agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
sobota, 16 stycznia 2010
Roxy Tajm

Dzięki Mikołajowi Lizutowi, który pojawia się w tivi i budzi moją sympatię swoimi poglądami, w dodatku jest tak fajnie zadziorny w dziennikarskich rozmowach o polityce, docieram wreszcie do założonego przez niego Radia Roxy >> i tamtejszych sztandarowych wieczorynek.

W czwartek udało mi się świetnie. W "Kazimierzu nad Wisłą" (na antenie między 19 a 21), prowadzonym przez Kazimierę Szczukę, akurat była mowa o zwierzętach. Najpierw wystąpił pisarz i tłumacz Tomasz Matkowski, autor książek m.in. "Polowaneczko" i "I Bóg stworzył delfina, czyli potrawka z człowieków". Nie znam go zupełnie, ale chętnie poznam. Jego książki podobno poddają dekonstrukcji myśliwski język. W ogóle sporo rozmawiali o myślistwie, używając religijnego kontekstu - rytualnego mordu, mszy, świętości, myśliwych nazywając sektą, bractwem, zakonem. Dowiedziałam się, że powszechnie krytykowana Elżbieta Radziszewska, pełnomocniczka rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, na której feministki nie zostawiają suchej nitki, jest dianą, to znaczy - poluje. To była oczywiście woda na ich młyn i ostateczne pogrążenie się Radziszewskiej. Nie dość, że nic nie robi w sprawie równouprawnienia, że jest katoliczką, manifestującą swoją miłość do dzieci, to jeszcze morderczynią zwierząt. Klasyka.

Potem Szczuka łączyła się z Olgą Tokarczuk i rozmawiały o jej nowej książce "Prowadź swój pług przez kości umarłych". A na koniec było spotkanie z Dorotą Sumińską i jej córką Martą, które na co dzień mieszkają z chmarą zwierząt i są bojowniczkami o ich prawa.

Szczególnie ucieszyła mnie rozmowa z Tokarczuk, której książkę pożarłam z rumieńcami na twarzy jeszcze w listopadzie, natychmiast po jej ukazaniu się. Bardzo mnie poruszyła, bardzo się w niej znalazłam. Właściwie to po prostu w niej byłam od dawna.

Napisałam później o niej, że jest wywrotowa, że w wywrotowy sposób mówi o wolności, one potwierdziły - rebeliancka, rewolucyjna, potwierdzają to wrażenie czytelnicy, piszą do autorki wiele listów. Czuje się, że w zbiorowej podświadomości napuchły tematy, które szukają ujścia, że na całym świecie pomrukuje wykluczony dotąd lud (właśnie lud), domagający się swojej opowieści, że rodzi się nowa wojownicza wrażliwość, może nawet nowa ponadgatunkowa religijność.


Mnie się Janina Duszejko skojarzyła z tajemniczą Martą, jedną z bohaterek "Domu dziennego, domu nocnego", Olga Tokarczuk twierdzi, że Duszejko jest kolejnym wcieleniem Anny Inn i że zamierza niebawem napisać trzecią część trylogii (po "Annie Inn w grobowcach świata" i "Pługu"). Duszejko to wariatka, tak jest postrzegana przez ogół, ale to - mówiły - też wciąż nam obcy wzór obywatelki. Obywatelka i postać ostrzegawcza. Ja w niej odnalazłam swój gniew.



Olga Tokarczuk wywrotowo o wolności >>


ps. Idąc za ciosem, przeczytałam od bardzo dawna odłogiem leżących "Biegunów", poprzednią książkę Tokarczuk, przez znanych mi znawców uznaną za arcydzieło. Nie porwali mnie "Bieguni", ale bardzo podobały mi się fragmenty, poświęcone plastynacji ludzkiego ciała, szczególnie opowiadania oparte na jej historii. Moją ulubioną bohaterką została córka holenderskiego anatoma, mistrza plastynacji Fryderyka Ruyscha, twórcy niezwykłej kolekcji preparatów, kupionych w 1697 roku przez cara Wszechrosji Piotra I. Charlotta dorównywała ojcu pod względem wiedzy anatomicznej i była pełną poświęcenia współtwórczynią kolekcji, jednak jej imię nie przeszło do historii, była kobietą. Ojciec zostawił po śmierci swój warsztat jej bratu - Henrikowi. Tokarczuk poświęca jej rozdział "30 000 guldenów" (s. 241). Opowiada w nim o szalonym marzeniu 50-latki, by przebrać się w męskie ubranie, zaokrętować i uciec z domu na pokładzie statku Kompanii Wschodnioindyjskiej, i o mężczyźnie z tatuażem w kształcie wieloryba.

 
czwartek, 14 stycznia 2010
mroku szkiełko w oku

Moje filmowe podsumowanie ubiegłego roku, poniewczasie, ale uczynione w jego zacienionej końcówce, musiało wypaść dosyć ciemno. Mało co mnie poruszało w repertuarze kin, albo raczej kina mnie nie przyciągały, a nawet chwilami – mimo dochodzących zewsząd głosów entuzjazmu, może właśnie dlatego – kina mnie odpychały. Ale w końcu coś obejrzałam, tu i tam.

Jezioro” Philippe'a Grandrieux (9. ENH)

Niezwykła formalna ucieczka do przodu (w mrok i w śnieg). Epileptyczne doświadczenie. Dosłownie i w przenośni. Epileptykiem jest jeden z bohaterów filmu, młody chłopak o dziwnej, naznaczonej cierpieniem twarzy. Jego rodzinny dom, w którym mieszka z niewidomą matką i rodzeństwem, znajduje się nad jeziorem w górach, filmowany jest zimą. Biel śniegu w lesie, gdzie ścina drzewa na opał, przechodzi w cynkową szarość zmierzchu, w gęstą szarą mgłę, a wreszcie w brunatną ciemność wnętrza domu, z której wyłaniają się pojedyncze twarze jak z obrazów mistrzów malarstwa i dłonie, w zbliżeniach. Historia zazdrości brata o siostrę została owinięta formą jak bandażem, ukrywającym straszną ranę. Do domu przyjeżdża obcy, który ma pomóc rodzinie. Bohaterowie poruszają się jak duchy wśród niedopowiedzeń, zacierających obraz relacji między najbliższymi. To kino złożone z wysiłku percepcji, z hipnotycznych manipulacji światłem i odcieniami szarości. Najgorsze, najmroczniejsze, ciężkie jak ołów i piękne zarazem światło zimowych miesięcy jest głównym bohaterem tego eksperymentu. Wyróżniam „Jezioro” za te wszystkie niepokoje (za śnieg, za mrok), za to, że nie wiadomo, co z nim zrobić, jak i co w nim oglądać, jestem nienasycona i przekonana, że można robić to wielokrotnie, a najlepiej w jakiś styczniowy wieczór.

