy wejściu oczekuje go Marta Acuña, pomocnica pełniąca wszelkie możliwe funkcje, od zarządcy i kontrolera po majstra dwóch pracownic. To cała załoga warsztatu. Jacobo włącza światło i zapuszcza maszyny, po czym zamyka się w swojej służbówce, gdzie jego głównym zajęciem wydaje się naprawianie oberwanej żaluzji. Panuje milczenie, zresztą o czym ci ludzie mieliby ze sobą rozmawiać? Czasem któraś z dwóch dziewcząt prosi nieśmiało o pozwolenie na włączenie radia. To jedyne odstępstwo od monotonnej rutyny pracy”.

więcej >>

* * *

Dla mnie “Whisky” nie jest komedią, a styl filmu nie wydaje mi się denerwujący, w dodatku nie lubię Aki Kaurismäkiego, a “Whisky” lubię bardzo. Także za piękne zdjęcia Barbary Alvarez (operatorki również w filmie Rodrigo Moreno “El custodio”). Doskonale znam podobny rodzaj upiornej na pierwszy rzut oka powtarzalności, wiarę w przypadek, ucieczki w fikcję. Podobnie jak reżyserzy nie mam 60 lat, a jednak doskonale potrafię utożsamić się z bohaterami. Jest w nich jakaś bezczasowość. Dwaj bracia spotykają się po latach życia w innych światach - samotny Jacobo mieszkał i opiekował się chorą matką, przejmując rodzinny interes, Herman założył rodzinę w Brazylii, ma tam - jak brat w Montevideo - fabrykę skarpetek. Jacobo prosi Martę, żeby udawała jego żonę podczas pobytu Hermana, wstydzi się swojego samotnego życia. Herman zaprasza oboje na kilka dni do tkwiącego w zimowej drzemce, nadmorskiego kurortu. Dla obu braci ta wycieczka to powrót do czasu dzieciństwa, a więc czasu wolnego, nie wypełnionego pracą, czy opieką nad najbliższymi. Nie bardzo potrafią się w tej sytuacji znaleźć. Oczywiście Hermanowi jest łatwiej, ale on pełni tu zaledwie rolę katalizatora zmian. Główni bohaterowie to Jacobo i Marta. Oni doskonale wiedzą, że nie istnieje życie pozbawione rutyny, prędzej czy później dopadnie każdego. I wiedzą, że zwykle się przed nią nie bronimy, przyjmiemy jak oczywistość, a z czasem doceniamy jej słodki smak. Ta słodycz powstrzymuje Jacobo, Martę, a nawet Hermana przed jakimkolwiek definitywnym krokiem, gestem czułości, czy zrozumienia. Przed zerwaniem z sobą samym, z tym wszystkim, co o sobie myślimy, czym jesteśmy.

"Whisky"


piątek, 10 sierpnia 2007
zawsze dużo


Spodobała mi się teza, zaczerpnięta z przejmującego eseju Johna Bergera “Po cóż patrzeć na zwierzęta?” (w: "O patrzeniu"), mówiąca o tym, że Natura jest aspektem ludzkiej duchowości. Dzięki niej zupełnie inaczej spojrzałam na zwierzęta Dominika Lejmana, projekcje, które umieścił w kilku dziecięcych szpitalach w Polsce i Nowym Jorku. Może gdzieś to się wszystko zapętla, gdzieś bardzo blisko, bo psy kojarzą mi się z dzieciństwem. A zwierzęta to dla mnie psy. Być może moja, naznaczona przez Naturę dusza od swojego zarania pokutuje. Moje narodziny poprzedziła śmierć psa. Czasami rodzina mi to wypomina, twierdząc, że chory, stary pies został uśpiony z mojego powodu, choć mnie nie było jeszcze wtedy na świecie. Stara, czarna, schorowana suka była ulubienicą w rodzinnym domu dziadków, w którym miałam zamieszkać zaraz po urodzeniu. Ale zaraz potem pojawił się kolejny pies. Pół roku po moim przyjściu na świat. Wychowywałyśmy się razem, ona - brązowa, czarno pręgowana i ja, zawierając pakt krwi, przysięgając sobie, że nigdy się nie rozstaniemy, co było niemożliwe, bo mieszkałyśmy potem w innych miastach i spotykałyśmy się tylko podczas wakacji, tęskniąc za sobą jak za zagubioną gdzieś siostrą bliźniaczką. Jestem przekonana, że gdzieś w najgłębszych kłębkach pamięci mam schowany jej zapach.

