agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
czwartek, 30 kwietnia 2009
N jak Nie


"W dniu, w którym niemowlę po raz pierwszy daje znak, że 'nie', zaczyna kształtować swoją osobowość. Potem, kiedy dziecko mówi 'nie', potwierdza siebie. Wiele 'nie' wypowiedzianych później, w innych okolicznościach, mówi: 'ja istnieję'. Cała moja praca wokół Mony, bohaterki 'Bez dachu i praw', skupiała się na jej uporze w mówieniu 'nie', także tym, którzy chcieli jej pomóc, jak owczarz-filozof, który oferował jej przyczepę i kawałek ziemi do uprawy ziemniaków. Jej odmowa komunikowania się wynikała raczej z dzikości niż z neurozy. Jaki chaos sprawia, że nie możemy pomóc tym, którzy mówią 'nie', że nie rozumiemy ani ich, ani mechanizmów, które ich wykrzywiają? Podczas warsztatu teatralnego, prowadzonego przez Petera Brooka z chorymi, zwolnionymi z oddziałów neurologicznych, wybuchł śmiech, kiedy doktor zwrócił się do chorego: 'Proszę powiedzieć nie!', a chory odparł: 'Tak, tak, dobrze, panie doktorze!'. To oczywiście nie jest śmieszne, ale śmiejemy się w takich razach, tak jak cofamy się w panice przed tymi dziwnymi włóczęgami, którzy (i które) mówią 'nie', kiedy proponujemy im mówienie 'tak'."

Agnès Varda "Alfabet Vardy", [w:] "Agnès Varda. KINOpisarka", Kraków 2006


Sandrine Bonnaire (Mona) i Agnès Varda na planie "Sans toit ni loi" (Bez dachu i praw, 1985)

 


     
poniedziałek, 30 marca 2009
Sobota w Stambule




wciąż ma na imię Czerwień
pocztówka 3
(do kliknięcia)

  

(foto: mo_zaw)





czwartek, 26 marca 2009
światło w Stambule w czwartek




obłędne, rozproszone, perłowe... pamiętam
pocztówka 2
(do kliknięcia)



(foto: mo_zaw)



środa, 25 marca 2009
słońce nad Stambułem we wtorek




o jakiej ja nacji myślę?
pocztówka
(do kliknięcia)

 

(foto: mo_zaw)



środa, 17 września 2008
wojna na słowa - dlaczego dizajn

Z uporem wartym lepszej sprawy propaguję 'dizajn' w środkach masowego przekazu. Była już o tym mowa. Wielką radość wywołał w redakcji mój tekst, relacjonujący gdyńskie dni designu (w domyśle dizajnu), w którym pisałam o zmianie sposobów myślenia o tej szlachetnej sztuce. O tym, że dizajn nie powinien się już dziś kojarzyć z wysublimowanym, niedostępnym i drogim światem pięknych przedmiotów. Kategorie piękna czy mody ustępują miejsca kreatywności, ekologii, nowej inteligencji, długofalowym dizajnerskim strategiom oraz badaniom nad wartościami użytkowymi i prospołecznymi wzornictwa. No i że - ha, ha... - "Od kilku lat profesjonalne czasopisma projektowe, firmy współpracujące z projektantami, środowiska, zajmujące się grafiką użytkową i wzornictwem przemysłowym popularyzują zaadaptowaną graficznie na język polski formę internacjonalizmu 'design'. W oficjalnym obiegu posługują się słowem 'dizajn', nie - 'design', podobnie jak Chorwaci, Słowacy czy Rosjanie. Ta rewolucja językowa jest stawiana w równym rzędzie z rewolucją w myśleniu o współczesnym projektowaniu".

To ta "rewolucja językowa" wywołała taką radość w redakcji, bo gdzież ona, no gdzie?! dopytywali z satysfakcją propagatorzy designu. Tymczasem postanowiłam dotrzeć do źródła problemu.
 

Czeslawa Frejlich, redaktorka naczelna magazynu 2+3D:

"Postanowiliśmy przyjąć 'dizajn' w formie spolszczonej, gdyż po konsultacji z językoznawcami doszliśmy do wniosku, że 'design' to forma niepoprawna - powinno być 'wzornictwo'. Używamy jednak tak często słowa 'wzornictwo', 'projektowanie', że czasem potrzebne jest jeszcze inne określenie. Dla mnie 'design' w naszym języku ma odcień popularny, bardziej związany z modą. Chcieliśmy odejść od tej konotacji. Młodzi ludzie, studenci nagminnie stosują właśnie taki spolszczony zapis. To nam się spodobało - szczególnie do działań projektowych typu eksperymentalnego (offowego). Nasza argumentacja jest dość arbitralna i rozumiemy inny punkt widzenia".




sobota, 10 maja 2008
nad Balatonem


Spotkania autorskie
Kiedyś się mówiło: skaranie boskie! Skaranie boskie z tymi spotkaniami autorskimi. Tak myśli pewnie każdy Autor, zmuszony przez machinę promocyjną do wędrówek po kraju, picia niezliczonej ilości wody mineralnej, lecząc zaschnięte z nerwów i od gadania gardło. Zmuszony do odpowiedzi na głupie, albo zbyt intymne pytania, zadawane przez obcych ludzi, przywykły do pracy w zaciszu własnej skorupy. Tymczasem - powtarzam to za każdym razem - los czytelnika w gruncie rzeczy jest nie mniej traumatyczny od losu Autora. Czy Autor zdaje sobie z tego w ogóle sprawę?! Co prawda czytelnik ma wybór, może na spotkanie autorskie nie przyjść (faktycznie może nie przyjść? nieee...), albo wyjść w trakcie, ale jak już zostanie, ominąć formułę z zadawaniem głupich, albo zbyt intymnych pytań nie bardzo się da.