Morfina” Aleksieja Bałabanowa (3. Sputnik nad Polską)


Mam wrażenie, że Bałabanow znajduje się gdzieś blisko Hanekego, choć podobny efekt napięcia osiąga inną strategią – nie ukrywa poza kadrem rzeczy strasznych, a wręcz przeciwnie zmusza widza do ich oglądania. To mogłoby okazać się ryzykowne, ale pieczołowitość i autentyzm, z jakimi buduje materialne oblicze tych straszności, są godne podziwu, oszałamiające i niepokojące. Ja się jego filmów boję, podobnie jak boję się filmów Hanekego. W „Morfinie” pokazuje rosyjską prowincję z początku XX wieku tuż przed bolszewicką rewolucją, opowiadając o rezydującym na wsi młodym lekarzu, morfiniście (scenariusz na podstawie dzienników Bułhakowa). Jego zmaganiom ze szpitalnymi i nagłymi „przypadkami” towarzyszy rozpaczliwa walka z zachciankami własnego ciała, które staje się przyczyną ostatecznego upadku. Czarny humor miesza się tu - jak zwykle u Bałabanowa - z naturalistyczną makabreską. Jest w tym filmie coś przerażającego, co się wymyka – jakaś surowość, nieuchronność, poczucie braku znaczenia jednostkowych losów. Tak jakby siedziała nam na plecach wielka Rosja i zanim zorientujemy się, co to właściwie znaczy, odczujemy jej złowrogi ciężar. Podobnie jak w „Ładunku 200” to obraz pełnego ironii piekła, w którym próbie wytrzymałości na różne sposoby poddaje się człowieczą cielesność, dowodząc jej marności nad marnościami.

Burrowing” Henrika Hellströma i Fredrika Wenzla (9.ENH, w kinach od 9.04.2010)

Prosty, delikatny, uduchowiony. Niemal optymistyczny, a jednak nie. To przecież tylko marzenie o ucieczce. Na film składa się zestaw scen, niemal pozbawionych dialogów. Jego bohaterami są mieszkańcy osiedla jednorodzinnych domów w Falkenberg. Łącznikiem pomiędzy tymi niezobowiązującymi portretami jest narrator - 11-letni Sebastian (Sebastian Eklund), nad wiek dojrzały, filozofujący, a jednocześnie bezradny w wielu codziennych sytuacjach. Oprócz opowieści o sąsiadach z jego ust usłyszymy recytowane zapiski amerykańskiego transcendentalisty Henry'ego Davida Theoreau (1817-1862), wiodącego kontemplacyjne życie na łonie natury, w odosobnieniu. Stąd w filmie Wenzla/Hellströma tyle malarskiego piękna natury - obrazów pól, lasów, poruszającej się wody w kontraście do uporządkowanych przedmieść, w których toczy się akcja. Reżyserzy zestawiają wizję życiowej normy - uległość wobec niej często przechodzi w emocjonalny paraliż - z napięciami, rozgrywającymi się w poszczególnych, osobnych światach. Wciąż zmęczony Sebastian niczym sejsmograf odbiera te napięcia i przetwarza je w sobie tylko znany sposób, demaskując pozornie idealną jakość rzeczywistości. Delikatna, ale nieustanna opresyjność porządku kultury sprawia, że bohaterowie szukają ratunku, ucieczki, każdy z nich trafi w końcu do lasu, czy nad jezioro. Znaczenie tej naturalnej, bardzo w filmie młodych Szwedów sensualnej utopii podkreśla niezwykła muzyka Erika Enockssona.

spotkanie z Pen-ekiem Ratanaruangiem i jego Invisible Waves
(3. FF Kino w pięciu smakach)


Pen-ek kojarzy mi się z pięknem i ze smutkiem, z delikatnością i z wesołością, coraz bardziej uciekając w stronę niekomercyjnych „snujów”, jednocześnie tworzy kino niezwykle „modne”, stylowe. Przy okazji tego spotkania - z czarującym, twórczym, dowcipnym człowiekiem, podszytym smutkiem jak jego filmy - obejrzałam „Invisible Waves” >>>>, który nie wszedł do festiwalowej retrospektywy, a który niemal nie skończył kariery Pen-eka (jak sam opowiadał), zrobiony z ekipą „Ostatniego życia we wszechświecie” (Doyle, Asano Tadanobu, Prabda Yoon) i bardzo mi się spodobał, mimo że to chyba nie jest najlepszy film. Nie wiadomo, dlaczego japoński kucharz morduje swoją kochankę. Ale to wydarzenie sprowokuje los do zadawania mu różnych nieraz mrożących krew w żyłach, innym razem zabawnych ciosów. I ta szemrząca, wcale nie złowroga, płaska powierzchnia wody, słonej wody. Muskana wiatrem. Nie wiadomo, co się pod nią kryje. Z pewnością jakieś wyzwanie. Spragniony winy, Asano będzie się w tym filmie miotał po prostu uroczo.

Brilliante Mendoza (5. Festiwal Filmy Świata ale kino!)

Jego dwa filmy - jeden w Cannes, drugi w Wenecji - narobiły w 2009 roku zamieszania. Przypomniały, że istnieje na świecie taki kraj – Filipiny, a w tym kraju istnieje całkiem interesujące kino. Przykładem Lav Diaz, którego niemal ośmiogodzinna „Melancholia” została uznana za arcydzieło współczesnego kina. Nazwisko Mendozy warto zapamiętać. Wzorem poetyckich naturalistów pokazuje otaczający, zany od podszewki świat w sposób dokumentalny. Każe nam śledzić plecy bohaterów, przewracać się razem z nimi i zatrzymywać. Jego „Lola” śledzi plecy dwóch staruszek, jedna z nich właśnie w ulicznej bójce straciła wnuka, druga jest babką zabójcy. W Manili nieustannie jak w filmach Tarra pada deszcz. Wieje wiatr. A miasto powoli pogrąża się w odmętach. Jego mieszkańcy niczym w Wenecji pływają po ulicach łodziami i są bardzo biedni. Tłum i bieda. Prostota i szczerość. Walka i niesprawiedliwość. Na tych strunach gra Mendoza, pokazując codzienne życie. By potem pogrążyć się w najczarniejszej nocy – w „Kinatay”, w którym student policyjnej szkoły na usługach gangu przejdzie inicjację, będzie świadkiem okrutnego zabójstwa i w całkiem ludzkim odruchu - zobojętnieje.