zdjęcie archiwalne

Wczoraj Zygmunt swoim zachrypniętym głosem szczekał cały wieczór. To do niego niepodobne. Wieczór był ciepły. Po obejrzeniu “Mondo” Gatlifa, usiadłam na drewnianych schodach tarasu, ale było zbyt ciemno, żeby w zapadającym zmroku dostrzec małą, czarną sylwetkę tarasowego sąsiada - buldoga Zygmunta. Słyszałam tylko jego głos. Głos posłańca, niosącego nadzieję, bo tak kiedyś patrzono na zwierzęta. Przypomniałam sobie pierwszą książkę o psach, jaką czytałam, a – jak sobie przypominam – lektura tej książki skończyła się atakiem gorączki. To była “Niewidzialna smycz” Węgra Vilmosa Zolnay'a. Później były inne, i książki, i psy. Niedawno przeżyłam śmierć psa we “Wszystko jest” Malickiego i we “Wczesnych smutkach” (rozdz. "Chłopiec i pies") Danilo Kiša. Lektura – jak niegdyś, jakby nic się nie zmieniło – nie pozostawiła mnie obojętną. Do żywego dotknęło mnie też okrucieństwo Fabickiego, który w swojej zeszłorocznej czarnusze “Z odzysku” kazał bohaterom strzelać zamiast do puszek po piwie, czy garnków, do wykupionych ze schroniska psów.

No i teraz “Mondo” Gatlifa, film, przejmujący dziecięcą perspektywę, zachwycony i oburzony światem, pełen kolorów i pomysłów, pełen muzyki i dźwięków, przypominających muzykę, i śpiewu żony iluzjonisty, uciekinierki z Kurdystanu, która w Nicei niańczy dziecko. Dlatego nie mogło zabraknąć w nim zwierząt, są tam psy i gołębie, żuki, jaszczurki i ryby. Film wciąż gubi realistyczne oblicze, by stać się marzeniem. Marzeniem nie tylko o zwierzętach, ale i o ludziach. Mondo jest postacią, która pewnie im się śni. Dziesięcioletni cygański chłopiec na ulicy znalazł się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd, nie ma żadnej przeszłości, sypia pod gołym niebem. Stary żebrak o mocno błękitnych oczach, trzymający w walizce parę gołębi, pozna go z iluzjonistą i jego żoną. Mondo spotka też marynarza, który nauczy go czytać, grawerując litery na kamykach z plaży, śliczną śpiewaczkę, która nocami pracuje w cukierni, wyrabiając karmelki oraz starą Żydówkę z Wietnamu, która mieszka na jednym z najwyższych miejskich tarasów w willi z dużym ogrodem. Wszyscy go pokochają, ale żadne z nich nie zatrzyma go przy sobie na dłużej. Mondo będzie chodził po świecie własnymi ścieżkami, dając im radość, wracając, tęskniąc tak mocno, że kiedy żebrak z błękitnymi oczami opuści ulice i trafi do szpitala, Mondo sam się rozchoruje. Kiedy będzie leżał na asfalcie pustego parkingu bez sił, zamieni się w psa, w szaroburego kundla. Potem odejdzie i więcej nie wróci, zostawiając po sobie ukryty w trawie kamień z wyrytym napisem “zawsze dużo”.

"Mondo"


czwartek, 09 sierpnia 2007
Stasiuk o Słowacji

W wakacyjnym Półprzewodniku Polityki
Andrzej Stasiuk, "Słowacja: Łagodna dziwność bytu"
(fragm.):


"(...) za to kochamy Słowację. Za lekko nieoczywistą rzeczywistość, za skłonność do niewymuszonego nadrealizmu. W Bardejovie, obok supermarketu Billa, do którego jeżdżę po moją grubą wędzoną słoninę, jest sklep z chińskimi tekstyliami. Wielką halę wypełniają ubrania, buty, torby, bielizna w niespotykanych gdzie indziej cenach. W powietrzu unosi się gorzki zapach gumy i plastiku.

Kiedy się tam znalazłem, główną klientelą byli Cyganie, całe cygańskie rodziny z dziećmi. Wybierali, przymierzali, wszyscy udzielali rad, poprawiali, przyklepywali, obracali dzieci w kółko, pytali krewnych o zdanie na temat wyglądu chińskiej garderoby. To wszystko przyjechało gdzieś z otchłannych szwalni Syczuanu, z niewolniczych manufaktur Junanu albo innego Hunanu, z wnętrza tej gigantycznej kserokopiarki, która zajmuje się powielaniem świata jeden do jednego, stamtąd przybyły rzeczy potrzebne biednym jak myszy kościelne słowackim Cyganom. Bez chińskiego tekstylu chodziliby nadzy i bosi. A tak za swoje zasiłki mogą się ubrać całkiem po europejsku i starcza im jeszcze na ciemne okulary.

