agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
piątek, 03 września 2010
Logiczny głos z kościoła?


Mnie się to wydaje niezwykłym fenomenem, ale potrafi się zdarzyć. Dzisiejsza GW publikuje fragment wywiadu z Bp Pieronkiem, przeprowadzony przez Ewę Czaczkowską w Rzeczpospolitej. Dziennikarka pyta o następstwa ostatnich wydarzeń związanych ze sporem o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Biskup odpowiada przytomnie i mądrze.


Może zyska lewica? Grzegorz Napieralski na fali tego sporu zapowiada złożenie w Sejmie projektów ustaw o liberalizacji aborcji, związkach partnerskich i parytetach.

Nawet gdyby się to udało, to co to ma za związek z Kościołem?

Dotyka nauczania Kościoła w sprawie aborcji, moralności.

Moralność to jest działanie zgodne z sumieniem. Jeżeli ktoś jest chrześcijaninem i ma wyrobione sumienie, to ustawy mu nie przeszkadzają.


Brawa!


cały wywiad w Rz.


czwartek, 15 lipca 2010
jedzie dalej w październiku


Paul Theroux nadal jedzie pociągiem. W październiku ukaże się "Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu. Szlakiem Wielkiego Bazaru Kolejowego", ta sama podróż tylko 30 lat później. Podróż to miejsce przeznaczenia, jak pisze Terzani, wieczny uciekinier. Nie opuszczam mojej Azji i skacząc z cienia w cień, w zieloności, w bezmiarze bezruchu ruszam z Włoch przez Wietnam, Kambodżę, Birmę, Singapur, Hongkong, Chiny, do Japonii i Tajlandii. Czytam jego książkę pośmiertną, historię życia i historię świata jak zwykle okrutną, ciekawą i piękną - "Koniec jest moim początkiem". To ilustrowany zdjęciami z prywatnego archiwum wywiad-rzeka, jaki przeprowadził z nim tuż przed śmiercią jego syn Folco. Jest tak ciepło, brakuje mi tylko w tej chwili zapachu gnijących warzyw, charakterystycznego dla tropików. W lodówce sałata, cukinia i kawałek czerwonej papryki. Może coś z tego wyjdzie tropikalnego?



Folco i Tiziano Terzani w Orsigna


 

piątek, 25 czerwca 2010
ale kiedy, kiedy?!


jeszcze w tym roku...

Ewa Rewers: Miasto w sztuce, sztuka miasta (Universitas)


poniedziałek, 21 czerwca 2010
no ile można czekać?!

ciągle w zapowiedziach
(premiera w lipcu, okładka krytyczna dosyć)



fragment >>


wtorek, 08 czerwca 2010
znaki na niebie i na ziemi

Rozbawił mnie artykuł we wczorajszej GW, cytujący tekst o. Stanisława Tomonia ze strony internetowej biura prasowego Jasnej Góry na temat tajemniczych samolotów, latających w polskiej przestrzeni powietrznej, pozostawiających podejrzane smugi niekondensacyjne, które – kto wie – czy nie powodują wzmożonych opadów deszczu, a od deszczu do powodzi droga krótka. Takie fakty już w historii państwa polskiego przecież zaistniały, że wspomnę stonkę, zrzucaną na polskie pola przez imperialistów. Trzeba tym zainteresować opinię publiczną, rząd powinien odpowiedzieć na kilka dociekliwych pytań.

Pytania z Jasnej Góry. Czy powodzie w Polsce powodują tajemnicze samoloty? >>

Na odpowiedź eksperta od chmur nie czekaliśmy zbyt długo.

Uff...

Profesor do zakonnika: Nikt nie bruździ na polskim niebie >>



czwartek, 20 maja 2010
dziewczyny w grze

Nominowane do Nike m.in. "Proszę bardzo" Andy Rottenberg, "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk i "Piaskowa góra" Joanny Bator. Fajnie!

 http://wyborcza.pl/1,75475,7911693,Nike_2010__Poezja__Polska__parytet.html


Tagi: Nike
21:31, pravdan , papierowo
Link Komentarze (2) »
grzeszne poglądy w kampanii


Ostatnio "Nasz dziennik" stał się opiniotwórczym medium. Jego publicyści występują nawet jako komentatorzy w radiowej Trójce. Jego dziennikarze śledczy nie śpią.