środa, 06 stycznia 2010
niech żyje nowy rok


Światło i huk, radość i gniew, wszystko razem wymieszane jak w doskonałym koktajlu i dziś już – trzeba przyznać – nieaktualne. Wystarczy odetchnąć i podsumować. Przeglądając strony internetowe w okolicach sylwestra, z masy pobożnych życzeń i przepisów na drinki można było jednak wyłowić te, dotyczące zwierząt i fajerwerków. Jeszcze rok temu było ich zdecydowanie mniej. PAP podała nawet statystykę ujawnioną przez włoskie stowarzyszenie miłośników zwierząt, które biło na alarm:

Tysiące zwierząt umiera na zawał serca ze strachu z powodu eksplozji petard i innych materiałów wybuchowych w noc sylwestrową. W zeszłym roku padło tego dnia we Włoszech 50 tys. zwierząt, w tym 7 tys. psów i kotów.

Szef stowarzyszenia Walter Caporale zwrócił uwagę, że oszalałe ze strachu psy i koty uciekają z domów i ogrodów słysząc głośne wybuchy rac, petard i fajerwerków. Te, które mają więcej szczęścia, chowają się na kilka dni, ale będąc w szoku nie są potem w stanie powrócić do domu. Wiele doznaje zawału albo ginie na ulicach. Śmiertelne żniwo sylwester zbiera także wśród zwierząt hodowlanych, w schroniskach i ogrodach zoologicznych.

W Polsce takich statystyk chyba się nie prowadzi, a przynajmniej nie podaje do wiadomości. Przed sylwestrem fajerwerki można było kupić w namiotach na każdym rogu ulicy. I są to tzw. fajerwerki polskie, choć w gruncie rzeczy chińskie. Tygodnik Polityka publikuje właśnie informację o poruszeniu, jakie wywołują za naszą zachodnią granicą:

Okazało się, że Niemcy mają kolejne, niemiłe sercu Polaka patrioty określenie: Polen Böller, polskie fajerwerki, którymi potocznie określają wszystkie noworoczne ognie sztuczne niepewnego pochodzenia. I właśnie przed tymi polskimi fajerwerkami, co wybuchają w rękach, masowo przestrzegały niemieckie media w ramach społecznej dydaktyki. W Niemczech akurat wszystkie materiały pirotechniczne muszą mieć surowy certyfikat federalny (BAM), przez co są dużo droższe niż u przygranicznych sąsiadów. Stąd masowy przemyt. Ale też każde dziecko wie, że to nie polski byle jaki produkt, a chiński (...) W nowym roku problemem ma się zająć Bruksela i wprowadzić własne standardy ogni sztucznych obowiązujące w całej Unii.

Zalani deszczem polskich, choć chińskich fajerwerków rodacy dali upust od dawna tłumionej radości z powodu nadejścia nowego. Było hucznie, choć - jak podawały serwisy: Mniej wypadków drogowych niż w zeszłym roku i żadnych informacji, żeby w kraju doszło do wypadków przy hucznym świętowaniu nadejścia Nowego Roku - tak z zadowoleniem policja opisuje sytuację po Sylwestrowej nocy. I chwali bawiących się całą noc Polaków.

Wybiła północ i wystrzeliły petardy. Niestety, niektóre z nich spadły nieszczęśliwie - i zapłonęły nasze balkony. Tylko w ciągu pierwszych kilkunastu minut nowego roku warszawska straż pożarna otrzymała blisko 15 zgłoszeń o pożarach, które wybuchły przez fajerwerki.

Tymczasem:

Otwarcia się na miłość bożą i miłość drugiego człowieka życzy Polakom Prymas Polski. Noworoczne życzenia arcybiskupa Henryka Muszyńskiego, metropolity gnieźnieńskiego, opublikowane zostały w sieci na jego stronie internetowej i w serwisie youtube.

Prymas pozdrowił też młodzież uczestniczącą w trwającym do 2 stycznia w Poznaniu 32. Europejskim Spotkaniu Młodych. - Możemy od tej młodzieży bardzo dużo się nauczyć. Ta młodzież rozpoczyna nowy rok na rozważaniu, na modlitwie, stawiając sobie bardzo piękne pytanie: jaki użytek zrobić z daru wolności, który każdy z nas otrzymał. To jest królewski dar, bo jesteśmy obrazem i podobieństwem Boga właśnie poprzez wolność i poprzez miłość - powiedział.

Wolność i miłość niech nas prowadzi na barykady. Prawdziwie zaskakującą, choć nie wyeksponowaną informacją dzieli się z czytelnikami jeden z serwisów. Otóż w kilku miastach północnej i centralnej Polski doszło w noc sylwestrową do niemal identycznych incydentów, będących – jak twierdzi bezradna jak na razie policja – zarzewiem większej akcji.

Na posterunki policji w peryferyjnych dzielnicach Trójmiasta, Warszawy, Bydgoszczy i Łodzi trafili przestraszeni, wściekli i zdesperowani uczestnicy zabaw na wolnym powietrzu. Podczas odpalania sylwestrowych fajerwerków zostali oni zaatakowani przez kilkuosobowe grupy zamaskowanych kobiet, udających imprezowiczki w kolorowych kapeluszach z bibuły. Obrzuciwszy odpalających petardy jajkami, wypełnionymi niezidentyfikowaną, cuchnącą substancją, kobiety bez słowa uciekały z miejsca zdarzenia. Grupy, jak ustaliły służby miejskie, były zorganizowane, sprawnie poruszały się po mieście, docierając do miejsc zwykle wykorzystywanych do powyższych celów. W tym samym czasie zdążyły zaatakować około setki poszkodowanych. Straty szacuje się na tysiące złotych polskich, gdyż okrycia wierzchnie, dotknięte w/w substancją, nie nadają się już do użytku. Funkcjonariusze policyjnych laboratoriów ustalili, że w jej składzie znalazła się wydzielina z gruczołów odbytowych skunksa.