Krzysztof Varga - ów na pół przecięty, pęknięty swoją po ojcu węgierskością, po matce polskością (i jeszcze kawałkiem słowackości we krwi) Autor - to jest po prostu uroczy człowiek. Szczególnie uroczość ta dotyka, gdy jego twarz otwiera się w szerokim uśmiechu, zaraźliwym. Rzec można – w uśmiechu pełną wargą. I jest to gaduła, a może nawet gawędziara, bo „gawędziarz” brzmi trochę, jakby miał wąsy, a nie ma. W jasnych tenisówkach, w ciemnej marynarce „przybył do nas – jak zaanonsowała go Prowadząca spotkanie – prosto z Warszawy”. Z samego centrum świata. Opowiedzieć o swojej nowej książce – zbiorze esejów, poświęconych Węgrom i węgierskości. Choć właściwie to spotkanie miało być poświęcone (bardzo polskiemu) „Nagrobkowi z lastryko”, no ale zdarzył się i (bardzo węgierski) „Gulasz z turula”. Dwa jedyne dostępne, świeże „Gulasze...”, przywiezione razem z Autorem prosto ze stolicy, zostały natychmiast rozdrapane. Autorka tych słów znajduje się w posiadaniu jednego z nich, bez autografu.

No więc co z tymi Węgrami?
Przede wszystkim było o węgierskich traumach. O nizinnej depresji i podziałach oraz o „zajęciu ojczyzny” - kluczu do węgierskiej melancholii. O inności, wyjatkowości i lęku, podtapianym przez morze słowiańszczyzny. I oczywiście o samobójstwach.

Pierwsza data w historii Węgier wiąże się właśnie z owym „zajęciem ojczyzny”. W IX, X wieku plemiona węgierskich nomadów najeżdżały nizinę Basenu Karpackiego i stamtąd wyruszały na dalsze podboje. Barbarzyńscy Węgrzy byli Azjatami z krwi i kości. Z czasem osiedli, zadomowili się, przestali być nomadami. Na XIX wiecznych historycznych rycinach przedstawiani są jako mali skośnoocy jeźdźcy na niewielkich konikach. Według węgierskiej mitologii, której strategią – jak twierdzi Varga – jest wypieranie niechcianych, kłopotliwych treści, Węgrów na nizinę przywiodły nie wojenne zamiary a święte zwierzęta – święty jeleń i turul. Ta opowieść znalazła swoje miejsce w jednym z parków pamięci narodowej, gdzie jurty pełnią rolę pawilonów ekspozycyjnych. A więc zadomowieni w Europie Środkowej Węgrzy kultywują pamięć o swoich prapoczątkach, a także przekonanie, że nadal są przybyszami, obcymi, innymi. Topos węgierskiej twierdzy oblężonej morzem słowiańszczyzny tworzy być może aurę ciągłego zagrożenia, a także swoistego męczeństwa, klęski i rozpadu, potwierdzonych, kiedy wielkie królestwo korony św. Stefana utraciło 2/3 terytorium. Klęska i strata stały się częścią mitologii. Dziś w centrum węgierskich miast ulice nazywane są nazwiskami męczenników - bohaterów narodowych. Melancholia, którą wywołuje poczucie wyjątkowości, ale też niezrozumienia, przytłacza Węgrów na tyle, że mimo bardzo mobilnych korzeni stali się jednym z najmniej ruchliwych narodów. Niemożność wyjazdu, ucieczki, także mentalnego rozstania się z nizinną ojczyzną jest kolejnym stygmatem węgierskości. Stąd być może te samobójstwa, a także ich społeczna akceptacja, żeby nie powiedzieć gloryfikacja. Samobójstwa na Węgrzech niemal gremialnie popełniają gwiazdy kultury masowej.

Węgierskość właśnie taka, o jakiej mówi Varga, jest obecna w jego książkach na każdym kroku i wcale nie wprost. Podczas spotkania Varga zaskoczony odkrywa, że nieudana ucieczka do Krakowa jednego z bohaterów Nagrobka z lastryko - Piotra Pawła jest wypisz wymaluj ucieczką bohatera Portugalii Zoltána Egressyego. Przed wyjściem z domu przypomniałam sobie kilka pierwszych stron z „Bildungsroman”, kiedy narrator, alter ego Vargi wjeżdża pociągiem na peron dworca Keleti w Budapeszcie. Miasto od razu zaludnia się trupami, a on sam w szalonej onirycznej wizji zostaje szkieletem, nadającym się do schrupania niczym chipsy. Przypominają mi się też fragmenty „Karoliny” - mojej ulubionej książki Vargi – opowiadające o młodych kobietach, które znikają z miasta w niewyjaśnionych okolicznościach, jakby to była węgierska wersja „Pikniku pod wiszącą skałą”. Mnie z węgierskością będzie się zatem kojarzyć oprócz melancholii także tajemnica. Szczególnie, że bohater „Gościa życia” Szemzö – bohater narodowy, językoznawca Csoma w Tybecie również przepada bez wieści. A z kolei Varga wciąż, wspominając o swojej rodzinie, mówi o rozwiązywaniu zagadek i odkrywaniu tajemnic. Niedawno dowiedział się, że ma przyrodniego brata, że jego ojciec był nieślubnym dzieckiem, a dziadkami faktycznie byli pradziadkowie... Co więcej, Tadeusz Sobolewski doniósł ostatnio Vardze, że ten posiada w Estonii sobowtóra. Bardzo tajemnicza sprawa. Finowie i Estończycy, połączeni z Węgrami genetycznym związkiem, popełniają samobójstwa równie ochoczo.

Polskość bolesna
Ale nie zdradzam się z tym pomysłem o tajemnicy. Varga po godzinie gadania zaczyna raz po raz zapalać zapalniczkę. Gestykulacja się pogłębia, pocieranie nosa, ucha i oczu, czuć emocjonalne zmęczenie materiału. Po kolejnych dwudziestu minutach pospiesznie kończy spotkanie i wychodzi na papierosa. Jestem pewna, że ma lodowate dłonie. Następuje część nieoficjalna. Nim jednak wąska ścieżyna między wejściem do dworku Sierakowskich w Sopocie, a ogrodzeniem wypełni się ludźmi, udaje mi się zapytać, pisanie której z książek sprawiło mu największą frajdę. Łapczywie połyka dym, wstrząsany wciąż lekkim dreszczem zdenerwowania. Między jednym a drugim machem wypluwa z siebie „nagrobek”. Tak podejrzewałam, bo czuje się tę radość, czytając „Nagrobek z lastryko”, a jednocześnie to jedna z najbardziej bolesnych książek, jakie ostatnio czytałam. Śmieszy, zachwyca pomysłami i boli nieznośnie. To jest taka cała bezwzględna prawda o nas, przebrana w kostium przyszłości, w ironię, bardzo bezwzględna i krzykliwa. To trochę osobiste, indywidualne, trochę plemienne wycie. Z tym pomysłem również się nie zdradzam, szczególnie, że dziewczyna z irokezem, dwójką małych dzieci w zielonych traperskich kapeluszach i chłopakiem w skórze zabiera mi Vargę. I robi to w sposób po prostu okropny... Mówi, że jej ulubioną książką jest „Karolina” (sic!), odciąga go na bok, bierze autograf, fotografuje się z Vargą jak z krupówkowym misiem, no coś podobnego...