Ubrani w wyroby Państwa Środka wracają do swoich gett, do rozpaczliwych osiedli z dykty i blachy, do lepianek na skrajach wsi, do europejskich faweli z jednym kranem na sto osób. Bo ta moja północno-wschodnia Słowacja jest trochę jak Afryka i trochę jak Azja. Ubrani w chińszczyznę Cyganie wciąż są w ruchu. We wsiach, w miasteczkach widać głównie ich. Reszta siedzi w domu, a oni wciąż mają coś do załatwienia, wciąż muszą się z kimś spotkać, bo samotność i bezruch to dla nich śmierć. Zresztą te ich domy są nie do wytrzymania: dziesięć osób w klitce, piętnaście w pokoju z kuchnią. Ciągną więc wózki ze złomem, ciągną wózki z chrustem. Wcale się nie przejmują, że jest jakiś dwudziesty pierwszy wiek. W ogóle się nie przejmują, że jest jakiś czas. W niektórych dialektach nie mają nawet oddzielnych słów na „wczoraj” i „jutro”. Czeski pisarz Jáchym Topol tak napisał o Svidniku: „Kawałek dalej cygańskie ulice. Atakują żebrzący chłopcy. Jak to często bywa, niektóre ich siostry są cudowne. Przechadzają się po getcie tu i tam, wyniosłe jak górskie pumy”.

Tak, to jest niepokojące i dziwne, gdy z tych rozpaczliwych, śmieciarskich osad wychodzą tak piękni ludzie. Kobiety, mężczyźni, dzieci, starcy – bez wyjątku. Wśród naszego bladego i nieco nieforemnego słowiańskiego żywiołu ich uroda jest jakaś przedwieczna, fundamentalna. Piękni jak bogowie handlują grzybami przy szosach, żebrzą, a w dzień wypłaty zasiłku, objuczeni zakupami, wracają gromadnie do swoich szałasów. Raz w miesiącu zaczyna się cygański karnawał i trwa do wyczerpania funduszy".

więcej >>




środa, 08 sierpnia 2007
(7.MFF ENH) płatek róży z liściem mięty



Hartleyem we Wrocławiu zrobiono nam i prawdziwą przyjemność i wielki kłopot. Bo Hartleya należy oglądać w pakiecie. Film za filmem. To serial, w którym nieobecność oznacza wypadnięcie z gry. A takie przywarcie do jednego wątku podczas festiwalu skazuje na wieczne wątpliwości i wahania, czy wybór nie był chybiony, a wycofać się już nie ma sensu. Obecność Hartleya we Wrocławiu wcale nie dodawała otuchy. Rozmowy z nim po projekcjach były – łagodnie mówiąc – dosyć ulotne, przypadkowe. Czasami zabawne, ale po filmie, w którym bohaterowie mówią w taki sposób, w jaki mówią bohaterowie Hartleya, oczekuje się czegoś co najmniej błyskotliwego. Sam reżyser z początku tłumaczył swoją zawrotną popularność młodością – publiczności i pierwszego pakietu filmów z przełomu lat 80./90. Potem – przekonywał – publiczność odpuści. Pomylił się odrobinę.

Oprócz projekcji (także jego ulubionych filmów innych reżyserów, Wendersa czy Godarda) i rozmów na żywo, można było – jeżeli ktoś wydarł ze swojego napiętego planu dnia kilka minut - Hartleya poczytać i poczytać o nim za sprawą dwóch książek, które rozeszły się niemal na pniu. Jedna – jak to w życiu bywa – jest ładniejsza, druga brzydsza, ale za to ciekawsza. Pierwsza to “Kino prawdziwej fikcji i filmy potencjalne. Hal Hartley” (8 wywiadów, jakie z Hartleyem przeprowadził Kenneth Kaleta), wydana przez słowo/obraz terytoria, druga - “Gesty, osoby, teksty: kino Hala Hartleya” Rabidu to zbiór analiz, sygnowanych przez znakomitości filmoznawczego światka Alicję Helman i Andrzeja Pitrusa.


Warto czytać je równolegle, zresztą autorzy “Gestów...” często powołują się na wypowiedzi reżysera z wywiadów. Świetnie się to czyta, mając świeżo w pamięci filmy, które w pierwszym momencie zachwycają przede wszystkim specyficzną, zmysłową aurą, nie prowokując refleksji. Świat Hartleya przede wszystkim tworzą ludzie, zapełniający plan, światło, moda. Żałuję, że żaden z autorów nie poświęcił tekstu modzie u Hartleya. Pretekstowość fabuły przy okazji każdego odcinka Hartleyowskiego serialu zwraca się ku otoczeniu, ku postaciom, ku kreacji, a następnie – jak podpowiadają krytycy, umiejętnie uzasadniając – ku strukturze. Oto spis treści “Gestów...”:


Grzegorz Dryja
Zaskakująca prawda: opowieść o pewnym złudzeniu i jego konsekwencjach.
Anna Taszycka
Zaufanie: rodzina i ufność.
Maciej Chiżyński
Pożądanie: filozofia i banał.
Grzegorz Dryja
Ludzie jak my: Homer!!! Joyce!! Hartley? – różne warianty.
Andrzej Pitrus
Amator: ludzie, którzy grają.

Elina Löwensohn w "Amatorze"

Alicja Helman
Flirt: pięciokąty.
Andrzej Pitrus
Henry Fool i Fay Grim: lęk przed wpływem.


