agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
środa, 12 maja 2010
pierwsze od wieków

słoneczne dni




Tagi: pogoda
11:10, pravdan , notatnik
Link Komentarze (4) »
wtorek, 11 maja 2010
wróżenie z Pessoi

„Od bardzo dawna – nie wiem, czy minęły dni, czy miesiące – nie zanotowałem żadnej refleksji; nie myślę, a zatem nie istnieję. Zapomniałem, kim jestem; nie potrafię pisać, bo nie potrafię być. Opanowany przez ukośną drzemkę, byłem kimś innym. Świadomość, że nie pamiętam siebie, oznacza przebudzenie.

Przez jakiś okres życia byłem zemdlony. Wracam do siebie, nie pamiętając, czym byłem, a pamięć o tym, czym powinienem być, cierpi, bo została przerwana. Mam mgliste pojęcie o jakiejś nieuchwytnej luce; czuję, że część mojej pamięci podejmuje jałowy wysiłek, pragnąc odnaleźć część brakującą. Nie mogę się pozbierać. Jeżeli żyłem, to zapomniałem, że o tym wiem”.


Fernando Pessoa, Księga niepokoju



piątek, 07 maja 2010
żywa biblioteka

Wytresowana w dzieciństwie do dzisiaj mam opory przed pisaniem w książce długopisem i zaginaniem rogów. Szanuję książkę. Teraz z kolei okazuje się, że kiedy tego szacunku książce nie okażę, książka może ze mnie, czytelniczki zrezygnować. Książka wybiła się na niezależność, książka ożyła. Ciekawe.


http://www.zywabibliotekagdansk.blogspot.com/






czwartek, 06 maja 2010
proszę bardzo

Trudno napisać cokolwiek po przeczytaniu grubego tomu autobiografii Andy Rottenberg "Proszę bardzo". Napisać, że świetna, wciągająca, poruszająca, ładnie napisana, że płakać się chce, że się nad nią płacze? Jakoś głupio. Napisać coś i to wcale nie cokolwiek, ale właśnie Coś, udało się już Joannie Tokarskiej-Bakir. Ba! Wracam więc do, kiedyś podesłanej mi przez Mo, recenzji tej niezwykłej książki - "Odzyskiwanie czucia".


"Rottenberg wybiera prowokację - pisze między innymi Bakirowa - Wylewa w książce żółć i z każdą stroną czujemy, jak słabnie jej depresja. „Proszę bardzo” jest częścią terapii, w której chodzi o odzyskanie czucia. Wbrew temu, co ogłaszają krajowi psychoterapeuci, to wcale nie emancypacja kobiet pozbawia je czucia. Odmowa czucia może być reakcją na świat, w którym od kobiet chce się tylko jednego.

Ale rzecz wykracza poza androcentryzm, do którego „nie idzie się” przystosować. Od Żydówek, które są Polkami, też oczekuje się jednego: mają wybierać między mamusią a tatusiem. Anda Rottenberg odmawia. Z odmowy bierze się napęd tej książki, będący przesuniętym w genealogię napędem jej życia.

Jednak to wcale nie budzenie się więzi rodzinnych, przez dekady zamkniętych w narodowej chłodni, jest dla mnie w tej książce najbardziej fascynujące (...). Ciekawsze jest dla mnie to, co w „Proszę bardzo” nierodzinne i niezamorskie. Kobiece.

Znieczulenie nie musi być tylko buntem przeciwko dyskryminacji. Może być buntem przeciwko subordynacji – względem katolickich wartości rodzinnych, katolickiej wrażliwości i języka symbolicznego, tego wszystkiego, co uznaje się w Polsce za uniwersalne, a jest tylko polsko-katolickie. Jest to podporządkowanie tak konwencjonalne, że dopóki nas samych nie dopadnie, wstyd się do niego przyznać. I jest wszechobecne".