Kiedy wraca, nie patrzy nam w oczy, nie zna Tibora Szemzö, a „opera filmowa” wydaje mu się szalenie wątpliwym przedsięwzięciem, chociaż tłumaczę, że to tylko - być może niefortunna - nazwa. I choć Węgry mają wielką tradycję operową, Vardze nie przypadła do gustu współczesna opera filmowa „Joanna” (2005) Kornela Mundruczó. Kiedy polecam wszystkim ściśniętym w wąskiej ścieżynie między wejściem do dworku Sierakowskich w Sopocie, a ogrodzeniem operę filmową „Csoma” latem we Wrocławiu, patrzą już na mnie co najmniej podejrzliwie lub z dobrotliwym uśmiechem na twarzach. Dlatego wysuwam się delikatnie spomiędzy tłumu, mijam ściskajacego kolejne dłonie Autora i znikam, triumfalnie w dłoni ściskając Gulasz....


(Krzysztof Varga, Gulasz z turula, Wołowiec 2008)

kolejne spotkania autorskie Vargi:

WARSZAWA
13 maja

POZNAŃ
19 maja

LESZNO
20 maja

ŁÓDŹ
21 maja

OPOLE
26 maja

info: Czarne >>>>



niedziela, 03 grudnia 2006
powrót posłańca, tak, tak...


By wyrwać mnie z zamętu, niespodziewanie przybył na pomoc rzekomy posłaniec. Widząc go, straciłam apetyt. Bo posłaniec nie miał na sobie ani grama tłuszczu. Miał za to białą koszulę, obcisły, cieniutki sweterek w serek koloru jasnego chabra i sportowy, granatowy garnitur z białą lamówką, który sugerował, że jest z dżinsu, ale był z czegoś o wiele szlachetniejszego. Prostokątne i transparentne oprawki okularów mimowolnie przybrały podobnie chabrowy odcień. Posłaniec usiadł niemal vis à vis, oparł łokcie na stole i patrząc mi w oczy, na przykładzie tłumaczył znaczenie jednego z Freudowskich pojęć. Dziwność, powtarzał, niesamowitość. Bo kiedy na ciebie patrzę, wiem, że jest w tobie coś znajomego. Może się kiedyś spotkaliśmy. Jednak nie wiem, kim jesteś i niepokój, jaki ta sytuacja wywołuje w mojej głowie to właśnie... >un-heim-lich<.

Tak, to było ujmujące. Jakbyśmy naprawdę kiedyś się znali, w jakimś innym życiu, w innym wymiarze, w innym pokoju, takim jak ten, w którym jedynie ja - tak przecież obca - wydawałam się kimś bliskim. Oplątani wspólną nicią pamięci. Delikatność ruchów, chwilami drażniąca, ujawniała tkwiącą w nim wrażliwość wyższego rzędu, umiejętność odbierania i poddawania się płynącym zewsząd podszeptom i impulsom. A ja w końcu próbowałam w jego kierunku milcząco promieniować. To było smutne. Wiedziałam, że nic sobie nigdy nie powiemy, że mijając się w tym momencie boskiego planu, rozdzieleni jesteśmy przepaścią bez dna. Byłam dla niego tylko nawiedzonym domem.

Jeżeli jest posłańcem, pomyślałam, to co mi przynosi? Jaką myśl, jaką inspirację?

>Stawanie się< zamiast >Bycia<, powtarzał, polifonia, heteroglosia, intensywność, niesamowitość, panika...


Cerith Wyn Evans


środa, 29 listopada 2006
serial "stolica"


Czas upływał mi ostatnio dosyć szybko. Czas mi się sprasował, sfilcował, skleił. Był obcy dom, pluszowa ryba pod poduszką, nie rozumiałam - dlaczego, ale ją tam zostawiłam, stolica. Miasto rozświetlone i pełne ludzi, idących w różnych kierunkach. Dużo twarzy. Ciekawych, ładnych, męskich, starszych, światła odbijały się w maskach samochodów jak w Tokio, wszystko lśniło, lśniło nasze życie w takim miejscu. Codziennie się tam udawałam, codziennie błyszczałam odrobinę w cieniu tego blasku. Znowu wokoło miałam filozoficzne traktaty, Levinasa, podręczniki do nauki jidysz, książki, które czyta się od tyłu, Hagada na Pesach, wypisy z tory, Midrash Rabbah, żywoty rabinów, a do słuchania na zepsutym magnetofonie kasety z folkiem kurdyjskim. Właściciel pokoju wciąż był w Izraelu, wciąż nie było wiadomo czy wróci.
Nieodmiennie zachwycały mnie wielkie modernistyczne gmachy, szerokie ulice, wysokie okna, arkadowe podcienie, mięsiste rzeźby robotników schowane przed wiatrem w niszach z kamienia. Ale tak samo - niewielka skala budynków i placyków na Starych Bielanach.

Z jedną panią odwiedziłam "Czułego barbarzyńcę" - księgarnię z kawiarnią, niedaleko uniwersytetu, miejsce zapewne kultowe. Prowadzi ją pan Tomasz, mąż pięknej Katarzyny Herman - aktorki, ojciec Leona. Ta pani obok mnie była tam kilka tygodni wcześniej i w panu Tomaszu niemal się zakochała, bo uroczy. I teraz przyjechała porozmawiać o Pomorzu. Obok nas, szepczących sobie do ucha różne sekretne opinie, ludzie - popijając kawę czy herbatę - czytali. To ładny widok, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że aż tak elegancki.

Jednak pan Tomasz wstydził się rozmawiać z nami o Pomorzu przy żonie, która akurat wpadła do "Czułego...". Dlatego straciłyśmy dla niego zainteresowanie i ta pani - jak zwykle ostatnio - zaczęła opowiadać o psychologicznych aspektach osobistej swojej sytuacji. Kiedy zaczyna o tym mówić, zwykle siedzę cicho, patrząc w jej lekko zeszklone oczy i kiwam głową jak jamnik, a w głowie mam szum. Myślę o wielu rzeczach, o sobie. Doceniam jej trud naprawy zepsutych, zacinających się życiowych trybów. Chcę od razu podjąć trud w swojej sprawie, ale przeraża mnie ilość słów, które musiałabym wypowiedzieć na głos.

