agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
piątek, 14 stycznia 2011
wdech wydech



Gena Rowlands, Kobieta pod presją (1974) reż. John Cassavetes


niedziela, 23 maja 2010
dobre wieści


Wspaniały, osobny, multimedialny, mówią: hermetyczny i egzotyczny artysta z Tajlandii, którego nazwiska chyba nigdy nie nauczę się wymawiać - Apichatpong Weerasethakul, reżyser najbardziej azjatyckich filmów na świecie, odebrał właśnie w Cannes Złotą Palmę za Lung Boonmee raluek chat (Uncle Boonmee Who Can Recall His Past Lives), film, który według Tadeusza Sobolewskiego nie jest filmem, to ruchoma forma niosąca ideę, zbyt świadoma siebie.

Cieszę się.



relacje z Cannes 2010
relacja 1 >>
relacja 2 >>
relacja 3 >>


Tagi: Cannes
21:25, pravdan , festiwale
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 kwietnia 2010
Claire Denis pije rum



35 rhums (2008)

Smutki i namiętności tej drugiej Claire Denis >>


sobota, 01 sierpnia 2009
ucieczki


9. enh: formalne i inne ucieczki


>>>


czwartek, 30 lipca 2009
wywoływanie duchów kamerą


9. enh: Iréne


>>>


wtorek, 28 lipca 2009
przyszłość kina w muzeum


9. enh: filmy muzealne


>>>


niedziela, 26 lipca 2009
nic się nie zmieniło


9. enh: wciąż jestem w Azji...
(wariując na jej punkcie)


>>>

piątek, 24 lipca 2009
w lesie szerokim


9. enh: NANG MAI

NIMFA, Pen-Ek Ratanaruang / Tajlandia 2009

>>>


środa, 22 lipca 2009
ściany, ściany, ściany...


słynne wrocławskie ściany
(widok z mojego okna do kliknięcia)



i co tu można by wyświetlić?
może to?

 http://www.enh.pl


niedziela, 26 kwietnia 2009
i tak i nie


W konkursie >>



off plus camera 2009



sobota, 25 kwietnia 2009
wielkie odkurzanie


Cassavetes, Godard, Resnais... >>



off plus camera 2009


czwartek, 23 kwietnia 2009
meksykański minimalizm


"Jezioro Tahoe" (2008) Fernanda Eimbcke >>



off plus camera 2009


niedziela, 21 września 2008
nie taki zwykły (33.FPFF w Gdyni)

Powiało, zawiało dzisiaj, jeszcze ciepłym wiatrem. Wczoraj inaczej, nawet słonecznie, cicho. Przeszłam się ulicami, zmartwiłam nie pierwszy raz stanem gdyńskich kamienic, które – odnawiane - zyskują nie tylko gładką powierzchnię zamiast odpadającego tynku, ale też kolor – zielony, niebieski i jaki tam sobie pomyślisz. Nie jest to co prawda chilijska odmiana przemalowanego modernizmu, ale tu boli szczególnie. Uwielbiam gdyńską monochromatyczność, która gdzie niegdzie jeszcze się trzyma. Ten jej brunatno-beżowy melanż. Nie chcę, żeby miasto się zmieniało. Nie chcę, żeby było kolorowe, śliczne i nowe. Niech się pobrudzi.

Wczesnym sobotnim popołudniem główny miejski pasaż zwalnia i pustoszeje. Dziwnym trafem na ulicy spotkałam dawnego znajomego, chodziliśmy razem do szkoły, należeliśmy do jednej paczki. Ostatnio widzieliśmy się dobrych kilka lat temu. Zatrzymaliśmy się, choć zwykle unikam takich konfrontacji. W ciągu pięciu minut wiedziałam o nim wszystko, a on o mnie nic. Zastanawiałam się później, dlaczego mnie nie zapytał. Nie zdążył? Czy wyglądam na kogoś, kogo pytać nie warto, albo nie potrzeba? Może wystarczyła mu informacja, że oto udaję się do kawiarni niedalekiego Hotelu Gdynia, by w towarzystwie kilkudziesięciu porcelanowych krów (nie, przesadzam, kilkunastu, reszta to były inne zwierzęta), łypiących zza szyby hotelowego sklepiku, rozmawiać o przyszłości. Czy warto pytać o niepewną jak zwykle przyszłość?