Parker Posey w "Fay Grim"

Marcin Dulemba
Księga Życia: bardzo mała Apokalipsa.
Alicja Helman
Potwory nie istnieją: „Może posunąłem się za daleko...”

Sarah Polley w "No Such Thing"

Agnieszka Kamrowska
Dziewczyna z planety Poniedziałek: dyktatura konsumpcji.


Dodam jeszcze, że moimi ulubionymi filmami Hartleya są “Simple Men”, “Amateur” i “No Such Thing”, a ulubione postacie to te, grane przez Elinę Löwensohn i Roberta Johna Burke'a (jako Potwór w “No Such Thing” jest znakomity). Chętnie zobaczyłabym pakiet jeszcze raz, i jeszcze raz, na spokojnie, ale w polskich sklepach na przykład pod hasłem >amator< można kupić wcale nie "Amatora" Kieślowskiego, a jedynie “Amatora kwaśnych jabłek” (Pipe Dream) Johna Walsha, komedię romantyczną – co ciekawe – z Martinem Donovanem w roli głównej. Lepszy rydz niż nic? Hmm...




wtorek, 07 sierpnia 2007
faktury ze wsi polskiej Pod Piotrem, letnie...

foto: Iw.Cała

kolekcja rośnie jak na drożdżach...

poniedziałek, 06 sierpnia 2007
faktury z Australii, zimowe...

foto: Mo.Z. (5.08.2007)

who next?

niedziela, 05 sierpnia 2007
(7.MFF ENH) Epilog 3: zasypianie na ekranie


więcej zdjęć

Niby nic się nie śni. Albo śni się zbyt wiele, żeby to potem pamiętać. Albo – zdaje się – że śnić wcale nie trzeba, bo dni na jawie mijają jak w jakiejś malignie. Sen za snem, ciągłe zmiany planu, inni bohaterowie, poplątane historie, a jak już wyjdziesz z kina, wcale nie jest lepiej. Bez przebudzenia. By nie zasnąć lub by się nie obudzić, siadam nad kawą i ciastkiem w cukierni “Babeczka” tuż obok wrocławskiej opery i widzę idącego ulicą Lee Kang-shenga, to przecież musi być sen... Tak było, choć nikt mnie wtedy nie uszczypnął. Upał wcale go nie dotykał, bo co to był za upał, nie tropikalny. Sunący samotnie chodnikiem, Lee Kang-sheng – aktorska muza Tsai Ming-lianga – przyjechał do Wrocławia ze swoim własnym filmem, reżyserskim debiutem “Zaginiony” (Bu jian, 2003, pokazywanym już podczas 4.FF ENH). Ale prawdziwym wydarzeniem był film jak zwykle z jego udziałem - “Nie chcę spać sam” (Hei yanquan, 2006) Tsai Ming-lianga w sekcji konkursowej 7.MFF ENH.

Każdy kto podczas wcześniejszych edycji festiwalu oglądał filmy Tsai Ming-lianga (“Rzeka”, “Dziura”, “Która tam jest godzina” - 2.FF NH, “Goodbye, Dragon Inn” - 4.FF ENH, “Kapryśna chmura” - 5.FF ENH), dokładnie wiedział, czego się spodziewać. A więc, że będzie gorąco, że upał się będzie perlił na skórze, że pojawi się Lee Kang-sheng i Chen Shiang-chyi, że oboje będą wokół siebie krążyć zdawałoby się bez celu, mijając się wśród wydarzeń zgoła bezsensownych, jak w jakimś transie i że z tego sennego, gorącego mijania, snucia w rezultacie poza hipnotyzującym nastrojem w finale wyłoni się też pewna całość, i że tę całość zamknie scena spektakularna lub pełna poezji, że rzecz będzie dotyczyć cielesności, ambiwalentnej seksualności, jej ciemnej strony, a może tylko zacienionej. Tym razem Tsai Ming-liang akcję przeniósł do Malezji. Na ulicy Kuala Lumpur grupa bengalskich robotników oprócz wielkiego materaca, który niosą przez całe miasto, znajduje bezdomnego, pobitego Chińczyka. Jeden z nich się nim zaopiekuje. Zamieszkają razem w betonowym wieżowcu, do połowy wypełnionym wodą. W takim dziwnym miejskim jeziorze będą łowić ryby. W okolicy jest knajpka, prowadzona przez dwie kobiety, które mieszkają ze sparaliżowanym chłopakiem (w tej roli również Lee Kang-sheng). Ta historia rozgrywać się będzie miejscami na pięciokącie, by skończyć się w trójkącie. Bardzo udana geometria nieparzysta. Układ doskonały. Androgyne. W jego centrum pozostanie podwojony Lee Kang-sheng, wzbudzający uczucia trójki bohaterów – bengalskiego robotnika i dwóch chińskich kobiet. Możecie być pewni, że nie zaśnie sam.