Powroty do przeszłości, wizualizacje, jak odnaleźć w sobie swoją małą dziewczynkę. Wiem, że moja dziewczynka powinna ze mnie wyjść, żeby zrobić miejsce tej większej. Ale czekam. Naprawdę nie wiem, na co czekam i na co czeka ona. Ta pani twierdzi, że to w jej przypadku na razie się nie zdarzy, ta pani nie może wyobrazić sobie obok siebie swojej dziewczynki.

Tego samego dnia wieczorem po raz pierwszy miałam dotrzeć do Kinoteki, w której odbywała się część festiwalowych projekcji. Kinoteka to typowy multipleks, urządzony w pałacu kultury i nauki. Wnętrze pomalowane na różowo, fast food, popcorn i na samej górze nasza sala projekcyjna. I kiedy biegłam do tej Kinoteki, szukając wzrokiem szyldu, przeszłam przez mały skwerek i nie zatrzymując się właściwie - co brzmi być może paradoksalnie - stanęłam jak wryta. Moja dziewczynka, która pojawiła mi się wtedy przed oczami, miała może z 13 lat. Przyjechała z mamą do Warszawy na jeden dzień, bo mama musiała coś w stolicy załatwić. Też była jesień, ale nie za chłodna, jak ta teraz. Zwiedziły kilka sklepów. Mama kupiła dziewczynce bagietkę z pieczarkami, które sparzyły jej język i śnieżno-białą bluzkę z żabotem (bo wtedy były modne żaboty), i grubą spódnicę w pasy. Jestem pewna, że mamy nie było stać na te prezenty. Miały jeszcze godzinę, może dwie do odjazdu pociągu, przysiadły na skwerze. Na tym skwerze. Przed oczami mając bryłę pałacu. Czuły się tu obco, choć było w tym poczuciu też coś podniosłego i przyjemnego. Zobaczyłam ją tam nieco znudzoną, nieco oszołomioną. Pamięć tego spotkania została ze mną przez kilka kolejnych dni.


Na codzień byłam skupiona, ale czegoś mi brakowało w tym lukrze obcości - kulturowej w filmach z odległych części świata i tej bliższej, lokalnej, bo chodząc ulicami nie opuszczało mnie wrażenie, że bardziej udaję chodzącego ulicami przechodnia, niż nim jestem. Pomyślałam, że stołeczne serialowe realia, w które przeniosłam się na te kilka dni, są nieco bardziej fikcyjne niż gdzie indziej.

Widzowie stołecznego serialu mają na ten temat różne zdania. Zarzucają realizatorom zbytnią sztuczność, cukierkowość, a nawet - co za dziwne słowo w tym kontekście - lepkość wszystkiego, co pojawia się na ekranie. "Akcja serialu - pisze jeden z widzów - rozgrywa się w mieście, które nie istnieje, występują w nim ludzie całkowicie nierealni, którzy mówią nienaturalnie, a główna bohaterka jest aseksualnym warzywem, które w przerwach między zdjęciami trzeba chyba podlewać. Stereotypy i mentalność w tym "współczesnym" serialu to czysty XIX-wieczny skansen. Słowem, piramidalna bzdura, której sukces można tłumaczyć głównie tęsknotą naszego widza za zachodnioeuropejską normalnością".

Inny głos oponuje: "Nie mogę się zgodzić z tym, co napisał Pan przede mną. Owszem, serial nie jest produkcją super ambitną, ale przecież nie wszystko musi być aż tak wysokich lotów, jak to niektórzy intelektualiści by chcieli. Dla mnie ważne jest to, że film bawi, że pociesza i wprowadza zwykłą, prostą radość w codzienne życie. Nie wiem, czemu uznaje Pan, że akcja dzieje się w nieistniejącym mieście, bo Warszawa jest tu dość realna. To samo dialogi - są zabawne i jak najbardziej naturalne... a może to zależy od środowiska, w którym przebywamy? Nie wiem, ale ja sztuczności tu nie znalazłem. Podobnie jest z rzekomą aseksualnością (warzywną, o zgrozo!) bohaterki... kompletnie się nie zgadzam. Wydaje mi się, że wymaga Pan za dużo. I nastawił się na "nie", bo to "za głupie dla mnie"... przykre. (ps. Mam nadzieję, że nie uraziłem)".

Ktoś inny zaś ripostuje w wielkim stylu: "To bez wątpienia najlepszy polski serial ostatnich lat. Opowiada o losach młodej i ambitnej kobiety, robiącej karierę w wielkim mieście oraz jej znajomych. Na pozór twarda i zdecydowana bohaterka nosi jednak wiele ran emocjonalnych, które przeszkadzają jej stworzyć udany związek. Do czasu, kiedy w jej życiu pojawi się odpowiedni mężczyzna. Serial nie jest bynajmniej banalną opowieścią o miłości. Możemy tu zaobserwować trudne narodziny prawdziwego uczucia, lęki i niepewności z tym związane, ale również nadzieje, "motyle w brzuchu" i szczęście, a wszystko to przedstawione jest z delikatnością, lekkością, a czasami z przymrużeniem oka. Wielowątkowość fabuły, ciekawe ujęcia i wspaniała gra aktorów sprawiają, że serial ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Dodatkową jego zaletą jest wspaniale podkreślająca akcję muzyka. Trudno doszukać się jakichkolwiek wad. Polecam każdemu ten raz wzruszający, a raz rozśmieszający do łez serial jako znakomity środek na szarzyznę i nudę!"