„Kto popiera zapłodnienie in vitro, nie może przystępować do komunii świętej - ogłosiła Rada Episkopatu ds. Rodziny.

(...)

Temat zakazu komunii dla zwolenników in vitro wywołał na początku maja "Nasz Dziennik". Relacjonując żałobne msze po katastrofie pod Smoleńskiem, napisał, że komunię przyjmowali politycy opowiadający się za sztucznym zapłodnieniem. Jako przykład wymienił marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego - kandydata PO na prezydenta, głównego rywala prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego.

W tym samym artykule oburzeniem z "Naszym Dziennikiem" podzielił się kard. Stanisław Nagy - stwierdził, że tacy politycy nie powinni przystępować do komunii, jeśli nie odwołają swoich poglądów”.


Katarzyna Wiśniewska: Albo in vitro, albo komunia (GW) >>




piątek, 16 kwietnia 2010
Varga z materacem w tle



http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/vi_kwestionariusz_varga



Polacy na kozetkę

Nawołuje Agata Bielik-Robson w Krytyce Politycznej i dalej diagnozuje:

>> Śmierć Lecha Kaczyńskiego, prezydenta, który w wyjątkowo konsekwentny sposób realizował polską tanatopolitykę, opierając ją w całości na martyrologicznej pamięci, stała się magicznym symbolem, będącym w oczach jego wyznawców pełnym uwiarygodnieniem tej strategii. Consummatum est: tragiczna śmierć Lecha Kaczyńskiego działa tu, podobnie jak ukrzyżowanie Jezusa, jako znak prawdy, nadający nowe znaczenie całej jego działalności za życia. Z czegoś nie całkiem poważnego, co raczej przypominało dziecinne pobrzękiwanie szabelką (przypomnijmy sobie, jak komicznie wyglądał Lech Kaczyński dumnie przechadzający się pod rosyjskim obstrzałem na granicy w Osetii), przekształciła się ona w święty plan, sakralną misję, której celem – jak zawsze – było uświadomienie światu, temu złemu obojętnemu światu, zajętemu tylko swoimi interesami, że Polska jest „Chrystusem narodów”. Credo quia absurdum, powiedział Tertulian a propos niezrozumiałej dla pogan śmierci Jezusa, i taka też pozostaje logika polskiego mesjanizmu, która prawdziwe wywyższenie rezerwuje tylko dla śmierci absolutnie bezsensownej. Tylko taka śmierć, która nie znajduje żadnego uzasadnienia w pragmatycznym planie świeckim i pociąga za sobą hekatombę ofiar (jak choćby wychwalana przez Lecha Kaczyńskiego wielka zbiorowa śmierć czynnych i biernych uczestników Powstania Warszawskiego), zasługuje na miano tragicznej i męczeńskiej.

Absolutna wielkość prezydenta Kaczyńskiego ujawniła się więc dopiero teraz: za sprawą jego śmierci. Otoczony tanatyczną apoteozą może wreszcie zatriumfować w chwale; on, upokarzany za życia, wywyższony po śmierci. On, za życia bezsilny wobec swoich wrogów, którzy czynili zeń postać groteskową – po śmierci przemieniony, dający nową siłę do walki swym szeregom: Gloria victiis! Komedia uwiarygodniona i zniesiona przez tragedię. Wszelka niepowaga, śmieszność i nieporadność Lecha Kaczyńskiego jako żywego prezydenta – całkowicie rozgrzeszona i unieważniona przez Kaczyńskiego jako prezydenta tragicznie zmarłego. Ostatni będą w końcu pierwszymi, a ci najbardziej znieważani ostatecznie zatriumfują; wywrotka ta, której jak najbardziej logiczną konsekwencją jest wawelska apoteoza Lecha Kaczyńskiego, należy do stałego, od wieków niezmiennego repertuaru polskiego mesjanizmu i jego wewnętrznej gry resentymentów.