Pomóż nam pomagać przekaż 1% swojego podatku na rzecz zwierząt


http://www.toz.pl/


niedziela, 03 stycznia 2010
postaram się nie mrugnąć


Serdecznie zachęcają do odwiedzenia Żaka 15 stycznia o godz. 20
i obejrzenia niezależnej, podziemnej produkcji filmowej o enigmatycznym tytule
"JOTHABELSI". Nikt nie wyjdzie z Żaka (zawiedziony).

Jako bonus: wernisaż malarstwa, videoartu, zeitung i koncerty Freeyo i Maszyny do mięsa.

więcej: http://kino.trojmiasto.pl/info_imp.php?id_imp=142360











wtorek, 17 listopada 2009
Hadewijch


All About Freedom, odc. 2 >>


Hadewijch (Francja, 2009) reż. Bruno Dumont

All About...


poniedziałek, 16 listopada 2009
2/7

Jacek Dominiczak po trzech latach nieobecności w Gdańsku zaprasza na nową serię wykładów otwartych zatytułowanych „siedem wykładów dialogicznych”, które przedstawiają stan zaawansowania prac nad dialogiczną formułą architektury.


wykład 2 : Dialogiczna formuła przestrzeni architektonicznej  

wykład odbędzie się w środę, 18 listopada 2009, o godzinie 18:00, w audytorium akademii sztuk pięknych w gdańsku na targu węglowym 6.




niedziela, 15 listopada 2009
dużo filmów w listopadzie


5. Festiwal Filmy Świata ale kino!


Magaly Solier w drugim filmie Claudii Llosy La teta asustada

Żałuję, że nie zobaczę urugwajskiej „Hiroszimy” w reżyserii Pablo Stolla, to jego pierwszy film po samobójczej śmierci przyjaciela Pablo Rebelli, z którym nakręcił „25 watów” i „Whisky”; irańskiego filmu „Nikt nie rozumie perskich kotów” (No One Knows About Persian Cats) Bahmana Ghobadiego, kolejnej odsłony podziemnego życia Iranu, tym razem reżyser pokazuje scenę muzyczną Teheranu, undergroundowe środowisko rockowych i heavy metalowych zespołów, których istnienie w Iranie jest zakazane. „Liban” Samuela Maoza będzie w dystrybucji. No i jeszcze nie zobaczę tureckiej „Innej modlitwy” debiutanta, który został okrzyknięty wielkim nowym talentem - Mahmuta Fazila Coşkuna, o miłości niemożliwej muzułmanina i chrześcijanki na tle współczesnego Stambułu.

Hmm... ciekawostką warszawskiej odsłony jest filipińska Melancholia reż. Lav Diaz, osiem godzin projekcji. Diaz - jak piszą organizatorzy - to wyjątkowy twórca, człowiek renesansu i eksperymentator, powszechnie uznawany za „ojca chrzestnego” Nowego Kina Filipińskiego. Składający się z trzech części, film opowiada o trójce bohaterów – zakonnicy, prostytutce i jej alfonsie, stając się medytacją na temat miłości, życia i cierpienia. Film został zrealizowany w konwencji naturalistycznej, włącznie z odważnymi scenami erotycznymi.

Program w gdańskim ŻAKU

25.11 śr 


18.00 Gorzkie mleko (La teta asustada) reż. Claudia Llosa, Peru 2009
20.00 Babcia (Lola), reż. Brillante Mendoza, Filipiny 2009


26.11 czw


17.45 Co wiesz o Elly? (About Elly) reż. Asghar Farhadi, Iran 2009
20.00 Świat wokół nas (All Around Us) reż. Ryosuke Hashiguchi, Japonia 2008


27.11 pt

18.00 12 kwiatów lotosu (12 Lotus) reż. Royston Tan, Singapur 2008
20.15 Sekretne światło (Secret Sunshine) reż. Lee Chang-dong, Korea Południowa 2007


28.11 sb 


18.00 Kinatay reż. Brillante Mendoza, Filipiny 2009
20.00 Chinka (She, A Chinese) reż. Xiaolu Guo Chiny/Wlk. Brytania 2009



no, będzie się działo

Borys Lankosz: Czuję trop obcości


Och, żeby tylko nam się nie zepsuł, obsypany komplementami, nagrodami i nominacjami do nagród, taki świeży i myślący, i uśmiechnięty, albo poważny, idący za rękę z chińską dokumentalistką, która jakby przed chwilą zeszła z planu superprodukcji z fruwającymi w powietrzu wojownikami, on wreszcie zrzuca sweterek w serek, stawia włosy na żel, żeby nikt nie pomyślał, że jest „starym malutkim”, i mówi, mówi, mówi, ciekawe rzeczy mówi:



- Zawsze starałem się myśleć o świecie innych, a mniej się skupiać na swędzeniu własnego nosa, choć to przywilej młodości. Po szkole filmowej skończył się parasol ochronny. Spotykam Marcina Koszałkę. Obydwaj jesteśmy z Krakowa. Jestem jednym z pierwszych widzów "Takiego pięknego syna urodziłam". Film Koszałki o relacjach z matką robi na mnie ogromne wrażenie, zaprzyjaźniamy się. "Mam pewien temat, z którym nie umiem sobie poradzić - mówi Marcin. - Dom Pomocy Społecznej w Ojcowie imienia Brata Alberta, chciałbym ci to pokazać". Opieram się - tyle już było o tym filmów. Ale jedziemy. Zima. Wieczór. Ojcowski Park Narodowy, jak z bajki. I nagle pojawia się "dom zły" - nieotynkowany, okropny, czuję, że bije z niego jakaś niepokojąca energia. Marcin wprowadza mnie bez uprzedzenia. Widzę kilkudziesięciu głęboko upośledzonych mężczyzn, starców, niezwykle pobudzonych, może dlatego, że pod wieczór przestały działać proszki, którymi ich faszerowano. To było jak uderzenie w twarz. Jestem wychowany w szacunku dla inności, a jednak w pierwszym momencie nie umiem dostrzec w nich ludzi. I to mnie tak boli, że chcę uciec z tego miejsca. Wytrzymałem dziesięć minut. A Marcin jeździł tam wielokrotnie, robił zdjęcia. Nie wiedział tylko, jak zrobić z tego film.

Jednak wszedłeś pomiędzy tych ludzi. Zrobiłeś film "Rozwój". Jak to się stało?