Tegoroczny festiwal cieszył się zainteresowaniem publiczności. W sobotę o dziewiątej rano sala kinowa była wypchana po brzegi, ludzie siedzieli na schodach i na kolejnych seansach podobnie. Oglądanie filmów w takim tłumie mi nie przeszkadza, ale też nie jest obojętne. Akurat takich filmów jak „Cztery noce z Anną” Jerzego Skolimowskiego. Może wolałabym kameralniej? Może wolałabym sama? „(...) jest we mnie ogromna potrzeba izolacji – mówi reżyser w jednym z wywiadów - I to nie jest żadna wymyślona koncepcja, żeby stronić od ludzi. Tak to jakoś wynika z mojej psychiki, a psychiki nie powinno się gwałcić. Pewnie dlatego prowokuję los, żeby mnie w takie sytuacje wyalienowania pakował. Staram się żyć w miarę wolny, nieuzależniony od niczego”. Więc może rzeczywiście lepiej byłoby oglądać ten film w samotności, bo mimo odwagi opowiadania o tak nieatrakcyjnych rzeczach jak platoniczna miłość i to w poważnym nastroju, wiele jest w nim wstydu, zawstydzenia, zażenowania.

Skolimowski miał mnie po swojej stronie już w drugim ujęciu, długim i statycznym. Główny bohater idzie ulicą prowincjonalnego miasteczka, jest kropką w miejskim krajobrazie. Kompozycja płaszczyzn, kształtów i kolorów jest w tym ujęciu klasycznie doskonała. W złotym podziale wielka plama brudnego różu – widziany od frontu budynek, znaczony białymi obwódkami wysokich okien, sąsiaduje z mniejszymi, nałożonymi na siebie jak karty w pasjansie, bocznymi płaszczyznami domów w szarościach i brązach, wieńczy je profil kościelnej wieży. Oddaję Adamowi Sikorze, autorowi zdjęć honor, bo ostatnio myślałam o nim jak o szaleńcu i grafomanie, czytając ów strumień świadomości, jaki wydał z siebie przy okazji wystawy malarstwa „Fucking Close Up”. Tak, jest w tym filmie dużo wizualnego wdzięku, jednocześnie sceneria nie wydaje się sztuczna jak w oglądanym przeze mnie wcześniej filmie Pieprzycy „Drzazgi”. Skolimowski, odbierając nagrodę za najlepszy dźwięk dla swoich francuskich współpracowników, powiedział wczoraj w teatrze muzycznym, że wolałby odbierać nagrodę za wdzięk - dużo wizualnego wdzięku, choć martwa krowa, płynąca rzeką, wyglądała jak z plastiku.

Kolejne ujęcia - Okrasa kupuje siekierę. Ostrze zawinięte w szary papier. Mijając ludzi, stara się ją ukryć, potem wchodzi do szpitalnej spalarni niczym do jakiejś oświetlonej pełgającymi płomieniami pieczary. Z kubła wyciąga odciętą dłoń, wrzuca ją do pieca. Myje ręce, spoglądając w lustro, a jego twarz filmowana w tym świetle z dziwnej perspektywy jest zdeformowana i przerażająca. Jest tam, w tym swoim podziemnym królestwie trochę obłąkanym mordercą, ćwiartującym ludzkie ciała, trochę Prometeuszem, potem okazuje się garbusem, dzwonnikiem z katedry Notre Dame, Quasimodo. Może tak właśnie widzi siebie w wyobraźni, na różne sposoby, w różnych rolach. Wreszcie zechce urzeczywistnić jeden ze swoich snów, ten, w którym „spotyka się z kobietą”, choć równie dobrze mógłby spotkać się i stoczyć walkę ze smokiem. Ale to nie jest taka prosta historia. O facecie, który miewa sny i kobieta jest specjalna. Skolimowski plącze chronologię, trudno się zorientować, z której strony patrzymy, z którego czasu, co należy do przeszłości i jest tylko męczącym wspomnieniem, jak to poukładać. Z początku ten film się rwie, jak obrazy w głowie Okrasy.

Więc kiedy przyjdzie zastanowić się nad tym, kiedy się to wszystko zaczęło, to chyba jednak owego deszczowego dnia, kiedy rzeką jak Bressonowski osioł płynęła martwa krowa i kiedy Okrasa usłyszał wycie syreny. Takie oznaki. I kiedy został świadkiem gwałtu na tej właśnie specjalnej kobiecie, która być może stała się nią właśnie w tamtej chwili. Gdyby siedział w fotelu, można by powiedzieć, że przerażenie wcisnęło go w fotel. Ogrom przerażenia. Czy miłość może się urodzić w tak skrajnych warunkach? Prawdopodobnie. Wszystko, co wydarzyło się później nigdy już nie było w jego oczach tak straszne. A przecież wydarzyło się wiele.