Śmierć służy tu za ostateczny argument. Tak jak Jezus “udowodnił”, że jest Bogiem, umierając na krzyżu – tak Lech Kaczyński “udowodnił”, że był opatrznościowym ojcem polskiego narodu, umierając w Smoleńsku. Rzecz jasna, logika ta pozostaje zupełnie niedostępną “czarną magią” dla kogoś, kto nie wyznaje polskiego tanato-mesjanizmu. Ten z zupełnym niedowierzaniem czyta teksty publikowane w “Rzeczpospolitej”, które w całości opierają się na jej rzekomych dowodach (najbardziej kuriozalnym dokumentem jest tu artykuł Zdzisława Krasnodębskiego): “Teraz widzicie! Śmialiście się z naszego prezydenta, a on się w końcu okazał wielkim mężem stanu. Teraz musicie za to zapłacić!” To nie cytat, tylko coś w rodzaju emocjonalnej esencji, jadowicie się z tych wszystkich artykułów sączącej, ale chyba dobrze streszcza istotę tej histerycznej agresji, która w tej chwili opanowała prawicę. Wobec tej oczywistej prawdy o wielkości Lecha Kaczyńskiego, która teraz się “objawiła”, wszyscy, którzy byli złego zdania o jego prezydenturze muszą zamilknąć, ukorzyć się, a najlepiej posypać sobie głowę popiołem i umrzeć ze wstydu.

Tymczasem, raz jeszcze to powtarzam, dla ludzi w miarę trzeźwo myślących, pozostających poza kręgiem mrocznych wyziewów polskiego pseudo-mesjanizmu, nic tu się kupy nie trzyma. Kaczyński nadal pozostaje kiepskim prezydentem, a jego śmierć budzi ogromne wątpliwości natury moralnej. Bo jeśli istotnie chciał on dotrzeć do Katynia za wszelką cenę, to wówczas staje się on współodpowiedzialny za śmierć reszty pasażerów. I to rzeczywiście jest tragiczne – tyle że tragiczne po prostu, zwyczajnie, po ludzku. Bez żadnych magii, mitologii i tanich pseudo-wzniosłości. <<

Agata Bielik-Robson: Polski triumf Tanatosa >>



środa, 11 listopada 2009
pocałuj mnie...

Właściwie mi nieznany Jacek Dehnel, zdecydowanie jak dla mnie za młody, żeby brać go poważnie, za bardzo wystylizowany, bo proszę państwa kto dziś chodzi z laptopem pod pachą i laską w dłoni, popełnił rzecz zabawną i koszmarną jednocześnie w obiecującej antologii „Wolałbym nie” pod redakcją Grzegorza Jankowicza (Ha!art 2009). Jak na razie bardzo mi się podoba, to tzw. literatura sprzeciwu, której inspiracji udzieliła postać z noweli Hermana Melville'a „Bartleby, skryba. Opowieść z Wall Street” - ów Bartleby, który stał się symbolem biernego buntu, kruszącego podstawy systemu, człowiekiem jednego agramatycznego zdania – wolałbym nie - właśnie. Jedynymi obrazkami w książce są te, ilustrujące teksty Dehnela (5 tekstów), wśród nich okropne zdjęcia stereoskopowe wytrzeszczonych chorych gałek ocznych z kolekcji profesora Karla Wessely – München, 1930, ale... naprawdę zostawmy ten koszmar wprost z morfinicznego majaku pochodzący i przejdźmy do tak ulubionego przez autora szperania w starych kufrach. Otóż, znalazł był on ciekawe stare zdjęcie i zadedykował mu utworek, napisany – ooo... - tuż obok, bo w Gdańsku Oliwie, zatytułowany „Autor, autor!”. Cytuję, bo fajny, niech się święto święci:

„Nie chodzi o autora zdjęcia – za sprawą pieczątki (Ed. Kowalewski fotograf Bydgoszcz, Św. Jańska 8) wiemy doskonale, w czyim atelier pstryknięto i odbito na papierze fotograficznym Leonar tę krzepką postać: rozległy dekolt wbity w coś pomiędzy zbroją walkirii a rozbudowanym, wyszywanym cekinami biusthalterem na kokardach; powyżej iście posągowa głowa, poniżej równie posągowe biodra i nogi.

Może to lokalna śpiewaczka operowa w stroju Carmen i stąd ten szylkretowy grzebień we włosach i sznury czarnych paciorków? Albo, jeśli nie sama Carmen, to przynajmniej jedna z chórzystek, która u boku Carmen 'tytuń mnie' (i upycha w gilzach) 'całe boże dnie, od dzisiaj dość, od dziś już nie'? Ech, na to chyba za mało falban, spódnica, prawdę mówiąc, wygląda jak halka. Ale nie o Halkę chodzi, zostawmy więc operę – a nuż to po prostu miłośniczka oryginalnych strojów: dzikich, złotych szamerowań, futrzanych boa i kunsztownie upiętych fryzur? Istniał może nawet autor tej - nieco, przyznajmy, śmiałej – stylizacji, ale to nie urywek sesji z 'Wysokich obcasów', więc źródło milczy; zresztą to nie ten autor mnie interesuje, to nie jego wywołuję zza kulis okrzykami 'Autor, autor!'.