Więc kiedy tak chodzę ulicami, trochę tego serialowego światła na mnie spływa, chociaż wolałabym, żeby odezwał się Grzegorz Pacek, którego chciałam zaprosić w charakterze gościa po projekcji filmu z RPA, ale kiedy odzywa się za późno, cieszę się, że wrócił do kraju z południowoafrykańskich podróży tak późno, bo film z RPA jest chyba najgorszą propozycją w festiwalowym zestawie. Strasznie schematyczny i popołudniowo-niedzielny, wybiegam z sali znudzona, zniecierpliwiona, zdziwiona, co to w ogóle ma znaczyć. I w tym rozmachu wychodzenia niemal wpadam na dramaturgicznie dosyć blisko mnie - w tym momencie czasoprzestrzeni - usytuowaną serialową postać. Jak wiadomo każda trzydziestoletnia samotna kobieta w stolicy marzy o tym, żeby mieć przyjaciela-geja, więc ten pan gra w serialu przyjaciela-geja. Przyjaciel-gej jest oczywiście artystą, fotografikiem, pracuje w reklamie, ale się nie zeszmacił, niedawno miał wystawę swoich prac szufladowych w galerii, to były wielkoformatowe portrety, którymi faktycznie można by chyba tylko ozdabiać papier toaletowy. No ale w realu naszego serialu pan ten, co generalnie w jego przypadku dosyć cieszy, gejem nie jest. Ten pan jest Rybą, a ściślej - Rybami.

................................................................

I to mnie trochę zbija z tropu. Co? No wszystko. Ryba pod poduszką. Pan z telewizora. Ryby kompletnie do mnie nie pasują, już raczej Strzelec albo Lew. Pan Ryba patrzy na mnie tak, jakby zobaczył wychodzącego z ciemności ducha (w sali projekcyjnej nie zapalono jeszcze światła). To dziwne stanąć twarzą w twarz z postacią. To mnie peszy, udaję, że go nie rozpoznałam. Po co ja oglądam ten głupi serial - pomyślę jeszcze, zbiegając po schodach jak kopciuszek, nie spodziewając się, że gubię właśnie pantofelek, który ów książę złoty będzie mi próbował wcisnąć na nogę przez kilka następnych dni. Zupełnie nie wierzę, że coś takiego jest do zagrania w tym serialu, że to mogłoby się zdarzyć. Ładne - pomyślę, mieszając seriale, wskakując w ostatnią dynię, która ma mnie zawieźć na Żoliborz. Ładna myśl i zasypiam.

Może to jego ta pluszowa ryba, myślę o właścicielu pokoju, może to coś znaczy. Pana Rybę spotykam już codziennie, aż do końca. Gdziekolwiek się pojawię, spotykam pana Rybę. Pan Ryba badawczo mi się przygląda. Badawczo, dobre słowo. Życie nie jest łatwe, jak się jest postacią. Normalni ludzie postać omijają łukiem. Pan Ryba jest mężczyzną całkiem w moim typie, ciemnym, z pierwszymi zmarszczkami wokół oczu, dosyć poważnym, a nawet odrobinę mrocznym. Mam wrażenie, że fikcja owija mnie w szeleszczący celofan jak prezent.

Jestem pewna, że pan Ryba ukuł już jakiś plan, ja też mam swój - festiwal zakończy miły wieczór z lampką wina w foyer kina, to dobre miejsce, żeby spokojnie porozmawiać o obejrzanych filmach. Więc filmowo biegnę na to spotkanie, podnosząc kołnierz płaszcza. Nagle zrobiło się chłodno. Światła tak samo zapalone, tak samo błyszczące. Muzyka to chińskie brzdąkanie ku czci Jia Zhang-ke, choć dalsza część akcji przebiegnie w dialekcie kantońskim, nie - mandaryńskim, w stylu Kar-waia. A może Kubricka? Przypominam sobie scenę z “Lśnienia” (wszystko lśni, oczywiście), w której Jack Nicholson jako Jack Torrance obserwuje makietę hotelowego parku i widzi, biegnące między doskonale przystrzyżonymi żywopłotami malutkie postaci Wendy i Danny'ego. Patrzy na nich z góry i się uśmiecha, a oni nic nie wiedzą o jego obecności. Podoba mi się ta scena.

Czy ktoś kiedyś stworzył typologię detali architektonicznych, które sprzyjają, bądź przeszkadzają spotkaniu, albo je przyspieszają, albo spowalniają, albo je uniemożliwiają, albo ku niemu popychają? Wyobrażam sobie taką cegłę wielką jak słynny podręcznik projektowania Ernsta Neuferta, może pod tytułem: Spotkanie w architekturze. Architektura spotkania. Co ów podręcznik miałby do powiedzenia na temat rampy, ile poświęciłby jej stron? A w końcu jakie rodzaje ramp wziąłby pod uwagę? Co powiedziałby na temat rampy w kształcie pętli? I czy sposób korzystania z takiej rampy w różnych kręgach kulturowych byłby inny, chociażby ze względu na przyjęty prawo- lub lewostronny ruch drogowy? Czy na takiej zapętlonej rampie łatwiej jest się minąć, czy spotkać? Architektura jest niesamowitym narzędziem w naszych rękach. Wiele od niej zależy.

Weźmy na przykład taką sytuację: biegnę do kina, żeby zdążyć na koniec ostatniej projekcji i wypić z panem Rybą lampkę wina w kinowym foyer, ale nieco się spóźniam, część widzów już wyszła, hall wejściowy od foyer oddziela nieszczęsna rampa w kształcie pętli, intuicyjnie wybieram prawe zejście. Pan Ryba - co za pech! - dokładnie w tej samej chwili, wychodząc z foyer do hallu wejściowego, również wybiera prawe (dla niego prawe, więc nie moje) podejście i... mijamy się o włos! To nie może być prawda, panie reżyserze. Z odległości mojego zejścia widzę już tylko plecy pana Ryby, znikające za zakrętem jego podejścia. I tu następuje moment tak przez Kar-waia ulubiony.

Oni się mijają... To chwilę potrwa. Należałoby odrobinę podkręcić muzykę i spowolnić ruch, zbliżyć się do jakiegoś fragmentu garderoby, może skierować kamerę na jakiś detal wnętrza, czy była w pobliżu jakaś zasłona, zasłonka, skrawek falującego materiału, lustro, albo czy ktoś zapalił papierosa? To bardzo dziwna sytuacja, szczególnie że w prawym dolnym rogu ekranu pojawia się właśnie znienawidzony przez serialowych fanów napis: to be continued i rośnie, rośnie, rośnie, pozostawiając mnie tak bardzo zsakoczoną, że...