W centrum opowieści znajdują się cztery noce, które Okrasa spędza w mieszkaniu pielęgniarki. Obserwuje ją przez okno szopy. Dokładnie wie, kiedy będzie spała na tyle mocno, żeby jego obecność jej nie obudziła. Zmiesza proszki nasenne z cukrem, który ona sypie do herbaty. Co będzie tam robił? Wstrzymywał oddech. Przyszyje oberwany guzik przy jej bluzce. Posprząta po urodzinowej imprezie. Podaruje kwiaty i pierścionek. Naprawi zegar. Przypomina mi się Kar-wai, który z podobnego miłosnego fantomu uczynił jeden ze swoich znaków rozpoznawczych. Ale przypomina mi się również mój ulubiony film ostatniej edycji Nowych Horyzontów - Jose Luisa Torresa Leivy „Niebo, ziemia i deszcz”. Nie tylko pogoda łączy filmy Skolimowskiego i Leivy, ale i aura. A także sposób opowiadania, który więcej zakrywa, niż ujawnia. Anę z chilijskiej wyspy łączy z Okrasą podobna nieporadność i wrażliwość. W niemym geście protestu oboje spalą rzeczy po zmarłych bliskich. Podobnie będą patrzeć na świat, węsząc w poszukiwaniu czułości, a potem będą się przed nią ukrywać. Jedyni ludzie na Ziemi. Tak bardzo ludzcy, że inni będą ze wstrętem odwracać głowy. 

Ale „Cztery noce z Anną” to bardziej film o ciemnym jądrze miłości, niż o nieśmiałym wyczekiwaniu na życie, które nie przychodzi. Kamuflaż. Trochę maska. Coś z jakiejś głębi tego filmu do nas gada i jest tak inne od wszystkiego dookoła, że za trudne. Przychodzi spoza czasu jak ta historia, która mogłaby zdarzyć się wczoraj i ze sto lat temu. I ma w sobie wiele wdzięku, ale na pewno nie jest to wdzięk niewinny.




"Cztery noce z Anną" reż. Jerzy Skolimowski


piątek, 19 września 2008
samograje (33.FPFF w Gdyni)


Przypadkowo wybrałam się wczoraj na spacer po miejscach, których zwykle nie odwiedzam. Przy nabrzeżu stały dwie fregaty. Droga do nich upstrzona była znakami, których nie rozpoznawałam. Minęłam tablicę, przygniecioną kwiatami i zniczami, które z daleka wzięłam za kupkę pustych puszek po piwie i pomnik delfinka na wybrukowanym kawałku trawnika. Koniec skweru niczym most na Złotym Rogu zaanektowali wędkarze. Spojrzałam na miasto w perspektywie. Mój ulubiony, elegancki budynek miejskiego akwarium z tej strony otoczony jest żelbetonową obręczą na słupach, chyba z lat 70. Postarzałej dobudówce wiszą z sufitu jak włosy z nosa kawałki kabli. Wszystko to sprawiało wrażenie opuszczonego, wymarłego, może i z rozrzewnieniem wspominało dawną świetność reprezentacyjnej części miasta. Nad budynkiem kłębiły się ciemne chmury, a w tle straszyły dwie prawie już ukończone wieże. Kolejny znak. Tym razem nowobogackiego luksusu, na którym Gdynia chce budować swoją tożsamość. Znajomi z głębi Polski zadawali mi nieco kuriozalne pytania. Pytali, jak smakuje jedzenie w tej czy tamtej knajpie. Patrząc na swoje puszczone wolno dzieci, pytali, co jest za tym murkiem i czy można z niego spaść. A tamten pirs, do czego służy? A co słychać u prezydenta Szczurka i jak się w ogóle mieszka w Gdyni? A ja na te wszystkie pytania musiałam odpowiadać tak, jak moja ulubiona postać z nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej, że nie wiem. Bo i tak wolałabym mieszkać w Stambule, szczególnie teraz, kiedy każdego dnia rano walczę, by nie zostać w łóżku na wieczność z czytanym wciąż od nowa Pamukiem i z kulkami w brzuchu, które pojawiają się i grzechoczą za każdym razem, kiedy biorę do ręki „Stambuł. Miasto i wspomnienia”.


wczorajsze chmury nad akwarium, Gdynia (do kliknięcia)