Chodzi o autora podpisu: z tyłu, pod pocztówkową liniaturą i pieczątką fotografa ktoś wypisał fioletowym ołówkiem 'Pocałuj mnie w dupkę!'.

Zemsta? Odtrącony kochanek, zdradzony mąż, córka przez całe lata zatruwana niekończącymi się narzekaniami i pretensjami, maltretowana synowa, ktoś, kto w zaciszu własnego pokoju wyciągnął zdjęcie z albumu czy szkatułki i wypisał wiadome słowa, chichocząc złośliwie? Gdzieżby, 'dupka' jest zbyt pieszczotliwa, zwłaszcza że, jak widać – było co całować i o żadnej minidupce nie może być mowy.

A zatem ona? To ona poszła do atelier w stroju śmiałym, to ona obnażyła zalotnie ramiona wielkości połcia słoniny, to ona zrobiła marsową minę, a potem, odebrawszy odbitkę, wypisała wiadome słowa i posłała nieznośnemu mężowi czy nielojalnemu kochankowi (kochance może?), chcąc go (ją może?) obrazić? Ech, pieszczotliwość 'dupki' skłania mnie do odmiennego sądu w tej kwestii!

Zatem flirt? Na to za mało zaproszenia w oczach; trudno kusić pozą żeliwnego przycisku do papieru 'Dragon napoleoński'.

Zostaje nieprzenikniona mina i równie nieprzenikniony napis; patrzy na mnie, patrzącego, zgadującego nieudolnie, i mówi: 'Pocałuj mnie w dupkę!'”

Gdańsk Oliwa, 6 października 2008


(chcę zeskanować skubane zdjęcie, ale jakby się umówili, dupka w dupkę, skaner mówi, że jest zajęty i drukuje sobie niebieskie szlaczki, literatura sprzeciwu, ot co!)



wtorek, 10 listopada 2009
zmieniła fryzurę, ale nie styl


Coś z Williama Blake'a w Kotlinie Kłodzkiej, pastisz thrillera ze zwierzętami w rolach głównych, i z ludźmi, których nie można brać poważnie, z czeskim rajem i z astrologią oraz ze starą wariatką Janiną Duszejko:

O.T.: „W postaci starszej kobiety, którą świat spycha gdzieś na margines życia społecznego, tkwi ogromny potencjał. Zawsze mnie takie postaci niezwykle poruszają. W Warszawie, gdzieś w okolicy ulicy Kubusia Puchatka, jest taka pani, która karmi koty. Idzie z reklamówkami, a koty wybiegają do niej z wszelkich możliwych dziur i piwnic – czekały na nią. Wokół niej tętni życie stolicy, jeżdżą autobusy, pracuje giełda, sądy ogłaszają wyroki. A ona pojawia się z tymi siatami wśród zwierząt i wokół niej czas zatrzymuje się. I to jest moment epifanii, oto bogini Artemida, oto Demeter, która wygląda jak stara kobieta o lasce, z dwoma siatami jedzenia dla psów i kotów”.


(do kliknięcia turecka Janina Duszejko, prawie jak polska)

O.T.: „Bardzo mi zależało, żeby Duszejko budziła dobre uczucia, żeby książka była zabawna, żeby zrównoważyć mrok humorem, to nic, że nieco czarnym. Dlatego tę dość mroczną przecież historię opowiadam z dystansem, choć przecież ona ma absolutnie tragiczny wymiar. Dzisiaj ludzie boją się mówienia serio, na poważnie. Wolą ironię i chłód. Nie ufają własnemu wzruszeniu ani gniewowi. Cenię ironię, uważam, że jest najlepszym probierzem inteligencji, ale używana ponad miarę, na przykład do obśmiewania rzeczy, które są ważne i bolesne, staje się złą inteligencją. Moi bohaterowie są raczej naiwni, i – jak mówią o sobie – bezużyteczni, nie zrobili karier, nic nie osiągnęli, to nieudacznicy i dziwolągi. Ale przynajmniej zdają sobie z tego sprawę i nie udają nikogo innego”.



wywiad z Olgą Tokarczuk w Polityce >>>

a książka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” w przedsprzedaży >>>



wtorek, 29 września 2009
narrator staje i mówi:

Ni chuja, ja przegadam ten świat i tę rzeczywistość!