Odzyskiwanie czucia >>



wtorek, 20 kwietnia 2010
Claire Denis pije rum



35 rhums (2008)

Smutki i namiętności tej drugiej Claire Denis >>


niedziela, 18 kwietnia 2010
demokratycznie i milcząco




Piotr Stasiński mówi o uroczystościach pogrzebowych w Warszawie i Krakowie >>





Gdzie się pani pcha


Kiedy patrzę przez okno, mam przed oczami przysypaną białym piaskiem drogę przez sosnowy zagajnik, zwykle taka droga kończy się górką (wydmą), trzeba szybko wbiec na górkę, a za nią roztacza się już widok na morze i uderza w nas wiatr i szum, i przejrzysta, rozległa po horyzont przestrzeń. Taki letni poranek. Chyba chodzi o światło. A może o wspomnienie z dzieciństwa, kiedy latem wstawaliśmy wcześnie i jechaliśmy na plażę. Może chodzi o podobne osiedle z wielkiej płyty, które mam teraz przed oczami, w którym się wychowałam. Wszystko pomieszane. Pewne jest tylko to, że dzień zapowiada się niezwykle pogodny, słoneczny i że jestem na Południu, o czym przypomina mi zwykły w takich okolicznościach, aklimatyzacyjny ból głowy. No i w okno pukają gołębie.

Jadąc do Krakowa właśnie wczoraj – co należy uznać za szaleństwo, otwarcie festiwalu Off Plus Camera zostało przesunięte na poniedziałek - obawiałam się tłoku. Jednak mój pociąg tak został wpasowany w program uroczystości pogrzebowych, że omijał wszelkie korki. Tu za późno, tam za wcześnie. Luksusowo mknął przez rozedrgany emocjonalnie kraj. Oczywiście oprócz tłoku obawiałam się też niezwykłości sytuacji, współpasażerów, którzy mogli nie być w związku z tym zwyczajni, mrowiącej energii, która zamknięta przez osiem godzin w małym przedziale pociągu nie może znaleźć ujścia.

Dziś nie jestem obojętna tak, jak pięć lat temu – na śmierć i to, co robi z ludźmi wokół mnie, na sprawę, którą się staje. Teraz jest inaczej, wiele nakłada się na siebie warstw. Niczego nie da się tak łatwo zanegować, trudniej odciąć się od emocji. Więc kiedy wyją syreny, stoję w milczeniu. Dlaczego stoję i co się właściwie dzieje? Mam oczywiście świadomość, że uczestniczę w rzeczywistości nieprzezroczystej, mętnej, ale jak przykładny widz dobrego kina gatunków ulegam jej. Także fantazji o wspólnocie.

Ale to w teorii, w zaciszu własnego świata i środowiska. Nie wiem, czy chcę być we wspólnocie, która pod pałacem prezydenckim odmawia różańce. Czy do mojej wspólnoty zaprosiłabym starsze panie, pod tymże pałacem plujące na dziennikarzy, którzy rzekomo skrzywdzili prezydenta za życia? Albo tych wszystkich ludzi na ulicach stolicy, mijanych przez kondukt żałobny, z wycelowanymi w niego aparatami w komórkach? Albo z tymi paniami, które w moim przedziale spryskały mnie wczoraj własną spienioną śliną, opluwając niemal wszystkich możliwych – dostało się rządzącym, bo zacierają ręce z radości nad grobami, feministkom, bo wynaturzone i zezwierzęcone (a młodzież nasza jest mądra i tego nie kupuje), Monice Olejnik, bo głupia, a najbardziej Rosjanom za polityczne morderstwo, jakiego się dopuścili na naszych bohaterach pod Smoleńskiem. Oszustwa i spiski, małostkowość i gruboskórny rechot. Jak się uratować z tego? - myślałam, wciskając do uszu słuchawki i włączając muzykę na cały regulator. Jak być solidarną z młodymi kobietami w czerni, przyciskającymi do piersi Nasz Dziennik?

We wczorajszych komentarzach prasowych przeczytałam tekst Aleksandry Klich, która relacjonowała: „Wiatr wywiewa małość i podłość. Gdy kondukt odprowadzający trumny do archikatedry świętego Jana idzie ulicami Starego Miasta, nastolatki w harcerskich mundurach salutują. Starsi ludzie płaczą, wysoko trzymając emblematy Polski Walczącej. W wypełnionej muzyką archikatedrze prymas Henryk Muszyński mówi o miłości, która łączyła Marię i Lecha Kaczyńskich. Żegnają ich skąpane w słońcu uliczki, kamienice, pałace i kościoły. Wieje lekki, wiosenny wiatr, który - jak wierzy filozof Dariusz Karłowicz - wywieje małość i podłość. Warszawa jest dziś pięknym, najpiękniejszym miastem na świecie”.