"Nie chcę spać sam"

Mam na myśli jeszcze kilka filmów jak ze snu. Na przykład film “Gość życia” Węgra Tibora Szemzö, muzyka i kompozytora, który opowiadając o enigmatycznym lingwiście, przełożył tybetańską księgę umarłych na nuty i dźwięki. Lingwista to postać prawdziwa, niemal bohater narodowy, o którym słyszało każde węgierskie dziecko, choć nie za wiele o nim wiadomo. Analizując różne języki, doszedł do wniosku, że Węgrzy pochodzą z Dalekiego Wschodu. By tę tezę udowodnić na początku XX wieku udał się w daleką podróż, którą zakończył w Tybecie. Osiadł na kilka lat w jednym z klasztorów, uczył się nowych języków, obserwował mnisie życie, pisał książki, w tym słownik angielsko-tybetański i gramatyczne kompendium języka tybetańskiego. Oszołomiony Wschodem stracił z oczu cel najważniejszy, nie dotarł do źródeł kultury węgierskiej. Być może znalazł inny cel, odkrył coś ważniejszego. Z filmu Szemzö nie dowiemy się, kim był Alexander Csoma. To oryginalny zapis pewnego doświadczenia, którego uczestnikiem mógł stać się w Tybecie lingwista. Tak przynajmniej wyobraził to sobie reżyser podczas swojej tybetańskiej wyprawy śladem Csomy, uważnie słuchając i patrząc. W filmie zastosował dwie konwencje. Baśniowy charakter nadał rzekomym opowieściom o podróży lingwisty, pokazując je za pomocą animacji. Równolegle umieścił obrazy ze swojej podróży, nakręcone kamerą super-8, ziarniste, ciemne, pochodzące jakby z odległej przeszłości. Wszystko, co dzieje się w obrazie, podporządkował ścieżce dźwiękowej – napisanej przez siebie muzyce, także muzyce języków, których uczył się po drodze niezwykle uzdolniony w tym kierunku Csoma, ale też rzeczywistym dźwiękom i cytatom z filozoficznych traktatów. Szemzö postanowił muzycznie zinterpretować odmienne od codziennego doświadczenie czasu, które stało się tam – w Indiach, w Himalajach jego udziałem. Film stanie się prawdopodobnie częścią multimedialnej instalacji, którą będzie można zobaczyć podczas kolejnego wrocławskiego WRO.

"Gość życia"

W podobnie egzotyczną, oniryczną scenerię zabierają Norman Cohn i Zacharias Kunuk w kanadyjsko-duńskich “Dziennikach Knuda Rasmussena”. Historia pobytu duńskiego badacza i jego towarzyszy w eskimoskiej społeczności przyjmuje punkt widzenia córki szamana, która jako jedyna poza ojcem potrafi widzieć i kontaktować się z duchami przodków. Ta zdolność pozwala jej spędzać noce w ramionach zmarłego męża. Film chwilami przypomina etnograficzny dokument z życia Innuitów, które toczy się według ściśle określonych zasad, pokazuje ich zwyczaje codzienne i świąteczne, tańce, śpiewy, relacjonuje ich rozmowy, także rozmowy z białymi przybyszami, którzy są przez nich szanowani, bo znają lokalny język.



"Dzienniki Knuda Rasmussena"

Jednocześnie w tę opowieść wkrada się przeczucie, że spokojne i poukładane życie rdzennych mieszkańców amerykańskiej Północy niebawem się zmieni. Mówi się o Innuitach pracujących dla białych ludzi, o łamaniu tabu. Wreszcie wyprawa, poznanej przez Rasmussena społeczności w region Igloolik, doprowadza do najgorszego. Świadkami upadku są biali współtowarzysze podróży, którzy jednak nie mają na nic wpływu. Wycieńczeni wędrowcy na swojej drodze spotykają rodaków, którzy przyjęli wiarę chrześcijańską. Jedynym ratunkiem przed śmiercią głodową jest wejście do chrześcijańskiej społeczności, zjedzenie kawałków mięsa, objętego tabu, co spowoduje utratę zdolności magicznych, wyrzeczenie się dawnych wierzeń, odejście sprzyjających duchów. Życie na Północy ulepione jest z Natury, odrzuca sentymenty, jego kierunek także kulturowy podporządkowany został instynktowi przetrwania. Oczywistość tego mechanizmu łatwo do nas dociera w sugestywnie pokazanych tu “okolicznościach przyrody”. Film Cohna i Knuka wyjątkowo je eksponuje. Otoczeni białą pustką, obserwujemy pogrążonych w niej ludzi, okutanych w zwierzęce skóry, siedzących ciasno obok siebie w oświetlonych słabym światłem iglo. Jest w tym filmie coś bardzo groźnego i jednocześnie ludzkiego, jakby dwa bieguny życia, które trwa na granicy dwóch światów, coś bardzo pierwotnego. To taka podróż do źródeł.