O tak, dziś premiera.

Narrator podróżuje, wraca, kontempluje. Nie wiadomo, która z wędrówek przewija się we wspomnieniach, a którą dopiero planuje. Węgry, Słowacja, Rumunia, setki miast, miasteczek i zabitych dechami wiosek - to tylko niektóre z miejsc odwiedzanych przez narratora i jego kompana - Waldka [a nie Staszka?]. Podróżują zdezelowaną ciężarówką, popijają wódkę, palą papierosy i handlują.

To w dużej mierze opowieść o handlarzach, którzy kilkanaście lat temu porwali się na nomadyczny styl życia. Wypełnili bagażniki swoich samochodów chińską tandetą i jechali przez pół Europy, aby spieniężyć towar na wschodzie.

O czym jest „Taksim”?
O gadaniu starzejących się, pięćdziesięcioletnich facetów, którzy ciągle wspominają. Są kompletnie zanurzeni w przeszłości, chociaż świetnie dają sobie radę w teraźniejszości. O cywilizacji śmiecia… i strojnej współczesności. To opowieść przez ubranie, o tym, czym ono jest i jak przez nie, i przez używane rzeczy, zmienia się ludzkość. W Gorlicach co drugi sklep to lumpeks, odzież z Zachodu, co tydzień nowa dostawa.

Czym więc dla Pana jest podróż?
Zajebistą rzeczą. Ekscesem, wyjściem z rzeczywistości. Jak człowiek jedzie, to się nie starzeje. Kiedyś stare kobiety chodziły do kościoła, bo wierzyły, że tam czas nie płynie i trochę go oszczędzają. Tak wiara działała jeszcze na początku XX wieku.

Ucieka Pan przed starością, boi się jej Pan?
Stary jestem, czego tu się bać? Gdybym uciekał od starości, to uprawiałbym jakieś zajęcia ekstremalne, rafting, zmiana żony. Zawsze lubiłem jeździć. To może być podróż do Gorlic fajną drogą, albo do Stambułu. Świat przybliża się i oddala. Czy człowiek włóczy się, czy jedzie pociągami, przypadkowymi autobusami, to odczuwalna jest w tym dotykalność przestrzeni. Czuć jak ona drapie po plecach, jak się ociera, pieści. W podróży, a zwłaszcza w podróży samochodowej, jest zmysłowość. Jestem fanem motoryzacji, bardziej lubię prowadzić niż pisać.

więcej gadania i podróżowania >>



Stasiuk w Gdańsku

7 października (środa), godz. 18:00
Gdańsk-Oliwa, Filia nr 2 WiMBP Biblioteka Oliwska, ul. Opata J. Rybińskiego 9

sobota, 19 września 2009
ciekawostka Stasiukowa

Kto szuka ratunku, powinien udać się na Południe. Tam czeka na niego cudowna kuracja, ratownik z Zagórza, pan Marcin Wojcieszak oferuje liczne wycieczki m.in. tę, poświęconą twórczości Andrzeja Stasiuka - jak obiecuje - trasę łatwą, dwudniową:  

Żłobiska i okolice - śladami bohaterów "Opowieści Galicyjskich" >>>


piątek, 18 września 2009
wciąż wróży

Terzani po kolejnej wizycie u kolejnego wróżbity, tym razem w Singapurze, słysząc wciąż o tym, że najlepsze lata życia są wciąż przed nim, pisze tak:

„Właściwie, myślałem, ma rację. Nie żebym oczekiwał życia lepszego niż dotychczas miałem, ale sama wizja, że najlepsze ma dopiero nadejść, ma w sobie pewną logikę. Aż do wieku, który osiągnąłem, ma się obowiązki, dzieci, pracę. Odgrywa się rolę, jaką się wybrało czy jaka przypadła nam w udziale. Człowiek zachowuje się tak, jak powinien, tworzy własną osobowość. Aż wreszcie nadchodzi czas prawdziwej wolności. Wolności nie w sensie przejścia na emeryturę. Dla mnie starzenie się to czas większej szczerości, mniejszego skrępowania, czas, gdy można powiedzieć, co się myśli, a także więcej czasu poświęcać na to, co mnie wydaje się ważne, nawet gdy inni nie podzielają takiej opinii. W starszym wieku można być wolnym w sposób niedostępny w młodości, można sytuować się poza codziennymi wzorcami, poza regułami zapewniającymi trwałość społeczeństwa. Czy to się już zresztą nie zaczęło? Oto szukam porady u wróżbity, czego nie zrobiłbym przed trzydziestu laty. Czułem, że ten człowiek działa na mnie inspirująco”.