Kolejna fantazja.



piątek, 16 kwietnia 2010
plakatują


Plakat społeczny w PGS Sopot >>


Jacek kuratorem i autorem

tymczasem w Chicago

"Post No Bills: Contemporary Polish Posters" - wystawa towarzysząca ARTROPOLIS, Muzeum Polskie w Ameryce

 
autorka Ewa Bajek





Varga z materacem w tle



http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/vi_kwestionariusz_varga



Polacy na kozetkę

Nawołuje Agata Bielik-Robson w Krytyce Politycznej i dalej diagnozuje:

>> Śmierć Lecha Kaczyńskiego, prezydenta, który w wyjątkowo konsekwentny sposób realizował polską tanatopolitykę, opierając ją w całości na martyrologicznej pamięci, stała się magicznym symbolem, będącym w oczach jego wyznawców pełnym uwiarygodnieniem tej strategii. Consummatum est: tragiczna śmierć Lecha Kaczyńskiego działa tu, podobnie jak ukrzyżowanie Jezusa, jako znak prawdy, nadający nowe znaczenie całej jego działalności za życia. Z czegoś nie całkiem poważnego, co raczej przypominało dziecinne pobrzękiwanie szabelką (przypomnijmy sobie, jak komicznie wyglądał Lech Kaczyński dumnie przechadzający się pod rosyjskim obstrzałem na granicy w Osetii), przekształciła się ona w święty plan, sakralną misję, której celem – jak zawsze – było uświadomienie światu, temu złemu obojętnemu światu, zajętemu tylko swoimi interesami, że Polska jest „Chrystusem narodów”. Credo quia absurdum, powiedział Tertulian a propos niezrozumiałej dla pogan śmierci Jezusa, i taka też pozostaje logika polskiego mesjanizmu, która prawdziwe wywyższenie rezerwuje tylko dla śmierci absolutnie bezsensownej. Tylko taka śmierć, która nie znajduje żadnego uzasadnienia w pragmatycznym planie świeckim i pociąga za sobą hekatombę ofiar (jak choćby wychwalana przez Lecha Kaczyńskiego wielka zbiorowa śmierć czynnych i biernych uczestników Powstania Warszawskiego), zasługuje na miano tragicznej i męczeńskiej.

Absolutna wielkość prezydenta Kaczyńskiego ujawniła się więc dopiero teraz: za sprawą jego śmierci. Otoczony tanatyczną apoteozą może wreszcie zatriumfować w chwale; on, upokarzany za życia, wywyższony po śmierci. On, za życia bezsilny wobec swoich wrogów, którzy czynili zeń postać groteskową – po śmierci przemieniony, dający nową siłę do walki swym szeregom: Gloria victiis! Komedia uwiarygodniona i zniesiona przez tragedię. Wszelka niepowaga, śmieszność i nieporadność Lecha Kaczyńskiego jako żywego prezydenta – całkowicie rozgrzeszona i unieważniona przez Kaczyńskiego jako prezydenta tragicznie zmarłego. Ostatni będą w końcu pierwszymi, a ci najbardziej znieważani ostatecznie zatriumfują; wywrotka ta, której jak najbardziej logiczną konsekwencją jest wawelska apoteoza Lecha Kaczyńskiego, należy do stałego, od wieków niezmiennego repertuaru polskiego mesjanizmu i jego wewnętrznej gry resentymentów.