"Dzienniki Knuda Rasmussena"


sobota, 04 sierpnia 2007
gorący powiew znad Afryki

Na tegorocznym festiwalu w Rotterdamie zorganizowano retrospektywę twórczości porównywanego do Tsai Ming-lianga reżysera z Mauretanii - Abderrahmane Sissako. W Rotterdamie można było zobaczyć jego pierwszą krótkometrażówkę “Octobre” (1992), filmy “Africa Dreaming” (1997), “Rostov – Luanda” (1997), “La vie sur terre” (Life on Earth, 1998), “Heremakono” (Waiting for Happiness, 2002), “Dry Season” (Daratt, 2006) i Bamako (Court, 2006). O Sissako w świecie filmowym coraz głośniej. TVP Kultura w ramach “Korzeni kultury – Afryka” (także "Afrykańskie ABC" Kiarostamiego) pokaże dzisiaj “Heremakono” (Czekając na szczęście, g. 20.30), a za tydzień o tej samej porze - “La vie sur terre” (Życie na ziemi).

"Heremakono"

Gaylene Gould, MFF Toronto 2002:
Filmy Abderrahmane Sissako są w istocie złożonymi medytacjami nad czasem. “Heremakono” rozwija styl, oparty na improwizacji, charakterystycznej pracy z aktorami-amatorami reżysera, owładniętego obsesją wyobcowania, bezczasowości i oczekiwania. “Heremakono” skupia się na postaci Abdallaha, niezwykle podobnej do samego Sissako, którego ojczyzną jest pustynna Mauretania. Nielinearna narracja rozpoczyna się powrotem młodego outsidera do odizolowanej wioski, gdzie wskazówki zegara przez ostatnie dwa stulecia ledwie się ruszyły. Abdallah leniwie spędza dzień za dniem, ucząc się Hassaniaya, lokalnego języka, którym nie umie się posługiwać.

Abderrahmane Sissako

Abderrahmane Sissako:
Nouadhibou jest miastem tranzytowym. Przyjeżdża się do niego, by trochę zarobić przed podjęciem dalszej podróży. Ja poznałem to miasto, gdy wybierałem się do Rosji, gdzie studiowałem na WGIK (Moskiewskiej Państwowej Szkole Filmowej). Domy w Nouadhibou są tymczasowe. W języku mali nazywamy je “heremakono”, co oznacza “czekając na szczęście”.

Pod koniec filmu, kiedy Abdallah opuszcza dom matki, by wyruszyć w podróż, widzimy go samotnego, z walizką na pustyni. Ten obraz odosobnienia uświadamia mi, że podróż jest poprzedzona wygnaniem. Zainteresowała mnie koncepcja stanu przejściowego, dążenia do miejsca, do którego można nigdy nie dotrzeć. To banicja tuż przed wyprawą. Będąc już na wygnaniu, rozpocząłem własną podróż. Być może oczekiwanie naprawdę jest szczęściem.

Chciałem opowiedzieć o drodze kogoś, komu brakuje jednej z podstawowych zasad integrujących ze społeczeństwem – języka. We własnym kraju można się wtedy poczuć, jakby się nie miało korzeni. Jednocześnie, jeżeli ktoś nie jest w stanie porozumiewać się werbalnie, to – choć jest na straconej pozycji – jego punkt widzenia sam staje się pewnego rodzaju środkiem komunikacji. Wyostrza się, ponieważ taka osoba zwraca większą uwagę na otaczający ją świat.
(katalog 3.FF ENH w Cieszynie)


ps. a za kilka dni w tv “Mondo” (1994) Tony'ego Gatlifa.
(czwartek 8.08 g. 20.00 ale kino!)

"Mondo"


czwartek, 02 sierpnia 2007
(7.MFF ENH) Epilog 2: Argentyńczycy


Zeszłoroczny nowohoryzontowy przegląd współczesnego kina argentyńskiego utwierdził nas w przekonaniu, że warto zwracać uwagę na filmy z Argentyny, że to kino od połowy lat 90. niezwykle dynamicznie się rozwijające, z wieloma ciekawymi osobowościami i reżyserskimi i aktorskimi, w dodatku uniwersalne, bliskie. Dlatego Argentyńczycy cieszyli się sporym zainteresowaniem i podczas tegorocznej edycji festiwalu. Faworytem był z pewnością Pablo Trapero, którego debiutem z 1999 zachwycaliśmy się rok temu.

Urzeka mnie rzeczywistość jako źródło inspiracji albo punkt wyjścia, ale wierzę absolutnie w fikcję jako formę artystyczną czy formę wyrazu” - miał powiedzieć Pablo Trapero, który w “Mundo grúa” (1999) potwierdza, że realizm jest silną tendencją kina argentyńskiego. Trapero jako pionier nowego kina tworzy najlepsze bodaj obok Adriána Caetano obrazy wielkomiejskiej Argentyny. Sięga po różne tematy - od przestępczości i korupcji w "El Bonaerense" (2002) po relacje wewnątrzrodzinne w "Familia rodante" (2004).