..........................................................................................................


poniedziałek, 29 maja 2006
żeby się pogubić

DZIEŃ 3 – poza peryferia

Byliśmy połączeni z Bułgarią. W tym samym czasie Bułgarzy na jednej z głównych ulic Sofii rozłożyli swoje info-boxy i w ramach projektu Mobile Webcast Studio zapewne próbowali wysłuchać naszej eksperymentalnej artystyczno-architektonicznej debaty. Na ekranie raz po raz widać było skupioną twarz bułgarskiej korespondentki - w słuchawkach, z mikrofonem na wysięgniku. Potem spalone popołudniowym słońcem samochody, Bułgarów w kolorowych tiszertach z krótkim rękawem, fragmenty bułgarskiego nierównego chodnika, a nawet flagę narodową. Ale Bułgarów, których znam, lub których chciałabym poznać, akurat tam nie było.

Dyskusja rozwijała się subtelnie, począwszy od osobistych i jak zwykle osobliwych, krótkich prezentacji. Jacek Dominiczak pokazał Gdańsk, zadając sobie pytania: jakie przestrzenie posiadamy, co z nimi robimy i co chcielibyśmy z nimi zrobić. Gdańsk okazał się miastem, którego architektura rozpięta jest pomiędzy dwoma skrajnościami: radykalnie nowoczesną i radykalnie historyzującą. Chcielibyśmy zatem, łagodząc ów radykalizm, poszukać drogi pomiędzy, drogi środka, żeby nie powiedzieć – dialogu dwóch przestrzennych biegunów. Czy mogą pomóc w tym zbliżeniu artyści? Bogna Świątkowska z warszawskiej Fundacji Bęc Zmiana namawiała do gestów najbardziej oczywistych, ludzkich, wypełniających przestrzenie miejskie radością i lekkością, jako przykład podając akcję “tunelowania”, szukania kontaktu z odbiorcą sztuki, przyzwyczajania mieszkańców miasta do ciekawego, dobrego dizajnu w miejscach wypoczynku i relaksu. Marzeniem fundacji jest realizacja projektu parku wzornictwa, zasiedlenie dzikich brzegów Wisły. Na razie ustawiają niezwykłe ławki w parkach już istniejących. To – jak ktoś potem powiedział – stwarza możliwość działania sztuką, która nie tyle jest komunikatem, ile buduje sytuacje, w których ludzie mogą ze sobą rozmawiać. Dominik Lejman, pokazując swoje prace, dowodził, że podstawowym zadaniem artysty w przestrzeni miejskiej jest prowokowanie zmiany optyki widzenia. Tak jak architektura jest zdolna wpływać na zmianę rytmu życia społecznego, tak sztuka, potraktowana jako narzędzie optyczne, ma nam służyć za pryzmat, wprowadzający do naszego doświadczenia świata niepewność, wyrywający ze schematu widzenia li tylko powierzchni rzeczy, prowokujący do wejścia w głąb. Współczesna sztuka zdaniem Dominika jest dziś gotowa właśnie w przestrzeniach publicznych zrezygnować ze spektaklu na rzecz skłonienia odbiorców do asymilacji obrazów. Towarzyszy jej refleksja, demaskująca sposób, w jaki nachalna, komercyjna, powierzchniowa informacja oblepia otaczające nas przedmioty. Monika Zawadzka za pośrednictwem swoich fotograficzno-badawczych projektów prowadziła nas po miastach wschodniej i południowej Europy, za Baumanem powtarzając, że pogłębiający się kryzys miejskich centrów, ich niegościnny i po Freudowsku dziwny, nowoczesny charakter powoduje niemal całkowite wyludnienie. Zamiast tego życiem kipią położone przy autostradach, zadaszone centra handlowe, przybierające kształt parków tematycznych. Współczesne, osierocone przez artystów centra miejskie czekają na zmianę koloru. Nie powinny walczyć z pragnieniami i potrzebami mieszkańców miasta, ale je rozumieć. Być może to właśnie odsunięci na miejskie obrzeża artyści, pracując z tymi pragnieniami, przenosząc do centrum fragment peryferyjnej niekompletności, która tak ich pociąga, mogliby je ożywić. Dla Moniki - architektki i antropolożki - najbardziej inspirujące są przestrzenie pomiędzy publicznym a prywatnym, te niedomknięte, nie do końca zdecydowane. Strefy celebrowania swoistych miejskich rytuałów, które dziś możemy podglądać, niepewnie zaglądając na wileńskie podwórka. Albo patrząc na niedawną instalację Jenny Holzer – projekcje tekstów Becketta na ścianach jednego z nowoczesnych budynków londyńskiego city. Takie wydarzenia prowokują Benjaminowskie doświadczenie zamiast punktowego przeżycia. Wydają się tym, czego szukamy w kontakcie ze sztuką. Głębokiego i ważnego poruszenia. Być może te wszystkie niemal “modelowe” kwestie ustawiają się w szeregu, kiedy ogląda się poznańską pracownię Dominika Lejmana, znajdującą się na terenie wesołego miasteczka, w pobliżu strzelnicy, w budynku, którego centrum zajmują akademiki, zaś obrzeża – pracownia artysty. Brzmi to absurdalnie, ale okna studenckich pokoi wychodzą na zadaszoną świetlikami pracownię. To dla studentów jedyne źródło dziennego światła i jedyny świat za oknem, wewnętrzna uliczka. Prywatna, choć i publiczna, dziwna i prowokująca. Studenci często biorą udział w projektach artysty, ściany akademika nie raz ozdobione już były wideo-freskami. Miasto znalazło tam swoje małe centrum, miejsce spotkania z tajemnicą, swoją miejską przygodę.



wtorek, 31 stycznia 2006
list n nieskończoność

Listy do Nieobecnego - cd.

No i fajnie, zniknęła. Faktycznie zniknęła. Jak widać, to nie jest takie trudne. Ktoś mógłby powiedzieć, że w takich sytuacjach męczą - odrobinę - wyrzuty sumienia. Ona odpowiada, nieważne. Było minęło. Nim jednak nastąpiła w niej owa zmiana, w sensie zmiana perspektywy, doszła do wniosku, że jako posiadaczka genu X, w sensie przedstawicielka pewnego pokolenia, ma co prawda prawo być sentymentalna, ale i cyniczna może być na przykład, zła, złośliwa, leniwa i zniechęcona tym bardziej, o innych zaletach nie wspominając. Zniechęciła się. Rozleniwiła się. Przeciągnęła się. A także doszło do dialogu. Poprzedzonego długotrwałym machaniem rzeczonego palca.