Śmierć służy tu za ostateczny argument. Tak jak Jezus “udowodnił”, że jest Bogiem, umierając na krzyżu – tak Lech Kaczyński “udowodnił”, że był opatrznościowym ojcem polskiego narodu, umierając w Smoleńsku. Rzecz jasna, logika ta pozostaje zupełnie niedostępną “czarną magią” dla kogoś, kto nie wyznaje polskiego tanato-mesjanizmu. Ten z zupełnym niedowierzaniem czyta teksty publikowane w “Rzeczpospolitej”, które w całości opierają się na jej rzekomych dowodach (najbardziej kuriozalnym dokumentem jest tu artykuł Zdzisława Krasnodębskiego): “Teraz widzicie! Śmialiście się z naszego prezydenta, a on się w końcu okazał wielkim mężem stanu. Teraz musicie za to zapłacić!” To nie cytat, tylko coś w rodzaju emocjonalnej esencji, jadowicie się z tych wszystkich artykułów sączącej, ale chyba dobrze streszcza istotę tej histerycznej agresji, która w tej chwili opanowała prawicę. Wobec tej oczywistej prawdy o wielkości Lecha Kaczyńskiego, która teraz się “objawiła”, wszyscy, którzy byli złego zdania o jego prezydenturze muszą zamilknąć, ukorzyć się, a najlepiej posypać sobie głowę popiołem i umrzeć ze wstydu.

Tymczasem, raz jeszcze to powtarzam, dla ludzi w miarę trzeźwo myślących, pozostających poza kręgiem mrocznych wyziewów polskiego pseudo-mesjanizmu, nic tu się kupy nie trzyma. Kaczyński nadal pozostaje kiepskim prezydentem, a jego śmierć budzi ogromne wątpliwości natury moralnej. Bo jeśli istotnie chciał on dotrzeć do Katynia za wszelką cenę, to wówczas staje się on współodpowiedzialny za śmierć reszty pasażerów. I to rzeczywiście jest tragiczne – tyle że tragiczne po prostu, zwyczajnie, po ludzku. Bez żadnych magii, mitologii i tanich pseudo-wzniosłości. <<

Agata Bielik-Robson: Polski triumf Tanatosa >>



czwartek, 15 kwietnia 2010
BarCamp: Wolności w Kulturze

Jednodniowe „antyseminarium” Laboratorium Indeksu 73

15 maja 2010, godz. 15.00-19.00
Gdańska Galeria Güntera Grassa, róg ul. Szerokiej i Grobli I

Co to jest BarCamp?
Formuła BarCampu to „user-generated conference” – demokratyczne, oddolne „antyseminarium”, w którym nie ma podziału na ekspertów i biernych słuchaczy. Istotą BarCampu jest dzielenie się wiedzą, powszechna dostępność, otwartość.
Informacje o idei i historii BarCampu: http://en.wikipedia.org/wiki/BarCamp

Jaki jest program BarCampu?
BarCamp nie ma odgórnie narzuconego programu - jest on ustalany przez uczestników. Każdy może zabrać głos przygotowując wystąpienie lub biorąc udział w dyskusji.

Kto może uczestniczyć w BarCampie?

Do udziału w BarCampie zapraszamy uczestników i uczestniczki kursów Laboratorium Indeksu 73 i wszystkie inne osoby zainteresowane wolnością w kulturze. Ilość wystąpień ograniczona jest jedynie czasem. Wstęp jest wolny.

Czego mają dotyczyć wystąpienia? Jak mają wyglądać?
Czekamy na wystąpienia dotyczące szeroko pojętej wolności w kulturze. Można pokazać własną pracę artystyczną, która zetknęła się z cenzurą, opowiedzieć o sytuacji ograniczania wolności twórczej, której było się świadkiem, przedstawić swoje przemyślenia, teoretyczne analizy, refleksje po kursie Laboratorium Indeksu 73, ale także praktyczne pomysły jak upowszechniać wolność twórczą i swobodny dostęp do dóbr kultury. Możliwości jest wiele. Liczymy na inwencję uczestników i uczestniczek.

Dla jednej osoby przewidujemy 7 minut na wystąpienie (może to być referat, prezentacja, pokaz krótkiego filmu czy pracy artystycznej etc.) i 7 minut na dyskusję. Moderatorzy pilnują czasu. Na miejscu dostępny będzie rzutnik i laptop z dostępem do internetu.

Jak można się zarejestrować?
Zachęcamy do rejestracji na forum Indeksu 73: http://forum.indeks73.pl/index.php?board=17.0
Można także zgłosić temat wystąpienia na miejscu, w trakcie BarCampu.

BarCamp Wolności w Kulturze jest podsumowaniem projektu Laboratorium Indeksu 73.