W Mundo grúa” rysuje portret pięćdziesięcioletniego robotnika - El Rulo, granego przez niezawodowego aktora Luisa Margani, z trudem zdobywającego środki do życia. Trapero wykorzystuje brak profesjonalizmu naturszczyka, jego nieco bełkotliwy sposób mówienia. Zestawia z nim to, co robią na planie aktorzy zawodowi. Na tym kontraście buduje wrażenie realizmu nieaktorskiego, które odtąd stanie się charakterystyczne dla “nowego kina argentyńskiego”. Margani oddaje postaci El Rulo całą swoją autentyczność, jest niesamowity, przejmujący, w spojrzeniach i gestach - szczery. Trapero pokazuje dramat człowieka, wyrwanego ze swojego środowiska, z miejsca, które oswoił, z życia, które nie wydaje się szczególnie atrakcyjne, ale z którego czerpał przyjemność. Rulo nie chce z niego rezygnować, po przepracowaniu jakiegoś czasu na placach budów argentyńskiego Południa wraca do Buenos Aires.

Kiedy ma się w pamięci tamten doskonały debiut Pabla Trapero, mimo pewnego podobieństwa w wątku zmiany miejsca i stylu życia głównego bohatera, trudno odnaleźć się w jego nowym filmie. “Narodzony i wychowany” (Nacido y criado, 2006) niepotrzebnie próbuje zmierzyć się z dosyć oklepanym, fabularnym schematem. Niestety nie wychodzi z tej próby zwycięsko. Reżyserowi udaje się co prawda odtworzyć kawałek oczekiwanej autentyczności, kiedy akcję filmu przenosi do Patagonii, na małe lotnisko przysypane śniegiem, grzęznące w błocie, owiane przejmującym do szpiku kości, zimnym wiatrem, otoczone horyzontem z piętrzących się górskich szczytów, ale nie trzyma formy, zbytnio kontrastując dwie opisywane przez siebie rzeczywistości. Jedna z nich jest tak stereotypowa i plastikowa, że razi w sposób niebywały, kładzie się cieniem na tej drugiej.

Oto mamy przed sobą idealną, kochającą się, młodą rodzinę, mieszkającą w domu wyjętym z dekoratorskich magazynów. Rodzina posiada firmę dekoratorską, zbiera starocie i odnawia je w dizajnerskim stylu. Potem, by zburzyć tę naiwną sielankę, rodzina ulega wypadkowi samochodowemu - nic mniej zaskakującego. Główny bohater - Santiago, obudziwszy się w szpitalu, myśląc, że w wypadku stracił i córkę i żonę, ucieka na najdalszy możliwy kraniec świata, by wieść tam życie dalekie od wygód i tak drogiego mu estetycznego blichtru. I tu - być może - powinien zacząć się film Trapero. I tu – poza momentami, manifestującymi tragedię Santiago – można poczuć dawną wrażliwość Trapero. W pokazywaniu ludzi, miejsc, krajobrazów, w budowaniu scen o umiarkowanej emocjonalnej amplitudzie, które w tak oszczędnie prowadzonej narracji potrafią poruszyć w sposób nieoczywisty, niebezpośredni, bez topornego wskazywania, gdzie powinno pojawić się wzruszenie. Sam Santiago do końca pozostaje płaską, papierową figurką, wplątaną w schemat. Natomiast na pierwszy plan wysuwają się drugoplanowe postaci towarzyszy niedoli, jego współpracowników z lotniska - Indianina, któremu umiera żona po długiej chorobie, chłopaka, który nie chce przyjąć do wiadomości, że niebawem zostanie ojcem, wioskowej prostytutki, właściciela knajpy na odludziu. Dzięki nim film Trapero ożywa.


"Narodzony i wychowany"

Kolejnym oczekiwanym filmem argentyńskim była “Obca” Inés de Oliveira Cézar, jej “Kiedy mijają godziny” brał udział w zeszłorocznym konkursie. To koprodukcja argentyńsko-grecko-polska, w filmie u boku wybitnych aktorów argentyńskich wystąpił polski aktor - Maciej Robakiewicz, zagrał rolę nie znającego lokalnego języka geologa, obcego, który próbuje ingerować w zastaną i przesądzoną z góry sytuację. Cézar dołączyła do grona twórców, zainspirowanych tragedią Eurypidesa “Ifigenia w Aulidzie". W skalistej scenerii, pozbawionej życia i wody, opowiada starożytny mit o ojcu, który składa ofiarę z córki w intencji zakończenia śmiercionośnej suszy. Dramat dziewczyny odbywa się niemal bez słów, a charakterystyczna dla reżyserki, wątła fabuła przenosi ciężar jakiegokolwiek ruchu czy znaczenia na wizualną stronę filmu, która dyscyplinuje krajobraz, oddaje atmosferę wszechogarniającego, gorącego letargu. W pracy nad formą widać u Cézar konsekwencję. Dzięki zabiegom formalnym reżyserka odrealnia tę historię, która mogłaby wydarzyć się zarówno tu i teraz, jak i w czasie mitycznym.