W gdyńskich trolejbusach, na zamontowanych niedawno monitorach można oglądać zapętloną relację sprzed Teatru Muzycznego, gdzie wieczorową porą kłębi się tłum gapiów, a po czerwonym dywanie w świetle fleszy niczym w Cannes suną rodzime gwiazdy. Dywan zdaje się ciągnąć w nieskończoność. W mnożeniu jego długości nie przeszkadzają utyskiwania, że trwający właśnie 33. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych ma przestarzałą formułę, że powinien być bardziej branżowy i bardziej otwarty dla publiczności. Nie wiem... Choć po dywanie zdarzało mi się chodzić, do teatru nie zaglądam, a niedaleki multipleks – muszę przyznać - festiwalem zdecydowanie żyje. Wczoraj wpadłam tam na chwilę. Po obejrzeniu dwóch filmów wybranych z konkursu stwierdziłam, że rację mają chyba ci, którzy namawiają organizatorów na zmianę składu jury na międzynarodowy. Bardzo trudno ocenia mi się polskie filmy. One wydają się tak uwikłane w różne przesłaniające widzenie, lokalne konteksty, że prawie nieocenialne. Przesłaniające na plus i na minus. Podnoszące temperaturę i mnożące uprzedzenia, które potem trzeba zwalczać, żeby w ogóle o filmie rozmawiać.

Pomyślałam o tym, oglądając film Szumowskiej „33 sceny z życia”, nagrodzony niedawno nagrodą specjalną jury na festiwalu w Locarno. Jak donoszą media, jury doceniło „uniwersalną wymowę, oryginalność w potraktowaniu tematu śmierci, przemijania i zarazem dojrzewania młodej kobiety - przejawiające się między innymi w specyficznym, niekiedy zaskakującym poczuciu humoru”. Szumowska wzięła do tego filmu dwójkę zagranicznych aktorów. Niemka Julia Jentsch zagrała główną rolę - młodej artystki, która dojrzewa w obliczu śmierci rodziców, Duńczyk Peter Gantzler – Adriana, jej współpracownika i przyjaciela rodziny. Od Gantzlera i jego postaci nie mogłam oderwać oczu. Oczywiście od początku wszystko wiadomo, wszystko jest jasne, wiadomo, jaką rolę Gantzler ma do odegrania. To mi przeszkadza, czasami lubię być zaskakiwana. Chciałabym być zaskoczona zwrotem akcji, który cały czas chodził mi po głowie, od którego nie mogłam się uwolnić – mrukowaty, milczący, samotny Adrian o pięknych męskich dłoniach, z twarzą ledwie widoczną pod brodą i zaczesanymi w nieładzie włosami, z głosem Roberta Więckiewicza (chociaż dubbing w kinie brzmi jak jakiś anachronizm), ten Adrian po prostu zostawia tę historię, wyjeżdża do Hongkongu, Berlina, czy innego Tokio, chodzi ulicami, kogoś spotyka, z kimś rozmawia, coś robi, w coś się wplątuje, albo i nie, i nigdy nie wraca. Połyka go jakieś obce miasto i ja jestem tego połknięcia świadkiem. Mogę się Adrianowi przyglądać, mogę go smakować do woli w różnych sceneriach i w różnym świetle. Obserwować go i się nad nim zastanawiać, i o nim marzyć. „33 sceny z życia” okazywałyby się 33 scenami z życia Adriana - taki film chciałabym obejrzeć. Tymczasem oglądam inny, w którym Adrian to tylko dodatek, taki jaki jest – zbyt mocno świecący, zbyt wiele zapowiadający.

No, tak. Ktoś ostatnio powiedział, że nie ma już w sztuce oryginalności, jest tylko autentyczność. To bardzo ciekawe zdanie. Główna bohaterka – artystka ma matkę, która umiera na raka. Jej twórczość, podobnie jak twórczość samej Szumowskiej, jest mocno i niemal wprost, 1 do 1 osadzona w biografii. Robi więc pracę na weneckie biennale sztuki – kolaż składający się m.in. ze zdjęć komórek rakowych matki. Praca zostanie przez jury kwalifikacyjne uznana za mało oryginalną i odrzucona. Dziewczyna się buntuje, krzyczy, że to przecież sama prawda. Film Szumowskiej jest trochę jak ta praca, mało oryginalny, co nie znaczy, że pozbawiony autentyczności. Czuje się, że sceny procesu odchodzenia zostały odtworzone niemal 1 do 1 (matka Szumowskiej, pisarka Dorota Terakowska umarła na raka, a niedługo po niej ojciec Maciej Szumowski). Są mocne, śmieszne, małe, pozbawione patosu, prawdziwe. Podoba mi się sposób, w jaki Szumowska pokazuje dobrze sobie znane środowisko, rodzinę artystów, zblazowaną inteligencję. Jest tam wiele fajnych szczegółów – ciemne okulary na pogrzebach jak w jakimś amerykańskim filmie, to ciągłe palenie papierosów, bunt w języku, obsesyjna niechęć do religii, przy jednoczesnym namaszczaniu chorych, o które zawstydzona rodzina prosi młodego chłopaka, dawnego księdza, narzeczonego jednej z córek chorej, żeby się rzekomo nie przestraszyła sutanny, stypa z męskim striptisem, te ciągle puszczające nerwy, śmiech w trudnych sytuacjach. No i podoba mi się sam finał, bo też wydaje mi się prawdziwy. Dziewczyna, przeżywszy śmierć matki i zaraz po niej ojca, romansuje z Adrianem. Wiecznie nieobecny, zajęty mąż kompozytor w końcu się o tym dowie. Ona zostawi Adriana, bo wydaje jej się, że powrót do męża przybliży ją choć trochę do dawnego życia sprzed tragedii, kiedy była jeszcze dzieckiem. Odmawia wejścia w dorosłość, nie zgadza się na nią, chce sztucznie podtrzymać poprzedni stan. Adrian jest dorosły, pewnie by jej na to nie pozwolił.