Ogólnopolska Inicjatywa Indeks 73 oraz Kultura Miejska prowadzą od sierpnia 2009 Laboratorium Indeksu 73: autorskie kursy odbywające się w Warszawie (dr Ewa Majewska, filozofka), Gdańsku (Hubert Bilewicz, historyk sztuki) i Poznaniu (dr Izabela Kowalczyk, historyczka sztuki) oraz działania on-line na forum.indeks73.pl. W warsztatach biorą udział głównie osoby zajmujące się tworzeniem i dystrybucją kultury: artyści, studenci, doktoranci i wykładowcy kierunków artystycznych, humanistycznych i społecznych, dziennikarze, animatorzy, urzędnicy z działów kultury.

Ideą Laboratorium Indeksu 73 (www.laboratorium.indeks73.pl) jest szeroko rozumiana refleksja nad zagadnieniami wolności w kulturze w zakresie jej tworzenia, uczestnictwa i upowszechniania. Naszym celem jest wypracowanie i upowszechnienie nowych metod badawczych i edukacyjnych poszerzających wolność twórczą w kontekście krytyki artystycznej, prawa, ekonomii, polityki, demokracji.
Inicjatywa Indeks 73 współorganizowała pierwszy związany z kulturą BarCamp w Polsce. Odbył się on w sierpniu 2009 podczas weekendu z wolną, krytyczną kulturą w ramach Wolnego Uniwersytetu Warszawy. Zapraszamy do zapoznania się z relacjami (m.in. filmowymi) z tego wydarzenia.

Organizatorzy: Indeks 73, Akademia Kultury Miejskiej, Gdańska Galeria Güntera Grassa
Kontakt: indeks73@indeks73.pl


Tagi: indeks73
17:08, pravdan , anonse
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 kwietnia 2010
ojojoj

Cezary Michalski kreśli katastroficzną wizję polskiej polityki najbliższych, kampanijnych miesięcy - brutalne starcie polityki śmierci (patetycznej, Wawelskiej) z polityką życia (niezbyt ładną, przeciętną, małą, hazardową), które - oby - nie zakończyło się apokalipsą.

Michalski: Witajcie w niebezpiecznych czasach >>



niedziela, 11 kwietnia 2010
mgła jak w Smoleńsku


Wczoraj i dziś od rana mgła jak w Smoleńsku. Mleko, siąpi deszcz. Pustki na osiedlowych uliczkach, trawniki ledwie zazielenione pierwszą trawą. W jednym oknie flaga z kirem, w innym czarna - anarchistyczna. Każdy pielęgnuje swój gest. Wczorajszy dzień stracony, połknięty. Nie mogłam odejść od telewizora, wchłonięta przez spektakl, który powolutku, z należytym suspensem odsłaniał się przed oczami widzów. Poruszenie, niedowierzanie, cinéma-vérité. Łamiące się głosy prezenterów, płaczący mężczyźni. Byłam wzruszona, tropiąc każdą oznakę autentyczności. Główni aktorzy przesuwali się na czarno-białych zdjęciach już jako duchy, choć całkiem realni. Dziennikarze z dźwięczącej ciszy wyławiali znaki, przypominali ostatnie słowa, zrobiło się podniośle. Rzeczywistość została przykryta woalem magiczności, ostateczności, wiary – to było piękne widowisko. Powoli do publiczności docierała też świadomość, że katastrofa lotnicza, o której była mowa od rana, wydarzyła się naprawdę. A jednak nikomu przed oczami nie chciał się zmaterializować jej obraz. Jak umieścić w samolocie tych wszystkich ludzi, których twarze, głosy, zachowania były nam tak dobrze znane z przekazów medialnych? Jak wyobrazić sobie realny plan wiadomości, która mówi o tym, że ciała zostały wydobyte z wraku? Z jakiego wraku, skoro na zdjęciach nie ma żadnego wraku, tylko skłębiona ziemia, może liście, jakieś odłamki? Ta katastrofa nie różni się pewnie od wielu innych, podobnych katastrof. Ten sam scenariusz, te same procedury. Na miejsce, odgrodzone od kamer ścisłym kordonem, zjeżdżają samochody z trumnami, obłożonymi bordowym suknem. Trumny wyglądają mało solidnie, jakby zrobione z papieru. Wciąż zawodzi mnie wyobraźnia. Wyłączam telewizor.