"Obca"

Podobnie jak Cézar, z niezwykłych walorów argentyńskiego krajobrazu korzysta Santiago Otheguy w swoim pełnometrażowym debiucie “La León” i podobnie jak ona poprzez formę filmową je odrealnia, by opowiedzieć o życiu obcego, innego. Reżyser przyznaje, jednym z powodów, dla których film jest czarno-biały, był lęk przed tym, żeby nie został “wchłonięty” przez obecną w nim niesamowitą, argentyńską przyrodę. Ale efekt czerni i bieli jest bardzo silny, zmienia zwykłe trzciny porastające jezioro w element kompozycji, obraz inaczej reaguje na światło. To, co znajdzie się w jego ramie, przestaje być przezroczyste. Nie opowiadana historia wysunie się tu na pierwszy plan, a miejsce jej zaistnienia. Akcja filmu toczy się na wyspie, a jej bohaterem jest spokojny samotnik, homoseksualista, wielbiciel literatury, sprzyjający misioneros, którzy przybywają z północy w poszukiwaniu pracy w delcie rzeki.

"La León"


(7.MFF ENH) aneks do Paryża i okolic


Bez wątpienia odkryciem tegorocznego festiwalu, prezentowanym w cyklu Panorama Kina Współczesnego: odkrycia, był film belgijskiego reżysera Joachima Lafosse “Własność prywatna” ze świetnymi kreacjami aktorskimi Isabelle Huppert i braci RenierJérémie'go (którego pamiętamy z głównej roli – Bruna w “Dziecku” braci Dardenne'ów) i Yanicka. W filmie Lafosse'a bracia zagrali bliźniaków, a Huppert ich matkę. Pascale mieszka z dorosłymi już prawie synami w dużym wiejskim domu, który dostała od ojca chłopaków jako rozwodową rekompensatę. Lafosse wkłada tę rodzinę jakich wiele pod lupę. W kilku codziennych sytuacjach bada jej wzajemne relacje, ujawnia rozkład sił, system zależności, podobieństwa charakterów, z jednej strony pozwalające przetrwać razem pod jednym dachem, z drugiej – wywołujące liczne spięcia.

Rodzina znajduje się w momencie przełomowym. Synowie niebawem opuszczą dom i wyruszą w świat, wciąż jeszcze młoda matka, zwolniona z odpowiedzialności, zechce ułożyć sobie życie z innym mężczyzną. Ale to tylko pozory. Jeden z synów wyraźnie ociąga się z wejściem w życie, chce towarzyszyć matce, z którą wiąże go silna więź emocjonalna, gdziekolwiek ta się uda, bez względu na okoliczności, drugi – nie mniej silnie z nią związany – walczy z matką na śmierć i życie, miota się niczym zranione zwierzę, nie chce dopuścić do zmiany. Punktem zapalnym okazuje się planowana przez matkę sprzedaż rodzinnego domu, która pozwoliłaby jej rozpocząć nowe życie, zrealizować pomysł prowadzenia małego pensjonatu.

Przyglądamy się zatem nieporównywalnemu z niczym dramatowi wielu pewnie rodziców, którzy uświadamiają sobie poniewczasie, jaka spoczęła na nich odpowiedzialność w momencie narodzin dziecka i że obcując z nim przez lata, mieli obok siebie tak naprawdę nie dziecko, ale przyszłego dorosłego, z którym teraz przychodzi im się konfrontować. Za mało miłości, zbyt wiele miłości. Efekt wydaje się podobny. Pytanie, na ile rodzice sami byli dziećmi, onegdaj wychowując swojego przyszłego dorosłego, pozostaje bez odpowiedzi, ale z zachowania Pascale i jej synów należy wnioskować, że dziecko wychowywało dorosłych. Dziecko, w dodatku pozostawione same sobie, pozbawione jakiegokolwiek wsparcia, pomocy ze strony męża, który w tym czasie założył drugą rodzinę. Ta smutna prawda doprowadzi do tragedii, która niczego nie rozwiąże, wręcz przeciwnie – zapętli tak silnie, że reżyser nie domknie finału, zostawi nam wymyślać potencjalne zakończenia sytuacji bez wyjścia. Matka wyprowadzi się z domu, w bezsensownej kłótni między braćmi jeden z nich popchnięty przez drugiego straci przytomność, niewykluczone, że tego upadku nie przeżyje. Rozpadnie się cała ta - mimo mocnych więzi łączących – niezwykle chwiejna konstrukcja. A wina rozłoży się sprawiedliwie, w równym stopniu na wszystkich barkach. Przejmujący film o życiowej dojrzałości i jej niedoborach w konfrontacji z odpowiedzialnością za drugiego człowieka.