Peter Gantzler i Julia Jentsch w "33 scenach z życia"


A więc ten film mi się podoba, mimo że mi się nie podoba. Taki mam właśnie stosunek do polskiego kina. Drażni mnie autobiografizm i brak oryginalności Szumowskiej, nie znoszę w kinie tematów, które są samograjami i generują emocje nie wysiłkiem reżysera, a rzeczywistym lękiem, którym podszyte jest życie codzienne każdego z nas, lękiem przed chorobą i śmiercią najbliższych (czyżbym była jednak modernistką?). Ale kiedy mowa o samograjach, muszę zatrzymać się chwilę nad drugim filmem, który wczoraj obejrzałam. To „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta. Stuprocentowy film – samograj, w którym tę rolę spełnia po części temat, po części – aktorzy. To jest w dodatku rzecz bardzo lokalna, oparta na doświadczeniu widza, polskiego widza, zupełnie nie wiem, jak ten film obejrzałby cudzoziemiec, który nie zna historii polskiego kina. Jego akcja toczy się w domu aktora w Skolimowie, w fikcyjnej fabule wzięli udział także realni mieszkańcy tego domu spokojnej starości, ukryci tam przed światem, których pamiętamy z wielu ról, z najlepszych czasów. A tu mamy do czynienia z niedołężnymi staruszkami, z których twarzy z trudem wyłaniają się dawne rysy, jak z jakiejś mgły. Prym w tym towarzystwie wiedzie Jan Nowicki, grający przecież siebie – Jerzy, pijaczyna i kobieciarz, który trafia tam po kolejnej życiowej awanturze i awanturuje się dalej, podrywając z foteli staruszków. Postanawiają wystawić „Fausta” w miejscowym więzieniu. Film Bławuta należy właściwie do kategorii „teatralnej”, do której ostatnio zaliczyłam również pokazywany w Gdyni, nowy film Zelenki „Bracia Karamazow”. To takie kino, w którym obecny w filmie teatr na różne sposoby przenika się z fikcyjną fabułą, czyli z życiem bohaterów. Ale w porównaniu „Bracia Karamazow” są jakimś sztuczydłem marnym, wygibasem niepotrzebnym. Tu: znowu, trochę jak u Szumowskiej, w kadr wciska się nie tyle prawda ekranu co prawda rzeczywistości. Wzruszająca, bo nie wymyślona na użytek przedstawienia, widoczna w każdej zmarszczce na twarzy, w każdym poruszeniu drżących rąk czy głosu. I choć film Bławuta może zbyt łatwo chce nam do serc wlać trochę miodu, udowadniając, że starość jest stanem wielobarwnym, zróżnicowanym, niełatwym, ale też nie pozbawionym piękna, przyjmuję tę słodko-gorzką wizję z aprobatą. A za rozwiązanie przestrzeni teatralnej w więziennym panoptikum daję Bławutowi piątkę z plusem. Aktorom za fenomenalne aktorstwo - jak wyżej.