- On miał na imię Romek. Taki dziadzio z małą głową. Wyglądał przez okno i z uporczywą zadumą patrzył na oświetlone księżycem skały, drzewa w śniegu. Dla niego to była nieskończoność, cały świat, innego nie znał. A ja miałem stąd godzinę samochodem do domu, do Krakowa. Zacząłem porównywać siebie z nim. Uświadomiłem sobie, że też jestem nieśmiały, obezwładniony, że wszystko jest kwestią skali. Przecież gdy patrzę nocą w rozgwieżdżone niebo, czuję to samo co on. Coś we mnie wtedy zaskoczyło, zrozumiałem, że muszę się z tym zmierzyć. Dla siebie, żeby się uwolnić. Tak zaczął się trzyletni okres realizacji "Rozwoju".

Psychiczna szkoła przetrwania?

- Nie tylko przetrwania. Empatii. Lekcja życia i filmu. Nauczyłem się tam znacznie więcej niż w szkole. "Rozwój" nie był filmem miłym - zaczynał się od mocnego ciosu, takiego, jaki ja odebrałem, kiedy po raz pierwszy wszedłem w ich świat. Jeśli widzowie przetrzymali pierwsze kilkanaście minut - które były tak ostre, że na pokazach "Rozwoju" w różnych krajach, na różnych kontynentach, zawsze pewna część ludzi opuszczała salę, zabierałem ich w dalszą podróż. Ci, co zostawali i poszli za mną, zmieniali perspektywę - później dostawałem od nich takie sygnały. To wielka szkoła kina - odkrycie, że mogę przekazać ludziom własne doświadczenie. Drogę, którą ja przechodziłem latami, oni odbywali w ciągu 40 minut.

A potem wylądowałem na drugim biegunie ludzkości. Robiłem film "Polacy, Polacy", też z Koszałką. Poprzez medium, fotografika Gierałtowskiego, opowiadałem o wielkich krakowianinach. Wisława Szymborska, Krzysztof Penderecki, Stanisław Lem - intymne spotkania z geniuszami. Miałem w głowie przestrogę Heisenberga, zasadę nieoznaczoności. Świadomość, że sam fakt obserwacji zmienia obiekt i że nigdy do prawdy obiektywnej nie dotrę, spowodowała, że filmując, robiłem wszystko, aby ograniczyć ingerencję. Buforem był Gierałtowski. On ingerował, ja tylko rejestrowałem powstawanie portretu, to dziwne tango, jakie odbywa się między portretowanym a portretującym. Znane osobistości pokazane jak nigdy przedtem.
(...)

Wykorzystujesz doświadczenie dokumentalne w fabule?

- Kiedy w "Rewersie" kręciliśmy scenę po śmierci Stalina, gdy matka z córką idą ulicą, słyszą megafony i kryją się w podwórzu, żeby bez obawy okazać radość z powodu tej śmierci, pomogło mi doświadczenie irańskie. Byłem świadkiem sceny, gdy ojciec tłumaczy synkowi przed wyjściem do szkoły: "Tylko nie mów, że u nas byli goście, że panie ściągnęły chusty, że piliśmy alkohol, tańczyliśmy".

Skąd Iran?

- Robiłem cykl dokumentalny "Z innej strony": Chiny, Iran, muzułmańska Francja (z Olgą Stanisławską). Sam z kamerą jako jednoosobowa ekipa i tylko z researcherem - mogłem wejść głębiej w rzeczywistość, niż bywa to przy reportażach TV. Z jednego filmu rodził się inny. Kiedy byłem w Chinach, podszedł do mnie na ulicy dziwnie wyglądający chłopak. Wyjechał z Polski pół roku wcześniej, z 30 dolarami, paszportem, kamerką, szedł przez Afganistan, Iran. Pokazał mi swoje materiały. Były ciekawe. Gdy się tak idzie bez pieniędzy, dociera się do miejsc, gdzie nie tylko turyści, ale nawet wytrawni globtroterzy nie docierają. Postanowiłem zrobić film o jego powrocie do Polski. Po półtora roku podróży Mariusz doszedł do Australii i wrócił. Zadzwonił nagle, mówiąc, że jutro przekracza granicę. Wsiedliśmy razem do pociągu Kraków - Szczecin i doświadczałem razem z nim spot-kań - z patologiczną rodziną, od której uciekł, z dziewczyną, o której nie wiedział, czy na niego czeka. W formie flashbacków użyłem przedziwnych materiałów z jego podróży. "Kurc" to takie offowe kino. Chyba nikt nigdy tego nie wyemitował.

Borys Lankosz. Gra o wszystko - rozmowa z reżyserem, DF 12.11.2009 >>

Nominacje do Paszportów Polityki - film >>


piątek, 13 listopada 2009
wolność, na chwilę


All About Freedom, odc. 1 >>


For a Moment, Freedom (Austria, 2008) reż. Arash T. Riahi

All About...




wszystko się wyjaśni

Otóż czytamy:

"Fotoplastikon", najnowsza książka Jacka Dehnela, to zbiór stu miniatur prozatorskich towarzyszących starym fotografiom, znalezionym przez autora na pchlich targach i w antykwariatach.

Dehnel skupia się w "Fotoplastikonie" na anonimowych twarzach, dziwacznych przedmiotach i elementach krajobrazu, by snuć na pół realne, na pół fantastyczne historie. Dopowiada szczegóły nieobjęte kadrem i ożywia świat unieruchomiony na zdjęciu. Przybliża obyczajowość minionych epok poprzez drobiazgowe opisy i stylizację języka. Daje popis erudycji i wrażliwości, która za martwymi fasadami każe się doszukiwać prawdziwych emocji.

Oraz że:

W środę 18 listopada o godz. 17 w Bibliotece Głównej na Targu Rakowym Jacek Dehnel, podczas spotkania z czytelnikami, opowie o książce "Fotoplastikon", a rozmowę wzbogaci pokaz slajdów.


 


środa, 11 listopada 2009
pocałuj mnie...