Jestem tu incognito, dobiegający spod kapelusza kobiecy głos brzmi spokojnie, ale to, co mówi, wydaje ci się trochę nie na miejscu, zważywszy zwracający powszechną uwagę strój jego właścicielki. Siadasz koło niej na twardej kanapce. Mamy mało czasu, mówi. Jeżeli dowie się, że tu jestem, ta historia natychmiast dobiegnie końca. Zostanie przerwana, ty będziesz skończony. Co do mnie... Szkoda czasu. Wolałabym nie zostać rozpoznana. Pij wino i udawaj, że jesz łososia. Zastanawiasz się, dlaczego kobieta w kapeluszu każe ci udawać. W końcu nie jadłeś niczego od rana, jesteś głodny. Zjesz tego łososia i tyle. Po co udawać? Nie znasz reguł, odpowiada. Nie masz o niczym pojęcia, nie masz szans... Jest coraz bardziej wzburzona, potem wydaje się coraz bardziej załamana. Szeleści rondem, trzepocze skrzydłem. Zwracasz uwagę, mówisz przez zęby, nie chcesz, żeby to zabrzmiało nieuprzejmie, ale ona chyba nie zdaje sobie sprawy... Odchyla rondo. Uśmiecha się smutno. Jej oczy niemal błyszczą od łez. Jak przykro tak żegnać się bez powodu, mówi cicho, nagle pobladła. Zaczynasz myśleć, że jest zbłąkaną wariatką, że krąży po mieście, nie sypia, pije kawę za kawą, nie może niczego przełknąć, że ktoś ją potem zabiera z ulicy, żeby nie marzła, że się lituje nad jej ekscentryczną duszą jak nad małym ślicznym kotkiem. Jeżeli nadal będziesz tu siedział, mówi, tak jak teraz, bez ruchu, bez woli, bez słowa, stanie się coś strasznego. Znikniesz. W ogóle nie zależy ci na życiu? Przecież to ja do ciebie przyszłam, daję ci możliwość wpływu na to, co się stanie. Wzruszasz ramionami. Zaczyna cię to drażnić. Zbliża się noc, chcesz iść na górę, patrzeć jak tli się roślinny, zapętlony wzór na tapecie w twoim pokoju. Może trzeba ją gdzieś odprowadzić. Gdzie mieszkasz? chciałbyś zakończyć tę rozmowę. Nie mam już pomysłów, odpowiada. Ktoś ostatnio powiedział mi, że życie jest zbyt skomplikowane, żeby powierzać je postaciom. To była dobra rada. Postacie albo umierają, albo tracą rozum, albo znikają. Nie należy sobie nimi zbytnio zaprzątać głowy. Chociaż na ciebie liczyłam. Przed kim się ukrywasz, kto cię szuka? nie zwracasz uwagi na jej słowa, niech sobie gada, w końcu pozwoliła ci zjeść łososia. Jak to kto? wydaje się zdziwiona. Nie słyszałeś o duchu opowieści?

Pierdolnijmy! drą się faceci przy barze i wznoszą toasty, gapiąc się w telewizor, barman Toluś przyrządza im kolejną porcyjkę wściekłego psa. Pierdolnijmy po raz siódmy albo siedemnasty. Dynia, Grzesiulek, Fawor i on, główny bohater. Właśnie nastąpiła konieczna wolta. Jesteśmy na ulicy Cudnej, w knajpie, w której jest tak mroczno jak w “Podwójnym życiu Weroniki”, pomijając fakt, że życie naprawdę jest do dupy. Ruszyć się nie możemy, w sensie utknęliśmy. Pointy nie będzie, bo takie są właśnie skutki ingerencji ducha opowieści w opowieść, snującą się za wolno i nie na temat. Zostaliśmy katapultowani do tej zjełczałej, przepoconej, skacowanej, sentymentalnej i broniącej się jak może przed sentymentalizmem historii*, która tak na marginesie bardzo mi się podoba. Więc zostajemy, jestem zadowolona z przenosin. Zamykam mój mały kramik. Ariwederczi Nieobecnemu. Zrywam się. Pa(s).

* mowa o “Pokalaniu” Piotra Czerwińskiego



czwartek, 26 stycznia 2006
list nr 5

Listy do Nieobecnego - cd.

Zamawiasz jeszcze jedną kawę, kelner proponuje ci czerwone wino. Wysuwa w twoją stronę błyszczącą tacę jak wylany rtęcią język. Na tacy leży zwinięty kawałek papieru. Rachunek, myślisz ze zdziwieniem i oglądasz swoją garderobę. Jesteś przekonany, że ubranie, które masz na sobie, pasuje do tego wczesnego wieczoru, pogrążonego w rubinowym blasku. To list, zaznacza kelner i znika, zabierając ze sobą swój błyszczący język. Na białej serwetce z monogramem kafeterii ktoś narysował zgięty palec. Serwetka składa się z kilku cienkich warstw. Każda warstwa nosi na sobie wizerunek palca w nieco innym położeniu, dzięki czemu palec porusza się jak w animowanym papierowym filmiku-książeczce, mówiąc, podejdź. Podnosisz głowę znad serwetki. Ktoś mógłby pomyśleć, że szukasz tamtego mężczyzny, kawiarnianego rysownika, jednak twój wzrok nieomylnie pada na ebonitowy blat ukwiecony wazonikiem, z nie napoczętym nawet płatem łososia w tle. Obok wystygłej filiżanki leży na nim zagięty w twoją stronę długi palec, zakończony krótkim paznokciem, wystając nieznacznie spod wielkiego, czarnego kapelusza.

cdn.


środa, 25 stycznia 2006
list nr 4

Listy do Nieobecnego - cd.

Odwracasz głowę. Firanka w twoim oknie nie może się poruszać. Jesteś przecież tu - na dole, nie tam – na górze. A jednak odnosisz wrażenie, że ktoś na ciebie patrzy. Rozglądasz się po sali. Tam w ciemnym kącie jakby coś zatrzepotało. Zamknięty w klatce ptak. Klatka z pewnością przykryta grubym suknem. Tymczasem powoli zapada wczesny, zimowy zmierzch, kelnerka klaśnięciem dłoni zapala kilka staroświeckich kinkietów. Salę w głębi zalewa przytłumione, mleczne światło. Trzymasz kostkę cukru na języku jak koń. Patrzysz znów w tamtą stronę, wzrokiem szukając klatki. Ale w rogu dostrzegasz jedynie postać w wielkim czarnym kapeluszu. Jego chwiejące się na kilku drutach rondo przy każdym poruszeniu wydaje szelest podobny do trzepotu ptasich skrzydeł. Kobieta w kapeluszu prawdopodobnie ma na nosie okulary z ciemnymi szkłami, przed nią leży nie napoczęty nawet płat łososia. Właściwie nie widać jej twarzy, spod kapelusza wystają tylko ręce, długie palce, zakończone krótkimi paznokciami. Zaciska je na filiżance z kawą, a kiedy chce się napić, filiżankę wkłada pod kapelusz. Z wysokości barowego stołka gapisz się na nią jak dzieciak, majtający nogami.

cdn.


wtorek, 24 stycznia 2006
list nr 3

Listy do Nieobecnego - cd.