Jan Nowicki i Sonia Bohosiewicz w "Jeszcze nie wieczór"



wtorek, 05 sierpnia 2008
8.ENH Wrocław_9

ostatki czyli Francuzi



Dobrze, że wracam. Niedobrze, że wracam. Jeżeli wracam powoli, to chcę po prostu upuścić po drodze odrobinę pofestiwalowej depresji, która pojawia się rok w rok, z wielką regularnością i mi z nią ciężko. Chcę zbagatelizować ten bagaż światów, ładnych i brzydkich, którymi się przejęłam, bo bardzo chcę się przejmować różnymi światami, nie brać ich lekko. To zamknięty krąg, ślepa uliczka. Dlatego umawiam się jeszcze z moją ciotką w Bydgoszczy, próbując się z tego wytłumaczyć. Mówię o różnych rodzajach piękna, opowiadam fabuły, plączę się strasznie, próbując oddać wywołane nimi stany. Mówię, że to jest nie do zniesienia. Że za każdym razem jest to nie do zniesienia, ta satysfakcja pomieszana z jakąś męką. Że sprawia radość, wywołując dojmujące uczucie smutku. Ale co? No... że ludzie robią takie rzeczy, ja to potem oglądam, biorę do siebie, na siebie, jestem taka zadowolona i taka smutna. Niepotrzebnie? I choć ona z początku plącze się zabawnie jak ja w meandrach tej mojej egzaltacji, coś z niej wyławia i opowiada historię ze swojej młodości. O pewnym interesującym młodym doktorze nauk. I o sobie studentce owych. O pewnym nieoficjalnym spotkaniu z okazji jakiegoś końca roku, czy semestru, o bardzo owocnej rozmowie, o zaskakujących zwrotach akcji, o iskrach w oczach i o zadowoleniu, które rozlewa się wokół jak kropla, która przelała dzban, albo nie płaczcie nad rozlanym mlekiem. Wstaje i bez słowa wychodzi, nie zaprzyjaźnia się z młodym doktorem nauk, nie rozmawia z nim, niczego nie tłumaczy, nie może tego znieść.

Całe szczęście festiwal nie trwa wieczność, tylko 10 dni i pozbierać się po nich łatwiej, aż do kolejnej próby.


Mam wrażenie, że Francuzi w tym roku na festiwalu stanowili zwartą, silną brygadę, każdy mógł sobie wybrać z tego coś fajnego, francuskiego. Zaskakująco interesujący, bo przecież zupełnie nie egzotyczni. Ja wybrałam zaledwie ułamek. Chcę to na koniec uzupełnić, donotować.

O swoim najnowszym filmie Philippe Garrel powiedział: „Kiedyś mój przyjaciel podarował mi powieść Théophile'a Gautiera Spirite. Opowiada o kobiecie, która po popełnieniu samobójstwa pojawia się w lustrze pewnego mężczyzny i wzywa go do świata pozagrobowego. W powieści Gautiera kobieta nigdy wcześniej nie spotkała tego człowieka. Wstąpiła do klasztoru, fantazjowała o nim, dopiero, kiedy uzmysłowiła sobie, że nigdy go nie pozna, popełniła samobójstwo. Pomyślałem, że ta opowieść o zjawie jest niezwykle piękna, jednak jednocześnie niezbyt filmowa. Zacząłem, myśleć nad opowiedzeniem historii kobiety, która popełnia samobójstwo, pojawia się w lustrze i namawia do śmierci mężczyznę, z którym miała nieszczęśliwy romans. Jestem racjonalistą, ale uważam, że siły nadprzyrodzone są jak żyła złota dla kinematografii”.

Chodzi o „Granicę świtu” (La frontière de l’aube, 2008) z Louisem Garrelem (jako François) i Laurą Smet (Carole) w rolach głównych. Jak zwykle u Garrela film jest czarno-biały i mocno skontrastowany, chwilami przez charakterystyczne oświetlenie planu, osadzenie akcji we wnętrzach, zbliża się do estetyki ekspresjonistycznej. To bardzo ładne, od początku sposób filmowania tej historii wprowadza atmosferę niepokoju i niesamowitości, mimo że fabuła rozwija się do pewnego momentu w konwencji realistycznej. Ponieważ przy wyborze tego filmu kierowałam się właściwie tylko nazwiskiem reżysera, a nie czytałam wcześniej żadnych zapowiedzi, streszczeń itede, więc byłam zaskoczona obrotem spraw. Przeczuwałam coś, ale zupełnie nie wiedziałam, w jakim kierunku ten film zmierza. To była zwykła historia miłosna, być może niezwykłość tej zwykłości polegała na tym, że ona się snuła, powoli jak snujący się papierosowy dym. Zwykłe było przyciąganie się i odpychanie, różne nastroje, jakim ulega taka niemal doskonała miłość w stylowych dekoracjach paryskich mieszkań. I było w tym wiele uroku. Wzięta aktorka związała się z fotografikiem, który robił jej zdjęcia. Co prawda ona miała męża, ale daleko. Dziewczyna wpadała chwilami w lekki, uwodzący obłęd, miała różne depresyjne stany, męczyły ją niewygodne pytania. On trochę chciał z tym walczyć, a trochę mu to odpowiadało, sam nie raz popadał w zwątpienie. I kiedy Carole trafiła do kliniki psychiatrycznej, raz chciał ją w tajemnicy wykradać z uwięzi, innym razem o niej zapominał. Kiedy po wyjściu ze szpitala Carole zastała go chłodnego jak nigdy dotąd, upiła się i popełniła samobójstwo. Nie byli już wtedy parą, więc jego rozpacz mogła wynikać może tylko z wyrzutów sumienia.