(Tiziano Terzani, Powiedział mi wróżbita. Lądowe podróże po Dalekim Wschodzie, Poznań 2008, s. 188)



poniedziałek, 14 września 2009
urodziny Terzaniego

Od kilkunastu dni czytam teksty wieloletniego dalekowschodniego korespondenta „Der Spiegel”, Włocha Tiziano Terzaniego (1938 - 2004) i zachwycam się nimi i dowiaduję wielu rzeczy o Azji. Na okładce każdej z książek jego postać w bieli, jego twarz, zaskakująca na okładce tej, od której zaczęłam lekturę - „W Azji” (zbiór tekstów prasowych z lat 1965 - 1997). Jakby należała do kogoś innego, do innego niż ten, który pisze. Teraz odwracam tę twarz, zakrywam, nie mogę za długo się w nią wpatrywać, zbyt jest hipnotyzująca. Terzani pisze pięknie i mądrze w przekładzie Joanny Wajs. Pod gradem kul w Wietnamie, w indyjskim mieście Surat, gdzie w połowie lat 90. XX wieku wybuchła epidemia dżumy, w Sri Lance wymęczonej długą, okrutną wojną domową pomiędzy Tamilskimi Tygrysami a rządem Syngalezów, w pakistańskim porcie Karaczi, w uścisku nie dającej się kontrolować spirali przemocy, w targanym zamieszkami Kaszmirze, w Peszawarze, wylęgarni szpiegów i bojowników świętej wojny. Ale też w tych niezwykłych, wielkich momentach dziejów współczesnego świata – w Hongkongu w czasie jego przejęcia z rąk brytyjskich przez kontynentalnych Chińczyków, w melancholijnym, upadającym Makau, pachnącym mieście kościołów i kasyn, które podzieliło los Hongkongu dwa lata później, w Mustangu – krainie na szczycie świata, zwanej „równiną dążeń ducha”, w północno-zachodniej części Nepalu na granicy z Tybetem, w raju utraconym. I w wielu jeszcze innych bardziej lub mniej nieszczęśliwych i oszałamiających miejscach.

Dziś przyszły pocztą kolejne dwie, wydane w Polsce jego książki. Grube. Na okładce każdej zdjęcie autora, które – podobnie – odkładam twarzą w dół, phii (duch) Terzaniego unosi się nade mną, zaczepia. Zaczęłam od wcześniejszej, wydanej w 1995 roku (tu: w 2008) „Powiedział mi wróżbita”, ta druga to wydana w 2004 (tu: w 2009) książka „Nic nie zdarza się przypadkiem”. W tej pierwszej, która ma zdecydowanie gorszy przekład, Terzani na rok (1993) zawiesza swoje podróże lotnicze ze względu na przepowiednię chińskiego wróżbity, usłyszaną 16 lat wcześniej w Hongkongu, że grozi mu śmierć w katastrofie samolotu. Postanawia więc podróżować po Azji czym się tylko da, byleby nie był to samolot. I rozpoczyna podróż niezwykłą, szamańską, w poszukiwaniu magiczności azjatyckiego myślenia i postrzegania świata. Ta druga jest wyprawą ostatnią w życiu, tuż po tym, jak Terzani dowiedział się, że jest śmiertelnie chory.

W jednym z pierwszych rozdziałów opowiada o czasie spędzonym na początku pamiętnego roku w Bangkoku i o swojej wizycie u pierwszego wróżbity. Podaje mu tylko swoją datę urodzenia, a niewidomy starzec, opierając dłonie na skorupie żółwia, mówi mu różne rzeczy, niektóre bardzo ciekawe. Okazało się, że Terzani urodził się 14 września, 71 lat temu. Dziś są jego urodziny. Uśmiecham się więc do jednej z trzech twarzy Terzaniego.

ps. Kiedy pisałam te zdania, siedząc tu przy stole w kuchni, nagle zgasło światło, niemal dostałam zawału serca...



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6