Właściwie mi nieznany Jacek Dehnel, zdecydowanie jak dla mnie za młody, żeby brać go poważnie, za bardzo wystylizowany, bo proszę państwa kto dziś chodzi z laptopem pod pachą i laską w dłoni, popełnił rzecz zabawną i koszmarną jednocześnie w obiecującej antologii „Wolałbym nie” pod redakcją Grzegorza Jankowicza (Ha!art 2009). Jak na razie bardzo mi się podoba, to tzw. literatura sprzeciwu, której inspiracji udzieliła postać z noweli Hermana Melville'a „Bartleby, skryba. Opowieść z Wall Street” - ów Bartleby, który stał się symbolem biernego buntu, kruszącego podstawy systemu, człowiekiem jednego agramatycznego zdania – wolałbym nie - właśnie. Jedynymi obrazkami w książce są te, ilustrujące teksty Dehnela (5 tekstów), wśród nich okropne zdjęcia stereoskopowe wytrzeszczonych chorych gałek ocznych z kolekcji profesora Karla Wessely – München, 1930, ale... naprawdę zostawmy ten koszmar wprost z morfinicznego majaku pochodzący i przejdźmy do tak ulubionego przez autora szperania w starych kufrach. Otóż, znalazł był on ciekawe stare zdjęcie i zadedykował mu utworek, napisany – ooo... - tuż obok, bo w Gdańsku Oliwie, zatytułowany „Autor, autor!”. Cytuję, bo fajny, niech się święto święci:

„Nie chodzi o autora zdjęcia – za sprawą pieczątki (Ed. Kowalewski fotograf Bydgoszcz, Św. Jańska 8) wiemy doskonale, w czyim atelier pstryknięto i odbito na papierze fotograficznym Leonar tę krzepką postać: rozległy dekolt wbity w coś pomiędzy zbroją walkirii a rozbudowanym, wyszywanym cekinami biusthalterem na kokardach; powyżej iście posągowa głowa, poniżej równie posągowe biodra i nogi.

Może to lokalna śpiewaczka operowa w stroju Carmen i stąd ten szylkretowy grzebień we włosach i sznury czarnych paciorków? Albo, jeśli nie sama Carmen, to przynajmniej jedna z chórzystek, która u boku Carmen 'tytuń mnie' (i upycha w gilzach) 'całe boże dnie, od dzisiaj dość, od dziś już nie'? Ech, na to chyba za mało falban, spódnica, prawdę mówiąc, wygląda jak halka. Ale nie o Halkę chodzi, zostawmy więc operę – a nuż to po prostu miłośniczka oryginalnych strojów: dzikich, złotych szamerowań, futrzanych boa i kunsztownie upiętych fryzur? Istniał może nawet autor tej - nieco, przyznajmy, śmiałej – stylizacji, ale to nie urywek sesji z 'Wysokich obcasów', więc źródło milczy; zresztą to nie ten autor mnie interesuje, to nie jego wywołuję zza kulis okrzykami 'Autor, autor!'.

Chodzi o autora podpisu: z tyłu, pod pocztówkową liniaturą i pieczątką fotografa ktoś wypisał fioletowym ołówkiem 'Pocałuj mnie w dupkę!'.

Zemsta? Odtrącony kochanek, zdradzony mąż, córka przez całe lata zatruwana niekończącymi się narzekaniami i pretensjami, maltretowana synowa, ktoś, kto w zaciszu własnego pokoju wyciągnął zdjęcie z albumu czy szkatułki i wypisał wiadome słowa, chichocząc złośliwie? Gdzieżby, 'dupka' jest zbyt pieszczotliwa, zwłaszcza że, jak widać – było co całować i o żadnej minidupce nie może być mowy.

A zatem ona? To ona poszła do atelier w stroju śmiałym, to ona obnażyła zalotnie ramiona wielkości połcia słoniny, to ona zrobiła marsową minę, a potem, odebrawszy odbitkę, wypisała wiadome słowa i posłała nieznośnemu mężowi czy nielojalnemu kochankowi (kochance może?), chcąc go (ją może?) obrazić? Ech, pieszczotliwość 'dupki' skłania mnie do odmiennego sądu w tej kwestii!

Zatem flirt? Na to za mało zaproszenia w oczach; trudno kusić pozą żeliwnego przycisku do papieru 'Dragon napoleoński'.

Zostaje nieprzenikniona mina i równie nieprzenikniony napis; patrzy na mnie, patrzącego, zgadującego nieudolnie, i mówi: 'Pocałuj mnie w dupkę!'”

Gdańsk Oliwa, 6 października 2008


(chcę zeskanować skubane zdjęcie, ale jakby się umówili, dupka w dupkę, skaner mówi, że jest zajęty i drukuje sobie niebieskie szlaczki, literatura sprzeciwu, ot co!)



wtorek, 10 listopada 2009
zmieniła fryzurę, ale nie styl


Coś z Williama Blake'a w Kotlinie Kłodzkiej, pastisz thrillera ze zwierzętami w rolach głównych, i z ludźmi, których nie można brać poważnie, z czeskim rajem i z astrologią oraz ze starą wariatką Janiną Duszejko:

O.T.: „W postaci starszej kobiety, którą świat spycha gdzieś na margines życia społecznego, tkwi ogromny potencjał. Zawsze mnie takie postaci niezwykle poruszają. W Warszawie, gdzieś w okolicy ulicy Kubusia Puchatka, jest taka pani, która karmi koty. Idzie z reklamówkami, a koty wybiegają do niej z wszelkich możliwych dziur i piwnic – czekały na nią. Wokół niej tętni życie stolicy, jeżdżą autobusy, pracuje giełda, sądy ogłaszają wyroki. A ona pojawia się z tymi siatami wśród zwierząt i wokół niej czas zatrzymuje się. I to jest moment epifanii, oto bogini Artemida, oto Demeter, która wygląda jak stara kobieta o lasce, z dwoma siatami jedzenia dla psów i kotów”.