Do tej pory zastanawiam się, o czym był ten film. Chyba o wiecznej niepewności. O oszustwach umysłu i serca. O trudności w wyznaczaniu jakichkolwiek granic. Odtąd dotąd, tak, nie inaczej. Ale sposób, w jaki Garrel o tym opowiada jest przewrotny, w starym stylu. Fotografik związuje się z inną kobietą. Znowu mamy zwyczajność, jakieś codzienne sprawy, spotkania. Jest przekonany, że to ta właściwa, ona na potwierdzenie zachodzi w ciążę, zaczynają planować ślub i wspólne życie. Choć i ona jest trochę dziwna, jakby nie do końca zaangażowana, nie tak jak on, ale zdecydowana, za chwilę znowu niepewna. I wtedy najpierw w jego snach, a potem w lustrze zaczyna pojawiać się Carole. Po pierwszym szoku chłopak próbuje szukać pomocy u przyjaciół, wszyscy mu tłumaczą, że to na pewno przywidzenia spowodowane strachem przed małżeństwem. On jednak coraz bardziej im ulega. Zakochuje się w duchu, a raczej odkrywa na nowo miłość do Carole, która go wzywa z zaświatów. I ulega jej do końca, kompletnie nieracjonalnie. O świcie, w dniu swojego ślubu skacze z okna. To naprawdę piękna i straszna scena, również dlatego, że rozświetlona białym światłem Carole w lustrze okazuje się kimś innym. Przez ułamek sekundy widzimy lustro tuż po tragicznym skoku François'a i z mroku lustra wyłania się inna, straszna twarz. Nie wiadomo, do kogo należy, do szatana? czy to po prostu oblicze jakiejś zbiorowej, czy indywidualnej podświadomości? Film na to nie przygotowuje, nie straszy, a jednak w tej ciemnej twarzy, gdzieś w ciemnym zakamarku lustra odbija się po prostu coś nienazwanego, coś, co tkwi w ludzkiej duszy.




Granica świtu, reż. Philippe Garrel

Kolejny doskonały film z Francji to prezentowane w cyklu: dokumenty/eseje „Współczesne życie” (La vie moderne, 2008) Raymonda Depardona. „Przed długi czas nie mogłem sobie poradzić z faktem, że swoje dzieciństwo spędziłem na farmie, mimo, że opuściłem ją jako bardzo młody człowiek, bo miałem zaledwie 16 lat – mówił reżyser podczas tegorocznego festiwalu w Cannes. Jak wielu ludzi w latach 60. uciekłem z tego świata z powodu kompleksu. Po prostu wstydziłem się swojego pochodzenia. Dopiero później, stopniowo, mój stosunek całkowicie się zmienił. Byłem dumny, że urodziłem się na farmie. Mimo to nie potrafiłem zrobić filmu na ten temat. Musiałem przejść daleką drogę, jakby dookoła świata, zanim odważyłem się sfilmować rolników. Nie udało mi się jednak tego zrobić z własnymi rodzicami”. Dokument o rolnikach - to brzmi dosyć nieciekawie, a film Depardona - francuskiego podróżnika, fotografika i dokumentalisty jest naprawdę cudowny, mądry, pełen empatii, autentyczności, wciskający w fotel.

To film o znikających światach i ludziach, którzy stali się niepotrzebni. Na różne sposoby starają się radzić sobie z tym historyczno-gospodarczym odtrąceniem, niosąc na barkach wspomnienie ogromnego trudu, jaki włożyli w pracę na roli w górskim krajobrazie, dodatkowo niosą też ciężar tradycji, kultu tej pracy, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. To galeria niesamowitych postaci. Rzadko można takie spotkać. Siłą filmu Depardona jest rodzaj zaangażowanej obserwacji, odbywającej się mimochodem, podczas niejednokrotnie bardzo lakonicznych rozmów. Jego bohaterowie mają twarze, które mogłyby zagrać w dziesiątkach artystycznych filmów, przenosząc znaczenia. Tu są sobą w zwyczajnych sytuacjach, niczym nieskrępowane, bez intencji stania się żywym dowodem, argumentem na potwierdzenie jakiejś tezy. Nienawykli do rozmów, traktują je naturalnie, podobnie jak dramat swojego życia, jak dramat życia w ogóle. Lubię takie filmy, w których wyczuwa się wszystkimi zmysłami więź, łączącą reżysera z rzeczywistością, o której opowiada. To zadomowienie, przynależność. Podobne wrażenie odniosłam oglądając Tajemnicę ziarna Abdellatifa Kechiche.