Drzwi. Korytarz. Schody. Brama. Chodnik. Stary. Powyginany. Krawężnik. Ulica. Brukowana. Krawężnik. Chodnik. Krzesła. Stoliki. Drzwi. Bar. Chwila wahania. Przy barze siedzi mężczyzna. Widzisz jego poruszające się plecy i ramię. Jest w tym ruchu pewien rodzaj gwałtowności. On rysuje. Trzyma w dłoni pióro i rysuje coś na serwetkach. Szybko. W chwilach pomiędzy jednym a drugim zamaszystym ruchem ręki wita się z przybyłymi, znajomymi, bywalcami baru. Na ciebie też zwrócił uwagę. Przez sekundę wziął cię za kogoś innego, znajomego. Uśmiechnął się nawet przepraszająco. Pardon. Ty jesteś tu pierwszy raz. Mimo, że obserwowałeś to miejsce z góry, z okna swojego pokoju, wyłożonego tapetami w roślinny, zapętlony wzór. Jednak widziałeś tylko kawałek podłogi, czasami nogę barowego stołka z siedzeniem z bordowego skaju, fragment lśniącej lady. Zastanawiałeś się, czy po drugiej stronie baru znajduje się okno, oświetlające wnętrze, czy jest duże i drugie drzwi, którymi musieli wychodzić klienci, którzy nie pojawiali się już po tej stronie ulicy. Liczyłeś im czas. Jedna kawa, dwie kawy, lektura porannej gazety, pogawędka, partia szachów, dwie partie, trzy. Ale wychodzili tylko nieliczni. Po jednej kawie. Jakby to było ważne, co dzieje się z tymi ludźmi. Jakby cię to obchodziło. Wreszcie zdecydowałeś się zejść na dół. Usiadłeś przy barze. Z boku. W miejscu widocznym z twojego okna. W plamie światła.

cdn.



list nr 2


Listy do Nieobecnego - cd.


Jednak siedzenie w pokoju, wyłożonym tapetami w roślinny, zapętlony wzór, właściwie było możliwe, a nawet w pewien sposób przyjemne jedynie nocą. Nocą, w niebieskim cieniu ulicznych lamp tapety błyszczały. Tliły się. Umykały. Łatwo było sobie wtedy wyobrazić znajomego czarnego psa. Na jego grzbiecie kilka pokruszonych jasnych włosów i jego zapach. Zapach snu, inny w każdej części nocy, gdyby noc podzielić można było na części. Zapach psiego potu w ośnieżonym, zimnym śnie. Chęć, żeby ułożyć głowę w jego ciepłym kłębku. I tak upływała noc, nie dłużąc się. Co innego dzień. Tu potrzeba wysiłku, by wytężyć wyobraźnię, nie dać się zapętleniu. Uciec przed nim w innym stylu.

cdn.


poniedziałek, 23 stycznia 2006
znikanie, list nr 1


Początek tej rozmowy ugruntował moje przeczucie czegoś ciekawego. Ugruntował tym lub tamtym słowem, zbiegiem okoliczności, wspomnieniem, anegdotą, tajemnicą, którą zdawał się być owiany rozmówca, bo go nie znałam, nigdy nie widziałam. To nie było nic zobowiązującego, nic, co mogłoby budować jakiś mój sąd o nim. Ani jego o mnie. Wspomniał o spotkaniu na schodach biblioteki, o naszej korespondencji jako jego wirtualnym erzacu, ja pomyślałam o podróży pociągiem. Przez chwilę byliśmy pasażerami tego samego przedziału. Z częstotliwości jego pojawiania się próbowałam odgadnąć, czym się zajmuje, kim jest. Rozmawialiśmy o Bułgarii, o dzieciństwie, przypadku, wreszcie o znikaniu słów. Siły tej rozmowy nie przeczuwając. Po chwili mój rozmówca zniknął. Bez pożegnania, niemal w połowie kwestii. Czy został ofiarą tragicznego wypadku? Czy raczej pod wpływem nagłego impulsu zmienił pociąg i tor, nie oglądając się za siebie? Zostałam, w swojej ciekawości niepocieszona. On pozostał niedokończony. Próbowałam jeszcze jakoś to zmienić, coś zrobić w tej sprawie, zatrzymać, odwrócić bieg wypadków. Z marnym skutkiem. Zdaje mi się, że mój rozmówca rozpadł się lub właśnie rozpada na szereg zer i jedynek.

Listy do Nieobecnego – list nr 1.

Wyobrażam sobie, że jako najbardziej oporny, stołeczny nos, zostałeś przez rodzimą korporację podstępnie wysłany na wakacje. Pełen obaw, targany wątpliwościami, co do swoich dalszych losów, bo przecież nos nie jest wieczny, a bywa, że właściwości nosa znikają tak nagle, jak się pojawiły, podobnie rzecz się ma z głosami, przystałeś na ich propozycję. Oczywiście dla nich nos nie jest aż tak istotny, chodzi raczej o formułę, wartą wiele, choć dla Ciebie raczej bezcenną. Na szczęście lub na nieszczęście trzymasz ją wciąż w tajemnicy. Uznali, że czas, spędzony w podparyskiej stancji, pozwoli Ci przemyśleć sprawę. Niemniej wciąż czujesz na plecach ich przyspieszony oddech, ten czas kosztuje. Nie wiadomo, jak długo zechcą za niego płacić. Pokój hotelowy wyłożony jest tapetą w roślinny, zapętlony wzór. Kiedy zamykasz oczy, niezmiennie pojawia się pod powiekami jak męcząca pieczęć. Są chwile, kiedy zastanawiasz się, czy nie byłoby lepiej wymienić ten pokój, hotel, albo miasto na inne. A potem zapadasz w sen i budzisz się, niczego nie pamiętając.

cdn.


 
1 , 2