(do kliknięcia turecka Janina Duszejko, prawie jak polska)

O.T.: „Bardzo mi zależało, żeby Duszejko budziła dobre uczucia, żeby książka była zabawna, żeby zrównoważyć mrok humorem, to nic, że nieco czarnym. Dlatego tę dość mroczną przecież historię opowiadam z dystansem, choć przecież ona ma absolutnie tragiczny wymiar. Dzisiaj ludzie boją się mówienia serio, na poważnie. Wolą ironię i chłód. Nie ufają własnemu wzruszeniu ani gniewowi. Cenię ironię, uważam, że jest najlepszym probierzem inteligencji, ale używana ponad miarę, na przykład do obśmiewania rzeczy, które są ważne i bolesne, staje się złą inteligencją. Moi bohaterowie są raczej naiwni, i – jak mówią o sobie – bezużyteczni, nie zrobili karier, nic nie osiągnęli, to nieudacznicy i dziwolągi. Ale przynajmniej zdają sobie z tego sprawę i nie udają nikogo innego”.



wywiad z Olgą Tokarczuk w Polityce >>>

a książka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” w przedsprzedaży >>>



Entuzjastki poszły w Polskę

14 listopada w Świetlicy Krytyki Politycznej w Trójmieście przy ul. Nowe Ogrody 35 w Gdańsku (II piętro, vis a vis Szpitala Wojewódzkiego) odbędzie się pokaz filmu „Podziemne państwo kobiet” filmowej grupy Entuzjastki. Na razie godziny nigdzie nie mogę znaleźć. Filmowi jak zwykle będzie towarzyszyć dyskusja, w której wezmą udział: Kinga Dunin, Ewa Graczyk, Natasza Szutta oraz Małgorzata Tarasiewicz. Spotkanie poprowadzą Katarzyna Fidos i Marcin Chałupka.

Film już widziałam w Warszawie, ale nie mogłam zostać i posłuchać dyskusji, a one są najciekawsze, bo to jest film na pewno prowokujący. To była któraś już z kolei projekcja w stolicy. Podobno po premierze w połowie października, po której w Muranowie spotkały się Agnieszka Holland, Joanna Kluzik-Rostkowska, Izabela Jaruga-Nowacka, Helena Łuczywo i Agnieszka Grzybek, zawrzało, zabulgotało jak w garze czarownicy. Jestem pro-choice, film mnie nie zaskoczył. Składa się na niego historia przegranej sprawy, opowiedziana przez działaczki ruchu kobiecego, walczące o zmianę „kompromisowej” ustawy antyaborcyjnej i co najważniejsze - historie osobiste, opowiadane przez kobiety, które dokonały aborcji w podziemiu. O przegranej wojnie o język, na której giną kobiety, czytałam u Agnieszki Graff w świetnym tekście „Znikająca kobieta – czyli polskie rozmowy o prawie do aborcji” (Świat bez kobiet, WAB II wydanie z 2008). Bardzo polecam też doskonałą i przejmującą książkę Kazimiery Szczuki „Milczenie owieczek. Rzecz o aborcji” (WAB 2004), którą połknęłam jak słodko-gorzką pigułkę w jeden dzień, o historii ruchu pro-choice w Stanach, Francji i w Polsce. 


Dyskusja na łamach Feminoteki:

Wanda Nowicka:

Odczuwanie dylematów moralnych oznacza przede wszystkim to, że kobieta jest podmiotem moralnym, tzn. jest zdolna do podejmowania decyzji i ma prawo podejmować decyzje moralne, tzn. że musi wybierać między różnymi wartościami, jak chcą niektórzy, między mniejszym i większym złem, jak mówią inni. Nikt nie twierdzi, że zdolność i prawo do podejmowania decyzji, bardzo często niezwykle trudnych, czyni nas szczęśliwszymi. To tylko czyni nas podmiotami, dzięki czemu mamy kontrolę nad naszym życiem, ale też ponosimy konsekwencje, nie zawsze przyjemne, własnych decyzji. 

Dlatego też w publikacjach i działaniach Federacji domagałyśmy się raczej prawa do decydowania, niż prawa wyboru, bowiem wybór zakłada aspekt pozytywny, że wybieramy między pożądanymi dobrami, o czym w przypadku aborcji trudno mówić. Tymczasem decyzja zawiera w sobie wszystkie negatywne aspekty decydowania o sobie i swoim życiu, to jest że często musimy podejmować decyzje niezwykle trudne przy bardzo ograniczonym wyborze.

więcej >>>


Agnieszka Grzybek:

Podziemne państwo kobiet ma szansę odegrać rolę katalizatora zmiany. Wiele, wiele lat temu Betty Friedan, ikona amerykańskiego feminizmu, stwierdziła, że język debaty publicznej o prawie do aborcji zmieni się dopiero wówczas, kiedy kobiety przemówią własnym głosem, kiedy zaczną mówić o swoich doświadczeniach (jej słowa przytaczam za książką Agnieszki Graff Świat bez kobiet). I nie chodzi tu bynajmniej o spektakularne coming outy aborcyjne, chodzi o podzielenie się z innymi własnymi przeżyciami, o powiedzenie, jak jest naprawdę. W Polce na wiele lat ta możliwość została kobietom odebrana. Zostały zepchnięte do podziemia, relegowane do strefy wstydu, mroku i milczenia. Jedna z komentatorek występujących w filmie – Rebecca Gomperts, założycielka holenderskiej fundacji „Kobiety na falach”, która w 2003 roku przypłynęła do Polski na statku Langenort, by przeprowadzić kampanię na rzecz prawa do wolnego wyboru, celnie zauważyła, że polscy ustawodawcy postąpili nader sprytnie, decydując się na niekaranie kobiet, lecz karanie osób pomagających im w przerwaniu ciąży, w ten sposób odcinając kobiety od pomocy i poczucia elementarnego bezpieczeństwa. Kobiety zostały ze swoim problemem same. Wszyscy umyli ręce. Były, oczywiście wcześniej próby upublicznienia głosów kobiet, ale choćby i najcenniejsze wydawnictwa organizacji pozarządowych pozostaną niszowe i nie przebiją się do szerszej publiczności. Dlatego ten film, pokazywany w wielu miastach w Polsce, który być może trafi do stacji telewizyjnych, a na pewno do Internetu, ma szansę zmienić tor debaty o aborcji w Polsce.