Współczesne życie, reż. Raymond Depardon

Depardon w Cannes, 2008

I na koniec bardzo dobry film Arnauda Desplechina „Świąteczne opowieści” (Un conte de Noël, 2008). Gęsty, ironiczny, zabawny, piekielny, cudowny i choć to kolejna opowieść z cyklu „rodzinnych spotkań bożonarodzeniowych” sprawił mi przyjemność swoją intensywnością i szczerością. Na tę szczerość mógł sobie pozwolić dzięki przyjętej konwencji. Desplechin znalazł oryginalny sposób na opowiedzenie o trudach rodzinnego życia, o skomplikowanych i absurdalnych ludzkich związkach. Stworzył galerię kuriozalnych, delikatnie przerysowanych figur, którymi gra w dużym tempie jak pionkami na szachownicy. Moim ulubionym bohaterem jest tu oczywiście Henri (Mathieu Amalric), który został przez rodziców poczęty w intencji ratowania chorego na raka brata, jednak okazało się, że nie może być dawcą czegokolwiek, urodził się bezużyteczny. Rodzice zostali więc z niepotrzebnym niemowlakiem i zmarłym sześciolatkiem. Ta historia pogmatwała im nieco życie i wpłynęła na przyszłość, także na pozostałą dwójkę wcześniej i później urodzonych dzieci.


Szczególny rodzaj relacji łączy Henriego z matką, która otwarcie przyznaje się do tego, że jest jej obojętny, ale to właśnie on w krytycznej chwili będzie zdolny uratować jej życie. W roli matki wystąpiła posągowa Catherine Deneuve, której jednak bliżej do groteski niż do patosu. Niby nienaruszalna figura matki przełamana jest faktem, że cała dosłowna i przenośna słabość rodziny z niej właśnie wypływa, jest zródłem bijącym i wyschniętym jednocześnie, genetycznym źródłem kłopotów. Podoba mi się, bo jest tak daleka od poświęcenia i wyrzutów sumienia, od jednoznaczności bardzo silnych wzorców, które znamy z własnej kultury, tych wszystkich „matek Polek”. Choć świąteczna opowieść Desplechina mogłaby zabrzmieć niezmiernie poważnie i patetycznie, film sobie z niej drwi. Desplechin wkłada kij w rodzinne mrowisko, kręci nim, podlewa zaś winem, nigdy łzami. Nie ma ambicji, by zachować realistyczną czystość. W dodatku zatrudnia grupę charakterystycznych, bardzo dobrych aktorów, w filmie pojawia się w drugoplanowej roli m.in. Chiara Mastroianni. Od jej twarzy trudno oderwać oczy, tak jest dziwna, pomieszana, ni stara, ni młoda, ni to ojcowska, ni matczyna, bardzo wyrazista, trudno powiedzieć – piękna czy brzydka. Zagadkowa. Zbyt zagadkowa jak na postać, której rolę odgrywa, wydaje się, że przez pomyłkę. Ale u Desplechina nic nie jest przypadkowe, sprawnie żongluje nawet aktorskimi wizerunkami.






Świąteczne opowieści, reż. Arnaud Desplechin


(ps. co do Trzech małp, na które tak czekałam, a które będą w dystrybucji:

niestety potwierdziły się moje najgorsze przeczucia co do nowego Ceylana, którego tak cenię, szczególnie za Uzaka i Klimaty, a za którego zdjęciami nie przepadam. Czuję się jak wrona, która wykrakała i jest mi przykro, bo nie chciała. W
Trzech małpach” Ceylan stosuje tę właśnie charakterystyczną manierę fotograficzną, żywcem przeniesioną na ekran. Obraz wydaje się wyretuszowany, coś dziwnego dzieje z kolorem, jakby na całą tę historię zarzucono zielony welon. I nie chcę nawet słyszeć o tym, że ta chora, nienaturalna zieleń jest znakiem choroby, toczącej rodzinę, bo chyba umrę na banał. Wydaje się, że Ceylan przestał mówić o sobie, mówi jakimiś innymi głosami, rękami i wychodzi z tego historia może i ważka, z którą ja się jednak zupełnie nie potrafię spotkać.)


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8