środa, 07 kwietnia 2010
jeźdźcy


Henry David Thoreau: "Większość rzeczy, które moi sąsiedzi nazywają dobrymi, ja uważam za złe. I jeśli czegokolwiek żałuję, to właśnie swojego dobrego zachowania".

Za chwilę na ekrany kin wchodzi „Burrowing” Henrika Hellströma i Fredrika Wenzela, film, który lubię. W starym, zeszłorocznym tekście Felis pisał o Szwedach: „A jednak w tym pięknym, zaskakująco pozbawionym patosu filmie - z niezwykłą muzyką stylizowaną na wielogłosowe chorały - przyroda nie jest wcale rajem, a jedynie miejscem, gdzie kolejni bohaterowie mogą się wsłuchać w swoją samotność. Nie wiadomo, gdzie dopłynie swoim kajakiem Anders, dokąd pójdzie z maleńkim dzieckiem Jimmy. Podróż dopiero się zaczyna, bunt dopiero się rodzi. Co będzie dalej, zależy tylko od nas”. Po wrocławskiej projekcji nieco onieśmieleni, ale bardzo szczerzy, otwarci Hellström i Wenzel odpowiadali na pytania, ale też pytali o nasze wrażenia. Zaczęłam niespokojnie kręcić się w foteliku, niemal układając już sobie w głowie jakieś swoje „co myślę” i „o co chcę zapytać”, ale w ostatniej chwili wycofałam się, opuściłam już niemal uniesioną rękę. Chciałam zapytać właśnie o to, co dalej. Dokładnie o to i zrezygnowałam. Byłabym rozczarowana odpowiedzią w stylu Felisa. A dalej wymyśl sobie sam. Las, do którego trafiają bohaterowie jest utopią, z której nie ma wyjścia. Leśne bagna nie mają dna. Ta piękna, obca gęstość wokół, ta potencjalność prześwietlona słonecznymi promieniami prowadzi donikąd.

Potem przeniosłam się do innej sali, małej i wychłodzonej mimo upalnego dnia, w której oglądałam „Rzut oka” Jamesa Benninga, kontemplacyjny film o kamiennej grobli usypanej przez Smithsona. Kręcenie pustki, z której wyłania się kilka zalewanych wodą kamieni, zajęło reżyserowi lata. Spotkanie z Benningiem było pełne spokoju, jego twarz poorana zmarszczkami wyglądała jakby wykuta z kamienia, nieruchoma. Często widywałam go w kinie, poruszał się cicho, wyprostowany, milczący. Widziałam, że na sali, kilka rzędów niżej siedzi Wenzel. Kilkakrotnie podniósł rękę, żeby zadać Benningowi pytanie, potem nagle zrezygnował. Nie wiem, co to było za pytanie.

Przypomina mi się zdanie z filmu, który oglądałam ostatnio, o koniach – że nie one są problemem, tylko jeźdźcy. Upadająca stajnia z pustymi boksami gdzieś na francuskiej prowincji, wśród pól, malownicza, przyjęła pod dach rozedrganą Mathilde Seigner. Nauczyciela jazdy konnej, właściciela stajni grał Sami Frey - „Danse avec lui” - głupi tytuł. Ale film coś w sobie miał, podobało mi się w nim to, że bohaterowie – konie i ludzie - spotykają się, rzuceni przez los w to właśnie jedno miejsce, w którym są sobie potrzebni, przez chwilę, a potem bezinteresownie się rozstają, z powagą patrząc sobie w oczy, ale nie oczekując przywiązania.



czwartek, 11 marca 2010
pomarańcze i jabłka

Połączenie jako totalność, dwie szukające się połówki jednego owocu - platoński mit miłości doskonałej, gdy dwoje ludzi staje się jednym, a może współobecność jest lepsza niż stopienie się? Ja stawiam na to drugie (współobecność), ale wiem, że to też ideał. Jestem bardzo ciekawa, o czym porozmawiają.

Jutro, w piątek 12 marca, o godz. 19.00 w Ratuszu Staromiejskim w Gdańsku nad tym, jak być we dwoje będą się zastanawiać Magdalena Środa, Katarzyna Lengren, Benedykt Peczko i prowadząca Katarzyna Montgomery.

więcej tu >>


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54