(...) mamy teraz Podziemne państwo kobiet, które jest szansą na budowanie poparcia dla zmiany ustawy. Warto tę okazję mądrze wykorzystać, warto pozyskiwać, a nie zrażać potencjalne sojuszniczki i sojuszników, warto posłuchać, co jest na skali między pro choice i pro life, i tam szukać wsparcia. Wsparcia albo dla obywatelskiego projektu ustawy o świadomym macierzyństwie albo dla referendum w sprawie prawa do przerywania ciąży.

więcej >>>


Kasia Michalczak:

Miałyśmy porozmawiać o tym, że aborcja w Polsce JEST. Bo my nie mamy rozważać, czy też by może tę aborcję tak sobie wprowadzić. Film Ani i Claudii pokazał to, co wszystkie dobrze wiemy: że aborcja jest powszechnie w naszym kraju przeprowadzana. Co więcej, pokazał właśnie, że „przyczyny społeczne” to nie tylko cieknący dach, brak butów na zimę i mąż alkoholik. Ten film pokazał, że są kobiety, które robią ją sobie nie dlatego, że „nie mogą” mieć dziecka, tylko dlatego, że go NIE CHCĄ. Jak słusznie zauważyły panie zaproszone na debatę, są to też kobiety inteligentne, a więc, dzięki dostępnym im osiągnięciom wiedzy medycznej potrafiące ogarnąć umysłem to, co się dzieje w ich brzuchu; umieją doskonale przedstawić sobie, że nowy byt rozwijający się w ich macicy to potencjalny, że odwołam się do popularnej zagadki obrońców i obrończyń życia poczętego, Beethoven. I mimo to aborcja jest dla nich mniejszym złem.

więcej >>>



piątek, 06 listopada 2009
słowo na piątek

słowo o Chuyênie >>>




poniedziałek, 02 listopada 2009
Bora

Bora, ludzie boa. Fotografia i wiedza etnograficzna w opisie świata obcych. Perspektywa antropologiczna

Zapraszają na spotkanie i rozmowę o fotografii z antropologiem kulturowym, promotorem sztuki i kultur Amazonii Markiem Wołodźko.

Muzeum Narodowe w Gdańsku
Gdańska Galeria Fotografii
ul. Grobla I 3/5, 80-384 Gdańsk

5 listopada 2009 godz. 18.00      Wstęp wolny!

Odmienne konteksty kulturowe, szczególnie te dotyczące kultur innych poznajemy na ogół w sposób zapośredniczony za pomocą trzech mediów: obrazu (fotografii, filmu), w sposób dyskursywny (w opisie literackim lub naukowym) lub poprzez osobiste doświadczenie (byłem, widziałem, wiem): osobiste doświadczenie jest również zapośredniczone/mediowane przez paradygmat okularów własnej kultury.

We współczesnej kulturze rola wizualności, obrazu, fotografii ma swoją ustabilizowaną rolę i miejsce: bez obrazowanej rzeczywistości nie pójdziemy na ambitny film, nie przeczytamy książki roku, nie wybierzemy najodpowiedniejszego polityka czy nie będziemy chcieli mieszkać w przestronnych i jasnych mieszkaniach. Rola obrazu/fotografii jako nośnika wizualnej pewności (tego co jest i jak jest) stabilizuje naszą pewność lub poddaje wiedzę w wątpliwość: o czym tak naprawdę mówi obraz fotograficzny i co za jego pomocą możemy zobaczyć. O ile w obrazie/fotografii swojej kultury i swojego świata odpowiedzi na te pytania nie są już tak dramatycznie istotne, ponieważ na ogół rozumiemy język obrazu i kryjący się za nim kod, o tyle pytania te postawione w stosunku do świata kultur obcych nabierają nowego znaczenia, bądź nawet sięgają do podstaw fotografii pod względem roli i znaczenia samej fotografii jako narzędzia opisu rzeczywistości/mediowania rzeczywistości, z drugiej zaś strony, odpowiedzi na pytanie czym jest fotografia/wizualność mówią nam być może więcej o nas - kim jesteśmy, skoro widzimy to, co widzimy - aniżeli o samych tych kulturach.

W wykładzie powyższa tematyka będzie poruszona w kontekście możliwości poznania i zrozumienia odmiennego kontekstu kulturowego (kultur bardzo, bardzo innych) za pomocą fotografii i badań etnograficznych oraz wzajemnego przenikania się lub wykluczania tych metod opisu. Podstawą będą tegoroczne badania przeprowadzone przez autora wykładu wśród Indian Bora w Amazonii peruwiańskiej, mieszkających w kilku osadach nad rzeką Ampiyacu, dopływ Amazonki.
 
Bora po ponad 100 letnim okresie doświadczania intensywnych kontaktów ze społeczeństwem narodowym nadal, w swych kulturowych podstawach, funkcjonują tradycyjnie. Najbardziej fundamentalnym aspektem zachowania własnej tożsamości etnicznej jest cały obszar kultury Bora, którego konceptualizacja tubylcza i praktyka kulturowa związana jest z cocą, ampiri i tytoniem. Coca, ampiri i tytoń używane są tak z powodów rytualnych jak i w życiu codziennym. Ich znaczenie w kulturze Bora przejawia się między innymi w tym, że dla odróżnienia Bora od innych grup tubylczych nadano im hiszpański etnonim zewnętrzny gente de la coca (ludzie koki). Funkcjonuje on obok innego etnonimu zewnętrznego, gente del centro (ludzie centrum). I tak jak Bora coraz bardziej używają narzędzi metalowych, korzystają z zachodniej medycyny i edukacji oraz mówią coraz więcej w języku hiszpańskim, tak bardzo obrzędowość i kontekst społeczny związane z cocą, ampiri i tytoniem są dalej żywe i aktualne.

Marek Wołodźko - antropolog, od roku 1986 prowadzi badania antropologiczne wśród społeczności tubylczych w Amazonii (Wenezuela, Ekwador, Kolumbia, Peru) w ramach projektów zespołowych z Instytutem Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu, CEDIME w Quito i AIDESEP w Limie. W roku 2009 rozpoczął indywidualne, długoterminowe badania terenowe w Amazonii peruwiańskiej wśród Indian Bora. Autor artykułów na temat prowadzenia badań etnograficznych, roli muzeum we współczesnej kulturze, zagadnień związanych chrystianizacją społeczności tubylczych Amazonii jak również relacji pomiędzy sztuki współczesną i antropologią. Jest również autorem projektu kuratorskiego na temat peruwiańskiej sztuki wideo. Zbierał kolekcje etnograficzne dla muzeów w Warszawie, Kielcach, Poznaniu, Szczecinie, Gdańsku, Bazylei, Monachium. Prowadząc badania antropologiczne, fotografuje; jest to czasem w sprzeczności z efektywnością badań – albo badania albo fotografia – ale aparat fotograficzny pozostaje mimo to jego narzędziem pracy, a zdjęcie jest wizualnym wehikułem, za pomocą którego stara się coś powiedzieć nam o świecie, którego horyzont myślowy jest bardzo odmienny od naszego. Obraz/zdjęcie i słowo/tekst to wzajemnie uzupełniające się formy opisu kultur radykalnie odmiennych od naszej.

(info organizatorów)




1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54